Rozdział V

Fire and Dust – Trzykrotnie otwarta brama

Pobiegłem za Ezechiaszem. Po drodze opowiedział mi, jak wspólnie z Wheezle’em przeczesywali obszar wokół frontowego wejścia do Kostnicy w poszukiwaniu domniemanego strzelca. Nie było to łatwe zadanie, zważywszy na to, że większość okolicznych budynków stała w płomieniach. Znaleźli co prawda kilka stanowisk, z których można było wystrzelić ognistą kulę lub strzałę i podpalić skąpanego w oleju olbrzyma, ale na żadnym nie zastali żywej duszy.

Poszukiwania z każdą minutą stawały się coraz trudniejsze, ponieważ z okolicznych budynków zaczęli wybiegać na ulicę spanikowani mieszkańcy. Niektórzy próbowali gasić pożar wodą z pobliskich studni. W którymś momencie Ezechiasz wypatrzył w tłumie znajomą twarz ‒ jednego z napastników z gmachu sądu, brodatego trepa z rozjaśnioną do bieli czupryną. Mężczyzna nonszalancko opierał się o na wpół zburzoną kamienną ścianę, a zza pasa wystawała mu upstrzona czerwienią różdżka z kości słoniowej.

Blondas, jak nazwał go chłopak, jeszcze przez kilka minut przyglądał się reakcji mieszkańców na pożar, po czym oddalił się w głąb Ula. Ezechiasz i Wheezle podążyli jego śladem, trzymając się w bezpiecznej odległości, ale stale rosnące tłumy gapiów utrudniały im obserwację. W pewnej chwili stracili cel z oczu; odnaleźli go dopiero, gdy skręcili w alejkę, z której dobiegały odgłosy walki.

Szczęśliwym (dla nich) zbiegiem okoliczności Blondas niefortunnie wybrał kierunek i wpadł w sam środek Parady Ekstatycznego Tańca, która właśnie sunęła jedną z mniejszych uliczek Sigil. Ezechiasz o istnieniu ekstatyków dowiedział się dopiero przed chwilą od Wheezle’a, ale ja mogłem się pochwalić sporą wiedzą na ich temat ‒ w końcu kilka lat temu przetańczyłem w ich gronie bite trzy dni…

Parada ekstatyków od ponad czterech stuleci bez wytchnienia przemierza miasto, wciągając w swe szeregi coraz to nowych miłośników pijaństwa i zamętu. Charakter tańca wyznacza osoba, która w danym momencie znajduje się na czele zgromadzenia, a kilka kroków za nią podąża dziesięciu śmiałków zwanych Powiernikami Krowy. Samej krowy próżno jednak szukać; Powiernicy dźwigają na barkach drewnianą platformę ‒ pustą i w dodatku najeżoną drzazgami, o czym miałem się okazję boleśnie przekonać. Może kiedyś, gdy inicjatywa dopiero się rozkręcała, na platformie faktycznie noszono żywą lub rzeźbioną krowę, ale w którymś momencie uznano ją za zbędną i pozostawiono sam podest.

Nawet Guwernaci nie pamiętają, w jaki sposób rozpoczęła się parada, ani jaki cel miał jej przyświecać. Śmiałkowie, którzy dziś się do niej przyłączają, zwykle chcą sobie po prostu potańczyć i pożłopać bełt, dopóki nie wylądują bez przytomności w ulicznym rynsztoku. Niektórzy dodają sobie animuszu, pociągając łyki z własnych bukłaków, ale z reguły nie trzeba mieć przy sobie alkoholu; dostarczanie napitku uczestnikom parady ma podobno przynosić wielkie szczęście. Kiedy sam brałem udział w pochodzie, kilka starowinek prosiło mnie wręcz, bym przyjął od nich nieco samogonu, w nadziei, że podarek ukoi ich reumatyzm. Kto wie, może faktycznie im to pomogło? Kiedy tak biegały za mną z bełtem, wydawały się całkiem zręczne.

