Reguła Trzech - Sesja Archiwalna

155 postów · 200 014 wyświetleń · 2012 · strona 5 z 8

Forum Grimuaru działa obecnie w trybie tylko do odczytu, ale wszystkie dawne dyskusje wciąż są dla Was dostępne.

  1. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Odchodzili dość szybkim krokiem, jako że krasnolud nie miał najmniejszej ochoty na spotkanie ze Zbieraczem. Cholerne Prochy - bo krasnolud nie miał żadnej wątpliwości, że natrafił na jednego z nich. Nie mógł się nadziwić, że kiedyś mógł nawet myśleć o przyłączeniu się do tych skurli. Dobrze chyba wyszedł na pozostaniu przy Klice, pomimo iż nazywano ich często również Szaleńcami. Oto znakomity przykład, co wiara w jakiś sens może uczynić z człowiekiem. Tudzież z krasnoludem, czy z kimkolwiek.

    Jednym uchem wysłuchał Zaafanawiego, który właśnie opowiadał, jak bardzo wstrząsnęło go to, co Tetch zrobił z satyrem. Gorzej, jeśli chodziło o jego plan. Kupiec najwyraźniej chciał udać się na Śniedź, żeby szukać skrzynki kompletnie w ciemno, bez jakichkolwiek wskazówek. W jednym miał rację - Chaosytom nie można było ufać. Ale ostatecznie, jaki mieli wybór? Z czystej dociekliwości jeszcze zapytał:

    - A co w ogóle z tym truposzem?
    - Ściągnął mu skórę z ciała - odrzekł czarodziej - A właściwie wyciął równy kwadrat. Po prostu ohydne... - w tym momencie oczy krasnoluda zaczęły przypominać spodki. Już kiedyś słyszał o skórach.... I to całkiem niedawno. Czy to możliwe, żeby...?

    - Zaopiekuj się w tym czasie moją norą. Krewniacy z Kliki powiedzą ci, gdzie jest. Zwróć szczególną uwagę… – rozkaszlał się ohydnie satyr – …na skóry. Żadna nie może zniknąć. Rozumiesz? Żadna! To bardzo ważne.

    Oczywiście, że pamiętał... Ale czy możliwe było, aby satyrowi chodziło właśnie o takie skóry? Nie o zwykłe, zwierzęce, ale zdarte z myślących istot? Skąd on je miał? I co z nimi robił?

    - Dobra - rzekł w końcu krasnolud - Idziem na Śniedź. Ale pierwej złapię skega w norze satyra. Co tam, skostkujemy raz jeszcze, tylko porządnie. Jeden z was stanie przed wejściem i będzie pilnował, łapiecie? A ja się już zajmę tą skurloną pułapką. Ja się tylko zastanawiałem, jaki skórogłowy chroniłby tak kilka bezwartościowych gówien - splunął na ziemię - Skóry! Ha! Chętnie się im przyjrzę, o ile szczeniaki z Czerwonej Śmierci ich już nie zwinęli. A potem ruszym na Śniedź. Obiecuję. Więc jak?
  2. GhosterGlobal Moderator
    ShadEnc - Jim Anderson

    Umysł Jima pracował na coraz to wolniejszych obrotach. Od momentu przebudzenia jedynie reagował na polecenia i sugestie pozostałych, całkowicie podlegając ich woli. W momencie, gdy uświadomił sobie, iż coraz to mocniej polega na opinii Kardena i Zaafanawiego poczuł pragnienie wyrwania się z coraz to ciaśniej zamykającego się kręgu, na powrót stając się panem swojego losu. Wciąż miał w pamięci atak rakszasy, wciąż zdawał sobie sprawę z tego, jak lichą obroną dysponuje – dlatego też musiał wytworzyć w sobie system ochrony. Miał już nawet pewien pomysł na ochronę przed cudzą morfą – nazwał ją ignorancją.

    - Co? – burknął od niechcenia do pozostałych – Sory, zamyśliłem się. Oczywiście, zgadzam się. Chwilowo to chyba najlepsze rozwiązanie. Mości Zaafanawi, jak się ma twój repertuar zaklęć? Może staniesz na straży pod niewidzialnością?

    - Ja też mogę popilnować, szefie – zakrakał Jack.
  3. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Szedł szybkim krokiem. Gdyby nie miał tak krótkich nóg, jego towarzysze z pewnością ledwo by za nim nadążyli. Niecierpliwił się mocno. Pomimo przynależenia do Ponurej Kliki, miał bardzo dociekliwą naturę - pozostałość po dawnej pracy. Jedyne, co się zmieniło, to że teraz nie starał się znaleźć odpowiedzi dla nich samych, bowiem to było bezcelowe. Jednakże każdy cień traktował jako wyzwanie dla siebie, któremu powinien stawić czoła. Tak było i teraz. To zaś spowodowało, że ledwo zdawał sobie sprawę z tego, co się działo wokół. Na nieszczęście.

    Zorientował się dopiero wtedy, gdy było już za późno.

    - Gracja Pani, Karden. Jakieś problemy? - usłyszał cichy i spokojny głos. Krasnolud zmartwiał. Przed sobą ujrzał chudego, niepozornego człowieczka z wygoloną głową, ubranego w brudnoszarą kapotę. Na nogach miał sandały, a w dłoni kostur z kryształową końcówką. Tylko jeden człowiek mógł się tak włóczyć po okolicy. Osric.

