Wpisy

Już się nie obudzisz

Cóż może zmienić naturę człowieka?
– Ravela

Spadał w nieprzeniknioną otchłań. Jego ciało obmywało wilgotne, piwniczne powietrze. Z jednej strony bał się, że zaraz się roztrzaska, ale z drugiej czuł, że nic mu się nie stanie. Nic nie może się mu stać, bo… Wydawało się to bardzo dziwne, ale chyba już tak kiedyś spadał.

Kiedy wreszcie zakończył swoją podróż poprzez mrok, nawet tego nie zauważył. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że już nie leci, a siedzi na jakiejś zimnej podłodze. Kiedy wstał i zadarł głowę do góry, zauważył, że w suficie nie ma żadnego otworu, przez który mógłby tu wlecieć. Co gorsza, nie widział też w swoim umyśle żadnego pomysłu, jak się stąd wydostać.

W pokoju nie było okien. Jedyne światło, jakie rozświetlało zagracone wnętrze pomieszczenia, dobywało się ze starej lampy naftowej. Chłopak widział podobne tylko raz w życiu – w pokoju swojego pradziadka, kilka ładnych lat temu. Tylko że wtedy lampa wydawała się mu idealnie pasować do całej reszty: starych mebli, wyblakłych malowideł i dawno już niefunkcjonującego radia. Teraz zaś wydawało się zupełnie nie na miejscu wśród sterty tych… tych… No właśnie, czego? Chłopak nie był w stanie rozróżnić przy tym świetle zbyt wielu szczegółów, jednak wydawało mu się, że najwięcej było tu worków z czymś… Z czymś, co przypominało nasiona, tylko jakby takie bardziej… Jego matka zapewne nazwałaby je odżywczymi, jednak jemu skojarzyło się to bardziej z czymś „mięsnym” i bynajmniej nie było to skojarzenie pozytywne. No i były jeszcze garnki. Albo bardziej wielkie kociołki, wykonane z bardzo połyskliwego metalu, przywodzącego na myśl reklamy płynów do mycia naczyń. Z tym, że w reklamach nikt nie trzyma w garnkach czegoś… Chłopak pochylił się nad jednym z nich. Czegoś zepsutego… Przymykając oczy, sięgnął do wnętrza naczynia. Obrzydliwego… Kiedy poczuł w dłoniach coś miękkiego, rozluźnił pięść i podniósł jej zawartość do oczu. Flaki?… Chłopak wzdrygnął się i szybko wypuścił z ręki oślizgłe wnętrzności jakiegoś zwierzęcia. Nie lubił flaków. Jego ojciec zawsze chętnie zamawiał je w swoim ulubionym barze, ale chłopak nigdy ich nawet nie tknął. Tylko że na talerzu pachniały one przynajmniej czymś dobrze przyprawionym i wydawały się być zupełnie… nieszkodliwe. Te zaś wprawdzie pływały w jakimś niby-oleju, ale wcale nie pachniały przyprawami. Bardziej…

Na samą myśl o tym, czym mogłyby one być, odruchowo odsunął się od worków. Nie było mu jednak dane postawić stopy na trwałym podłożu, bo gdy tylko to uczynił, poczuł, że zapada się w coś lepkiego i nieprzyjemnie ciepłego. Nim zdążył się zastanowić, czy woli taplać się w tej dziwnej mazi, czy też trzymać w dłoniach obrzydliwe (flaki) coś, już zanurzył się do reszty w lepkiej brei. Znowu spadał w nieprzeniknioną ciemność.

 

Po chwili, która równie dobrze mogła trwać sekundę jak nieskończoność, znalazł się na bardzo szerokiej leśnej ścieżce. W przeciwieństwie do pomieszczenia, jakie przed chwilą opuścił, było tu zupełnie jasno. Właśnie świtało.


* * *


Na końcu ścieżki zaś nadal znajdowała się stara chatka. Nie mając innego wyjścia, chłopak skierował swoje kroki w jej kierunku. Najpierw zapukał w drewniane drzwi trzy razy, jednak kiedy nie doczekał się odpowiedzi, nacisnął na klamkę i wszedł do środka.

 

W pomieszczeniu pełno było magicznych mikstur, dziwnych substancji umieszczonych w małych, glinianych naczyń i oczywiście wielkich, czarnych kotłów. Nad jednym z nich pochylała się starsza kobieta z długimi siwiejącymi włosami. Zapewne wiedźma. Gdy doszedł do środka izby, odwróciła się w jego stronę. Miała długi, spiczasty nos i jeszcze dłuższe, zielonkawe paznokcie, które wyrastały z jej pomarszczonych palców. Jej spojrzenie jednak wydawało się młode i bystre; kiedy wlepiła w niego swoje małe oczy, odniósł wrażenie, jak gdyby potrafiła przefiltrować nimi cały jego umysł.

– Ach, więc jesteś już, dziecko. Myślałam, że nigdy nie poradzisz sobie z tymi wszystkimi… rzeczami – czarownica uśmiechnęła się lekko. Chłopak wiedział już, że to ona stała za tymi wszystkimi okropieństwami, które go spotkały. Teraz, po tym wszystkim, przez co przeszedł, było mu już zupełnie obojętne, co się z nim stanie. Chciał tylko dowiedzieć się, czemu ta wiedźma zrobiła sobie z niego zabawkę.

– Dałem sobie radę. A pa… – chłopak zająknął się – ty musisz mi powiedzieć, czemu to zrobiłaś! – dodał sobie odwagi tupnięciem i założył ręce na piersi.

– Ja? Ale cóż takiego?

– Nie udawaj! To ty nasłałaś na mnie te demony, te czarownice… nawet pewnie sama nią byłaś! – Teraz, kiedy się zdenerwował, już wcale nie wyglądał na przestraszonego ani nieśmiałego.

– Pochopne wnioski wyciągasz, mój drogi. Ale myśl, jak chcesz. Powiem ci tylko jedną rzecz. Dopóki jesteś w moim domu, postaraj się zachować choć trochę kultury, dobrze?

– Ty okropna, stara… – gdy chciał powiedzieć jeszcze kilka obraźliwych słów, poczuł, że jego usta wypełniają się czymś lepkim i zielonym. Bał się, że może się zwyczajnie udusić, kiedy nagle wykrztusił z siebie: – Co ty mi robisz? – i poczuł, że dziwny płyn całkowicie zniknął z jego gardła.

– Nie obrażaj starszej kobiety, to nie będziesz się krztusił. Ot, co. Ja nie planuję ci zrobić nic złego. Po prostu chcę cię nauczyć trochę kultury. – Wiedźma patrzyła na niego przenikliwie. Pod ciężarem jej wzroku chłopak spuścił lekko głowę.

– Tak już lepiej. A więc zakładam, że przybyłeś do mnie z daleka i pragniesz się dowiedzieć, jak i czemu się tu znalazłeś.

Chłopiec kiwnął głową.

– To dobrze. Trochę mnie dziwi, że od razu nie wszedłeś, grzecznie się nie przywitałeś i nie przedstawiłeś. Wtedy pewnie powiedziałabym ci na przykład, kim jestem. Ale trudno. Jak nie umie się zachować, to takie są konsekwencje. A więc dowiesz się tylko, czemu tu jesteś. – Czarownica uśmiechnęła się szeroko, jednak chłopakowi wcale się ten uśmiech nie spodobał. Kryło się w nim bowiem coś… szalonego. Niebezpiecznie szalonego. – Otóż śpisz. A przynajmniej twoje ciało śpi. Twój umysł zaś, czy też dusza, jak chcesz, tak to nazywaj, przywędrowała do mojej krainy…

– A więc to wszystko jest twoje! – chłopak chciał zabrzmieć stanowczo, jednak tylko zapiszczał cieniutko.

– Och, zależy, co rozumiesz przez wszystko. Ten mały domek… Tak, jeśli to uważasz za wszystko, to tak. Poza nim mam naprawdę bardzo niewiele. Ale słuchaj dalej. I nie przerywaj mi, bo już nic ci nie wyjaśnię. – Pogroziła mu długim zielonym paznokciem. – Tak więc jesteś teraz u mnie. Czy ja cię sprowadziłam? Tego się nie dowiesz, bo nadal jesteś niegrzeczny. Powiem ci tylko, że aby stąd uciec, musisz rozwiązać zagadkę.

 

Jestem tu, jestem tam

Dam Raveli z mroku dzban

Śnię co dzień, śnię co noc

Sen mój spływa w ziemi moc

Znasz już mnie, lecz nie jam

Odpowiedzią jestem sam

 

Czarownica wyrecytowała rymowankę w taki sposób, że drugi wers mógł równie dobrze brzmieć „Dom  Raveli w zmroku znam”. Chłopak patrzył spode łba na wiedźmę. Trochę bał się jej, trochę tego, że już niczego więcej się nie dowie i trochę tego, że nie znajdzie sposobu, żeby stąd uciec. Postanowił więc zachować swoje uwagi dla siebie i odzywać się tylko wtedy, kiedy wiedźma mu na to pozwoli.

– Lubisz zagadki? – uśmiechnęła się niemal życzliwie czarownica.

– Niektóre – odpowiedział cicho.

– A więc dobrze. Tylko że poza zgadywanką jest jeszcze jeden warunek. Wypuszczam stąd tylko dzieci, które są grzeczne i nie kłamią. A to znaczy, że tu zostaniesz, mój drogi. Nic na to nie poradzę – rozłożyła bezradnie ręce i uśmiechnęła się złośliwie.

– Ja jestem grzeczny – mówił powoli i spokojnie. Czuł, że nie może pozwolić sobie na wybuch gniewu – I nie kłamię! Nigdy nie kłamię.

– Ależ kłamiesz, mój drogi. Jesteś strasznie kłamliwym dzieckiem.

– Nie kłamię! – nie wytrzymał i tupnął ze złości nogą. – Ty… – w jego ustach znów pojawiła się zielona maź.

– Oj, oj, oj – wiedźma zacmokała – Kłamiesz, mój mały, i dlatego stąd nie wyjdziesz.

– Nie kłamię! – to na szczęście był w stanie powiedzieć, tym razem płyn zniknął z jego ust stosunkowo szybko.

– Kłamiesz! – czarownica uśmiechnęła się szeroko.

– Nie, nie, nie! – krzyknął, tupnął mocniej nogą i poczuł, jak kręci mu się w głowie.

– Kłamiesz, kłamiesz, kłamiesz! Jesteś małym kłamczuchem, prawda? Ha, ha, ha, kłamczuch! – wiedźma śmiała się teraz do rozpuku.

– Nie! – wszystko zaczęło mu wirować przed oczami – Nie! Nie! Nie! – zakrzyknął i poczuł, że zaraz zemdleje. Zanim zamknął oczy, zobaczył jeszcze nad sobą długie, siwiejące włosy czarownicy.


* * *


Niedaleko niego znajdowały się małe, trochę krzywe drzwi. Już chciał skierować się w ich stronę, gdy gdzieś na drugim końcu pomieszczenia coś zaskrzypiało… Stąp. Przerwa. Stąp. Ktoś tam był. I wcale nie krył się ze swoją obecnością. Najprawdopodobniej sam gospodarz. Stąp. Przerwa. Stąp. Chłopak postanowił wymknąć się ze stodoły najciszej, jak tylko potrafi, zanim jeszcze ktokolwiek zorientuje się, że tam był. Stąp. Przerwa. Stąp. Ostrożnie podszedł do drzwi. Stąp. Przerwa. Stąp. Podniósł zasuwkę. Stąp. Przerwa. Stąp. Uchylił drzwiczki. Stąp. Brzdęk! – odgłos kroków umilkł. Chłopak zastygł w bezruchu, z niepokojem obserwując bujającą się w prawo i lewo metalową zasuwkę, jaka przy otwieraniu drzwi osunęła się i uderzyła o nie z głośnym brzdękiem.

Stąp. Przerwa. Stąp. A więc ten ktoś go zauważył. Na nic więc już ukrywanie się. Stąp. Przerwa. Stąp. Trzeba uciekać – pomyślał chłopak i  otworzywszy szeroko drzwi, wybiegł na zewnątrz.

Musiało być już dobrze po północy. Cała wioska pogrążona była w idealnej ciszy i ciemności. Od czasu do czasu intonował tylko monotonną pieśń ten czy inny świerszcz. Chłopak jednak nie miał czasu wsłuchiwać się w odgłosy natury. Musiał uciekać i to szybko.

Kiedy biegł poprzez wioskę, uderzyły go jej rozmiary. Widział domy daleko po swojej lewej i prawej stronie, a także z tyłu i z przodu. W zasięgu wzroku nie mógł dostrzec żadnej drogi czy choćby ścieżki, a jedynie place suchej, ogołoconej z trawy ziemi. W jednym z takich miejsc uskoczył gwałtownie w bok, kryjąc się za ścianami jakiegoś pogrążonego w ciemności domu. Miał nadzieję, że jeśli gospodarzowi stodoły przyjdzie do głowy go ścigać, to w tym miejscu będzie zupełnie bezpieczny. Ale prawdę mówiąc, wątpił, żeby jakiś rolnik fatygował się pogonią przez całe miasto. W końcu nic mu ze stodoły nie zginęło. W sumie nawet… Stąp. Przerwa. Stąp. A więc jednak. Chłopak przełknął ślinę. Odgłosy dochodziły ze sporej odległości, jednak z każdym sekundą stawały się głośniejsze i wyraźniejsze. Gospodarz się zbliżał. Stąp. Przerwa. Stąp. Chociaż czy na pewno gospodarz? Te kroki, a raczej krok, bo był to dźwięk pojedynczy, zdawał się do tego miejsca zupełnie nie pasować. Stąp. Przerwa. Stąp. Było w tym coś nadludzkiego. Coś nieokreślenie przerażającego. Stąp. Przerwa. Stąp. Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę, że śmiertelnie boi się spotkania z tym kimś. Przeczuwał, że mogłoby się to skończyć dla niego źle. To (Stąp. Przerwa. Stąp) raz. Wiedział, że powinien jak najszybciej się z tej wioski wydostać. To dwa. I… ten ktoś samą swoją obecnością wywoływał strach. Ale poza tym (Stąp. Przerwa. Stąp) była też ciekawość. Mimo całego tego przerażenia, jakie niemal go paraliżowało, chciał mimo wszystko zobaczyć, kim jest ten ktoś. Stąp. Przerwa. Stąp. Nawet jeżeli miałoby się to skończyć dla niego źle, chciał go zobaczyć. Stąp Przerwa. Stąp. Jeszcze tylko parę kroków. Pokusa wyjścia była wielka. Na razie chłopak zdołał się jej oprzeć. Stąp. Przerwa. Stąp. Póki co strach był jeszcze większy. Ale już za chwilę, kiedy ten ktoś znajdzie się za zaraz za rogiem… Stąp. Przerwa. Stąp. Kiedy zrobi jeszcze tylko dwa kroki, będzie się można (Stąp. Przerwa. Stąp.) będzie się można wychylić i go zobaczyć. Wtedy… Stąp. Przerwa. Stąp.

Chłopak już, już miał się wychylić, by spojrzeć w twarz tak bardzo intrygującej i jednocześnie tak bardzo przerażającej go postaci, gdy (Stąp. Przerwa. Stąp.) skręciła ona w prawo. Być może zauważyła, że chłopiec zniknął jej z pola widzenia, jednak nie była w stanie poprawnie określić kierunku, w jakim mógłby podążyć..

Rozprostował nogi. Teraz cieszył się, że jednak nie spojrzał na tego kogoś. Pewnych rzeczy czasami lepiej nie wiedzieć. O pewnych rzeczach natomiast należałoby mieć jakiekolwiek pojęcie. Na przykład o tym, gdzie teraz jestem – pomyślał chłopak i spojrzał w górę. Na niebie świeciły jasno tysiące gwiazd, jednak on nie był w stanie nazwać ani jednej z nich. Wszystkie wydawały mu się dziwnie obce i jeszcze bardziej odległe niż zazwyczaj są. Pewnie dlatego, że jestem w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłem – stwierdził w myślach i dźwignął się na nogi. Zastanawiał się nad zapukaniem do jakiegoś domu, jednak było to dla niego ostatecznością. Na razie powinien pokręcić się trochę po wiosce, może znajdzie jakąś tablicę informacyjną, mapę dla turystów czy choćby nazwę miejscowości. Cokolwiek.

Włożył ręce w kieszenie i wyszedł na drogę. Już miał ruszyć przed siebie, gdy gdzieś z tyłu dostrzegł jakiegoś człowieka. Mężczyzna szedł szybko i tak sztywno, jak gdyby połknął dwa kije. Po jednym na każdą nogę. Chłopak stanął naprzeciwko niego i już miał coś powiedzieć, gdy mieszkaniec wioski minął go, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Gdyby ośmiolatek w ostatniej chwili się nie odsunął, z pewnością zostałby przez mężczyznę staranowany. A poza tym… Poza tym czuć było od tego dziwnego człowieka jakiś drażniący i nieprzyjemny zapach. Coś jakby zgniłe jajko albo bardzo spleśniały chleb. Chłopiec zrezygnował z zamiaru zaczepienia go. Postanowił za to przez jakiś czas za mężczyzną podążać, być może bowiem zmierzał do jakiegoś punktu orientacyjnego: baru, sklepu czy kościoła (choć o tej godzinie ta ostatnia instytucja zapewne odpadała). Śledzenie było jednak w tym wypadku sztuką naprawdę trudną; mieszkaniec wioski poruszał się naprawdę szybko, a chłopak przecież wolał być przez niego nieusłyszany, toteż raczej nie mógł biec.