Wracając jednak do rzeczy ‒ Blondas Ogniomiot bezwiednie znalazł się w samym sercu parady. Próbując się przecisnąć, potrącił kilku Powierników Krowy, co wywołało ze strony pijanych tancerzy reakcję, jakiej można się było spodziewać ‒ po krótkiej wymianie ciosów trepa pozbawiono odzieży i wrzucono na platformę, a jego ubranie i dobytek stratowały dziesiątki plączących się stóp.

‒ Mam nadzieję, że przejęliście jego różdżkę ‒ zwróciłem się do Ezechiasza. Chłopak odrzekł, że owszem, udało im się, ale z wielkim trudem. Wiadomo, że w slumsach Ula jedynie psie odchody mogą się walać po ulicy, nie stając się obiektem niczyjego pożądania. Mieniem Blondasa natychmiast zainteresowało się wiele chciwych rąk; na szczęście do akcji wkroczył wówczas Wheezle. Wyjął z kieszeni kawałek wełny, wykonał kilka gestów i wypowiedział zaklęcie, a po chwili z przeciwległej uliczki wyszedł ku złodziejaszkom patrol Strażników Harmonium o wyjątkowo nieprzyjemnych obliczach. Rabusie natychmiast usunęli się z pola widzenia i Ezechiasz pędem czmychnął po dobytek Blondasa.

‒ Wziąłeś też jego ubrania? ‒ spytałem.
‒ Wszystko ‒ odparł z uśmiechem chłopak. ‒ Zabraliśmy wszystko, co miał. Jak tylko wróciłem z rzeczami, strażnicy dosłownie rozpłynęli się w powietrzu. Wheezle jest naprawdę dobry w takich sztuczkach.
‒ Gnomy mają smykałkę do kuglarstwa ‒ zgodziłem się z nim, po czym zapytałem o dalszy ciąg historii. Jak się okazało, ekstatycy nieśli Blondasa na krowiej platformie jeszcze przez kilka przecznic, dopóki nie zdołał chwycić się rozwieszonego pomiędzy budynkami sznura na pranie, wspiąć na wysokość drugiego piętra i wskoczyć przez otwarte okno do czyjegoś leża. Niemal natychmiast z wnętrza kamienicy na ulicę spłynął potok przekleństw; wkrótce potem Blondas ukazał się ponownie. Wybiegł przez frontowe drzwi z miską makaronu na głowie, w ręku dzierżąc parę podwędzonych ze sznura spodni.

Tym razem udało mu się wyminąć roztańczonych ekstatyków. Skręcił w boczną alejkę, by założyć spodnie, a następnie udał się do obskurnego salonu tatuażu, którego według doniesień Ezechiasza i Wheezle’a do tej pory nie opuścił.

‒ Myślisz, że ci bandyci mają tam kryjówkę? ‒ zapytałem.
‒ Nie ‒ odpowiedział. ‒ Myślę, że gość robi sobie tatuaż.