    Mężczyzna ten był jednym z pracowników Tessaliego, wyjątkowo skutecznym, chociaż traktowanym z pewną nieufnością. Kiedyś, dawno temu, był jednym z Przeznaczonych. Opuścił jednak swoją frakcję - jak twierdził, wieczna pogoń za pieniądzem i rywalizacja nie pociągały go. Gdy odkrył bezsens takiej postawy, postanowił znaleźć sobie inną frakcję i w końcu wstąpił do Kliki. Swoje nowe poglądy na świat potwierdzał każdym czynem i całkiem szybko dosłużył się stopnia podwładnego. Dawni przyjaciele starali się mu utrudniać życie na każdym kroku. Śpiewka jednak głosiła, że wciąż był on lojalny wobec frakcji Rowana Darkwooda. Inni twierdzili, że ma coś wspólnego z Shemeską Maruderem, biesicą zajmującą się zbieraniem informacji - dwa razy widziano go ponoć w jej towarzystwie w Kole Fortuny. Jak było naprawdę, trudno było stwierdzić. Lhar i Tessali najwyraźniej ufali mu, bądź udawali, że ufają. Tak czy inaczej, podobno nie dało się w jego obecności utrzymać sekretu, gdyż potrafił on czytać w myślach. Nie tylko był on utalentowanym aristosem, ale posiadał ponoć jakieś własne zdolności.

    To był zły moment na spotkanie go. Zdecydowanie zły. Krasnolud starał się nie spojrzeć w niebieskie oczy Osrica, aby nie poczuć, jak ten szpera po jego umyśle.
    - Żadnych - odpowiedział - Pocałuj sukuba. Zajęty jestem.
    - Dzień w dzień przynosiłem ci jedzenie do celi - w głosie podwładnego Loży nie było żadnego szyderstwa, a jedynie łagodna przygana. Co gorsza, na dźwięk jego głosu krasnolud naprawdę zaczął odczuwać wyrzuty sumienia. Dźgany aristos, kurwa jego mać! - Myślałem tylko, że jakbyś to zrzucił, to poczułbyś się lepiej. Ale jak uważasz.
    - Tetch - odezwał się Karden, nieoczekiwanie dla siebie samego - Trzeba sprawdzić Tetcha. Najpewniej zjelenił nas dla Łaskobójców. Chciałem złapać u niego skega, ale nie udało się.
    Nieoczekiwanie złapał spojrzenie Osrica i natychmiast odwrócił wzrok. Nic nie poczuł, ale kto mógł wiedzieć? Wzdrygnął się odruchowo. W tym czasie niewysoki człek obserwował uważnie Jima i Zaafanawiego. Po chwili pokiwał zagadkowo głową. Co to mogło znaczyć?
    - Zapytam go o to - Osric pokiwał głową jakby w zamyśleniu - To dobry krewniak, który wielu biednym skurlom już pomógł i z całą pewnością nie zrobiłby tego, o co go podejrzewasz. Ale jeśli masz wątpliwości, to porozmawiam z nim.
    - Tak. Zapewne. Porozmawiasz. Dobra. - krasnolud chrząknął - Pójdę już.
    - Wierz dobrze - Osric odwrócił wzrok i udał się w swoją stronę. Krasnolud już zamierzał odejść, kiedy jeszcze za plecami usłyszał jego głos.
    - I uważajcie na siebie - to stwierdzenie mogło oznaczać wszystko. Między innymi to, że wie, gdzie się wybierają. A może ich ostrzegał? Kto wie.

    Karden oddalił się pośpiesznie. Wolał w tym momencie spotkać legion wściekłych barbazu, niż tego trzaskacza. Niemniej jednak to już się stało.
  4. GhosterGlobal Moderator
    Hekatonpsychos

    Jim

    Granice mego języka oznaczają granice mojego świata.
    Ludwik Wittgenstein

    Poziomkowy nie wiedzieć czemu pomyślał Jim, gdy tylko usłyszał pierwsze słowa między Kardenem a łysym jegomościem. Kiedy ja jeszcze czułem poziomkowy smak, zapytał sam siebie w myślach. W Zielonym Młynie! Na pewno! Ale to nie to. Hmmm… Wiem, wydawało mi się, że czuję poziomki przy Rakszasie. Czy to możliwe by obaj byli amatorami tych owoców?
    Niezwykłe odkrycie mogłoby zostać uznane za przejaw rodzącego się szaleństwa, gdyby nie fakt, że nagle przestrzeń wokół wręcz eksplodowała „zapachami”. Każdy przechodzień pachniał w specyficzny sposób. Sam Jim wyczuwał na swojej skórze delikatną woń agrestu. Karden i Zaafanawi pachnieli mchem, przechodzący obok pół-ogr piżmem (choć normalnie czuć było tylko smród potu).
    Kiedy rozmówca Kardena odszedł, odrętwienie, w jakie wprawiło go nieznane dotąd zjawisko, minęło. Podobnie jak sama „eksplozja zapachów”. Nie rozumiał nic z tego. Zlustrował uważnie twarze towarzyszy, ale nie wyczytał w nich nic szczególnego. Wzruszył ramionami i posyłając ostatnie spojrzenie za niknącym w tłumie nieznajomym ruszył dalej.

    Ulice Ula

    Rule of Threes
    Taken five times
    Argue and rumble
    War for our minds
    Fifteen factions
    All in a row
    Looking for meaning
    Or is it all show?
    Dziecięca wyliczanka

    Podróż minęła wyjątkowo szybko. Zupełnie jakby miasto skurczyło się wokół Was. Spoglądając na fronty nie mogliście otrząsnąć się z wrażenia, że są absurdalnie wąskie. Nawet postaci przechodniów zdawały się węższe niż zwykle. Grube lemury bulgoczące nieopodal były węższe niż zwykle. Wąskie z natury uliczki Ula przywodziły na myśl szpary. Szable zatknięte na graniach dachów były cieńsze niż papier. Nawet przenikające raz na jakiś czas przez szarawe chmury dachy domostw przeciwnego dystryktu były jakby bliżej.
    Karden nie zwracał na to uwagi. Pomniejszanie miasta to równie naturalne zjawisko, co jego powiększanie. Pani znów bawi się swoją mocą westchnął i ruszył. Tym lepiej, mniej dreptania.
    - Pieprzony panoramik. Panasonic jak w dziób strzelił – podsumował wszystko Jack.