Po kilku minutach mężczyzna oddalił się na tyle, że ośmiolatek postanowił dać sobie spokój z inwigilacją. Na powrót wbił więc ręce w kieszenie, zwolnił i skierował oczy w innym kierunku. Po swojej prawej stronie zauważył miejsce najprawdopodobniej pełniące funkcję cmentarza. Wprawdzie nie za bardzo uśmiechało mu się iść tam o tej godzinie i to jeszcze zupełnie samemu, jednak chyba nie miał wyjścia. Powinna się tam bowiem znajdować informacja o miejscowości, a może nawet okolicy, w jakiej się znajdował.

– Bądź dzielny, jesteś dużym chłopcem. Masz już osiem lat! – powiedział do siebie na głos, zebrał się w sobie i już miał skręcić w prawo, gdy gdzieś daleko przed nim zaświeciło się jakieś światło. Chyba w jakimś domu. Chyba w domu człowieka, którego spotkał. I chyba w miejscu, które zupełnie nie powinno go obchodzić. Lepiej, żebym tam nie szedł – pomyślał i skierował się w stronę światła.

Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że miał rację. Przynajmniej jak na razie. Światło bowiem dochodziło z wnętrza niedużego wiejskiego domku. Przez nieosłonięte choćby firaną okno widać było krzątającego się po kuchni człowieka. Chłopak wiedział, że to nieładnie podglądać, wiedział, że nie powinien w ogóle zbliżać się do tego dziwnego człowieka, ale wiedział też, że z ciekawością czasami nie da się wygrać. Szczególnie kiedy ma się tylko (albo aż!) osiem lat.

Okno było osadzone stosunkowo nisko, więc kiedy chłopiec stanął na palcach, mógł patrzeć na to, co dzieje się w środku, z najbliższej możliwej odległości. Wprawdzie co chwila musiał uchylać się w bok, bojąc się, że zostanie zauważony, jednak w gruncie rzeczy był to bardzo dobry punkt obserwacyjny.

Mężczyzna, dokładnie ten sam, jaki jeszcze niedawno szybkim krokiem przemierzał wioskę, idealnie pasował do stereotypu rolnika; dobrze zbudowany, wąsaty, obdarzony gęstą, choć przyprószoną już nieco siwizną czupryną i ubrany w dawno niemodny strój gospodarski. Mógł mieć może z czterdzieści lat. Nie byłoby w nim niczego dziwnego, gdyby nie jego spojrzenie. Wydawało się ono bowiem chłopakowi dziwnie puste i obojętne. Jak gdyby był człowiekiem, któremu zupełnie na niczym i na nikim nie zależy. Jego oczy naprawdę napełniały kogoś, kto na niego patrzył, jakąś dziwną grozą. Chłopak przełknął głośno ślinę. Mężczyzna odwrócił się w kierunku okna. Chyba jednak nie zdążył niczego zauważyć, bo już po chwili wrócił do szperania w lodówce. Po chwili wyciągnął ze środka kilka kalafiorów, mięso (zapewne wołowe) i butelkę z olejem. Potem wyjął z szafki dużą miskę i garnek i położył wszystko na stole. Podszedł jeszcze do starego, przedwojennego kredensu, wyjął coś z ust albo z kieszeni kufajki (chłopiec nie był tego pewien, gdyż mężczyzna stał wtedy do niego tyłem), odstawił to na półkę i wreszcie zasiadł na zniszczonym taborecie. Kiedy zaczął kroić kalafiory, chłopak wychylił się trochę bardziej, żeby też zobaczyć, co ten dziwny człowiek odstawił na półkę. Zdołał jednak dostrzec tylko ich kulisty kształt.

W pewnym momencie mężczyźnie upadł na ziemię nóż,  którym oporządzał warzywa. Kiedy schylił się, żeby go podnieść, chłopak skorzystał z okazji i, stając na palcach tak wysoko, jak tylko mógł, przesunął się na środek okna. Na półce leżały… Wyostrzył wzrok, tak to były…

Tuż przed jego własną twarzą pojawiła się znienacka twarz rolnika.

– Aaaaaaaaa! – zakrzyknął chłopiec, tracąc równowagę i upadając w tył.

Oblicze mężczyzny było wykrzywione w okropnym, nienaturalnym uśmiechu. Było też napełnione wściekłością i nienawiścią. Ale to wcale nie to sprawiło, że serce chłopaka podjęło wędrówkę w górę jego gardła. Najgorsze było bowiem to, że twarz mężczyzny… twarz tego dziwnego człowieka… mieszkańca tej pustej wioski… jego twarz była pozbawiona oczu. Na leżącego teraz na ziemi chłopaka zerkały tylko puste oczodoły. To, co jeszcze do niedawna je wypełniało, znajdowało się teraz na jednej z półek przedwojennego kredensu.

Teraz wyjaśniło się, czemu rolnik zdawał się nie zwracać na nic uwagi. On wcale nie był obojętny. On był ślepy. A przynajmniej nie obserwował świata tymi samymi narządami, co przeciętny człowiek.

Chłopiec wciąż krzyczał. Mimo, że leżał na ziemi od dobrych sekund, nadal nie tylko nie mógł oderwać wzroku od okropnej twarzy mężczyzny, ale też kompletnie nie był w stanie zapanować nad swoim ciałem. Jego struny głosowe zawiesiły się w momencie, gdy wydobył z nich pierwsze „a”. Potem nie miał już na ich zachowanie żadnego wpływu. Podobnie zresztą jak na głowę, która mimo (Nie patrz na to! Nie patrz! Nie chcę na to patrzeć!!!) wysyłanych do niej sygnałów, nie obróciła się choćby o pół stopnia i na nogi, które nie miały najmniejszego zamiaru utworzyć z ziemią relacji prostopadłości zamiast niemal idealnej teraz równoległości.

Mężczyzna z okienka jednak takich problemów nie miał. Gdy tylko nacieszył się dostatecznie przerażeniem, jakie wykrzywiało twarz chłopaka, odsunął się od ściany i zniknął gdzieś w głębi domu.  Tymczasem świadek jego kulinarnych popisów wciąż nie mógł się ruszyć. Pewnie leżałby tak, aż do momentu, gdy mieszkaniec wioski dopadłby go i zapewne w jakiś sposób się z nim rozprawił, gdyby nie przeciągły, świszczący dźwięk, jaki wydobył się nagle z wnętrza wiejskiej chaty.

Dźwięk ten spowodował, że chłopak momentalnie ocknął się i zaczął uciekać. Coś kusiło go, żeby odwrócić się, sprawdzić, co dzieje się za jego plecami, jednak był tak przestraszony, że wolał nie stracić nawet sekundy. Wystarczyło mu, że słyszał charkotliwy śmiech. I pospieszne kroki.  Kilku, może kilkunastu osób… Zapewne chciały jak najszybciej go dopaść. W głowie wciąż jeszcze kołatał mu się przerażający obraz przekrwionych oczu uderzających o siebie na dnie miski, pokrytych śluzem i jak gdyby złośliwie usiłujących obrócić się w jego stronę, żeby na niego spojrzeć i… I… Wzdrygnął się i gwałtownie zamrugał. Wprawdzie nie sądził, żeby to wspomnienie pozwoliło mu kiedykolwiek zjeść coś z miski, jednak perspektywa wylądowania na niej samemu wydawała się jeszcze mniej kusząca. Skupił się więc z całych sił na ucieczce, spychając obraz wyłupanych oczu w najgłębsze zakamarki pamięci, gdzie dołączył on do całkiem już pokaźnej kolekcji ohydnych dźwięków, widoków i zapachów

Chociaż biegł tak szybko, jak tylko potrafił, goniący go ludzie byli coraz bliżej. Miał już nawet wrażenie, że coś prześlizgnęło się po jego bluzie. Kij, kamień, a może na wpół przegniła ręka. I nawet jeśli to tylko jego wyobraźnia spłatała mu psikusa, nie ulegało wątpliwości, że jeśli szybko nie znajdzie…

Zatrzasnął drzwi stodoły w ostatniej chwili. Gdy leżał zdyszany na ziemi, usłyszał przeraźliwie głośne łomotanie do drzwi. Ludzie (stwory), którzy go gonili, już wcale się nie śmiali. Teraz prychali i charczeli, jak dzikie, oszalałe ze wściekłości i bólu zwierzęta.

Nie tracąc czasu, podbiegł do tylnego wyjścia i już miał opuścić stodołę, kiedy pod snopkami siana dostrzegł klapę w podłodze. Niewiele myśląc, otworzył tylne drzwi, żeby zmylić pościg i rzucił się w kierunku kryjówki. Zadrżał, gdy zobaczył zamek (w tym samym momencie zadrżały też drzwi, właśnie roztrzaskiwane na drzazgi), lecz chwilę potem odetchnął – był otwarty.  Wprawdzie nie widział dokładnie, co znajduje się w schowku, jednak musiało tam być wystarczająco dużo miejsca, żeby mógł się schować. Wchodząc do pomieszczenia, tknięty przeczuciem zgarnął jeszcze sprzed wejścia starą lampę. Dosłownie sekundę po tym, gdy zatrzasnęła się nad nim klapa, drzwi nie wytrzymały naporu, a do środka wpadła gromada rozwścieczonych ludzi.

Tak jak się spodziewał, zobaczywszy, że tylne drzwi są uchylone, musieli szybko ruszyć w pościg w tamtym kierunku, bo chwilę potem przestał słyszeć charkotliwe, bulgoczące odgłosy, jakie wydawali. Mimo to jeszcze przez kilka minut siedział skulony na ziemi. Dopiero, gdy jego serce zaprzestało prób wyskoczenia z jego klatki piersiowej na wolność, zapalił jedną z trzech zapałek, jakie jeszcze mu zostały, przystawił ją do knota lampy (na szczęście znajdowało się w niej jeszcze trochę nafty) i rozejrzał się wokoło.

Pierwsze, co ukazało się jego oczom, to półki. Zwykłe drewniane półki. Potem dostrzegł, że znajdują się na nich jakieś kule, przypominające trochę nieduże dynie albo arbuzy. A jeszcze potem zauważył, że pomiędzy nimi jest coś żywego. Coś, co się porusza. Chłopak zamarł w bezruchu. To coś zdawało się dostrzegać jego obecność. Już chciał zgasić lampę, kiedy zza jednej z kul usłyszał głos:

– Podejdź bliżej, nie bój się. Gdyby miało ci się coś stać, stałoby się to już dawno.

Chłopak nie odpowiedział.

– No dalej, śmiało, przecież cię nie zjem.

Jego ręce znów pokryły się lepkim potem. Zacisnął je mocniej na lampie, aby ta przypadkiem nie upadła na ziemię, i schrypniętym głosem odezwał się:

– Kim… Gdzie jesteś?

– Naprzeciwko ciebie, chłoptasiu. Podejdź tylko.

Wstał. Powoli, ostrożnie i trwożliwie, jakby spodziewał się, że za chwilę zaatakuje go horda wygłodniałych hien. A jednak, niemal ku jego zdziwieniu, nic takiego się nie stało. Powoli podszedł więc bliżej. Jeszcze trzy kroki. Dwa. Lampę trzymał w opuszczonej ręce. Jeden.

– Śmiało! Mam już słaby wzrok, a lubię dobrze widzieć, z kim rozmawiam.  – Głos zdawał się należeć do jakiejś staruszki, było w nim jednak coś, co zdecydowanie do wizerunku leciwej damy nie pasowało. Chłopak nie wiedział jednak, co. Podszedł więc do półek najbliżej, jak się dało, po czym podniósł lampę na wysokość oczu. To, co zobaczył, sprawiło, że niemal ją upuścił; na półkach znajdowały się nie arbuzy ani dynie, tylko głowy. Głowy ludzi. A konkretnie starszych kobiet, których wygląd kojarzył mu się jednak bardziej z czarownicami, a nie dobrotliwymi babciami.

– Spokojnie, chłopcze, spokojnie. To nie tak, jak myślisz – odezwała się do niego jedna z głów. Miała spiczasty nos, duże, niebieskie oczy i umalowane jakąś tanią szminką usta. No i nie miała włosów. Jej na oko osiemdziesięcioletnia czaszka była zupełnie łysa.

– Nie zrób tylko niczego głupiego, zaraz wszystko sobie wyjaśnimy. – Chłopak był pewien, że w jej głosie wyczuł delikatne nutki śmiechu. A jednak głowa nawet nie poruszyła ustami.

– No, teraz będziemy się lepiej widzieć – powiedziała głowa i w tym samym momencie zza jej ucha wyłoniło się jakieś zwierzę. Chłopak cofnął się o krok.

– Nie bój się, podejdź.

– Nie – odpowiedział chłopak i podszedł.

Jego oczom ukazała się miniaturowa wersja wiedźmy, z laską i czarnym kotem, stojąca sobie jak gdyby nigdy nic obok głowy, którą chłopak do tej pory uważał za źródło głosu.

– No widzisz, jestem taka mała, że nawet gdybym chciała, nic nie mogę ci zrobić – powiedziała wesoło, a maleńki kot zamiauczał głośno.

– Cicho, Nostra, bo sprowadzisz Kr… nieproszonych gości – staruszka udała, że karci kota, jednak ten tylko przeciągnął się i odszedł parę kroków na bok. – No, więc zapewne zastanawia cię, co robią tutaj te głowy.

– I kim ty jesteś – dodał chłopak.

– Ja nie jestem nikim ważnym, ot, zwykła staruszka. I to do tego jeszcze taka mała. Nic ciekawego. Za to te niby-głowy to inna sprawa. Otóż… – zawiesiła głos, jakby nie wiedząc, co powiedzieć. Jednocześnie, choć chłopak nie mógł być tego pewien – w końcu światło było słabe, a postać bardzo mała – uśmiechnęła się drwiąco. – Hmm, weź tę głowę do ręki.

– Nie! – chłopak niemal krzyknął. Nie miał najmniejszego zamiaru dotykać tych woskowych (a przynajmniej tak określił nazwę materiału, z jakiego zostały wytworzone) głów. W ogóle chciał znaleźć się od nich jak najdalej i zastanawiał się, po co prowadzi z tą podejrzaną staruszką dyskusję, zamiast uciekać, jak najdalej się da.

– Chyba nie chcesz, żeby ktoś cię usłyszał, prawda? – spojrzała w stronę wyjścia ze stodoły. – A teraz grzecznie weź głowę. Inaczej nie dowiesz się, po co tutaj są, prawda, Nosferatek? – Kot najwyraźniej nie miał ochoty na potwierdzanie mądrości staruszki. Odwrócił łebek i udawał, że śpi.

– Niby czemu miałbym to wziąć? – chłopak wciąż się opierał, ale siła sugestii wiedźmy była ogromna.

Tym razem nawet nie odpowiedziała. Patrzyła tylko na niego zmrużonymi oczami. Nie wydawała się już teraz czarownicą, a jedynie steraną życiem staruszką, która bardzo chce mu coś ważnego wyjaśnić. Nie odrywając wzroku od jej oczu, powoli położył lampę na półce (pozwoliły mu na to dość duże odstępy pomiędzy poszczególnymi „eksponatami”) i wziął do ręki głowę. Gdy tylko dotknął jej powierzchni, skrzywił się z obrzydzenia. Miała ona fakturę owocu. Tyle że zgniłego.

– Dobrze, a teraz weź ten nóż – staruszka wskazała na leżący opodal sztuciec, wyglądający bardziej jak tasak.

Chłopak zawahał się, mógłby przysiąc, że jeszcze przed chwilą żadnego noża tam nie było, jednak ostatecznie od dłuższego już czasu zdarzyło się tyle rzeczy, których nie przewidywał, że jeszcze jedna nie robiła większej różnicy.

– I obierz ją ze skórki – staruszka patrzyła się na niego dobrodusznie. Patrzył się również spod przymrużonych powiek kot, wciąż nieco obrażony na swoją panią.

Chłopak wziął do ręki nóż, naciął głowę gdzieś w okolicy ciemienia i wziął w palce wierzchnią skórę. Odchodziła bardzo lekko. Pod jej powierzchnią zaś pokazała się warstwa białej substancji. Trochę jak w bananie, tyle, że twardsza. Rozszedł się też dość przyjemny, znany mu zapach. Chłopak nie był jednak pewien, skąd dochodził.

– Widzisz, jakie to proste? A teraz, jeśli chcesz, możesz ją zjeść. Gdyby ci nie zasmakowała, spróbuj innego ze smaków. Mamy tutaj tego pełno – staruszka zaśmiała się.

Chłopak ukroił sobie nożem kawałek głowy, po czym włożył go do ust. Smakowało naprawdę dobrze. Trochę jak awokado. (Co ja tu robię? Co ja tutaj robię?! Co ja TERAZ robię?!!!).

– Dobre, prawda? – staruszka wydawała się być bardzo zadowolona z poczęstowania chłopaka.

– Tak, to prawda – odpowiedział i (Uciekaj! Uciekaj! Uciekaj, głupku!) ukroił sobie jeszcze jeden kawałek.

– Widzisz, to takie nasze owoce. My wszyscy tutaj się tym żywimy – głos staruszki był teraz donośniejszy.