Kiedy znaleźliśmy się w pobliżu salonu, zacząłem się rozglądać za naszym znajomym gnomem, ale nigdzie nie było go widać. Ezechiasz zaprowadził mnie do zacienionej alejki, która dawała nam dobry widok na okolicę i umożliwiała dyskretną obserwację. Gdy tylko znaleźliśmy dla siebie dogodne miejsce, usłyszałem za plecami głos:
‒ Nadal nie wyszedł.
Poczułem na rękach gęsią skórkę.
‒ Wheezle, jesteś niewidzialny, prawda?
‒ Owszem, czcigodny panie Cavendish. ‒ Nie widziałem go, ale coś mi mówiło, że właśnie się przede mną kłaniał.
‒ W takim razie pewnie zajrzałeś do wnętrza salonu i wiesz, co się tam dzieje?
‒ W istocie. Pan Blondas kazał wytatuować sobie na prawym przedramieniu własną podobiznę.
‒ A to ciekawe… ‒ Zamyśliłem się na chwilę. Tatuaże cieszą się sporą popularnością zarówno w Sigil, jak i w całych Sferach Zewnętrznych, ale nigdy przedtem nie spotkałem się z ideą zdobienia ciała własnymi portretami. Większość śmiałków decyduje się na magiczne symbole, emblematy klanowe albo wizerunki wrogów, których pokonali, a nie swoje poczciwe facjaty. Właściwie to w ogóle rzadko widuje się twarze ‒ w końcu trzeba nie lada mistrza, żeby wyczarować na skórze coś, co zachowałoby choć krztynę realizmu.
‒ Powiedz coś więcej ‒ poprosiłem niewidzialnego Wheezle’a.
‒ Pan Blondas wszedł do salonu i chwilę rozmawiał z właścicielką. To drowka, a jak panu zapewne wiadomo, mroczne elfy mają talent do wszelkich sztuk, więc pewnie jest dobrą tatuażystką…
‒ Jestem tego świadomy, Wheezle. Kontynuuj.
‒ Ależ oczywiście, czcigodny panie Cavendish. ‒ Tym razem wychwyciłem delikatny szelest szat towarzyszący pokłonowi. ‒ Niestety nie udało mi się podejść dość blisko, by usłyszeć, co dokładnie pan Blondas powiedział tej kobiecie. Wyglądało na to, że dość zawzięcie negocjowali warunki zlecenia.
‒ No, przecież mamy jego pieniądze ‒ wtrącił się Ezechiasz, wyciągając w stronę Wheezle’a podeptane ubrania Blondasa.
‒ W końcu ‒ ciągnął Wheezle ‒ zdjął z palca złoty pierścień i dał go właścicielce. Ekstatycy musieli go przeoczyć, kiedy go rozbierali. Chwilę potem kobieta zabrała się do pracy nad jego ręką. Kiedy stało się jasne, że trochę to potrwa, wróciłem tutaj, a pan Ezechiasz zaoferował, że wróci w okolice Kostnicy i poszuka reszty zespołu.

Wyglądało na to, że mamy czas, więc zdałem im jeszcze pokrótce raport z własnych poczynań. Opowiedziałem o tym, jak Oonah i Kiripao ruszyli śladem złodziei, a Yasmin i ja rozprawiliśmy się z upiorami. Kiedy opisywałem atak nieumarłych na Grabarzy, Wheezle zrobił się dziwnie cichy. Może poruszył go tak fakt, że upiory złamały Pakt Umarłych, a może ubolewał nad śmiercią swych towarzyszy. Właściwie równie dobrze mógł się cieszyć na wieść o tym, że odnaleźli w końcu spokój Prawdziwej Śmierci… Za procesami myślowymi Grabarzy naprawdę ciężko nadążyć.

Podczas gdy Wheezle w cichości ducha radował się bądź rozpaczał, ja zająłem się przeglądaniem dobytku Blondasa. Jego ubrania były proste, ale solidnie uszyte, o kroju, który nie przykuwał w Ulu niepożądanej uwagi. Nie zaskoczyło mnie, że pokrywała je warstwa tego samego biało-brązowego pyłu, który widziałem na upiorach. Czy ta substancja miała jakieś znaczenie? Zapewne tak, ale póki co nie miałem nawet co snuć domysłów.