    Dziedziniec Domu Bramnego

    Głupiec nie widzi tego samego drzewa, co mędrzec.
    Wiliam Blake

    Zgodnie z planem Zaafanawi rzucił zaklęcie niewidzialności w jednym z pobliskich zaułków po czym, uważając na brudzące kałuże i poruszając się stosunkowo szybko (brud Ula błyskawicznie oblepiał niewidzialne członki pozbawiając ich atutu) dopadł do cegłostwora, w którym jeszcze kilka obrotów temu żył Domnus-Tomnus.
    Karden wykorzystał cień okolicznych budynków. Wolał nie wpaść w oczy żadnemu z Podwładnych frakcji, nie miał też ochoty na pogawędki z okolicznymi zapisanymi. W ogóle stracił ochotę na wiele rzeczy po rozmowie z Osrikiem. Blah…
    Jim szedł wzdłuż linii budynków przez nikogo nie niepokojony. Co prawda jedna z dzwonkiewek zaoferowała mu swoje usługi, ale jedno spojrzenie na jej poznaczoną nie do końca zagojonymi wrzodami twarz wystarczyło, by go odrzuciło.
    - Sorok w rzyc. Piatdziesiat w paszczu. – skamlała dziwka.
    Prawie zrobiło mu się jej żal. Prawie robi jednak wielką różnicę.
    Wchodząc do kamienicy Jim poczuł na ramieniu lekki dotyk. To niewidzialny Zaafanawi przypominał o swoim istnieniu. Zaraz potem w cieniu poruszył się Karden.
    Byli w środku.

    Trzewia Cegłostwora

    Materialne ciało niezniszczalnej,
    bezgranicznej i wiecznej żywej istoty
    nieuchronnie ulega zniszczeniu;
    dlatego walcz, o potomku Bharaty
    Bhagavad Gita

    Korytarz, w którym stoczyli walkę z diabelstwem był pusty, ciemny i wilgotny. Jedynie delikatny blask bił z zarysów ciał wykonanym kredą. Czterech ciał.
    Zbliżyliście się tymczasem do drzwi nory satyra. Karden wymacał w mroku klamkę po czym niezbyt mądrze skonstatował.
    - Oootwarte.
    Otwierane drzwi skrzypnęły a Wasze nosy wypełnił typowy dla rzeźni swąd. Cała izba była zagracona. Wasza trójka z trudnością się mieściła na progu. Nadepnięty przez przypadek kot zamiauczał przejmująco. Jack na szczęście zostawił swój język (podobnie jak resztę) na zewnątrz.
    Krzyżaki. Niemal całą przestrzeń podłogi zajmowały drewniane krzyżaki. Wysokie na półtora metra układały się w las groteskowych „iksów”. Z sufitu natomiast zwisały łańcuchy zakończone ostrymi, choć pokrytymi zeschniętą posoką hakami. Wystrój pomieszczenia jakoś nie pasował do poczciwego pijaczyny, jakim zdawał się być Domnus-Tomnus. Morfa płata figle przemknęło przez myśl Kardenowi. Jim pomyślał podobnie, tyle, że podmienił słowo „morfa” – „zapachem”. A zaduch w pomieszczeniu przyprawiał o mdłości.
    Profesjonalne przeszukanie dokonane przez Kardena i Zaafanawiego (co chwilę potykający się o wszystko Jim został zeń jednogłośnie wykluczony i czekał na czatach za drzwiami) nie przyniosło wielu śladów. W zasadzie krasnolud znalazł i zabrał jedynie kilka stron niezapisanego pergaminu walającego się po ziemi oraz parę skrawków porządnie wyprawionej skóry, która zwisała z haków i gwoździ na krańcach ramion krzyżaków.
    - Niewiele tego, kurwa mać.
    Mruknął Karden puszczając niewidzialnego towarzysza przed sobą. Obracane w palcach Zaafanawiego kawałki skóry tańczyły przed oczami Jima i Kardena niczym zawieszone na cieniutkich nitkach. Kiepski wzrok kupca, bo zamazany przez słabo odbijającą światło, gdyż niewidzialną, źrenicę oka, nie dostrzegł pewnej bardzo specyficznej cechy kawałków skóry.
    Wszystkie bez wyjątku były przycięte absurdalnie równo i tylko jedna, oderwana od reszty część cechowała naturalna nieregularność.
    Ktokolwiek wyciął płat skóry satyra, zrobił to tą samą metodą, co ten, który wyprawiał skóry w sutenerze.
  5. GhosterGlobal Moderator
    Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

    Ciekawe, pomyślał po raz nie wiadomo który czarodziej. Obrzydliwe, ale intrygujące. Kat czy ofiara? Czy współuczestnik spisku? Raczej możliwość, że robił to sam dla siebie w ramach hobby, nie wydawała się Zaafanawiemu dość interesująca. A więc jedyny wniosek - natknęli się na coś większego! Choć instynkt samozachowawczy krzyczał w niebogłosy, kupiec nie mógł się pozbyć Ciekawości, jakie to tajne plany chowają się komnatach władzy tego niezwykłego miasta.

    Pomrukując cicho zwinął przerażające trofea i zaproponował towarzyszom czy któryś z nich nie chciałby ich nieść. W końcu nie była to rzecz, z którą szanowany kupiec chciałby być kiedykolwiek znaleziony.