– Taaak, dobre. Proszę pani, (Nie rozmawiaj z tą czarownicą!) mógłbym inny smak?

– Ależ oczywiście. Poczekaj tylko, wybiorę ci któryś – odpowiedziała, po czym ruszyła wzdłuż półki, nie podpierając się już laską, a tylko pokazując nią sobie poszczególne głowy.

Tymczasem chłopak jadł, aż po brodzie ściekał mu gęsty sok. Staruszka miała rację, te głowy (Głowy! Jem głowy! To szaleństwo!) były wyśmienite. Smakowite smakowitości, jak powiedziałby jego młodszy kuzyn. No i wcale nie czuł się nimi najedzony. Im więcej jadł, tym bardziej czuł się głodny. A przecież było tu tego aż tyle! Mógł jeść, jeść i jeść, aż…

Jego uwagę przykuł kot. Zwierzak musiał od dobrych kilku chwil intensywnie się w niego wpatrywać. Kiedy chłopak odwzajemnił spojrzenie, kot przeniósł wzrok pod jego nogi. Chłopak przeniósł spojrzenie na podłogę. Zjadł już tyle tego owocu (Głowy, nie owocu, głowy!), że pod jego stopami utworzyła się z soku mała kałuża. Z tym, że wydawała się jakaś gęstsza. I ciemniejsza. Zaciekawiony schylił się i (uciekaj!) dotknął palcem gęstej mazi. To nie był sok. (Uciekaj!). To była krew.

Poczuł, że kręci mu się w głowie. Staruszka zaczęła niebezpiecznie łudząco przypominać rozjuszonego demona, a gdzieś wewnątrz niego rozlegały się słowa Raveli:

– Któregoś dnia wrócisz do mnie – staruszka już nie przypominała demona. To demon ledwie konturem twarzy przypominał staruszkę. I właśnie sięgał ku niemu wielkimi trójpalczastymi dłońmi, płonącymi żywym ogniem.

Nim stracił przytomność, niewidoczna wiedźma dokończyła wewnątrz jego umysłu:

– A wtedy… Już się nie obudzisz.

Nim przebrzmiała ostatnia sylaba, stracił przytomność, pogrążając się w nieprzeniknionej ciemności.

 


Autor chwilę po tym, gdy udało mu się w końcu przeczytać pamiętnik Nie-Sławy. Zanim pochłonęły go makabryczne gry komputerowe, nieudane próby zrozumienia płci przeciwnej i doprowadzanie wykładowców do szewskiej pasji graniczącymi z recydywą spóźnieniami, zdarzało mu się całkiem dużo śnić. W jednym z takich snów spotkał Ravelę. Uzależniony od siatkówki, dobrych RPG-ów, książek fantasy i napojów pepsipodobnych. Czasem zdarza mu się też z mniejszym lub jeszcze mniejszym powodzeniem pisać, choć nie znosi czytać swoich utworów, bojąc się nagłego napadu senności.

Nie wierz ludziom

”Nie wierz ludziom” – tak powie ci każdy bies. Tak powie ci każdy kaduk. Czemu ja tak nie powiem? Hm… Wymagałoby to zmiany mojego charakteru. Nie moja toć wina, że mój ojciec, mimo krwi Baatezu w swych żyłach, nawrócił się ze swej drogi. Jego przeznaczeniem, jako Nieczystego, było czynić zło. Był do tego stworzony, rzadko spotyka się w Sferach istoty z chwytnym ogonem. Jednak tatko nie był złodziejem, o nie. Podobno kiedyś miał zabić dziecko, jakiś Pierwszak potrzebował dziecięcej miednicy do mikstury. Tatko rozpłakał się. Podobno bardziej niż dziecko, któremu przesłonił świat swymi skrzydłami. Coś w nim pękło, gdy spojrzał w te nieskalane życiem oczy niemowlaka.

Po latach umieścił wspomnienie z tego dnia w Publicznym Sensorium, by każdy mógł poznać jego przeszłość, uświadomić, że „bies też człowiek”, jak mawiał.

Urodziłem się w Sigil. Moja matka była Sigilijką, stała wysoko w hierarchii Czuciowców – miała zostać faktorką. Zainteresowała się tatką, niestety – zmarła przy porodzie.

Właściwie to zabawne – nawrócony półbies z matczyną troskliwością opiekujący się swym zdeformowanym synem… Podobno najbardziej namęczył się, by wpoić mi składanie skrzydeł przy ludziach. Teraz go rozumiem –nie każdy lubi dostać tym puchem, zwłaszcza że pod nim kryją się kości. Inna sprawa, że tacy jak ja – Bal’aasi – budzą niepokój. A ja tak bardzo chcę z ludźmi rozmawiać…

Gdy dorosłem, zabili tatę. Na moich oczach. Czarami. Nie pamiętam, co się działo potem, w każdym razie w jednym momencie widziałem padające ciało ojca, w następnym nachylałem się nad nim pośród trupów. Własna krew zalewała mi oczy, ale nawet nie czułem rany. Rany, która mogła mnie zabić. Mówili, że to ja zarżnąłem wszystkich ośmiu.

Chciałem wynieść się z Sigil. Nagle poczułem się zagubiony w Klatce, jak Pierwszak. Wszystko we mnie wrzeszczało, czułem, że wariuję.

Wtedy trafiłem do Pandemonium. Uwierzyłem, że ten świat nie rozumie mnie, moich emocji, chciałem trafić do Sfery wariatów. Jakiś mag powiedział mi potem, że tak silna wiara mogłaby nawet unicestwić Panią, skoro pod jej okiem stworzyłem własny portal. Niedługo potem mag zaginął.

W Pandemonium spędziłem kilka lat. Na początku myślałem, że odnalazłem się w tym świecie, że tego szukałem. Potem odezwała się moja natura – chciałem porozmawiać z ludźmi. Niestety, podczas gdy ja odzyskiwałem świadomość duszy, moi martwi „kompani”, jak nazywałem ich w myślach, pogrążali się w swym szaleństwie. Zacząłem też lękać się tego miejsca – miałem wrażenie, że ta Strefa jest zbudowana z jęków szaleńców.

Zastanawiało mnie zawsze, jak żywy mógł trafić do krainy dla zmarłych wariatów. Nawet ten zwariowany mag nie umiał mi odpowiedzieć. W sumie szkoda trepa, mam nadzieję, że Pani nie zesłała go do Labiryntu.

Wreszcie udało mi się znaleźć Portal do Sulvar’thar. Tu starałem się żyć spokojnie i nikomu nie wejść w drogę. Raz się nie udało, raz jeszcze swe działanie zaprezentowała Klątwa Trzech Matek. Niedawno otworzyłem kancelarię prawną. Raz wybrałem się do Sigil, wtedy też rozmawiałem z „moim” magiem.

Co sądzisz o mej historii, człowiecze? Czy wciąż jestem dla ciebie zwykłym sferotkniętym?

Miłość w czasach Udręki

Miała na imię Deionarra i miała dwadzieścia pięć lat. Jako jedyna córka Iannisa, adwokata prowadzącego kancelarię w Dzielnicy Urzędniczej, nie zaznała nigdy niedostatku; matka odumarła ją młodo, skutkiem czego jej młodzieńcze lata kręciły się wokół ojca i wielkiego domu, któremu nigdy nie pozwalała być pustym czy cichym. Jako nastolatka miała wielu przyjaciół, a jej dobroć i szczerość zjednywały jej serca wszystkich istot, które napotkała na swej drodze; w sąsiedztwie zyskała też sobie pewna renomę, z dużym powodzeniem przepowiadając przyszłość z kart, kości bądź fusów. Odebrała staranne wykształcenie w Miejskim Gmachu Rozrywek, a jako ciekawa Wieloświata, rodowita Sigilijka nigdy nie narzekała na nudę. Jej zmysłowa uroda, nigdy nie tknięte nożyczkami włosy w kolorze mertu i ogromne, błękitne jak sam Okeanus oczy wabiły wielu adoratorów, ona jednak, posłuszna własnemu sercu, delikatnie i z wdziękiem odsyłała ich wszystkich w oczekiwaniu na miłość swojego życia, miłość, która w jej mniemaniu miała poruszyć Iglicę i wprawić w drżenie filary samych Sfer.

Mijały lata. Przyjaciółki Deionarry wychodziły za mąż i zakładały rodziny, przyjaciele poświęcali się interesom bądź, w poszukiwaniu szczęścia, odchodzili gdzieś w Sfery. Coraz częściej Deionarra spacerowała osamotniona uliczkami Klatki bądź przesiadywała w sensoriach Gmachu Rozrywek, oddając się doznaniom szczęścia i miłości. W jej pięknych oczach powoli zadomowiła się melancholia i smutek, na bladych wargach coraz częściej miast uśmiechu gościło westchnienie. Jej ojcu krajało się serce, gdy tak obserwował jak źródła witalnej radości wysychają w sercu jego ukochanej córki; nieraz ukradkiem otarł łzę, kiedy wędrując korytarzami wyludnionego teraz domu zastawał ją, siedząca samotnie na parapecie okna i zapatrzoną w przestrzeń, z kolanami podciągniętymi pod brodę.
Jeden żar jednakże nigdy nie wygasł w sercu Deionarry, a mianowicie żar nadziei.

Miał na imię Adahn i był obieżysferem. Jego potężne, mniej więcej trzydziestoletnie ciało pokryte było od stóp do głów bliznami, a w głęboko osadzonych, przenikliwych oczach odbijała się mądrość i doświadczenie, której nie powstydziłby się niejeden szarobrody czaromiotacz. Powrócił właśnie z trwającej kilka lat wyprawy po Arkadii i Arborei, gdzie doskonalił się w sztuce wojny, myślistwa i poezji. Uzbrojony we włócznię, łuk i pięknej roboty harfę, owinięty czerwoną, jedwabną chustą i lśniący misternymi ozdóbkami wplecionymi w grzywę czarnych włosów, z daleka wzbudzał pełne niepokoju spojrzenia mężczyzn i pełne zainteresowania spojrzenia kobiet. Wiecznie zmiennym labiryntem sigilijskich uliczek kroczył niby po własnym ogrodzie, dla każdej ladacznicy mając dowcipną odzywkę, dla każdego żebraka kilka miedziaków, dla każdego awanturnika twarde pięści. Cechowała go dobroć, szczerość i odwaga, przynależna temu rodzajowi ludzi, dla których Sfery były nieskończonym polem interesujących doświadczeń i sprawdzianu własnego honoru i hartu ducha. Serce jego jednak skrywało pewną istotną tajemnicę.

Spotkali się na wieczorku opowieści i śpiewu, zorganizowanym pod nieobecność właścicielki w Przybytku Zaspokajania Żądz Intelektualnych przez jedną z jego uczennic, specjalizującą się w gromadzeniu przekazów ustnych. W tym niezwykłym domu, zamieszkałym przez niezwykłe kobiety szkolące się w sztuce zaspokajania pożądania- w najróżniejszy sposób, od poezji po bluzgi- słowem miast ciałem, co kilka miesięcy odbywały się takie spotkania; spraszano na nie najzdolniejszych bardów, poetów czy po prostu opowiadaczy, słowem każdego, kto potrafił mową poruszyć struny duszy.

Deionarra była jednym ze stałych bywalców tych wieczorków, chciwie polując na najpiękniejsze miłosne pieśni i poematy, którymi skrycie karmiła swą romantyczną nadzieję, że i ją pewnego dnia spotka to, o czym tu mogła tylko posłuchać. Tego wieczora, kiedy z oczami pełnymi łez przeżywała piękną historię przywiezioną gdzieś z Pierwszej przez młodego alubiesa akompaniującego sobie na balisecie, jeszcze nie wiedziała, że jej nadzieje miały się spełnić.

Po młodej sferotkniętej, na otoczony ławami i krzesłami środek sali wkroczył Adahn. Choć nie był klasycznie przystojny, choć jego skóra naznaczona była w pełnej rozciągłości siatką blizn, z jego oczu, więcej, z jego całej postaci bił taki wewnętrzny ogień i charyzma, że jej serce zadrżało, a ona sama, przestraszona nieznanym uczuciem, spuściła oczy. Kiedy zaś mężczyzna uderzył palcami struny dzierżonej przez siebie harfy i zaśpiewał Deionarra stopniała niczym wiosenny śnieg. Nie byłaby w stanie powiedzieć, jakie miana nosiła para, o której śpiewał, ani jakie były ich perypetie, docierał do niej tylko sam sens, samo jądro tej pieśni pełnej tęsknoty, smutku, cierpienia samotności ostatecznie przekutego w akt odnalezienia poszukiwanego, połączenia rozdzielonego, spełnienia wymarzonego. Płakała i śmiała się słuchając, nie śmiejąc jednocześnie spod zasłony długich rzęs choćby zerknąć na człowieka, który grał na swej harfie i na jej duszy niby na jednym instrumencie.

Adahn dostrzegł Deionarrę niemal natychmiast po rozpoczęciu występu i nie mógł przestać wracać do niej spojrzeniem; nie chodziło nawet o jej niezwykła urodę delikatnego kwiatu- przez ulotny moment na samym początku wykonywanej pieśni zajrzał w jej oczy, a były one niczym zwierciadła samotności, tej luki w istnieniu, która dręczyła również jego. Była tak pełna tęsknoty, tak smutna i piękna, że i w nim samym mimowolnie rozpalił się żar; zapragnął ująć jej rękę, zatopić się w tych platynowych włosach, napełnić jeziora jej melancholijnych oczu miłością i spełnieniem. Nieświadomie śpiewał tylko dla niej i do niej, nie mógł- nie chciał- oderwać od niej oczu, jego głos nabrał mocy, jakiej nigdy wcześniej nie zaznał, jego palce przebierały po strunach harfy niczym po księżycowych promieniach, dobywając dźwięki prosto z duszy biegnące i dla duszy przeznaczone.
Publiczność, nieświadoma tego, co działo się w sercu pieśniarza, zamarła niczym zahipnotyzowana; kiedy zaś opowieść dobiegła końca, zapadła cisza tak głęboka, że można było usłyszeć bicie serca sąsiada. Chwilę później, kiedy wybuchła burza oklasków i okrzyków zachwytu, Deionarra podniosła oczy ku Adahnowi i ich spojrzenia spotkały się.
To było tak, jakby przeskoczyła między nimi iskra sprawiająca, że światła wokół przygasły. Otaczający ich tłum poszarzał i rozmył się, dźwięki przycichły niby przytłumione. Deionarra, nieświadoma tego co się z nią dzieje, uniosła się ze swego krzesła nie mogąc oderwać spojrzenia od oczu Adahna; on zaś, znieruchomiały, powoli opuścił harfę, niemal upuszczając ją na podłogę. Przysiągłby, że gdzieś wokoło, na tle spowolnionej, szarej masy cieni dostrzega wirujące płatki kwiatów.
Zrobił krok w jej kierunku, dziewczyna jednak, niczym spłoszona łania, odwróciła się i wybiegła z sali.

Czar prysł niczym strzaskany kryształ, światła oślepiły jego oczy, powracający gwar zdezorientował; otoczył go tłum słuchaczy i pozostałych artystów, ściskający jego dłoń, poklepujący ramiona, gratulujący talentu i zapraszający do wspólnej wieczerzy. Adahn, przez chwilę oszołomiony, zebrał się w sobie i przywoławszy na twarz uprzejmy uśmiech począł reagować. Co chwilę jednak wracał spojrzeniem do drzwi, przez które wybiegła intrygująca nieznajoma.