Bardziej interesowały mnie przedmioty, które miał przy sobie. Była wśród nich rzecz jasna różdżka ogniowa. Nie chciałem dotykać jej gołą dłonią na wypadek, gdyby była jakoś uzbrojona. Postanowiłem, że najlepiej będzie, jak zatrzyma ją Ezechiasz – może jego wspaniały wujek Toby nauczył go również, jak się obchodzić z magiczną bronią… Wśród dobytku Blondasa znalazł się również sztylet z ostrzem pokrytym lepką zieloną żywicą, bez wątpienia trującą, oraz platynowy łańcuszek, który musiał pęknąć podczas walki z ekstatykami. W sakiewce znalazłem sztywną kartkę z atramentowym szkicem jego własnej twarzy.
‒ Hm ‒ mruknąłem do siebie. ‒ Gość musi uwielbiać swoją facjatę. ‒ Bo jak to inaczej wyjaśnić? Jak tylko zgubił swój portret, poleciał wytatuować sobie nowy. Był nawet gotów rozstać się ze złotym pierścieniem. W moim mniemaniu przekraczało to granice narcyzmu ‒ nawet ja, gdybym stracił większość brzdęku, nie wydałbym ostatnich miedziaków na taki popis próżności. Blondas musiał mieć powód, dla którego desperacko potrzebował swojej podobizny… Coś takiego na odległość zalatywało magią.
‒ Dobra, magicy ‒ zwróciłem się do Ezechiasza i Wheezle’a. ‒ Jakie zaklęcie wymaga noszenia przy sobie własnego portretu?
‒ Ciekawe pytanie, drogi panie ‒ odrzekł Wheezle. ‒ Niestety nie znam na nie odpowiedzi. Istnieje wiele szkół magii i każda rządzi się własnymi prawami. Dwie osoby mogą rzucić ten sam czar, używając do tego zupełnie różnych składników. Szczególnie pomysłowi i ekscentryczni bywają czarodzieje z Pierwszej.
‒ Co racja, to racja ‒ odrzekłem, zerkając wymownie na Ezechiasza.


Blondas opuścił salon kilka minut przed tym, jak pobliski zegar oznajmił nam nadejście szczytu. Niewidzialny Wheezle obserwował przybytek z bliska i ostrzegł nas, zanim trep pojawił się w drzwiach; kiedy wyszedł na ulicę, byliśmy już poza zasięgiem jego wzroku. Minął nas, pochłonięty rozsmarowywaniem na przedramieniu jakiejś żółtawej maści. Tatuaż zajmował całą jego uwagę – nieustannie się nań gapił, oglądał go wnikliwie pod różnymi kątami i dotykał palcami. Nie zwracał najmniejszej uwagi na to, co się wokół niego działo, dzięki czemu mogliśmy bez obaw podążać za nim przez tłoczne ulice Ula.
Mijał tymczasem wszystkie kluczowe widoki slumsów: obskurne sklepiki, przesyconych bełtem żuli leżących bez przytomności na bruku, dzieciaki okradające przechodniów pod przykrywką gry w berka.

Przeciśnięcie się do celu przez labirynt uliczek zajęło mu prawie godzinę. Od pewnego momentu miałem już mocne przeczucie co do tego, dokąd zmierzał: ponad budynkami zamajaczyła nam wysoka na co najmniej dwadzieścia kondygnacji konstrukcja z drewna. Przypominała rusztowanie, wokół którego spiralą wznosiły się wielkie szklane zbiorniki. Każda z kadzi, szeroka na około dziesięć kroków i wysoka na co najmniej sześć metrów, była wypełniona mętną wodą. W każdej pływały ryby, niespokojnie ocierając się o przezroczyste ściany.

Było to osławione sigilijskie Pionowe Morze – hodowla ryb stworzona wiele lat temu przez maga o imieniu Churtellius, który bez wątpienia władał potężną mocą, ale na kartach historii zapisał się wyłącznie jako miłośnik owoców morza. Samodzielnie skonstruował zbiorniki i nasycił każdy z nich magią, by szkło wytrzymało ciężar wody. Osobiście nadzorował budowę rusztowania, a wcześniej sam zaprojektował cały ten labirynt ramp, stojaków i platform, w którym kadzie z pozoru wisiały jak bombki na chaotycznie przybranej choince, a w rzeczywistości idealnie równoważyły całą konstrukcję. Opracował nawet złożone harmonogramy wymiany wody, karmienia ryb, połowów i dostaw ułówku na Wielki Bazar. Bardzo możliwe, że stworzył Pionowe Morze z czysto altruistycznych pobudek, chcąc zapewnić Sigil dostatek świeżych dorszy, łososi i przegrzebków… ale śpiewka niesie, że był po prostu kolejnym stukniętym czaromiotem gotowym zaprzedać duszę za kawałek wędzonego śledzika.