    Gdy już zdołali zostawić w pewnej odległości za sobą cegłostwora (hm - chyba wszyscy tak się tutaj wyrażali o budynkach?) Zaafanawi zafascynowany niedawnym znaleziskiem zapomniał o wcześniejszych uwagach Kardena i zapytał radosnym głosem:

    - To co? Teraz do Śniedzi?

    Na szczęście zaklęcie niewidzialności nadal działało.
  6. GhosterGlobal Moderator
    ShadEnc - Jim Anderson

    Nowoodkryty przez Jima świat morfy przyciągał, mamił zmysły i utrudniał myślenie. Wszechobecne zapachy entropii, kreacji, nieujarzmionej w konkretną Formę materii oraz zanikające, uwalniające substancję wieloświata kształty wciąż były wielką niewiadomą. Wyczucie ich obecności nie oznaczało automatycznie zyskania umiejętności rozpoznawania i analizy, co owe zapachy znaczą.
    Jim nie należał do istot potrafiących przejść obok takiego źródła wiedzy ignorując je. Jego oczy krążyły z punktu do punktu, nos raz za razem wciągał i wypuszczał powietrze. Po krótkiej chwili Anderson spostrzegł, iż nowy zmysł nie łączy się z węchem, zależy raczej od wzroku. Czarodziej wyczuwał morfę istot, na których skupiał spojrzenie.

    Rozglądając się po uliczce, starając przeniknąć ciemność zalegającą w uliczkach, poczuł nagle dziwną woń, podobną do otaczającej jego samego woń agrestu. Nie wiedział skąd, ale miał pewność, iż jest to zapach znajomy – mimo, że wyczuwał go po raz pierwszy. Ruszył w stronę zaułka między dwoma cegłostworami, rzucając do pozostałych:
    - Ruszajcie. Za moment was dogonię.

    Tak, jak przypuszczał, w przestrzeni między dwoma kamienicami krył się jakiś człowiek. Podarte łachmany ledwo skrywały siwe, zlepione brudem i szlamem włosy i ciemną, pomarszczoną skórę. Harold. Skąd, do cholery, się tutaj wziął? – pomyślał, stając przed swoim dawnym mistrzem.

    - Gracja Pani, Jim – burknął, szczerząc poczerniałe pieńki zębów.
    - Gracja, Gracja mistrzu – powiedział Anderson, po czym dodał – Długo tu na mnie czekałeś?
    - Kawałeczek. Kilka cyków. Moment i wieczność.
    - Tiaa… - westchnął, wiedząc że zanim usłyszy coś istotnego, będzie musiał rzucić nieco dzwonków.
    - Zastaw uszy, Jim. Wdepnąłeś w cholerne gówno, ty i ci twoi nowi kumple. Po Klatce idzie śpiewka, że niedługo będziecie gryźć ziemię i każdy, kto wam pomoże też może troszkę zebrać. Możemy – Anderson zmarszczył czoło, słysząc, iż murzyn nie działa samodzielnie – pomóc, ale nie za darmo.
    - Szefie, wiesz przecież, że teraz to ja gówno mam. Choć nawet nie, Jack jest mniej wart, niż gówno.
    - Jasne, pierwszak. Jeszcze nie masz nic, ale niedługo możesz… - nagle odwrócił się, wpatrując w pustą przestrzeń za Jimem. Wyjął zza koszuli jakąś różdżkę, po czym dodał – Darmowa rada – nie ufaj oczom. Zdaj się na nos.

    Błysnął różdżką i zniknął. Jim, nie mając ochoty dowiadywać się, co takiego zobaczył za jego plecami Harold, ruszył truchtem w stronę pozostałych.
  7. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Wynik poszukiwań nieco go rozczarował. Czyste pergaminy i odrobina skóry, co do której pochodzenia nie miał nawet pewności. Z drugiej strony, czego innego mógł się spodziewać? Pamiętnika satyra, w którym opisywałby on swój proceder, sypał nazwiskami i nazwami miejsc, a na końcu dokładnie zaznaczył, po co mu te skóry były? Cóż, mógł się przynajmniej cieszyć, że chociaż tyle tego znaleźli. Nie miał bladego pojęcia, po jaką cholerę mu to było, ale schował tą kupę śmiecia. Mogła się jeszcze nadać.

    - To co? Teraz do Śniedzi? - na szczęście dla kupca, zaklęcie niewidzialności nadal działało, bo krasnolud już zdążył zacisnąć dłoń w pięść. Zrezygnował po chwili, po czym machnął ręką.
    - Dobra - burknął - Jak możesz, to schowaj nas też tuż zanim wejdziemy. Może trudniej będzie Kadyxowi nas wytropić. I przed ciemnią musimy się stamtąd odśmiać. Umielibyście ją wyniuchać, jakby była magiczna? - obejrzał się i stwierdził, że Jim gdzieś poszedł. Skrzywił się. Z tym kretem wiecznie były jakieś problemy. Na szczęście już nadbiegał. Karden spojrzał tylko na niego ciężko.
    - Więc? Jak ją znajdziemy? - wychrypiał.
  8. GhosterGlobal Moderator
    Hekatonpsychos