Deionarra tymczasem biegła jak szalona, biegła, nim nie przekroczyła progu swego domu; zatrzasnąwszy za sobą ciężkie wrota, oparła się o nie plecami i splotła dłonie na piersi, nie mogąc uspokoić tłukącego się w niej dziko serca. Oddychała głęboko, nim przed jej szeroko otwartymi oczami nie stanął Iannis z lichtarzem w ręku i niepokojem malującym się na twarzy.
– W porządku, córeczko?- Zapytał z troską; Deionarra jednakże wybuchła nieoczekiwanie śmiechem i rzuciła mu się, kompletnie zaskoczonemu, na szyję
– Och, tatko!- Śmiała się przez łzy- Jest cudownie!
W jej sercu nie było nawet cienia lęku o to, że mogła stracić swoją szansę na poznanie tajemniczego pieśniarza. Była absolutnie przekonana, że oto przeznaczenie skrzyżowało ich drogi i nic już, ani Moce, ani Pani nie będą w stanie ich rozdzielić. Choć jeszcze długo po przeciwszczycie Deionarra przewalała się w swojej pościeli, rankiem wyskoczyła z łoża jak z procy. Założyła najładniejszą ze swoich sukienek, starannie wyszczotkowała platynową grzywę i lekko niczym motyl wybiegła z domu z zamiarem odnalezienia nieznajomego. Nie musiała długo szukać- nieledwie usłyszała huk zatrzaskujących się za nią drzwi domu, dostrzegła go. Siedział na cembrowinie martwej, porośniętej kolczoliściem fontanny stojącej na środku placu przed jej domem, a w dłoni dzierżył bukiet kwiatów tak pięknych, że mogła je zrodzić tylko życiodajna gleba Elizjum. Patrzył wprost na nią; kiedy, zaskoczona, zamarła, wstał sprężyście i ruszył w jej kierunku. Podobała jej się jego postawa, kiedy się poruszał, nieco bezczelna, z biodrami wypiętymi do przodu i rękoma trzymanymi z dala od ciała, podobała jej się zawadiacka, nieco zdredziała czupryna przetykana metalowymi koralikami. Gdy kroczył, wokół jego nóg powiewały szerokie, przypominające spódnicę nogawki hakamy, muskularny tors jednakże był nagi, jeżeli nie liczyć przecinającego go pojedynczego rzemienia torby- i, rzecz jasna, mozaiki blizn.
Zatrzymawszy się trzy kroki przed Deionarrą, mężczyzna skłonił się z kurtuazją i wyciągnął w jej kierunku bukiet
– Piękna pani!- Zaczął, a policzki Deionarry zapłonęły- Racz wybaczyć mą impertynencję, ale nigdy nie spotkałem w sferach istoty tak niezwykłej urody i delikatności jak ty. Racz przyjąć te wiecznie żywe kwiaty jako wyraz mego najszczerszego zachwytu i uwielbienia.
Dziewczyna z powagą przyjęła bukiet, jednakże ze swego ściśniętego gardła nie była stanie wydobyć słowa podziękowania. Mijała ich, w pogoni za swoimi sprawami, kolorowa mieszanka klatkowiczów, jakieś rozszczebiotane dziewczęta, ponury alubies, podzwaniający kopytami bariaur z brodziszczem niemal do ziemi. W niezręcznej ciszy, która chwilowo zapadła, nieznajomy przestąpił z nogi na nogę.
– Gdybyś, pani, zechciała tylko…- Urwał i zrobił głupią minę, jak aktor, który zapomniał kwestii. Zdenerwowanie Deionarry gdzieś się ulotniło, choć ona sama nawet tego nie zauważyła; jedna z jej brwi uniosła się nieco, a po ustach przemknął figlarny uśmieszek.
Nieoczekiwanie mężczyzna roześmiał się.
– Raz jeszcze proszę cię o wybaczenie, pani.- Rzekł szczerząc do niej zęby w uśmiechu- Nietęgo u mnie ze śpiewką w stosunku do urodziwych dam, przez które całą noc oka nie mogłem zmrużyć.
– Ciężko uwierzyć- Odrzekła Deionarra, tak zaskoczona własnymi słowami, że bawszy się podnieść wzrok wlepiła go w fascynujące szramy na jego piersi- Że śmiałek taki jak ty nieobyty jest z towarzystwem kobiet…
To było tak bezczelne, że miała ochotę zapaść się pod ziemię. Jej rozmówca jednakże znowu wybuchnął gromkim śmiechem
– To długa historia.- Stwierdził, a ona nie była do końca pewna czy mówi o wspomnianych kobietach czy o bliznach w które się wpatrywała- W sam raz do przeciwszczytowego kieliszka wina, jeżeli tylko zechcesz mi towarzyszyć.
Deionarra, zawstydzona swoim zachowaniem, zmusiła się by spojrzeć mu w oczy.
Z tej odległości były jeszcze bardziej niesamowite, niż jej się wydawało, głębokie i ciemne, o tęczówkach hipnotycznie opalizujących mrocznymi odcieniami szafiru, spinelu i cyrkonu; pojęła nagle, że nie chce już nigdy patrzeć tak w żadne inne oczy. Jej zakłopotanie i niepewność gdzieś się ulotniły.
– Z przyjemnością- Odrzekła- Ale nie wcześniej, niż zdradzisz mi swoje miano, nieznajomy. I przestań tytułować mnie ‘panią’, mam na imię Deionarra.
– Mnie zaś- Delikatnie ujął jej dłoń- Nazywają Adahn.

Przegadali cały dzień, każde zaskoczone łatwością, z jaką otwierało się przed drugim. Adahn opowiadał Deionarze o swoich podróżach i niezwykłych przygodach, o Sferach i ich mieszkańcach, śpiewał jej piosenki i recytował wiersze. Na każdym kroku sprawiał jej drobne acz interesujące prezenty, od smakołyków z Pierwszej po malutkiego, animowanego magią kryształowego jednorożka, dzieło arborejskich gnomów. Cały czas się śmiał i sypał jak z rękawa pomysłami na spędzenie interesującego popołudnia. Deionarra nawet nie zauważyła, jak wróciła do niej młodzieńcza energia i radość życia; cała w skowronkach, roześmiana równie często i głośno jak jej towarzysz, niemal tanecznym krokiem przemierzała u jego boku zatłoczone uliczki Sigil. Opowiedziała mu całe swoje życie, od dzieciństwa spędzonego bez matki, przez więdnące marzenia, po samotność dorosłości w domu ukochanego ojca. Adahn słuchał uważnie, głodny każdego, choćby najdrobniejszego szczegółu jej życia, zadawał mądre pytania, całując ją po rękach rozwiewał jej smutki, tańcząc z nią do muzyki ulicznych grajków świętował jej drobne radości. Ani się spostrzegli, a trzymali się za ręce, roześmiani i zakochani, a mijających ich klatkowiczom udzielała się aura radości i szczęścia, którą wokół siebie roztaczali.
Wczesnym wieczorem, zgodnie z wszelkimi prawami dobrego wychowania, Adahn odprowadził ją do domu i pożegnał, zostawiając radosną i pełna wewnętrznego ognia; pierwszy raz od lat Deionarra padła do łóżka wytęskniona następnego dnia. A w sypialni powyżej, stary Iannis pierwszy raz od lat zasypiał szczęśliwy, uspokojony niosącym się przez mrok domu chichotem i cichym śpiewem swojej córki, o których marzył, by je znowu usłyszeć.

Drugi dzień był tylko lepszy od pierwszego.
Zaś trzeciego dnia ich znajomości zjedli obiad obiad ‘Pod Złotą Maską’, w eleganckiej karczmie w Dzielnicy Pani. Dziewczyna od razu zauważyła zaniepokojona, że jej nowy przyjaciel jest nieco posępny, żeby nie powiedzieć, mroczny. Deionarra, choć śliczna jak obrazek, głupia bynajmniej nie była; intuicja podpowiadała jej że Adahn skrywa jakąś tajemnicę. Sama, choć nawet o tym nie myślała, była już absolutnie przekonana, że spotkała tego jedynego, idealnego mężczyznę- pomogła mu więc jak umiała. Może i czuła się w te dni jak podlotek, ale ostatecznie była dojrzałą i mądrą kobietą- łagodnością i zrozumieniem więc skruszyła mury otaczające jego serce i przygotowała się na spotkanie z tym, co się w nim kryło. A Adahn jej zaufał.
Tego dnia poruszył wszystkie, do tej pory skrzętnie omijane, tematy; tak naprawdę, nie wiedział , kim był. Imię nadali mu koczujący na Ziemiach Bestii myśliwi, którzy znaleźli go wyrzuconego na brzeg rzeki, w pobliżu której rozbili obóz, pokrytego ranami, które goiły się niemalże w oczach. Kiedy odzyskał przytomność odkrył, że jego umysł jest pusty, a jego pamięć nie istnieje. Spędził ze swoimi ratownikami wiele obrotów, ucząc się sztuki łowiectwa i raz po raz zaskakując członków swojej nowej rodziny zręcznością i sprytem; ostatecznie jednak, choć z żalem, musiał porzucić ich w odpowiedzi na zew, który gnał go w Sfery. Ostatecznie wylądował w Sigil gdzie, wiedziony szóstym zmysłem, odkrył ślady swego poprzedniego życia- dziwne, chaotyczne znaki, które nie wróżyły niczego dobrego. Porzucił więc wiodący go trop i niezależnie od tego, kim mógł być w przeszłości, postanowił od tej pory nieść w sercu dobro i współczucie.
Deionarra słuchała wzruszona tej mrocznej historii człowieka, którego rany cielesne goiły się w mgnieniu oka, duchowe zaś rzucały cień na całe jego życie. Wybaczyła mu wszystkie błędy, które mógł kiedyś popełnić i zdecydowała, że pomoże mu w owej niezwykłej pokucie, jaką sobie sam zadał. Była wdzięczna za okazane jej zaufanie i pełna miłości do tego mężczyzny, który odrzucił własną wątpliwą przeszłość po to, by na jej szczątkach zbudować coś nowego i dobrego- choćby kosztem własnej duchowej ułomności.
Kiedy skończyli rozmawiać jakiś czas siedzieli w ciszy. Potem Adahn bez słowa kupił butelkę wina i złapawszy rękę Deionary pociągnął ją za sobą, a ona całkowicie zdała się na niego. Zagłębili się w niestały labirynt uliczek otaczających Dzielnice Urzędników; mężczyzna zagadnął mijanego, pogrążonego w pracy dabusa, najwyraźniej bez wysiłku odgadując rebusy migoczące nad jego głową. Potem poprowadził ją wskazaną przez istotę drogą; głównie pnąc się w górę szli jakimiś wąskimi schodkami i ciasnymi przesmykami ciągnącymi się pośród tajemniczych budynków.

W końcu dotarli do celu; Deionarra aż jęknęła z zachwytu. Znajdowali się na szerokiej, kompletnie wyludnionej alei, ciągnącej się ponad dachami miasta; panorama była oszałamiająca- wypełniony po brzegi lasem iglic, dachów i wieżyczek torus Klatki był stąd widoczny od krawędzi do krawędzi. Spękany kamień i zardzewiałą stal porastała mozaika kolczoliścia. Miedzy słupami, stojącymi co kilkanaście metrów wzdłuż tego niezwykłego traktu, ciągnęły się potężne łańcuchy. Docierający tu z ulic gwar brzmiał nieledwie jak szmer, poza tym panował bezruch i martwota.
– Co to za miejsce?- Zapytała Deionarra nabożnym szeptem, oburącz przytulając się do Adahnowego ramienia
– Dabusy nazywają to miejsce Aleją Łańcuchów- Wyjaśnił prowadząc ją przed siebie. Co jakiś czas mijali schody, którymi można było dostać się na aleję; niektóre urywały się w powietrzu albo kończyły na gładkich ścianach świeżo wybudowanych przez dabusy budynków, niektóre jednak, i te bardzo interesowały Deionarrę, wciąż spełniały swoją funkcję łącząc aleję z bramami podwórców lub ogrodów ogromnych, mrocznych domostw o czarnych oknach i zmurszałych gzymsach. Pytania cisnęły się dziewczynie na usta, Adahn jednak szedł w milczeniu; nie powiedziała więc nic, cierpliwe czekając, co z tego będzie.
Dwa filary, do których się zbliżali, były dużo wyższe i grubsze od pozostałych, wyróżniały się również przez łączący je kamienny łuk, z którego, niby girlandy, zwisały łańcuchy zakończone hakami. Klucz łuku ozdobiony był zatartą przez czas, ale wciąż jeszcze rozpoznawalną pieczęcią wyobrażającą kobiecą twarz otoczoną aureolą ostrzy; mijając ją Adahn pochylił głowę, zaś Deionarra zakreśliła dłonią półokrąg nad sercem.
Dwa kroki po drugiej stronie łuku aleja nagle urywała się, jak gdyby nigdy nie dobudowana, bądź wieki temu roztrzaskana uderzeniem jakiejś zapomnianej Mocy.
Gdy usiedli na szczerbatej krawędzi u ich stóp rozciągnął się widok na całą Dzielnicę Urzędniczą. Deionarra z łatwością odnalazła wzrokiem Gmach Czuciowców, Gelerię Osobliwości czy nawet własny dom. Otworzywszy zębami butelkę i podając ją swojej towarzyszce, Adahn przemówił.
– Kiedy obudziłem się pośród tych koczowników- Zaczął- Nie pamiętałem kim jestem. Nie pamiętałem własnego imienia.
W otaczającej ich ciszy jego głos zabrzmiał tak zaskakująco, że Deionarra aż drgnęła.
– Jedyne co czułem- Podjął mężczyzna- To pustka wewnątrz mnie samego. Jaki bym nie był szczęśliwy czy spełniony, nie opuszczało mnie poczucie braku *czegoś*.
Deionarra, pijąc wino, słuchała wpatrzona w jego udręczoną twarz.
– To właśnie ta pustka- Kontynuował- Pognała mnie w Sfery; ryzykowałem własnym życiem, ratowałem obce. Zdobyłem fortunę i roztrwoniłem ją. Podejmowałem się najtrudniejszych zadań, bądź spędzałem całe dnie w lenistwie i apatii… Nie pomogło nic. Z przerażeniem zacząłem w końcu podejrzewać, że być może szukam w niewłaściwym miejscu. Że jestem stworzony do innych celów. Że ową pustkę mógłbym wypełnić okrucieństwem i kłamstwem, ciemnością i złem…
– To niemożliwe!- Wykrzyknęła Deionarra zrywając się na równe nogi- Nie jesteś zły! Jest w tobie, przyznaję, jakiś mroczny element, jakiś cień zalega nad twoim sercem. Ale Adahnie…- Głos jej się załamał i urwała, wpatrzona w niego na poły ze złością, na poły z rozpaczą. Kiedy stanął naprzeciw niej odwróciła się doń tyłem, zapatrzona gdzieś w przestrzeń, a jej pierś falowała od szybkiego oddechu. Delikatnie położył dłonie na jej ramionach i przysunął twarz do jej włosów.
– Mój kwiatuszku, nie pozwoliłaś mi dokończyć- Rzekł łagodnie- Byłem w błędzie. Nie odczuwam już pustki. Szczelina się wypełniła.
Dziewczyna odwróciła się gwałtownie i stanęła z nim twarzą w twarz, a jej policzki były w ogniu.
– Powiadają, że miłość jest lekiem na każdą chorobę…- Szepnął
– Och, Adahnie…- Westchnęła
– To nawet nie jest moje imię..!- Jęknął- Chciałbym złożyć Wieloświat u twych stóp, a nie mam nawet imienia…
– Aaa, knebel!- Wykrzykneła- Nie obchodzi mnie Wieloświat, a tylko i wyłącznie ty! Twoje imię? A po co mi ono? Jesteś moim najcudowniejszym, moim najdroższym!- Zaakcentowała to ostatnie słowo, a on padł na kolana nie odrywając spojrzenia od jej oczu; gdzieś w tle jej porcelanowa skóra i włosy w kolorze mertu rozmywały się w jeden wielki obraz, obraz jego bogini, jego wymarzonej ukochanej, jego drugiej, brakującej połowy. Niespodziewanie, gdzieś z otchłani Sigil, dotarła do nich muzyka, a wraz z nią promień światła przebił mrok jego duszy.
– Kocham cię, Deionarro.- Rzekł rozkładając ręce, a ona z piskiem rzuciła mu się w ramiona.
– Kocham cię, mój najdroższy!- Wykrzyknęła radośnie- Kocham, kocham!
Drapieżnie niczym sokół, ale ze śmiechem na ustach porwał ją i zakręcił, aż jej sukienka zafurczała.
Całował ją pod rdzawym niebem Sigil, a nad ich głowami pobrzękiwały łańcuchy.
Nic już nie miało znaczenia, Sfery, wojny, tajemnice, byli tylko oni dwoje i ich miłość, miłość która w jednej chwili zalała ich swym ciepłym blaskiem dając to jedyne, niepowtarzalne ukojenie, jakie tylko ona dać może.