Blondas zatrzymał się u podstawy rusztowania, pogadał chwilę ze strażnikami pilnującymi wejściowej rampy, po czym rozpoczął wspinaczkę w górę spiralnej konstrukcji.
‒ Idź za nim, Wheezle ‒ szepnąłem, choć nie miałem pojęcia, czy gnom mógł mnie w tej chwili usłyszeć. Być może deptał Blondasowi po piętach już od momentu, kiedy Ezechiasz i ja opuściliśmy swą kryjówkę nieopodal salonu tatuażu.
‒ My też mamy iść? ‒ zapytał chłopak.
‒ My mamy obserwować ‒ odparłem. ‒ Jeśli znajdziemy dowody na to, że to baza wroga, zgłosimy się do lady Erin. Już ona zdybie tych trepów i da im popalić. Ja nie mam zamiaru porywać się na bandę krwawników miotających ogniem.
‒ Zauważyłeś, że kiedy zbytnio się ekscytujesz, zaczynasz mówić jak normalni Sigilijczycy? „Trepy”, „krwawnicy” i tak dalej?
‒ Szpicuj się, skurlony gnojku.
Ezechiasz uśmiechnął się od ucha do ucha.


Kazałem chłopakowi stać na warcie przy rusztowaniu, a sam udałem się na poszukiwania dogodnego punktu, skąd mielibyśmy dobry widok na Pionowe Morze. W końcu trafiłem do jednej z pobliskich kamienic ‒ była podobna do tej, z której obserwowaliśmy Kostnicę, z tym że jej schody prowadziły aż na dach. Znajdował się na nim, podobnie jak na większości dachów w Ulu, żałośnie zaniedbany warzywnik, w którym prawie nic nie rosło. Poza nim dopatrzyłem się tylko kilku niewielkich klatek z kurami należącymi zapewne do mieszkańców kamienicy i całej masy ptasich odchodów. Stąpałem po nich ostrożnie – wydawały pod moimi podeszwami bardzo interesujący dźwięk. Unoszący się dookoła zapach również mnie intrygował.

Kucnąłem za jedną z klatek i spojrzałem ponad uliczką na Pionowe Morze. Po rusztowaniu krzątali się śmiałkowie zajmujący się zbiornikami – stawali na platformach ponad powierzchnią wody, wyławiali sieci pełne ryb i wrzucali ich zawartość do taczek, a następnie schodzili z nimi na dół po rampach. Blondas zaś wspinał się coraz wyżej, slalomem przeciskając się między robotnikami. W międzyczasie dołączyły do niego dwie znajome twarze – pozostali piromani z gmachu sądu. W rękach znów dzierżyli ogniowe różdżki.

Dokąd zmierzali? Podążyłem wzrokiem w górę rusztowania, rozglądając się za czymś niecodziennym, i nieco poniżej mojego punktu obserwacyjnego zobaczyłem… Yasmin. Gdyby nie bystre oczy Czuciowca, pewnie bym ją przeoczył. Miała na sobie bury strój roboczy, a twarz wysmarowała sadzą, jednak mój wzrok przykuły charakterystyczne wyrostki na jej przedramionach i zwinięty w rulon szkic, który od czasu do czasu rozwijała, by przyjrzeć się zawartości, jak gdyby miała przed sobą listę poleceń do wykonania. Jej przebranie było najwyraźniej przekonujące – robotnicy krzątali się obok, nie zwracając na nią żadnej uwagi.

Zaraz po tym, jak rozpoznałem Yasmin, w oczy rzucili mi się wlokący się nieopodal Oonah i Kiripao. Guwernatka nadal miała przy sobie laskę, a braciszka Szyfra otaczała aura zdradzieckiego spokoju, ale oni też dołożyli starań, by wyglądać na robotników – właśnie nader powoli pchali przed sobą pustą taczkę. Założyłem, że do Pionowego Morza doprowadził ich trop githzerai i githyanki, i moje przypuszczenie szybko się potwierdziło; złodziei wypatrzyłem na jeszcze wyższych partiach rusztowania, niemal na wysokości mojego dachu.