    Przedpola Śniedzi

    Najpiękniejsze, co jest na świecie, to pogodne oblicze.
    Albert Einstein

    Dotarcie do granicy Śniedzi nie zajęło Wam dużo czasu. Zaafanawiemu powoli zaczęło się przykrzyć, że chodzicie w kółko. Śniedź bowiem okazała się być niezwykle blisko Przychodni, w której nie tak dawno byliście. Karden przezornie ominął przybytek szerokim łukiem. Wolał nie ryzykować spotkania z siepaczami Tetcha ani z szalonym Kolekcjonerem. Rozmowa z ghulami także mu się nie uśmiechała. Jim przez cały czas rozmyślał nad zapachami. Usiłował ponownie rozbudzić w sobie nowy zmysł, lecz póki co udawało mu się to tylko na moment. Tak jakby morfa bez pomocy dziwacznego łysielca nie dawała się wyczuć na dłużej niż ułamek chwili. Mag stosował wszystkie znane sztuczki i nic. Metody koncentracji, których go nauczyli podczas lat nauki na nic się zdały. Przebłyski nowego talentu pozostawiały mu nadzieję. Nadzieję na odnalezienie zguby.
    - No i jesteśmy – powiedział Karden – Śniedź w blasku jaśni.
    Gruzowisko ciągnęło się na setki stóp. Ciemne kamienie i resztki budynków urągały potędze Sigil. Były jak strup na powierzchni torusa. Jak skaza i blizna wciąż dokuczająca miastu. Co ciekawe, na jej granicy kończyło się dziwaczne zagięcie przestrzeni. Ruiny budynków nie były groteskowo wąskie, a miejsce zmiany dało się łatwo zauważyć na okolicznych budynkach. Powietrze było w tym miejscu nie do końca przezroczyste i przywodziło na myśl szarawy kisiel. Porozwieszany pomiędzy krawędziami budynków. Zniszczone fragmenty domów były normalne, potem – na kisielowatej granicy gwałtownie się zwężały. Zaafanawi jako pierwszy przekroczył barierę. Rzecz jasna nic nie poczuł choć świat wokół niego zmienił się diametralnie.
    - Wolność! – głośno wykraczał unoszący się nad towarzystwem Jack.
    - No i po elemencie zaskoczenia. – podsumował Karden gotów w każdej chwili cisnąć ciężkim przedmiotem w upierdliwe ptaszysko – Znajdźmy co trzeba i wyśmiewajmy się stąd jak najprędzej.
    Jim natomiast przystawił nos do kisielu i zamknął oczy. Choć wydawało się to niemożliwe, aberracja przestrzeni wydzielała dlań subtelną, słodką woń. Coś jakby karmel.
    Jack przysiadł mu na ramieniu.
    - Co się tak jopisz?
    - A nic, nic. Tak tylko, oglądam.
    - No to luzik. Obserwuj dalej. Ja se odpocznę.
    Kruk jakby zapadł się w siebie. Jim westchnął i dołączył do towarzyszy.

    Śniedź

    Iść do piekła? Ależ my właśnie tam jesteśmy!
    Anonim z Baator

    Była ogromna. Istny labirynt z zawalonych cegieł, skruszonych ścian i popękanych bloków skalnych. Niebezpieczeństwo wyzierające z każdego kąta było wręcz wyczuwalne. Morfa biła w twarz niczym blask z paleniska. Dusiła, obezwładniała i tłamsiła. Im dalej wchodziliście w rumowisko tym trudniej Wam było oddychać. W oddali dało się słyszeć jakieś jęki. Krzyki ranionych, kwik zarzynanych. Przeszłość była odciśnięta w tym miejscu tak wyraźnie, że wciąż rozgrywała się niemal na Waszych oczach. Karden instynktownie pochlił się gdy topór-z-przeszłości przecinał mu ramię. Karzeł zgiął się wpół i zasyczał z bólu. Rękę miał całą. Nic się nie stało. Ale mimo to czuł jak siedmiostopowy demon mu ją odrąbuje od reszty ciała. W chwilę później Zaafanawi padł na ziemię i zaczął się czołgać z okrzykami strachu. Nogi miał bezwładne Coś strzaskało mu kręgosłup. Doszedł do siebie dopiero po kilku dobrych chwilach. Jim jak do tej pory nieźle się trzymał. Odskoczył, uniknął kuli ognia rozpryskującej się nieopodal (w jego głowie rzecz jasna) i nieco poharatał sobie dłoń. Nic poza tym.
    Śniedź zniechęcała. Chcieliście wrócić. Uciec z krzykiem i zawrócić. Kardena trzymało na miejscu jedynie pragnienie zakończenia całej tej śmierdzącej sprawy (i pytanie CO Z TEGO?), Zaafanawiego Ciekawość, Jima – przedziwne otępienie, pod wpływ którego się dostał.
    Tak dotarliście do pierwszego Czarnego Sześcianu. Wysokiego na osiem stóp. Jednej z wielu w Śniedzi pozostałości po bitwie. Najbardziej namacalnej pozostałości. I najbardziej nasyconej ponurą morfą miejsca.
  9. GhosterGlobal Moderator
    ShadEnc - Jim Anderson

    - Jack, od tej chwili trzymasz dziób na kłódkę. Burkniesz cokolwiek, to ci pióra z dupy powyrywam. Rozumiesz? – zapytał cicho Jim, spoglądając na kruka.
    - Jasne szefie… auuu! – zakrakał Jack, wpadając tym samym w pułapkę. Spoglądał smutnym wzrokiem na wyrwane z ogona pióro, skrywane przez szczerzącego wrednie zęby Andersona w prawej kieszeni spodni.

    - Choćbym mieli mi zadać śmierć przez wyrma, zła się nie ulęknę… - rzekł cicho Jim, wpatrując się w płaską, lśniącą lekko powierzchnię Sześcianu – bo sam jestem największym wyrmem w całej dolinie – dodał, spoglądając na pozostałych. Aura przygnębienia, złowroga morfa bezsilności ogarniała coraz bardziej, z minuty na minutę zaciskając mocniej swe czarne szpony. Jeszcze dwa, trzy dni temu Jim poddałby się jej w przeciągu kilku sekund. Teraz, wzbogacony o wiedzę i nieporównywalnie cenniejsze doświadczenia był w stanie zdusić nieco jej wpływ, zachować przytomność myślenia.