Wczesnym wieczorem wracali spacerem w kierunku domu, przytuleni i szczęśliwi, co chwile obdarzając się spojrzeniami pełnymi namiętności. Nie mówili wiele, za to często się całowali… Szli, jak ich nogi prowadziły, beztrosko dając się zgubić w sigilijskim labiryncie alejek, mostków i podwórek, jak gdyby chcieli zamanifestować całemu miastu swoją miłość. Nigdzie im się nie spieszyło i nic nie miało znaczenia- mieli siebie, a reszta Wieloświata mogła się szpicować.
Niedaleko Placu Martwej Fontanny Deionarra pisnęła, ot tak, z poczucia szczęścia i zarzuciwszy swemu ukochanemu po raz kolejny ramiona na szyję obdarzyła go gorącym pocałunkiem. Adahn oddał go namiętnie i szczerze, naraz jednak gwałtownie oderwał swoje usta od jej ust.
– Coo?- Zaśmiała się dziewczyna, uśmiech jednak w mgnieniu oka ulotnił się z jej warg, kiedy tylko zobaczyła twarz swego towarzysza.
Adahn, spięty jak Twardogłowy na warcie, wpatrywał się w uliczkę przed nimi. Deionarra ze zdziwieniem zauważyła, że znajdują się w niej kompletnie sami. W powietrzu coś wisiało. Wokół nich gęstniał mrok.
– O co chodzi?- Szepnęła, mocniej ściskając ramię mężczyzny; ten nie odpowiedział. Ciemność, która okryła wylot alejki zafalowała. Powoli, z bryły czerni naprzeciw nich, oderwał się jakiś kształt. Androgeniczna postać, ni to kobiety, ni to mężczyzny płynęła w ich kierunku nie dotykając ziemi, a w miarę jak się zbliżała jej esencja zagęszczała się, nabierając kształtów. Po chwili ujrzeli po części włosy, po części macki ozdabiające jej głowę, w której zaświeciły białe oczy; wciąż jednak bryła cienia, który był istotą tej postaci, była transparentna.
Adahn postąpił krok naprzód, stając między stworem a Deionarą.
– Kim jesteś, cieniu, i czego od nas chcesz?- Zakrzyknął, ale jedyna odpowiedzią jaką dostał był syk- Kiedy się zacznie, pędź do domu…- Mruknął do przerażonej dziewczyny- Tam cię znajdę. I nie martw się, nie takie dziwadła widziałem.
Już tylko kilka kroków dzieliło ich od cienia, a ten bynajmniej nie sprawiał wrażenia istoty zainteresowanej rozmową.
– Teraz!- Krzyknął Adahn dobywając sztyletu; mroczna istota, rozłożywszy szponiaste łapy, runęła na niego w ciszy, Deionarra zaś odwróciła się na pięcie i pobiegła.
Cień uderzył , krzyżowo tnąc szponami. Adahn płynnym ruchem zszedł z jego linii ataku i zakręciwszy się w piruecie ciął, bezlitośnie i celnie, prosto w odsłoniętą szyje istoty. Ostrze przeszło przez bryłę mroku jak przez powietrze- sztylet, choć doskonale wykonany z zielonej, baatoriańskiej stali, był niestety nieumagiczniony. Innej broni Adahn na randkę nie zabrał, nie miał jednak czasu tego pożałować, bo cień, płynnie zatoczywszy wokół niego łuk, uderzył ponownie. Parady nie miały sensu- mężczyzna zakręcił się jak fryga, zwinnie unikając szponów; w jego głowie zaledwie błysnęła satysfakcjonująca myśl, że jego przeciwnik na szczęście nie jest dość szybki, kiedy cień, pozornie wytrącony z równowagi, sam wywinął piruet i smagnął go przez twarz swymi mackowatymi włosami. I to mocno. Adahn z hukiem runął w stos skrzyń i innych śmieci, ból upadku nie był jednak tak przeraźliwy, jak chłód, który poczuł w kontakcie z ciałem swego adwesarza. Nie miał jednak czasu ni ochoty się nad tym zastanawiać, bo chłód z miejsca ustąpił gorącu płynącej posoki. Jego dłoń spoczęła na jakimś pręcie, walającym się w stosie odpadów.
– Ty szpicowana kreaturo…- Warknął wściekły- Teraz to jestem zły!
Cień obojętnie zatoczył kolejny półokrąg i znów na niego natarł; Adahn miał jednak jeszcze kilka niespodzianek w zanadrzu. Podrywając się na nogi, wzniósł pręt nad głowę i wykrzyczał zaklęcie. Metal zapłonął oślepiającym białym światłem. Stwór przystanął zdezorientowany, mężczyzna zaś z berserkerskim rykiem zakręcił prętem nad głową, i przy akompaniamencie elektrycznych wyładowań zadał jeden potworny cios. Jaśniejący metal przeszedł przez głowę istoty, jej korpus, aż wreszcie efemeryczny odwłok, by ostatecznie krzesząc skry uderzyć o ziemię- tym razem jednak atak odniósł skutek: cień westchnął rozdzierająco, przez chwilę jeszcze unosił się przed nim rozszczepiony na pół, po czym w mgnieniu oka obrócił się w pył.
Pręt przygasł; proste zaklęcie, które go transmutowało miało krótkotrwały efekt- Adahn zresztą nie znał się zbyt dobrze na czarach. Oddychając ciężko stanął nad kupką prochu i roztrącił go stopą.
– Następnym razem- Wydyszał ciężko ocierając twarz i oglądając powalaną krwią dłoń- Zacznij od rozmowy.
Z mroku pobliskiej bramy wypłynął drugi cień. Z cienia za filarem nieopodal kolejny. I jeszcze jeden. Adahn zerknął w koniec alejki, którą uciekła Deionarra; po dziewczynie nie było śladu, natomiast gromadziły się tam kolejne cienie. Powietrze wokół wypełniło syczenie, z każdego zakamarka alejki wypływały niespiesznie kolejne istoty. Mężczyzna roześmiał się bez wesołości widząc, że jest otoczony przez przynajmniej kilkanaście brył mroku identycznych jak ta przed momentem pokonana.
– No, to chodźcie.- Wycharczał wznosząc wygasły pręt w górę. Nie musiał ponawiać zaproszenia.

EPILOG

Był potężnym mężczyzną, na oko mniej więcej trzydziestoletnim, a ciało jego pokrywała mozaika blizn i tatuaży. Siedział w najmroczniejszym kącie gospody i, leniwie przerzucając stronice leżącej przed nim księgi, rozmyślał.
Obudził się kilka dni temu, wywołując przerażenie kilku nędzarzy, którzy wlekli gdzieś jego ciało. Nie pamiętał swego imienia, ani tego kim jest, nie wiedział też, gdzie się znajduje. Umysł jego był jednak żywy, serce czarne, a wola niezłomna niczym wykuta ze stali. W ciągu tych kilku dni od kiedy stracił pamięć, szedł przed siebie z zimną determinacją. Kilku nieszczęsnych skurli, których pozostawił krwawiących w mrocznych zaułkach, a których miedź wypełniała teraz jego mieszek, nie obciążała jego sumienia. Postrzegał ich nieledwie jako narzędzia, pomagające mu w jego celach. Sigil, to dziwne miejsce na skrzyżowaniu sfer wiary i egzystencji, było mu w jakiś sposób znajome. Przemierzając jego ulice i podziemia co rusz odnajdował w sobie okruchy wspomnień żywota, które najwyraźniej wcześniej tu pędził. Budziły one sporo niepokoju i jeszcze więcej pytań, na które zdecydowany był znaleźć odpowiedź bez względu na koszta. Na szczęście to miasto, w którym Wola kreowała Rzeczywistość, było dla niego najdoskonalszym polem do popisu- bez namysłu naginając otoczenie do swych potrzeb odnajdował odpowiedzi na nurtujace go pytania, a im więcej ich odkrywał, tym wyraźniej, gdzieś przed nim, zarysowywał się Cel, a w głowie kształtował Plan. Pozostało jeszcze tylko klika łamigłówek do rozszyfrowania, kilka narzędzi do zdobycia…
Z zamyślenia wyrwał go kobiecy krzyk.
– Najdroższy!
Blond ślicznotka w niebieskiej sukience, która przed chwilą rozproszyła jego myśli, biegła w jego kierunku. Wyglądała, jakby nie spała od wielu dni, znużenie jednak nie zdołało przytłumić jej urody- on jednak nie pokładał zainteresowania w kobietach, choćby i najpiękniejszych. To, co go zainteresowało to fakt, iż najwyraźniej go znała. Kiedy rzuciła mu się na szyję nieomalże odruchowo jej nie odepchnął- co innego jednak zaprzątnęło jego głowę: mrowienie z tyłu czaszki, którego już kilkakrotnie zaznał w minionych dniach, zalało go niewyraźną mozaiką wspomnień. M i ł o ś ć. Aż się wzdrygnął. Ta dziewczyna go kochała; wtulona w jego pierś coś bełkotała przez łzy, a on w tym czasie analizował jej zapach i materiał sukienki w którą była odziana. Szlachcianka, pomyślał. Może się przydać.
Zmusił się do delikatności, by położywszy dłonie na ramionach dziewczyny odsunąć ją nieco od siebie i uważnie się jej przyjrzeć. Wciąż wylewała z siebie chaotyczny strumień słów, śmiejąc się przez łzy.
– Mój najdroższy, najukochańszy, gdzieś ty był, co się z tobą działo, szukałam cię wszędzie, opowiedziałam wszystko Harmonium, ale nic nie znaleźli, ale nigdy się nie poddałam, byłam nawet…
Powstrzymał słowotok nieznajomej kładąc palec na jej wargach. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami pełnymi bezgranicznej miłości, a jego na ten widok ogarnęła tylko pogarda dla emocjonalnej naiwności. Cel, Plan, przypomniał sobie w duchu i zmusił się, by ją objąć. Kłamstwo przyszło tak naturalnie jak oddychanie.
– Moja najpiękniejsza…- Wychrypiał- Moja najcudowniejsza, wybacz mi… Wydarzyło się coś niezwykłego, nie mogłem dać ci znać…
– Co się stało?- Przerwała mu zaniepokojona, a on nieomalże siłą musiał powstrzymać własną dłoń, która chciała wymierzyć jej policzek za tę bezczelność.
– Już dobrze, moja miła, już wszystko w porządku…- Wycedził miękko przez zaciśnięte zęby- Usiądź ze mną, mamy sobie sporo do opowiedzenia… Zacznij od tego, jak się rozstaliśmy. Ostatnio wydarzyło się coś co przytłumiło moją pamięć, ale o tym później…
Posadził ją obok siebie przy stole, a dziewczyna, cała w skowronkach, radosnym szczebiotem dostarczała mu budulca na kolejne kłamstwa, już formujące się w jego głowie..

Garen

Garen spojrzał smętnie na resztki swojego piwa, pływające gdzieś na dnie kufla. Po prawdzie, to tylko na siłę owe zacieki z piany można było nazwać resztkami piwa. Szumne określenie, pomyślał zbir. I co z tego? Nie było go stać na lepszego bełta. Nie przed zachodem słońca.

Tak naprawdę, to Garen nie był takim zwykłym rzezimieszkiem, jakich pełno było na ulicach Ula. Z upodobaniem reklamował się jako “profesjonalista w każdym calu, gotowy o każdej porze do akcji”. Akcja, zwykł mawiać “profesjonalista”, poprawia krążenie i dostarcza uciech. A okazji do zażywania tych ostatnich za wiele w Ulu nie było dla syna prostytutki i wiecznie zapijaczonego Zbieracza. Ha, z ojca był taki Zbieracz, jak z dupy zombiaka szafa na błyskotki. Prawda jest taka, że staruszek dostarczał do Kostnicy jakiegoś trupa wyłącznie wtedy, gdy się o niego potknął, wracając z jakiejś podrzędnej karczmy do domu. Matka, jako się rzekło, za dobrze się nie prowadząca, miała tego pecha umrzeć przy porodzie. A może ojciec tylko tak twierdził i ta dziwka zostawiła go zwyczajnie z dzieciarem na ręku i dała dyla z innym klientem? Pies ją jebał, pomyślał Garen, nie wiedzieć czemu nagle odzyskując humor.

No nic, do zachodu jeszcze ze trzy godziny, ale można już zacząć się kręcić. A tak w ogóle, przypomniał sobie, to jeden znajomek z Alei mówił, że ma być dziś w nocy jakiś wspólny wypad, bodajże w okolicach Gospody Pod Gorejącym Człowiekiem. Podobno znaleźli ciekawy sposób na łapanie trepów w sidła. Namawiają byle gdzie podłapaną dziwkę, by udawała, że ktoś w zaułku bije jej siostrę, córkę, czy cholera wie, kogo I jak jakiś mężny śmiałek ruszy w zaułek na ratunek, to nagle znikąd pojawiają się sztychy sztyletów i z mężnego śmiałka robi się zwykły trep. Znajomek z Alei nie wspominał chyba, co się dzieje z naganiaczką owych dzielnych trepów. Ha! Znając Kosy z Alei, to pewnie tak bezproduktywnie nikt jej do domu nie puści, tylko pierw każdy będzie mógł się z nią zabawić. Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie, co popadnie – luksusowe dziwki w Niższej Dzielnicy kosztują paręset sztuk złota za noc. I po cholerę tyle płacić? Dziura jak każda inna.

Garen wstał od stolika i aż mu się zakręciło w głowie. Cholera, rozumie się, że zombiaki nie wymagają zapłaty i dlatego w “Proch do Prochu” głównie one zajmują się roznoszeniem trunków i sprzątaniem, ale czy one muszą tak cholernie śmierdzieć? Ech, nieważne. Zbir rzucił na stół kilka miedziaków i ruszył w stronę wyjścia.

Przechodząc przez drzwi otarł się o trepa całego w bliznach. Mężczyzna miał prawie dwa metry wzrostu, był umięśniony a w oczach miał coś, od czego Garenowi zrobiło się zimno. Towarzyszyła mu latająca w powietrzu czaszka. Cholera, co to za rasa? – pomyślał rzezimieszek. Ech, a kogo to interesuje? Sfery to całkowicie zwariowane miejsce. Garen zrobił znak półokręgu na sercu i wyszedł z karczmy.

Słońce powoli skrywało się ku horyzontowi, a Ul zaczynał żyć swoim nocnym życiem. Na ulicach zaczęły przeważać ladacznice i uzbrojeni w noże, wiecznie szukający rozrywki młodzi chłopcy. Garen tęsknił do tego okresu swojego życia, gdy jak i oni chodził ulicami Miasta Drzwi z nożem przy pasie, bawiąc się w złodzieja. Gdy miał dach nad głową i jako takie wikt zapewniony przez ojca – pijaka. Nie czuło się wtedy tego stresu, nie trzeba było się martwić o to, gdzie się będzie dziś spało, czy ostaną się ze dwa miedziaki na miskę czegoś ciepłego i kufel bełta.
I tak było aż do pewnego zdarzenia, które miało miejsce jakieś dwa… nie, trzy lata temu, zaraza, jak ten czas leci – pomyślał.

Wracał w nocy ze schadzki z jedną z dziwek w Zajeździe, gdy zobaczył biegnące od strony Placu Szmaciarzy człowieka. Mężczyzna wyglądał na rannego, widać też było, że bardziej zależało mu na zachowaniu ciszy, niż na prędkości przemieszczania się, z czego można było łatwo wywnioskować, że już zdążył zniknąć prześladowcom z oczu i teraz modlił się do Pani, by znów nie odnaleźli jego tropu. Kierunek, z którego biegł w stronę Garena dawał jasno do zrozumienia, że prześladowcami byli Zbieracze. “Podłe kreatury.” – pomyślał Garen. Jasne było, że Zbieracze czasami lekko “pomagali” niektórym krwawnikom w rozstaniu się z tym światem, by potem obszukać zwłoki do czysta, a na koniec wydębić jeszcze kilka sztuk miedzi od jakiegoś grabarczyka. Chodziły nawet słuchy, że na Placu było chata, z której jeszcze nikt nie wyszedł żywcem, bo w jej drzwiach był jakiś biesi portal, za którym na pechowca, który w niego wlazł, czekali uzbrojeni w noże Zbieracze. Cholera to wie, najlepiej było w ogóle omijać Plac z daleka, bo nawet między Zbieraczami dochodziło do regularnych wojen. Ludzie bijący się o trupy innych ludzi – czyste zezwierzęcenie.

Mężczyzna chciał minąć Garena, wykonał szybki skręt w prawą stroną i zraniona noga odmówiła mu posłuszeństwa. Upadł na ziemię, a głuche stęknięcie zaświadczyło, że siła uderzenia o podłoże pozbawiła mężczyzny tchu. Upadł na twarz. I wtedy zza rogu wypadli ci, przed którymi leżący u stóp Garena trep tak spieprzał.

Idący na przedzie śmiałek miał blisko dwa metry wzrostu, ubrany był w łachmany Zbieracza, których nawet na siłę nie dało się nazwać tylko ?mało czystymi?. Po jego prawej i lewej stronie szli o wiele mniejsi, ale i o wiele lepiej odziani mężczyźni, noszący zwykłe stroje podróżne. Ubiór nie świadczył o wyjątkowej zamożności nowoprzybyłych, ale oręż, który im towarzyszył w żadnej mierze nie mógł być zaliczany do paradnych. Prowodyr dzierżył ciężką drewnianą maczugę, która z daleka zalatywała odorem stęchłej krwi – nie dziwota zresztą, gdyż nosiła jej zaschnięte ślady. Obaj kompani herszta trzymali w dłoniach zakrzywione sztylety, które dla odmiany lśniły w świetle księżyca wypolerowaną powierzchnią. Sposób, w jaki obaj mężczyźni trzymali te sztylety świadczył ewidentnie o tym, że wiedzą, jak ich użyć, by zadać ból. “Ci dwaj to profesjonaliści, ten duży to osiłek dla postrachu.” – przemknęło przez głowę Garena, nim osiłek wskazał go maczugą i przemówił.

– Odejdź, trepie. Nie Twój interes. – głos miał zły, wręcz metaliczny.

– Dobrze Ci mówi, krwawniku – dorzucił jeden z mniejszych, obracając sztylet w dłoni dla pewniejszego uchwytu.

– Całkiem nierozumnie by było się wtrącać. – efekt pozornej troski psuł trochę kpiący uśmieszek na twarzy zbira.

– Nie mój interes, racja. – rzekł Garen, bez drżenia w głosie. – Przykro mi, trepie – dodał cicho do leżącego u jego stóp mężczyzny. Odwracając się, by odejść z miejsca przyszłej rzezi zauważył łańcuszek okalający przegub drugiego z ładnie odzianych zbirów. Charakterystyczny grawer, z małym znakiem Bogowców na sprzączce. Prezent od ojca Garena na jego osiemnaste urodziny.

Udając ospałość i obojętność wobec sytuacji Garen postąpił kilka kroków, minął trójkę napastników i dopiero zza ich pleców przypuścił atak na bliższego z dwóch elegantów. Szybkim ruchem noża rozpłatał mu gardło, zanurkował pod jego ramieniem i nim ciało opadło na bruk, nie przerywając ciągłości ruchów i wykorzystując impet własnego ciała wbił drugiemu elegantowi jego własny nóż w podbrzusze. Nim dwa razy zabiło serce największego osiłka, obaj jego kompani leżeli w śmieciach ulicy, wijąc się w kałużach krwi, a Garen odskoczył, odsłaniając górne zęby w uśmiechu godnym dzikiego psa.