Ciągle mieli na sobie grabarskie szaty, a kaptury naciągnęli mocno na twarze. Ich stroje przyciągały ciekawskie spojrzenia robotników, ale z pewnością był to ułamek zainteresowania, jakie wzbudzałby widok kroczących ramię w ramię githzerai i githyanki. Wkrótce zeskoczyli z głównej rampy na podest zawieszony nad zbiornikiem. Pływały w nim kolenie ‒ miniaturowe, niespełna metrowe rekiny o wygłodniałych spojrzeniach.

Wytężałem wzrok, zastanawiając się, czego złodzieje mogli szukać w takim ślepym zaułku. Wtem zauważyłem, że wsporniki podtrzymujące zbiornik znajdujący się nad ich głowami układały się w łuk… Łuk, który właśnie zaczął świecić.
‒ Szpicowańcy ‒ syknąłem do siebie. ‒ Mają portal. ‒ Właściwie to nie powinien mnie dziwić widok bramy do innej sfery wśród rusztowań Pionowego Morza. Sigil znane jest w całym Wieloświecie jako Miasto Drzwi; miejsce, w którym od portali roi się bardziej niż od szczurów. A szczurów mamy pod dostatkiem. Idąc dowolną uliczką, można mieć pewność, że prędzej czy później minie się jakiś portal (lub niebacznie weń wlezie). Mogą nim być drzwi piekarni, krużganek świątyni czy nawet przestrzeń pod opartą o ścianę drabiną. Dowolny łuk, nawet bardzo prowizoryczny, ma szansę kryć w sobie portal do dowolnego miejsca w Wieloświecie ‒ od idyllicznych łąk Elizjum po najniższe warstwy Otchłani.

Rzecz jasna portale są w większości kapryśne i nie działają, o ile nie mamy przy sobie właściwego „klucza”. Załóżmy, że wiemy o istnieniu portalu w drzwiach miejscowego warzywniaka. Znakomitą większość razy drzwi zaprowadzą nas do wnętrza sklepu i naszym oczom ukażą się skrzynie z sałatą… Jeśli jednak przejdziemy przez nie, niosąc odpowiedni przedmiot ‒ srebrny kielich, trójkątny skrawek tkaniny, sznur z pętlami na obu końcach, cokolwiek innego ‒ trafimy w miejsce bardzo odległe od domu. Ponadto jeśli w przejściu znajdą się w tym momencie inne osoby, one również zostaną przeniesione. Otwarte portale są bardzo łakome.

Nie powinien też nikogo dziwić fakt, że w Mieście Drzwi rzeczone drzwi stanowią ważny element gospodarki… zwłaszcza wśród miejscowych magów. Niektórzy specjalizują się w wykrywaniu nowych portali i odgadywaniu, dokąd prowadzą oraz jakich kluczy potrzeba do ich otwarcia. Inni zajmują się ochroną budynków ‒ za sowitą opłatę są w stanie otoczyć dom zaklęciem, dzięki któremu właściciel może spać spokojnie, wiedząc, że jego sypialnia nie stanie się nagle bramą do Sfery Żywiołu Ognia. Trzeci rodzaj czarodziejów to ci, którzy oddają się zgłębianiu istoty samego zjawiska i próbują odkryć, jak portale powstają, dlaczego działają i w jaki sposób dobierane są do nich klucze. Prędzej czy później tego typu badacze zawsze tracą rozum. Moim zdaniem istnienia portali nie da się wytłumaczyć za pomocą żadnych racjonalnych przesłanek. Wymykają się wszelkim regułom i robią, co chcą… Czasami chcą na przykład zająć łuk nad podestem na dziesiątym piętrze Pionowego Morza.