    Stukot drobnych kamieni, dobiegający z lewej strony uszedł uwadze Zaafanawiego i Kardena. Nie chcąc odstraszyć istoty, która kryła się za rumowiskiem, nie spojrzał w tamtym kierunku natychmiast, lecz dopiero po kilku sekundach, obchodząc Sześcian. Dojrzał ruch, strzępek żebraczej szmaty, podobnej do tej, którą nosił Harold, znikającej za fragmentem ściany najbliższej ruiny… poczuł również blady, niknący zapach – zwierzęcą woń agresji, dominacji i chęci walki. Ktokolwiek to był, nie był jego starym mistrzem.
    - Chłopaki, nie chcę przeszkadzać, ale powinniśmy iść stąd. Pooglądacie sobie tego Skega kiedy indziej. Jakiś siepacz wlazł tu za nami. Nie mam pojęcia kim jest, ale z pewnością to nie tubylec. Podejrzewam, że ma chęć wpisać nas w księgi… pytanie tylko, czy takie ma zadanie? – powiedział, obserwując okolicę.
    - Szefie, rozejrzę się… kurwa mać! – zaklął Jack czując, jak Jim wyrywa mu kolejne pióro.
  10. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Dojście do Czarnego Sześcianu okupił wyjątkowo wielkim trudem. Wszystko go bolało, szczególnie zaś "odrąbana" ręka. Nie bał się jednak. Ostatecznie nawet, jeżeli zginie, to co z tego? Przyjrzał się teraz bardzo uważnie powierzchni tego, co odkryli. Płaska, nieco lśniąca, równa. Wiedział jedynie z grubsza, czym on może być. Podobno na Śniedzi można było znaleźć pojemniki z zapasami biesów (baatezu, czy tanar'ri - nie pamiętał). Różni siepacze czasami wyruszali na poszukiwanie tych rzeczy, licząc na wielkie bogactwa. Ci, którzy nie napotkali na Kadyxa i wrócili, puszczali w ruch różne śpiewki, ktore jednak były czyste jak Huta. Jedni twierdzili, że sześciany były zabezpieczone pułapkami, drudzy zaś przeciwnie. Z drugiej jednak strony, spekulacje na temat tego, co zawierają, były różne. Niejaki Karl przysięgał, że po otwarciu kostki znalazł tam stertę przegniłego, zatrutego ziarna i odrobinę wody we flaszkach, ale to wydawało mu się głupie. Od kiedy baatezu, lub tanar'ri wymagały wody?

    Nagle usłyszał słowa Jima. Zerknął na niego. Już chciał powiedzieć, że sam znajdzie tamtego szczeniaka, ale się rozmyślił. Lepiej było się nie oddalać od siebie, przynajmniej zaś nie tutaj. Jeśli ktoś ma tutaj ryzykować, to lepiej żeby to była ta kupa pierza. Wzruszył tylko ramionami.

    - Chęć, to on se może mieć - uśmiechnął się krzywo - I dobrze, że ktoś się tu jeszcze szwenda i flagę podnosi, prócz nas.

    Przerwał i spojrzał na Sześcian. Z jednej strony, wątpliwe było, aby skrzynka znajdowała się tutaj. Z drugiej jednak to coś kusiło. Zawsze może znaleźć się tam coś przydatnego, czyż nie? Rozsądek ostrzegał, ale serce kusiło... Wyciągnął rękę i zbliżył ją do lśniącej powierzchni. Już prawie jej dotknął. Prawie...

    Cofnął dłoń w ostatniej chwili. Co mu odbiło? Zbzikował, czy co? Mieli ważniejsze sprawy, a pobyt tutaj był wystarczająco niebezpieczny nawet bez badania wszystkiego, co nasunęło im się pod rękę. Mieli skrzynię do odnalezienia. Nie jakieś cholerne, sześcienne draństwo.

    - Idziemy dalej - rzekł z niechęcią Karden - Może uda nam się zdybać naszego przyjaciela i pogadać se z nim. Biesich świecidełek możemy poszukać potem.
  11. GhosterGlobal Moderator
    Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

    Tajemniczy sześcian. Czy nie o czymś takim opowiadał Nimish? Jak go dotkną to gdzieś się przeniosą? Do piekieł?

    - Co to jest? - zapytał się Kardena - Wiesz może coś o tym obiekcie?

    Jim zwrócił ich uwagę na nieznajomego jegomościa, który im towarzyszył. ("Dlaczego on go zauważył a nie ja?!") Tak, to był jakiś trop. Może coś, kogoś widział? W końcu jakoś ta skrzynka musiała tu trafić. Może odkryją jakichś świadków tego wydarzenia...

    Kot Zaafanawiego jeżył się i prychał w nieoczekiwanych momentach. Wyczuwał przeciwnika? Strefy wpływów? Ogólnie zachowywał się jakby to olbrzymie rumowisko stanowiło tylko iluzję zakrywającą prawdziwą rzeczywistość.
  12. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    - Niewiele - mruknął w odpowiedzi krasnolud - Ino to, że biesy walczące na Wojnie Krwi przechowują se drzazgi, żarcie i inne takie właśnie w czarnych sześcianach. A czasem, jak głosi śpiewka, i cenniejsze rzeczy. Tak czy inaczej, wątpię aby tam była skrzynka, której szuka Czerwona Śmierć. Nie dotykamy tego.

    Odwrócił się od Zaafanawiego, dając do zrozumienia, że zakończył już temat. Teraz interesował go ten tajemniczy człeczyna. Z chęcią ruszyłby jego śladem, ale coś mu mówiło, że odłączanie się od grupy nie będzie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Nie to, żeby mogli we trójkę stawić czoła Kadyxowi. Po prostu stwór na pewno będzie czekał na to, aż się rozdzielą.