Czerwona mgiełka zasnuwała oczy Garena, ale wciąż pamiętał on, jaka kara mogła go spotkać z ręki innych Zbieraczy, gdyby zabił jednego z nich.

– Odejdź. Nie Twoja sprawa. – osiłek usłyszał własne słowa, tym, razem skierowane do niego. Nie usłuchał grzecznej prośby, ruszył do ataku, który wprawionemu w bijatykach Garenowi wydał się haniebnie nieskładny i chaotyczny. Wystarczył oszczędny unik w lewo, podbicie ręki uzbrojonej w maczugę i mocne pchnięcie w gardło, by uspokoić oponenta. Garen patrzył w oczy napastnikowi, który zawisł mu z rękach, zawieszony na sztylecie wbitym głęboko we własną tchawicę. Rozszerzone z przerażenia oczy świadczyły, że wielki Zbieracz nie spodziewał się takiego finału starcia, zapewne był bardzo pewny siebie z powodu swoich imponujących gabarytów i masy. Garen wiedział jednak, że na ulicach Ula dużo ważniejsza była szybkość, zręczność, zdolność uników i błyskawicznej oceny sytuacji. Surowa siła była gdzieś na szarym końcu cech mogących przesądzić o wyniku większości bójek, które były codzienną szarością ulic biednej części Miasta Drzwi.

Trup osiłka pacnął w błoto, które zdążyło się już utworzyć z zaczynającego właśnie padać deszczu. Mężczyzna, który uciekał przed trzema napastnikami jęknął przeciągle i całkowicie znieruchomiał. Dało się poznać, że nie żyje. Garen kopnął go dla próby. Zero reakcji. Kopnął raz jeszcze, przewracając mężczyznę na plecy. Zbladł. W błocie u jego stóp leżał jego ojciec. Strużka krwi wypływają z ust zaczynała już czernieć, z głęboko zranionej nogi i poważnej szramy na głowie przestała już nawet sączyć się krew. Ojciec Garena, pijak, Zbieracz, człowiek, który dawał mu dach nad głową przez ponad dwadzieścia lat i którym Garen pomiatał i gardził bardziej, niż kimkolwiek innym. I jedyna osoba, którą na swój sposób kochał.

Garen nachylił się i zerwał z szyi ojca złoty naszyjnik, do tej pory ukryty pod tuniką, wyłuskał spod zaszewki płaszcza sakiewkę, której waga wskazywała na nie więcej, niż dwanaście, może czternaście miedziaków, po czym oddalił się w cień.

Słońce zniknęło całkowicie, a Garen otrząsnął się z zamyślenia. Stał oparty o sklepienie wysokiej bramy prowadzącej z okolic karczmy Proch do Prochu do części Ula, w której królowała Gospoda Pod Gorejącym Człowiekiem. Po jego lewej stronie, jakieś sto metrów dalej, stał ten szurnięty starzec, który nawiał każdego, by myślał o jakichś drzewach. Cholera, niepotrzebny nikomu świadek. Wokół co prawda było ciemno, ale nie tak ciemno, by w ogóle nie dało się rozpoznać w mroku poruszających się postaci. Garen wiedział, że za jakąś godzinę pojawią się Kosy z Alei, wraz z jego znajomym, niedaleko pobliskiego zaułka zacznie krążyć “biedna dziewczyna” szukająca pomocy, a oni wszyscy, wraz z Garenem, zaczekają na jakiegoś mocnego w gębie trepa, który poczuje zew ratowania dziewic z opresji. Garen nie do końca rozumiał, co znaczy “dziewica”, słyszał gdzieś to słowo, i wydało mu się dobre do opisywania słabości.

Czas mijał, robiło się coraz ciemniej, wreszcie zauważył zbliżająca się grupę mężczyzn. Zieleń ich tunik wskazywała na przynależność do gangu Kos. Prowadzona przez nich dziewczyna była o dziwo trzeźwa, co znaczy, że musieli jej więcej zapłacić, ale będzie też bardziej przekonywująca. W kilka chwil dogadano detale przedsięwzięcia, sześciu nożowników zaszyło się w ciemnym zaułku, siódmy był Garen. Zaczęło się czekanie.
Nie minęło dwadzieścia minut, gdy do dziewczyny biegającej i wzywającej pomocy ktoś podszedł. Nachylił się ku niej i cicho z nią rozmawiał, żaden z czekających z zasadzce nie słyszał słów. Jedynie Garen rozpoznał przybysza. Wysoki, cały w bliznach. O dziwnych oczach.

Garen upewnił się, że cienie całkowicie go skrywają, cicho wycofał się z zaułka i ruszył w kierunku Gospody. Nie miał zamiaru dziś umierać. W Ulu każdy musi dbać o siebie. Kosy muszą dziś radzić sobie same.

Upijający się w ponurym milczeniu w Gospodzie Pod Gorejącym Człowiekiem zbir nie przykuwał niczyjej uwagi. Niczyjej, oprócz uwagi skrytej w cieniu dziewczyny, lat może ze dwadzieścia pięć. Początkowo chciała oskubać tego coraz bardziej pijanego trepa, ale potem przypomniała sobie, że obiecała komuś, że rzuci złodziejstwo. Rysy twarzy wskazywały, że dziewczyna była diabelstwem, a szerokie obręcze na przegubach kryły naręczne sztylety. Długie blond włosy rozwiały się w podmuchu gorące powietrza, gdy dziewczyna opuszczała Gospodę. Przyrodnia siostra czekała na nią przy Iglicy.

Rejestr grabarski

– Wszelkie ciała przychodzące do Kostnicy mają trafić do sali przyjęć na drugim piętrze. Jeśli nie są zakontraktowane, mają przebyć proces balsamacji oraz zwłoki muszą być spisane przez skrybę aktualnie pełniącego służbę.
– Sprawdzić kontrakt zwłok. Jeśli zostały zakontraktowane na ożywienie, nie podejmować działań przygotowawczych, należy zawiadomić nekromantę i przenieść ciało do sal przygotowań.
– Sprawdzić dokładnie ciało i upewnić się, iż zostało całkowicie ogołocone z dobytku. Jeśli nie, należy podjąć działania przeszukiwawcze. Nie zlecać zadań pracownikom kontraktowym, nie posiadają oni odpowiednich zdolności. Każde znalezisko oddać do gabinetu przedmiotów.
– Żaden z Grabarzy nie jest odpowiedzialny za przeszukiwanie oddanych zwłok przez osoby trzecie oraz zbieraczy.
– Dobytek ma być przechowywany w sali przyjęć do czasu zgłoszenia się Wtajemniczonego.

12.001 — 17 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Wieczór. — Do Kostnicy przybyły całkowicie ogołocone zwłoki diabelstwa. — Przyczyna zgonu: Zaszlachtowanie (broń tępa?). — Wyraźne ślady przeprowadzenia sekcji na zwłokach, podkrążone oczy, stężenie pośmiertne uniemożliwia wyciągnięcie żelaznego sztyletu z rąk ofiary. — Zbieracz: Gnij. — Wypłacono 4 miedziaki.

12.002 — 17 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Noc. — Do sali przywieziono truchło Bariaura. — Przyczyna zgonu: Najprawdopodobniej zatrucie, bliższe oględziny ujawniają rtęć wypływającą z ust nieboszczyka. — Wyraźne ślady sekcji, powiadomiono odpowiedniego skrybę na temat trującej rtęci w ciele nieboszczyka i ogłoszono stan kwarantanny na terenie drugiego piętra. — Zbieracz: Jun. — Wypłacono 2 miedziaki.

12.003 — 18 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. – Świt. — Przywieziono spopielone zwłoki, najprawdopodobniej człowieka. — Przyczyna zgonu: Nieznana, najprawdopodobniej spalenie (stan zwłok uniemożliwia identyfikację). — Nie ocalało nic. — Zbieracz: Jun. — Wypłacono 1 miedziaka.

12.004 — 18 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Świt. — Do sali przybyły ogołocone zwłoki kobiety z średnim wieku. — Przyczyna zgonu: Pokiereszowanie, rany szarpane (Abishai?). — Wyraźne ślady przeprowadzenia sekcji na zwłokach, dogłębne rany oraz poczerwieniona szyja, w zwłokach znaleziono karteczkę z napisem “Dla Natalii” (imię ofiary?). — Zbieracz: Domiel. — Wypłacono 3 miedziaki.

Wtajemniczony 3-go kręgu, Grafat Górnoposok. — Zawiadomiłem Wtajemniczonego 5-go kręgu, nekromantę/balsamistę Zykfryda o nieustających od wczorajszej nocy chorób powstających na wskutek ciała nr. 12.002, które było wypełnione rtęcią. Grabarz Zykfryd wszczął postępowanie na temat ów ciała przeszukując Ul. Postanowił znaleźć zbieracza Juna. Od wczorajszej nocy zginęło 2 balsamistów. Wtajemniczony 2-go kręgu Ząbiszczur oraz Wtajemniczony 3-go kręgu Saman. Ich akta zostały uzupełnione o zgon.

12.005 — 18 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Późne popołudnie. — Przywieziono zwłoki ludzkiego dziecka w wieku od 5 do 7 lat. — Przyczyna zgonu: Zgnieciona klatka piersiowa (młot?). — Wiek i stan ciała uniemożliwia dokładniejszą identyfikację zwłok. — Zbieracz: Gnij. — Wypłacono 1 miedziaka.

12.006 — 18 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Wieczór. — Do Kostnicy trafiły zwłoki bogatego czarodzieja. — Przyczyna zgonu: Zatrucie rtęcią (powiązanie sytuacji do zwłok nr. 12.002?). — Wyraźne ślady przeprowadzenia sekcji zwłok, na ciele znajdywały się bogato zdobione szaty. Wtajemniczony 2-go kręgu Cyprian postanowił porównać ciało z nr. 12.002. — Zbieracz: Jun. — Wypłacono: 4 miedziaki.

12.007 — 19 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Południe. — Do sali przywieziono zielonego Abishai. — Przyczyna zgonu: Bójka z Tokolą wedle zeznań zbieracza, sekcja zwłok potwierdza walkę z wielkim przeciwnikiem. — Zwłoki są puste. — Zbieracz: Anastazy. — Wypłacono: 2 miedziaki.

12.008 — 20 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Wcześne rano. — Do Kostnicy przywieziono zwłoki zbieracza. — Przyczyna zgonu: Uduszenie (zmiażdżenie narządów wewnętrznych?) złamanie serdecznego palca lewej ręki. — Ofiara to Jun, zbieracz który przyniósł do Kostnicy zwłoki nr. 12.002 oraz zwloki nr. 12.006, zatrute rtęcią. Powiadomiono o sytuacji Grabarza Zykfryda, który wszczął postępowanie na temat zabójstw rtęcią. — Zbieracz: Anastazy. — Wypłacono 1 miedziaka.

Wtajemniczony 3-go kręgu, Grafat Górnoposok. — Sprawa zabójstwa rtęcią przybiera nieprzyjemny obrót. Grabasz Zykfryd został powiadomiony o ofierze nr. 12.008, która może być powiązana ze zwłokami nr. 12.002 oraz zwłokami nr. 12.006. Wtajemniczony 5-go kręgu jednak nie zamierza rezygnować ze sprawy. Wtajemniczony 4-go kręgu Eulogiusz Pacyfista wysłał do drukarni Penna w Dzielnicy Niższej podanie do Harmonium o ochronę sprawy Grabarza Zykfryda. Od ostatniego wpisu zmarł przez chorobę Wtajemniczony 2-go kręgu Kwarcyn, skatalogowano jego zwłoki.

12.009 — 20 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Wczesny wieczór. — Do sali trafił mężczyzna w średnim wieku. — Przyczyna zgonu: Zagłodzenie (wyraźne znaki życia na ulicy). — Brak znaków szczególnych. — Zbieracz: Gnij. — Wypłacono 3 miedziaki.

12.010 — 20 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Wczesny Przeciwszczyt. — Do Kostnicy przybyło truchło zabliźnionego mężczyzny. — Przyczyna zgonu: Rany kłute (drewniany kij?). — Ciało zostało zakontraktowane w 15 dniu 19 roku rządów Faktola Skalla. Truchło odesłano do Wtajemniczonej 5-go kręgu Samanty nekromantki/balsamistki by podjąć działania przygotowawcze. — Zbieracz: Gnij. — Wypłacono 4 miedziaki.

Wtajemniczony 3-go kręgu, Grafat Górnoposok. — Wtajemniczony 5-go kręgu Grabarz Zykfryd zdał sprawozdanie ze śledzctwa dotyczącego zabójstw rtęcią. Znalazł on miejsce morderstwa Bariaura, zwłok nr. 12.002, jest nim mały składzik na prawo od wyjścia z karczmy “Proch do Prochu”. Zawiadomiono wszystkich grabarzy na tamtych terenach o ewakuacji, konieczności ochrony i postawiono tam czterech pracowników kontraktowych mających na celu zawiadomić ludność o zagrożeniu płynącym z odwiedzaniu tamtych terenów. Zwłoki ktore posłużyły do zawiadomienia to: nr. 10.046, 10.097, 10.701 oraz 11.549. Ponadto sprawą zajęło się Harmonium, przybyło 21 dnia 20 roku rządów Faktola Skalla o Świcie odpowiadając na wiadomość do drukarni w Niższej Dzielnicy, postanowili poprzeć w działaniach Grabarza Zykfryda.

12.011 — 21 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Południe. — Do sali przywieziono martwą, pogryzioną kobietę. — Przyczyna zgonu: Zagryzienie na śmierć (pies?). — Kobieta nie posiadała zębów a dziąsła zostały okaleczone i zszyte dawno temu (tortury?). — Zbieracz: Histeryk. — Wypłacono 2 miedziaki.

Wtajemniczony 2-go kręgu, Wieszcz. — Z zapasów w Magazynie zniknęło parę pudełek bandaży, kilka noży i szczelne baryłki z rtęcią. Zawiadomiłem o tym brata Grafata. Prócz tego zwłoki nr. 12.010, widziałem je gdzieś wcześniej. Po bliższym przejrzeniu notatek zauważyłem, że są one bliźniaczo podobne do zwłok nr. 11.959. Zgłosiłem starszemu skrybie Dhallowi wybrakowane kartki w poprzednich rejestrach. Kartek zginęło łącznie 43.

12.012 — 21 dzień 20 roku rządów Faktola Skalla. — Południe. — Na stół trafiły resztki pociętego mężczyzny. — Przyczyna zgonu: Drastyczne zamordowanie ostrzami (cień?…). — Dłuższa sekcja zwłok wykazała śladowe ilości rtęci w ustach ofiary oraz zakrwawioną kartkę z napisem “Od Natalii, Penn”. — Zbieracz: Anna. — Wypłacono 4 miedziaki.

Ostatnia inkarnacja

Zasapany, spocony, ledwo żywy… Wpadł do pomieszczenia na końcu korytarza. Zatrzasnął z hukiem drzwi, a topór mechanicznie wyleciał mu z ręki uderzając o posadzkę, co odbiło się głuchym echem w pomieszczeniu.
Na każdej ścianie tliło się liche światełko pochodzące z zakurzonego miedzianego świecznika.
Mnóstwo uklejonych pajęczyn falowało rytmicznie tuż przed jego twarzą, poruszane gorącym powietrzem wydmuchiwanym z jego nozdrzy.

-Ten trep miał rację. A jeśli się nie uda… Nie! To musi…być… Nie podołasz!

-ZAMKNIJ SIĘ!!!

Krzyknął, a wrzask ogłuszył go na trzy, może cztery sekundy. Gdy doszedł do siebie, głos w jego czaszce ustał. Znów zapadła cisza, co chwila przerywana złośliwymi trzaskmi dochodzącymi może z kąta pomieszczenia, może… z głowy?
Zgiął szybko kark- raz w lewo, raz w prawo. Za pierwszym razem rozległo się ciche “chrup”. Od razu lepiej. Lewą ręką odgarnął pajęczyny zwisające ze starego sufitu. Był wysokim wojownikiem, a zamiatanie czupryną zapuszczonego pomieszczenia nie leżało mu w zwyczaju. Poczęła go męczyć myśl, czy zawsze pakował się z jednego diabelskiego gówna w drugie, większe i bardziej śmierdzące niż oddech baatezu.
Udał się jednak na prawo. Ślady walki i robactwo. Jego uwagę przykuła nagle wschodnia ściana, było w niej coś dziwnego, magnetycznego, jakby rozpalała mu w głowie coś, co do tej pory jedynie się tliło.
W dotyku była zimna jak lodowe sztylety magów, patrząc na nią w głowie imaginował się obraz najostrzejszego noża z możliwych. Po chwili jego oczom ukazało się kilka plamek widniejących na ścianie, które przy wytężeniu wzroku układały się w… litery? Natychmiast chwycił najbliższy świecznik.

-Za Tobą…

przeczytane słowa sprawiły, że odwrócił się w mgnieniu oka, prawą ręką chwycił z ziemi broń i z niebywałą zręcznością zadał cios- topór przeciął ze świstem powietrze. Po chwili jednak rozluźnił wszystkie mięśnie i wrócił do czytania zastanawiając się nad tym, że nawet Modrony nie działają tak mechanicznie jak on.