Githyanki i githzerai szli nieśpiesznie wzdłuż rusztowania, ukradkowo rozglądając się dookoła. Ich spojrzenia kilkakrotnie omiotły również moją kryjówkę, ale najwyraźniej mnie nie zauważyli. Gdy upewnili się, że nikt na nich nie patrzy, postawili jeszcze kilka kroków naprzód i zniknęli. Byłem zbyt daleko, by dostrzec, co na moment ukazało się po drugiej stronie przejścia; zobaczyłem tylko, jak z portalu wydobywa się tuman pyłu, a następnie powoli osiada na podeście i powierzchni wody.

Kilka chwil później ujrzałem trójkę moich kompanów. Nadal pchali taczkę, udając sumiennych pracowników hodowli. Spostrzegawcza Oonah natychmiast zauważyła i wskazała palcem chmurę pyłu i poświatę wokół łuku, na co brat Kiripao bez chwili zastanowienia rzucił się w stronę portalu. Było już jednak za późno ‒ przebiegł pod łukiem i zatrzymał się kilka kroków za nim, nie opuściwszy wcale Pionowego Morza. Typowe zachowanie Szyfra: puścić się pędem naprzód, bez krztyny rozwagi. Oonah i Yasmin weszły za nim na podest i zaczęły go besztać… I właśnie wtedy pojawił się za nimi Blondas ze swoją ekipą.

Muszę mu przyznać, że wykazał się spostrzegawczością, rozpoznając Jej Ekscelencję w tym zgrzebnym robotniczym stroju. Z drugiej strony ciągle miała przy sobie srebrną laskę, którą gość mógł dobrze pamiętać. W każdym razie gdy tylko na nią spojrzał, z ruchu jego warg wyczytałem wściekłe „DeVail”. Musiał zdać sobie sprawę z tego, że Guwernaci węszący w pobliżu portalu nie wróżą nic dobrego, i najwidoczniej postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, bo właśnie wyrwał różdżkę jednemu ze swych towarzyszy i krzyknął:
‒ Stać!
Yasmin i Oonah zastygły w bezruchu. Kiripao ruszył z powrotem przez nieaktywny portal; wyglądało na to, że zamierza sam zaatakować trzech napastników, ale Yasmin w porę chwyciła go za ramię i wysyczała mu coś do ucha. Braciszek natychmiast się uspokoił i zwrócił do Blondasa:
‒ Nie odważysz się użyć tu ognia. ‒ Jego głos był tak donośny, że wyraźnie słyszałem każde słowo. ‒ Rusztowanie jest z drewna, a ty za wysoko się wspiąłeś. Jeśli podpalisz Morze, nie zdążysz zejść na dół. Spadną ci na łeb hektolitry wody.
‒ Nie masz pojęcia, na co się odważę ‒ syknął Blondas. ‒ Rzućcie broń i kładźcie się twarzą do ziemi.
‒ Jaką broń? ‒ zaczęła niewinnie Yasmin, robiąc krok do przodu. ‒ Nie mam broni. Spójrz, to tylko papier. ‒ Pomachała zwiniętym w rulon szkicem; na jej plecach wyraźnie widziałem zarys długiego miecza ukrytego pod roboczym strojem.
‒ Jeszcze krok i strzelę ‒ ostrzegł Blondas. ‒ Chcesz się przekonać? Po całym tym syfie, jaki mnie dziś spotkał, brakuje mi jeszcze tylko kaduka łżącego mi w żywe oczy.
Yasmin zacisnęła zęby; podobnie groźne miny przybrali dwaj towarzysze Blondasa. Nie wyglądali wprawdzie, jakby rwali się do podpalania rusztowania, na którym stali, ale widać było, że boją się sprzeciwić przywódcy.
‒ Nie stawiaj się ‒ powiedziała Oonah, kładąc Yasmin dłoń na ramieniu, po czym pociągnęła dziewczynę do tyłu. ‒ Bądź rozsądna.
‒ Najrozsądniej będzie, jak się położycie! ‒ krzyknął Blondas. ‒ Już!