    - Chodźmy w stronę tamtego skurla. Ino ostrożnie. I cicho.
  13. GhosterGlobal Moderator
    ShadEnc - Jim Anderson

    - Poszedł sobie. Możesz próbować go szukać, ale stawiam najlepszą żywicę, na którą nota bene mnie nie stać, że go nie wytropisz. To nie byle skurl, a prawdziwy cwaniak. Jeden z tych, co płacą trzy dychy - rzucił Jim słysząc słowa Kardena. Woń piżma, jaka jeszcze przed chwilą docierała do jego oczu, zanikła już całkowicie. Kisielowate powietrze Śniedzi emanowało zbyt silną morfą, by morfa śmiertelnika przetrwała w niej jako pozostałość po obecności, swoisty trop.
  14. GhosterGlobal Moderator
    Hekatonpsychos

    Śniedź

    Czas poplątał drogi
    Jest łagodny i beztroski
    Ma zielone kocie oczy
    Tak samo jak Ty.
    Coma "Sto tysięcy jednakowych miast"

    Poza dziedzińcem Zbrojowni to było najgorsze miejsce, w Sigil. Straszliwa morfa rzezi unosiła się w powietrzu, nasycając sobą wszystko wokół. Nauczyliście się już ignorować „wizje”, jakie was zewsząd atakowały. Niekiedy tylko szarpaliście się to w lewo, to w prawo zaczepiani przez straszliwe stwory, które wyzionęły ducha wiele wieków temu. W zasadzie, pomyślał przelotnie Jim kryjąc głowę w ramionach, przed nadlatującym niby-pterodaktylem, dałoby się tu żyć. Przynajmniej ładnie pachnie. Rzeczywiście, słodkawa woń cynamonu wypełniła Wam wszystkim płuca. Do tej pory omamy wywoływane przez morfę nie były zsynchronizowane. To co widział, czuł, słyszał jeden z Was, nie było dostępne zmysłom drugiego. Ale zapach poczuli wszyscy. Wyraźną, odcinającą się od eksplodujących w Waszych nozdrzach zapachów, woń słodkiej przyprawy, tak cenionej choćby przez Zaafanawiego. Zresztą, to właśnie na twarzy kupca rozlała się mina prawdziwej rozkoszy. Przymknął oczy, wyszczerzył lekko zęby i prawie nie zwracał uwagi na drut kolczasty szorujący po jego skórze, wgryzający się w mięso i chroboczący po kościach. Nic a nic, liczył się tylko zapach świeżo startego cynamonu. Karden zaś węszył wokół starając się za wszelką cenę zignorować potężnego biesa raz za razem chlaszczącego go skręconym ze stalowych nici pejczem. Słyszał coś o zapachu cynamonu w Śniedzi ale za cholerę nie mógł skojarzyć, co to było.
    Poza atakującą z prawdziwą furią morfą mieliście także problemy z poruszaniem się po samej śniedzi. Nikt nigdy nie uprzątnął tego bałaganu. Żadna z pań na poczekaniu nie zaglądała w te okolice, by naprawić nieprawdopodobne wręcz szkody wokół. Spore części kamienic pokrywały i tak już wolne uliczki. Ostre kamienie, fragmenty dachówek a czasami i dziwaczne pręty wystawały z nierównego podłoża jakby tylko czekając na nieuważny krok podróżnika. Naraz, przystanęliście.
    W sporym zagłębieniu przypominającym nieco lej po bombie (skąd wzięliście to słowo?) dostrzegliście ciemny kształt. Bystre oczy Kardena i Zaafanawiego błyskawicznie rozpoznały w nim szkatułkę niewielkich wymiarów. Od wypełnienia zadania dzieliło Was dosłownie dwadzieścia kroków (taki bowiem był promień leja). Jedyną „przeszkodą” – jeśli można było użyć tego słowa – stanowił okrąg usypany z białoszarego materiału. Jim jako pierwszy tym razem rozpoznał w nim kości. Okrąg o średnicy sześciu stóp, skrzyneczka na środku, szalejąca Wojna Krwi w Waszych głowach i coraz bardziej duszący zapach cynamonu.
    Tak właśnie wyglądała grupka samozwańczych śmiałków w domenie Kadyxa.
    I tylko onyksowooki kot wściekle parskał i pomiaukiwał żałośnie.
  15. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Krasnolud rozejrzał się wokół z dziwną bojaźnią. W zasadzie nie wiedział, co się z nim dzieje. Powinien był jak najszybciej chwycić za skrzynkę i uciekać z tej przeklętej okolicy, nim będzie za późno. Coś tu jednak było nie tak. Przede wszystkim ten zapach. Dziwna rzecz, ale słyszał coś o tym. O zapachu jakiejś przyprawy na Śniedzi i to, że był to cynamon. Z tym, że z powodu stresu nie miał jak sobie tego przypomnieć. Wiedział jedynie jedno - to nie jest dobry zapach.

    I ten kościany krąg... jako żywo przypominał mu ochronę założoną przez jakiegoś potężnego maga. Obejrzał się czym prędzej na Jima i Zaafanawiego i ujrzał parskającego, miauczącego żałośnie kota.

    To bydlę wie, że nadchodzi niebezpieczeństwo, przemknęło mu przez myśl. Włos zjeżył mu się na głowie, bo tutaj mogło to oznaczać tylko jedno... Kadyx tu jest. W mgnieniu oka przypomniały mu się opowieści słyszane przy kuflu żywicy. Tam, gdzie znajdowano zwłoki, zawsze unosił się silny zapach cynamonu. To był jego zapach. Obserwował ich zatem. Czaił się w pobliżu. Skrzynka zapewne miała być po prostu przynętą.