-Za Tobą- kontynouwał skłądanie plamek w spójną całość- znajduje się sarkofag. Zostawiłem tam coś dla Ciebie…

Tu kończy się zdanie. Następne znajduje się *bardzo* nisko. Rozpoczyna się na ścianie, kończy na podłodze, pisane czymś brunatnoczerwonym.

-Nie udało mi się. Wybacz… dalej… radź sobie sam.

pismo pod koniec staje się niewyraźne, sprowadza się stopniowo do linii prostej. Nagle poczuł dziwne, narastające mrowienie w okolicy skroniowej, które przeradza się w impuls biegnący poprzez bark, coraz mocniejszy- do ramienia, a kończący się wraz z koniuszkiem palca wskazującego u prawej ręki. Mrowienie skupia się chwilowo w jednym miejscu, lekko pulsuje, zanika… W miejscu tym widnieje nie tak bardzo stara blizna, prawdopodobnie efekt rany kłutej, dosć głębokiej.
Szybko wrócił do siebie, lecz natłok myśli nie dawał mu spokoju. Można było bowiem przysiąc że nadawca chciał coś dopisać, ale niestety stało się to niemożliwe. Dookoła niego nie było żadnych zwłok. Jedynie blizny zadane jedynemu obserwatorowi wydarzeń- ścianie. Nosiła na sobie wielę znamion, poprzecinana, stara, umęczona.
Mieli ze sobą wiele wspólnego.

Jego myśli skupione wokół własnej egzystencji pomieszane z pytaniami klasy “co dalej, do jasnej cholery!?” przerwał nagle cichy odgłos. Chrapanie?
Poczatkowo wydawało mu się, że to znów jego tajemnicza, skurlona osobowość daje o sobie znać, bądź wyobraźnia płata mu figle- jako, że katakumby do najprzyjemniejszych miejsc nie należą.
Jednakże coś chrapnęło znowu, sapnęło- dla lepszego efektu.
Wytężył wzrok, zaniepokojony przebiegł po małym pomieszczeniu… nie było nikogo. Tylko on i… sarkofag?

*

Ostrożnie, szykując się na ubicie czaszkoszczura, podszedł do zdobionej trumny.
Przyszykował topór, drugą ręką otworzył górną płytę i już miał utłuc stwora, gdy zobaczył jedynie czaszkę.

Opuścił zatem broń, siadł na podłodze i oparł się o grobowiec. Chwycił głowę w dłonie, z milionem pytań i brakiem jakiegokolwiek wspomnienia. Ani *cienia* w jego głowie. Przebrnął przez dwa długie korytarze katakumb, kto wie jaki szlam czai się teraz na niego za dzwiami. Po co słuchał tego spicowanego dabusa? Ludzie ostrzegali- nie chciał wiedzieć.

W ogromie swoich myśli dobiegło do jego uszu ciche chrapanie.
Znowu…
Tym razem musiał wiedzieć. Zajrzał do sarkofagu- czaszka zniknęła.
Obrócił się w mgnieniu oka i z przerażeniem zauważył, że właśnie lewituje przed nim fragment ludzkiego szkieletu.
Co więcej- to poczęło gadać…

-Hej szefie! Cieszę się, że wróciłeś, ale jeśli mógłbyś z łaski swojej nie zamykać mnie więcej w tej śmierdzącej jak kozie dupsko trumnie- byłbym Ci bardzo wdzięczny!

Czaszka, w ogromie ograniczenia swojej mimiki “twarzy”, sprawiała wrażenie obrażonej.
Widząc jednak zdezorientowaną minę przybysza oraz to, że dłoń coraz mocniej zaciska mu się na broni, czaszka poczęła w popłochu trajkotać:

-Hola! Szefie! O jeden bełt za dużo? Znów nie pamiętasz? Hehe… Pozwól, że co nieco rozjaśnię Ci *pamięć*…

 

Autor: Manta

Opowieści Rdzy

O, cześć, mały. Widziałem cię niedawno u Upadłego. Wyglądasz na kompletnie zielonego w Sigil, co? Może stary Rdza mógłby ci udzielić parę rad. Oczywiście, jeśli postawisz mi bełta. Zgadasz się? Spoko, leć do Barkisa po coś mocnego, ja się tu ładnie ułożę i ci powiem parę rzeczy.

Jesteś już? Świetnie, dawaj to piwo i słuchajta mnie.
Widziałem cię u Upadłego, a to dobry omen nie jest, dla pierwszaka. Że co? Nie wiesz, kto to Upadły? Toż to Dabus, co nie jest Dabusem, kumasz, młody? Lepiej tam nie chodź, bo przyjdzie na ciebie cień Pani. Co? Nie wiesz kto to Pani? Ha! Ludzie, słuchajcie, on nie wie… Ahh, mniejsza o to. Pamietaj, żeby kreślić półokrąg nad sercem, bo Pani Bólu tutaj włada i jak coś zrobisz nie po jej myśli, to cię znajdą w kawałkach i nikt cię nie rozpozna.
Niecierpliwy jesteś, nie? Jestem Rdza, często tutaj bywam, można powiedzieć, że ten Ignus to mój kumpel, tak często go widzę. No, Ignus, ten ogniotrep co lata sobie nad wejściem. Tak, ten, to… Chcesz posłuchać jakiejś starej, dobrej opowieści Rdzy?
Wspaniale, może to ci się pozwoli oswoić z Sigil, ha! Ale ze mnie poeta. Dobra, powiem ci coś o tym, jak pierwszy raz byłem w Sigil. Pamiętam to, niezły młodziak i chwalipięta ze mnie był, miałem takie fikuśne, białe włoski, co to się wszędzie wiły, musiałem to cholerstwo pod szatą chować, tak kiczowato wyglądałem. Ahh, no tak. No więc, wyobraź sobie, że idę laskiem, a tutaj pojawia się przede mną taki wielki, niebieski okrąg. Tak, to portal, tak samo się tutaj znalazłeś, nie? No więc pojawia się, a ja słyszałta już opowieści o tych bramach. No więc włażę do niego cały, nagle okazuje się, że jestem na ulicy jakiejś, portalu nie ma, patrzę w górę, a tam taka… No rozumisz, bo to miasto to taki okrąg, patrzysz w górę i widzisz miasto, przed siebie i widzisz miasto, rozumisz? No, to tak mnie zemdliło, że wyrzygałem śniadanie na chodnik, nie wiem co się dzieje i panikoawć zaczynam, jak bogów kocham! Nie wiem o co chodzi, cały jestem w śniadaniu, rozbolała mnie głowa, a tu przede mną wyskakuje taki Abiszai. Tak! Ten bies ze skrzydłami i podłóżnym pyskiem. No to wyobraź sobie, że wyskakuje przede mnie i gada mi tak niewyraźnie, że mam dać mu całe żarcie jakie mam. A ja nic nie miałem, kapujesz? Nic nie miałem, a Abiszai zaczyna mnie szturchać, to ja taki przerażony stoję jak wryty, jak pierwszy lepszy skurl i gapię się w te czerwone ślepia. No i ten mnie tak pieprznął w gębę, że odleciałem na dwa metry, przez cały dzień mnie to bolało. No to ten zaczyna ze mnie ździerać ciuchy i walić mną o chodnik, chyba wtedy coś mi się stało z kręgosłupem i barkiem.
No, dobra, widzę, że to cię zbytnio nie interesuje, bo ty miałeś to samo, co nie? Ale czekajta, czekajta. Rdza zna mnóstwo opowiastek, dobra, pierwszaku? No, to powiem ci o mojej wyprawie do Zakopanej Wioski. Czy istnieje? No jasne! To nie legenda, chłopcze, byłem tam, nawet nie sam. Towarzyszyło mi trzech luda. Pierwszy to był taki barczysty trep bez lewego oka, za to z dwoma prawymi. Ha! Naprawdę, nosił ze sobą ciągle taki wielki toporek połamany. Była jeszcze taka panienka, Alu-Bies, czy jakoś tak. Świetna była, mówię ci, wszyscy się gapili ciągle na jej tyłek, a ona tylko startowała do każdego ze sztyletami i takimi płomykami w oczach. Trzech? A, racja, był jeszcze Czarny, gość był zgarbiony, miał włosy do kolan, cały był w tatuażach i ciągle obrażał, świeć nad jego dupą, Panią Bólu. W końcu skończył w jakimś labiryncie, bo mi kumpel opowiadał. No, w każdym razie, mieliśmy w Zakopanej Wiosce poszukać Faroda i odebrać od niego kasę dla… No, w każdym bądź razie, przyszliśmy tam i nawet zapomnieliśmy o tym po co tam byliśmy. Powiedział, że jak przyniesiemy mu taką kulę z brązu, to da nam krocie. Pokazał nam taką skrzynię pełną słonecznika. Słonecznika, no brzdęku, miedzi, nie kapisz? No, to powiedział, że nam to da, jak w Zatopionych Ziemiach czy jakoś tak, znajdziemy tę kulkę. Zaczął coś bredzić o duszach, przejściach, sferach, no nie ważne. W końcu doszliśmy, przebijając się przez tabuny kości, do takich… Labiryntów Myśli, jeśli dobrze pamiętam. Na powitanie ktoś zaczął do nas rzucać toporami. Serio! Biegaliśmy we wszystkie strony, aż nie skończyli, a temu trepowi, Czarnemu, nawet odrąbało rękę. Calutką, do barku! Zaczął nieźle krawić, ale polepszyło mu się jak to zawinął szmatami. No to wiesz, wszyscy wyciągamy co mamy, prócz Czarnego, i idziemy do drzwi, a tutaj szczur wielkości Tuskampy! No, żebyś to widział! Taaaki wielki, trzymał taki olbrzymi miecz jednosieczny i se stał taki zgarbiony. Gdyby stanął prosto, pewnie by dorastał do rozmiarów Balora! No to my hop na niego, duży wbija mu topór w czaszkę, panna sztylet w dupę a ja mu tnę rękę, aż miło! No, w międzyczasie biesica została podrapana przez tę mysz w tyłek, to potem wszyscy coraz bardziej się na nią gapili. Ekhm, no, w końcu dochodzimy do tych Zatopionych Jaskiń, a tu pędzi na nas stado Ghuli, które goni Trokopotaka! Dobrze, że szybko biegaliśmy, chociaż dużego udziabał jeden z tych martwych. No, miał takie odbite kły na karku. W każdym razie, idziemy takimi pustymi korytarzami, a tu nagle docieramy do jakiejś wielgachnej krypty, pośrodku jakiś znaczek a dalej wrota i jakiś sarkofag, no to idziemy, a tutaj jak nie strzeliło w dużego! Mówię ci, gigantyczny, zielony piorun pierdyknął w wielkoluda, aż się rozłożył na kawałki! Normalnie wziął i się rozprysnął po całym pomieszczeniu, no to weź, w ogóle stamtąd uciekamy, po drodzie coś zabiło Czarnego, więc zostałem tylko ja i panna, poszliśmy do jakiegoś baru, zacząłem ją klepać po tyłku, a tamta mi sztyletem po twarzy, poszła se i nie widziałem jej więcej. Widzisz tę bliznę na policzku? Tia, to po tej pannie. Potem jeszcze się wróciłem do tych katakumb pod Sigil, a tutaj stoi Czarny! No, ale już zombie, taki bezmyślny idzie w moim kierunku, to rzucam w niego toporem i już więcej tam nigdy nie polazłem.
No, dobra młody, trochę późno się zrobiło, dzięki za bełta, będę tu jeszcze, może jutro, może za miesiąc. Jak ci się trafi na mnie to ci powiem coś więcej. Żegnaj.

O, widzę, że śpiewki starego Rdzy zainteresowały jakiego śmiałka? Ha! Wiedziałem, że tu przyjdziesz. Kto by nie przyszedł? Dobry bełt… No nie bądź taki niecierpliwy, tylko idź do Barkisa i poproś o dwa trunki, przecie nie będę ci kłapał trumną o suchym gardle, nie?
No, to się nazywa piwo. Dobra, słuchaj młodziku, powiem ci o takich dwóch bliźniakach, Saa’Ntu. To było jakąś dekadę temu… Tak! A co żeś myślał, że ja tu nowy? No więc, szedłem jak zwykle do Kostnicy, żeby odnieść parę trucheł, co to znalazłem je na ulicy. Jestem już prawie przy bramie, prowadzącej do tego prosektorium, a tutaj wyskakuje przede mnie dwóch gości. Na początku myślałem, że się spiłem czy coś, że widzę podwójnie, ale nie. Mieli obaj czerwone stroje, ale jeden miał taką srebrną klamrę w kształcie ucha i ręki na ramieniu. Szybko poznałem, że to logo Czuciowców, a tych to ja nie lubię, oj nie. No więc goście mieli takie białe jak mleko włosy. Wszędzie jakieś koraliki czerwono-żółte się przez te ich kłaki przeplatały, a ci stoją przede mną, z taką morderczą miną, za chwilę jeden z nich wyciąga z kieszeni sztylet i mi pod gardło podkłada. No to ja, trochu przerażony, mówię; Czego chcecie? A ten mi odpowiada, że mnie wzywa Współgrobiec. Wtedy jeszcze nie wiedziałem kto to, ale gość mi zabrał wór ze zwłokami, zatachał do Prochów i wziął całą forsę dla siebie. No to mi założyli plecak na głowę i zaczęli gdzieś tachać, ale po dźwięku poznałem, gdzie byliśmy. Plac Szmaciarzy, ot co. No i rozumiesz, nagle stanęliśmy, słyszę jakieś rozmowy. Zdejmuje mi ktoś plecak ze łba i widzę wysokiego, siwego trepa z nożami w pasie, na nogach, rękach, po prostu wszędzie. No i mi gada, że potrzebuje pomocy kogoś, kogo nie zna Margot. Wiesz kto to? Nie? Co ty jeszcze robisz w Sigil, pierwszaku? Dobra, słuchaj. Margot to ten bies wielkości wieży maga, co to rozwala interesy wszystkim wokół. Nietrudno go było nie zauważyć, zajmował pół ulicy i widać go było wszędzie. No, więc ten cały Współgrobiec mi mówi, że Margot jest mu winien kupę forsy i nie chce jej oddać, a ja jestem byle debilem, któremu zakosili zwłoki dla Grabów i wykorzystają do odebrania brzdęku. Myślałem, że mnie nabiera albo szalony, czy coś. Ale nie! Przedstawił mi tych całych braci Saa’Ntu i powiedział, że będą mnie pilnować. No to znów plecak na mózgownicę i jestem na ulicy z tymi dwoma. Gadają coś do mnie o nim, a ja ich nawet nie słucham, nawet odechciało mi się szukać zwłok jak zwyczajny zbieracz, tylko po prostu stałem jak z kijem w tyłku i dopytywałem się, czy ten cały Współgrobiec to kłapał na serio, czy ktoś sobie ze mnie jaja robi. No, w każdym bądź razie, jeden z tych całych Saa’Ntu zaczyna iść w jakimś kierunku, drugi mnie popycha za tamtym. I w końcu zobaczyłem tego Margota. Chłopie, zesrałbyś się na miejscu, gdybyś zobaczył tego trepa. Dziesięć metrów wysokości, miecz trzy razy większy od ciebie i ryj wielkości drzwi do grodu Faroda! A jaki brzydki! W dodatku nie miał uszu, bębenki mu wystawały ze łba i obwiązywał tę kapuchę szmatami, żeby nie dźwięczało mu. I teraz zrozum, że miałem do niego podejść. Nie minąć czy stanąć w odległości kilometra, po prostu podejść i zagadać o miedziakach! Takie przerażenie mnie złapało, że… No, to mnie te dwa skurle popychają w jego stronę, a ja sobie myślę, to już koniec, cholera. Walić to, i tak zaraz umrę, no to idę do niego. Podchodzę, on się zatrzymuje i głową patrzy na mnie. Odwróciłem się jeszcze do tych Saa’Ntu, miałem ucieć, ale wiedziałem, że mnie dorwą. No to ja gadam, “Hej, Współgrobiec chce… Te pieniądze…”, cały czas się jąkam i kulę, taki wielki ten Margot. A on do mnie się odzywa. To teraz wyobraź sobie dźwięk takiego gigantycznego śmiałka, Baatezu, wysokości wielkich budynków. O tak, gość brzmiał jak walący się dom, a w gardle mu się palił ogień! No i mi mówi, że Współgrobiec może sobie ten brzdęk wsadzić, a chwilę potem wyjmuje z pochwy tę siekierę i się zamachuje! To ja, najszybciej jak mogę, zaczynam stamtąd uciekać w przeciwną stronę od tych Saa’Ntu, a gość rozdwaja na połówki jakiegoś przypadkowego gościa. Mózg, serce, wory na pół! Wszędzie walały się flaki po ulicy, a ludzie zaczęli uciekać. Ja też, ale wcześniej się w tego biedaka wgapiłem. No to wchodzę do jakiegoś budynku, zaczynam biec po schodach na górę, a tutaj dachu nie ma! Margot go rozrywa i wywala gdzieś w ogóle w górę, aż to trafia w tę część Sigil, co była nad nami! Znów zamachuje się tym mieczem, ja się kładę na dywanie, a tutaj już nie ma domu! Wszystko w ruinach. Ale chyba wtedy się już uspokoił, bo powiedział, że zabije Współgrobca, a potem na mnie napluł. Wręcz pływałem we flegmie, koleś! Pierwszaku, jak nie poznasz uczucia topienia się w ślinie takiego skurla, nie nazwę cię śmiałkiem, ha! Czyściłem się potem trzy dni, gdy wróciłem tam, okazało się, że Współgrobiec nie żyje, a cały Plac Szmaciarzy jest rozwalony. A Saa’Ntu gdzieś zniknęli wtedy, nie widziałem ich już.