Ech, gdybym tylko miał kuszę, albo nawet większy kamień, który mógłbym cisnąć w ten jego tleniony łeb. Miałem spore szanse trafić ‒ dzieląca nas ulica była żałośnie wąska, jak zresztą większość przecznic w Ulu. Niestety na dachu, na który trafiłem, nie znajdowało się nic prócz żałosnego ogródka z małymi kamyczkami i klatek z kurami… Nagle doznałem olśnienia.

Podczas gdy reszta mojej drużyny tkwiła w martwym punkcie, otworzyłem pierwszą z brzegu klatkę. ‒ Dobry kurczak ‒ szepnąłem. ‒ Miły kurczak, cichutki kurczak… ‒ Siedząca wewnątrz kura gniewnie łypnęła na mnie jednym okiem. Po drugim został jej pusty oczodół; najwyraźniej straciła je w jakiejś dawnej bitwie z inną kurą lub kotem. Miałem nadzieję, że nie oznacza to, że mam do czynienia z wyjątkowo bitnym ptakiem… W końcu siedziała na jajku, którym zamierzałem odwrócić uwagę Blondasa.
‒ W innych okolicznościach ‒ starałem się przybrać jak najbardziej kojący ton głosu ‒ przez myśl by mi nie przeszło, żeby odbierać damie potomstwo. Ale widzisz, to wyjątkowa sytuacja, sprawa życia i śmierci… Od tego jajka mogą zależeć losy całego miasta. Dlatego bądź cicho i pozwól mi… ‒ Złośliwa kwoka dziobnęła mnie w rękę tak mocno, że poleciała mi krew. Przygryzłem wargę, żeby nie syknąć z bólu, i czym prędzej porwałem cholerne jajko. Kura zagdakała, ale krótko i z rezygnacją; widocznie przywykła do śmiałków porywających jej dzieci.

Blondas nie zareagował na gdakanie; całą uwagę skupił na moich towarzyszach, którzy powoli się od niego oddalali, nie wysyłając przy tym żadnych sygnałów kapitulacji. Gdybym rzucił jajkiem, gdybym trafił go w twarz z tej odległości… i gdyby w odpowiedzi nie otworzył ognia… Oonah mogłaby użyć laski, a Yasmin i Kiripao z pewnością zaatakowaliby go wręcz. Rzecz jasna gdyby mój plan się nie powiódł, doprowadziłbym do śmierci całej trójki. Powiedziałem sobie, że muszę zaczekać na odpowiedni moment.
‒ Macie ostatnią szansę ‒ krzyknął Blondas. ‒ Kładźcie się abo płońcie.
‒ Czemu nie przemówicie mu do rozumu? ‒ Oonah zwróciła się do jego kompanów, stawiając kolejny krok w tył. Mężczyźni wydawali się niespokojni, ale uparcie milczeli.
‒ Liczę do trzech ‒ odezwał się znowu ich herszt. ‒ Jeden…
Wziąłem głęboki oddech.
‒ Dwa…
Uniosłem rękę, by rzucić jajkiem.
‒ Trz…
Yasmin rzuciła się do tyłu i pociągnęła Oonę i Kiripao w kierunku zbiornika z wodą, gdzie nie mogła ich dosięgnąć kula ognia. Najpierw jednak trafili pod łuk ze wsporników, w którym nagle znów zamigotał portal… W mgnieniu oka cała trójka została przeniesiona do innej sfery egzystencji, a w powietrzu pojawił się kolejny tuman pyłu.

Blondas opuścił różdżkę i odwrócił się w kierunku swoich kompanów, a ja w tym czasie po cichu schowałem się za klatką, nadal trzymając w dłoni jajko.
‒ Na co czekacie, tępole? ‒ krzyknął, dając pierwszemu z brzegu kuksańca w głowę. ‒ Mamy ich teraz jak w garści. Za nimi! ‒ Schwycił obu mężczyzn za ramiona, pociągnął do przodu i chwilę później wszyscy trzej rozpłynęli się w powietrzu. Na podeście nie zostało nic prócz opadającego pyłu.