No, to na tyle, dzieciaku. Może jutro albo pojutrze tu będę, a ty? No, świetnie, stary Rdza jeszcze ma mnóstwo opowiastek w rękawie, tylko w zamian za bełta, racja?

Nauka

I pomyśleć, że to zadanie miało być najprostszym stawianym przed nowicjuszami! Kto wpadłby na to, że pięciu szkolących się magów nie poradzi sobie z głupim przywołaniem pospolitego lim-lima? Cholera, a co, gdyby wzięli się za coś trudniejszego? Pewnie połowa Ula poszłaby z dymem, jak wtedy, gdy jakiś dziki czarodziej zapragnął zabawić się świecą!

Parlan siedział przy niewielkim stole w swojej chacie i wciąż czytał pierwszą stronę raportu, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W Sigil nie było oficjalnej gildii magów, samozwańczy nauczyciele, będący często szarlatanami, uczyli podobnych sobie kretynów, jak za pomocą siły woli zmusić piórka do przemieszczania się w powietrzu, nazywając to szumnie MAGIĄ. Niestety, na stu takich debili, znalazł się zawsze jeden, któremu, niestety, udało się zaczerpnąć nieco prawdziwej Mocy. I jeśli nie przestraszyła go sama świadomość, że właśnie samą myślą sprawił, że powietrze wokół stało się przeraźliwie zimne, albo szaty mijającego go na ulicy człowieka zmieniły barwę, zaczynał eksperymentować. I co wtedy?
I wtedy nic i właśnie w tym był cały problem. Parlan wiedział, że magia była, jest i będzie wszędzie i w każdym. Sigil było aż przesycone magią. Cholera, sam Parlan za młodu wystrzelił chcącego go pobić starszego chłopaka w powietrze tylko dlatego, że bardzo się skupił i był wyjątkowo wkurwiony. Szczęśliwie dla niego zdarzenie zauważył przechodzący obok czarodziej i wziął Parlana pod swoje skrzydła, ucząc go, jak zapanować nad swoim darem. Niestety, takich zdarzeń było dużo więcej, a chcących pomóc utalentowanym ludziom magów było dosłownie kilku, skutkiem czego jeden na tysiąc posiadających niezbędne umiejętności, by czerpać z Mocy, mógł liczyć na prawdziwą naukę.
Nawiasem mówiąc, Parlan miał sto dwanaście lat i od ponad stu parał się magią. Mając niecałe dwanaście pieprznął starszym od siebie oponentem o dach jakiejś rudery w Ulu i trafił w ten sposób na nauki do maga mieszkającego na co dzień na Placu Szmaciarzy.
Pobierał nauki aż do trzydziestego piątego roku życia, kiedy to jego mistrz i mentor zginął, rozszarpany przez czarnego abiszai. Gdy młody mag uporał się z poczuciem pustki, doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na uhonorowanie zmarłego mistrza jest założenie szkoły magów, by kontynuować jego dzieło i wolę nauki młodych, utalentowanych chłopców. I tak powstała nieoficjalna szkoła magii, prowadzona przez Parlana od prawie osiemdziesięciu lat. Przez ten czas miał dziewięciu uczniów. Siedzibą była chata jego mentora, mieszcząca się na Placu Szmaciarzy. Miało to dwie główne zalety. Po pierwsze – nikt nie spodziewałby się, by w tak parszywym miejscu szkolili się magowie, co zapewniało im jako taką dyskrecję i spokój. Po drugie – blisko miała swoją chatę Mebbet, stara znachorka, więc gdy jakiś uczeń przez nieuwagę spalił sobie własne ramią, czy skrócił o połowę nogi, tudzież zmienił sobie włosy w syczące węże, a sam Parlan nie miał pomysłu, jak odczynić zaklęcie, miał zawsze blisko do starej Mebbet, która mimo wieku i ogólnego zniedołężnienia miała czysty i bystry umysł. Czasami myślał, że aż za czysty.
Oczywiście był świadom tego, że nie da rady nauczać wszystkich, którzy tego potrzebują. Starał się za to poświęcić jak najwięcej atencji tym, którzy już trafili do niego na nauki. Pierwszych czterech uczniów wyprowadził w świat uzbrojonych w niezbędną wiedzą. Nauczył ich większości z tego, co sam umiał. Nie pokazał im tylko kilku najbardziej złożonych zaklęć, niepewny tego, czy nie wykorzystają ich do złych celów. Nie winili go za to, dobrze pamiętali pierwszą lekcję dotyczącą Sztuki. „Pamiętaj, że adeptów Sztuki zawsze pociąga, by czynić niemożliwe. Łatwiej zaś jest spalić zaklęciem na popiół gmach, w którym jest sto osób, aniżeli te samą setkę ludzi uzdrowić z ran.” – oto było pierwsze zdanie, jakie zawsze słyszał młody adept, chcący okiełznać Moc.

Pierwsi czterej uczniowie trafiali do Parlana pojedynczo, co pozwalała mu skoncentrować cały swój czas na każdym z nich. Następnych pięciu uczniów trafiło do niego jednocześnie. Parlan wiedział już, że popełnił błąd, ucząc ich wszystkich jednocześnie. Musiał coś przeoczyć. To musiała być jego wina.
Pięciu braci stanęło kiedyś na progu jego chaty i poprosiło o naukę. Najstarszy z nich miał niecałe dwadzieścia cztery lata, najmłodszy nieco ponad osiemnaście. Dwóch było bliźniakami. Parlan początkowo nie wierzył, że ta piątka faktycznie ma jakieś zdolności, myślał raczej, że któryś z nich coś posłyszał i wszyscy zamarzyli sobie, że zostaną wielkimi magami. Ludzie posiadający talent zawsze byli jedynakami, jak sam Parlan. Miał więc swoje powody, by nie wierzyć w zapewnienia stojącej przed nim piątki, że wszyscy mają dar i są braćmi. I wtedy stojąca przed nim piątka dała mu powody, by uwierzył.
Młodzi, niepozorni chłopcy wzięli się za ręce tworząc koło, zamknęli oczy i po góra pięciu sekundach poczuł, że ziemia zaczyna drżeć. A po następnych pięciu budynek stojący naprzeciwko jego chaty implodował. To przekonało Parlana. I nie dziwota.
Podjął się więc nauki całej piątki. Chłopcy byli bystrzy, choć każdy na swój sposób. Jedna rzecz niepokoiła nauczyciela w młodych adeptach – łaknęli Mocy bardziej, niż jego poprzedni uczniowie. Gdy kiedyś kot Parlana został zagryziony przez stado czaszkoszczurów, starzec pokazał im, że przy pomocy można wskrzesić zwierzątko. Na ich oczach iskra życia zapłonęła w oczach kocura i po wyleczeniu ran na ciele, po kilku dosłownie dniach, zwierzę z powrotem łaziło po dachach i znosiło do domu myszy upolowane na Placu Szmaciarzy. I wtedy najmłodszy z braci spytał, czy dałoby radę w ten sam sposób sprawić, by ożyły zwłoki ludzkie, albo szkielet, bo słyszał, że to możliwe.. Zbesztany za to, że w ogóle wpadł na tak złowieszczy pomysł, uciekł następnej nocy i słuch o nim zaginął. Parlana dość często dręczyły myśli o tym, jak ten młody w sumie człowiek, który był tak zafascynowany nekromancją, poradził sobie w normalnym życiu, i czy nie będzie niebezpieczny. Dobrze, że chociaż przed jego ucieczką nie zdążył on prawie w ogóle rozwinąć swych umiejętności, dawała to pewność, że jego marzenia o wskrzeszaniu ludzi z grobów przy pomocy myśli pozostaną marzeniami.
Pozostała czwórka uczniów pobierała dalej nauki, aż pewnego dnia nadszedł czas próby – musieli wybrać sobie jakieś zaklęcie z drugie stopnia magii i samodzielnie je rzucić. Ta inicjacja była niezbędna, by w pełni się usamodzielnili i mieli pewności, że kontrolują swój dar magii. Wybrali proste w sumie zaklęcie przywołania istoty z innej sfery.
A teraz nie żyli, wszyscy czterej. A Parlan, trzymający w rękach raport sporządzony przez pewnego zbira na podstawie zeznań świadków, jako ich mistrz, winił za to siebie – przecież oni byli zaledwie uczniami, to on powinien im przekazać całą niezbędną wiedzę, by umieli sobie poradzić z inicjacją. Musiał coś przeoczyć, o czymś zapomnieć. Co się stało, że przywołany przez jego uczniów lim-lim był wrogo nastawiony do tych, którzy go wezwali, że nie imały się go zaklęcia, że zwyczajnie zagryzł ich wszystkich czterech? Musiał znaleźć odpowiedź na te pytania. I wiedział, kto może mu pomóc.
W pięć minut później Parlan pukał do drzwi Mebbet, znachorki z Placu.

-…tyle wiem z relacji świadków. – Zakończył swe sprawozdanie Parlan. Mebbet nalała każdemu kolejną filiżankę naparu sporządzanego z jej tylko znanych ziół, z filiżanek buchnęła para i orzeźwiający zapach.
– Stara Mebbet dużo widzi. Wiele powiedzieć Ci może. A nie boisz się, że za dużo możesz usłyszeć?
– Nie. – Głos starca był mocny, nie było w nim cienia niepewności. – Muszę poznać prawdę o tym, co się stało. Muszę wiedzieć, dlaczego moi uczniowie zginęli.
– Dobrze. Brak strachu przed wiedzą to dowód na poszukiwanie mądrości, stary magu. Jest tylko jedno wytłumaczenie, które wyjaśniałoby owe zajście, o którym mi opowiedziałeś. Jeden z Twoich uczniów pomylił się w inkantacji, co sprawiło, że przywołana przez całą czwórkę istota była im wroga, nie zaś przyjazna. – Oczy Mebbet zalśniły, gdy zwróciła na Parlana swe mlecznobiałe spojrzenie. – A Twego błędu tu nie widzę. Wiesz, że Sztuka obosieczne ma ostrze, czasami wystarczy zwykłe przejęzyczenie, zła kolejność zgłosek, cokolwiek, by zwróciła się Sztuka przeciwko temu, kto chce jej użyć.
– Wiem, ale nie wierzę, by któryś z moich uczniów mógł popełnić tak haniebny błąd.
– W Sigil wiara to siła zdolna kreować teraźniejszość, nie zmieniać przeszłość. – Znachorka uniosła kościsty palec dla podkreślenia wagi swoich słów. – Wiesz o tym, magiku. Sprawdzasz starą Mebbet?
– Nie. Nie sprawdzam Cię. Czasami tylko…
– Wiem. – Przerwała mu staruszka. – Ja też miewam chwile zwątpienia. Nie poddawaj się im.
– Nie poddam się.
– Dobrze. Idź już, idź. Sprawy zaniechaj. Przeszłości cofnąć nie sposób
Staruszka odprowadziła maga do drzwi i zamknęła je za nim. Wokół panowała ciemność (było już dobrze po północy) i cisza, gdzieś z oddali dopływały nikłe głosy wiecznie stojących na posterunku kupców z Tagu. Parlan ruszył żwawym krokiem w stronę swojej chaty, jednak w połowie drogi przystanął i zacisnął pięści. „Nie. – pomyślał. – Nie zostawię tego tak, póki nie będę miał stuprocentowej pewności. Ktoś musi wiedzieć coś, czego nie było w raporcie, a co rzuciłoby więcej światła na sprawę. I jest tylko jedno miejsce, gdzie mógłbym tego kogoś znaleźć. „Pod Gorejącym Człowiekiem”. Nie ma sensu odkładać tego do jutra, im szybciej znajdę tego krwawnika, tym lepiej.” – ostatnie myśli towarzyszyły Parlanowi już w drodze do Gospody.

Starzec raz jeszcze omiótł wzrokiem zadymione wnętrze Gospody Pod Gorejącym Człowiekiem. Od kogo by tu zacząć? Szczerze mówiąc zaufania nie budził w nim ani githzerai stojący niedaleko baru, ani pijana Grabarka, ani tym bardziej dwa biesy stojące w głębi pomieszczenia. Ani tym bardziej nawalony jak stodoła zbir, w ponurym milczeniu wychylający kolejne kubki coraz pośledniejszej jakości bełtu. W ramach wyjaśnienia – mowa tu o zaufaniu w znaczeniu ufności w prawdziwość informacji, którymi ktoś z wyżej wymienionych mógłby zechcieć się podzielić. O dziwo jedyną osobą, która w jakiś dziwny sposób sprawiała wrażenie dobrze poinformowanej, było blondwłose diabelstwo, które niestety opuściło gospodę w chwilę po tym, jak Parlan do niej wszedł. Trudno, trzeba zadowolić się tym, co zostało. Mając do wyboru biesy, githa, zbira i Grabarkę, wybrał tę ostatnią. Pijana, bo pijana, ale przynajmniej nie rzuci się na niego z nożem, czy pazurami.

-…i tyle o tym wiem. Hik! Czy zasłużyłam na coś do picia? – przedstawicielka frakcji Grabarzy puściła oczko do Parlana, czego efektem były niemiłe sensacje w okolicach żołądka maga. Grabarka nie była bynajmniej ładna. I bynajmniej nie pachniała zachęcająco. Ani nawet znośnie.
– Tak. Tu masz kilka miedziaków na kubełek bełtu. – rzucił jej kilka sztuk miedzi, po czym wstał od stolika i ruszył w stronę baru.
Świetnie, pijaczka nie odróżniała abiszai od lim-lima i to nawet na trzeźwo. Niczego się od niej nie dowiedział, równie dobrze mógłby gadać ze ścianą. A tak w ogóle, to nie zachowywała się jak Grabarz. Bies z nią, Parlan miał na głowie co innego.
Kto następny? Trudno, spróbujemy z tym młodzieńcem przy barze. Wyglądał co prawda na zwykłego rzezimieszka, ale tacy, paradoksalnie, często byli dość inteligentni i nad wyraz dobrze poinformowani. Spróbujemy.

-…i to jest tego cień. – zakończył swoją wypowiedź mężczyzna, który na początku rozmowy przedstawił się jako Garen. Co prawda na początku nie chciał mówić, ale sakiewka ciężka od zawartości szybko rozwiązała mu język. Z jego słów wynikało, że przywołany przez magów stwór nie był sprawcą rzezi. Podobno ciała nosiły ślady broni białej i to raczej szersze, niż węższe, mężczyzna sugerował bardziej dwuręczny topór, niż stiletto. Ciekawe, skąd zbir mógł wiedzieć to wszystko? Pewnie miał konszachty ze Zbieraczami.
– Kto mógł to zrobić? – Parlan postarał się, by jego ton zabrzmiał zdawkowo, nie chciał dać po sobie poznać, że na tej informacji zależy mu najbardziej, bo gdyby zbir to wyczuł, mógłby zarządać dodatkowych miedziaków.
– Nie wiem, i wiedzieć nie chce, śmiałku. – brzmiała odpowiedź. – Widzę po Tobie, że nie z czystej ciekawości pytasz, jak na mój gust, toś jest magiem, jak i tamci byli. Powiem Ci coś. Widziałem ja różnych krwawników i różne sztuki. A prawda jest taka, że najśmielszy trep, gdy weźmie przez łeb toporem, zwykłym truposzem się staje. Rozumiesz?
– Rozumiem. – Parlan zdziwił się, że ten młodziak tak szybko go przejrzał, ale nie dał po sobie poznać.
– Masz jeszcze jakieś pytania? – zbir wychylił z kubka, otarł usta wierzchem dłoni.
– Nie. Pozwól jednak, że postawię Ci kolejkę. – po tych słowach zbir popatrzył na maga z nieskrywanym podziwem.
– Nie trzeba. Pamiętaj o mojej radzie, śmiałku. Wrogiem Ci nie jestem, o tym też nie przepomnij.
Parlan ukłonił się, chociaż nie miał w zwyczaju zachowywać się tak wobec zbirów pałętających się po ulicach Sigil i ruszył do wyjścia. Coś dziwnego było w tym mężczyźnie, coś… niecodziennego. Starzec był pewny, że jego rozmówca umiałby bez mrugnięcia okiem rozpłatać gardło każdemu, kto by mu się nie spodobał, a jednak Parlanowi okazał szacunek i obdarzył dobrą radą na drogę. Szacunek okazany przez zbira w Mieście Drzwi to rzecz równie niespotykana, co ładna dziwka stojąca na ulicach Ula.
Tak, czy inaczej, Parlan już wiedział, gdzie znajdzie ostateczną odpowiedź na dręczące go wątpliwości śmierci swoich uczniów. Ktoś, kto kładzie trupem czterech parających się Sztuką i uchodzi cało, po czym znika jak sen złoty, nie jest byle kim. A ktoś, kto nie jest byle kim, na pewno został już dawno zauważony przez tych, którzy umieją patrzeć. W Sigil było miejsce, gdzie spotykali się wszyscy, którzy umieli patrzeć. Gmach Rozrywki.
Mag wyszedł przed drzwi Gospody i od razu skierował swoje kroki ku Dzielnicy Urzędników.

Autor: KaneLynch