    Miał tylko nadzieję, że ci dwaj również zdają sobie z tego sprawę... i że nie dadzą po sobie tego poznać. Nawet natychmiastowa ucieczka nie dawała im szansy. Chyba, że...

    Czy Kadyx potrafi latać? Zapewne nie. Zapewne daliby radę nawet chwycić skrzynkę i unieść ją ze sobą już z powietrza. Tylko jak dać tym skórogłowym to do zrozumienia bez alarmowania wroga? Pozostawał też problem kręgu. Czym on był? Magicznym zabezpieczeniem?

    - No to... - z przerażeniem stwierdził, że ledwo może wydobyć z siebie głos. Odchrząknął i zaczął głośniej - No to możemy brać to dziwne jajo i odśmiać się stąd *lotem* ślizgowym - to najważniejsze słowo zaakcentował i spojrzał błagalnie na Zaafanawiego. Liczył, że czaromiot skuma, o co mu chodzi. I że ma odpowiednie czary - Ino... pierwej powiedzcie mi, czy ten krąg nie ma w sobie jakiej błyskawki.
  16. GhosterGlobal Moderator
    ShadEnc - Jim Anderson

    - Dziwne. Cholernie dziwne. Widzę robaka, widzę nawet linkę, wędkę i głuszak, ale gdzie jest wędkarz – powiedział Jim, wpatrując się w kościany krąg i leżącą w jego centrum skrzynkę. Zmrużył oczy, zmarszczył czoło, po czym zaklął cicho. Obchodził powoli lej, wpatrując się w bielejące na wypalonej ziemi kości, starając wyczuć obce zapachy. Niestety, wszechobecna woń cynamonu, zapowiadająca spektakularną, barwną i bez wątpienia rychłą śmierć z pazurów i szczękoczułek jakiś groźnych potworzysk, efektu chorej wyobraźni jakiegoś zdeprawowanego bóstwa (Jim nagle przystanął, starając się rozgryźć, dlaczego nagle pojawiło mu się w głowie słowo „Gygax”?) tłumiła wszelkie inne zapachy, tłumiąc przy okazji inne zmysły.

    - Dobra, nie ma się co czaić. Jeśli to pułapka, to i tak nie wyczaimy jakiej natury. Sądzę, że takiej, która zmusza stać tu i patrzeć się na skrzynkę aż do śmierci głodowej – powiedział Jim, patrząc na pozostałych. – Ktoś to musi zrobić i wychodzi na to, że tym kimś będę ja. Jakby się coś działo, lećcie do chaty Doomnusa. – dodał, szykując się do czaromiotania.

    Chwilę później obok Jima pojawił się niewielki muł.

    - Wabik jest. Teraz czas na mnie – rzekł, strzepując z rękawów iskry, standardowy efekt uboczny rzuconego w pośpiechu zaklęcia.
  17. GhosterGlobal Moderator
    Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

    Cóż, przynajmniej ładnie pachniało. Czy taki zapach miała śmierć? Ciekawe co się czuło, gdy się umierało? Ciekawe kiedy będzie miał okazję to sprawdzić? Ciekawe co jest w skrzynce?...

    Jim sprawnie zabrał się za czarowanie. Zaafanawi nie mógł być gorszy. Dostrzegł błagalne spojrzenie Kardena i pomyślał, że jest jeszcze nadzieja dla tego krasnoluda. Zaczął delikatnie, ściszonym głosem splatać sylaby zaklęcia. Gdy było już prawie gotowe, pacnął go lekko w ramię. W tym momencie Ponurak poczuł, że może fruwać. Nogi oderwały się od ziemi, a on poczuł się lekki niczym piórko. Poza tym wyczuwał, że może poruszać się szybciej niż najściglejszy rumak - ucieczka przed pościgiem w obecnym stanie byłaby dziecinnie prosta. Tak, o czymś takim rycerz pocztowy zawsze marzył.

    Podobne zaklęcie grubas zafundował także sobie. Oderwawszy się od ziemi, jego masywne ciało było równie lekkie jak u zwiewnej sylfidy. A poza tym prosty lot w górę mógł z łatwością wyrwać ich z tej dzielnicy strachu. Były sytuacje, gdy niezwykły układ miasta okazywał się bardzo wygodny.

    Dla Jima już nie starczyło Lotu. On miał kruka i własne zaklęcia. Chyba sobie jakoś poradzi. A gdy będzie miał problem z udźwignięciem skrzynki, Zaafanawi z przyjemnością dołączy ją do swojej kolekcji chustek. Cynamonowa skrzynka obok cynamonowej szarlotki... To będzie nawet zabawne.
  18. GhosterGlobal Moderator
    Gantolandon - Karden

    Nareszcie! Tego właśnie potrzebował. Nienawidził wysokości, ale w tym momencie ucieszył się, jak jego stopy oderwały się od ziemi. Na próbę wzniósł się nieco, a potem opadł. Świetnie, świetnie. Wyglądało na to, że będą potrafili się stąd wyrwać. Ale wpierw trzeba było zdobyć to cholerstwo. Może i Jim się za to brał, ale on nie miał latać, zatem...

    Tak, to zadanie dla mnie, pomyślał krasnolud.

    Bez żadnego ostrzeżenia zanurkował w stronę skrzynki, wyciągając ręce. Miał pewność, że jeśli przeleci nad tym kręgiem, nic mu się nie stanie. A potem wszyscy będą mogli stąd uciec.
  19. GhosterGlobal Moderator
    Hekatonpsychos

    Śniedź

    Lewa jego ręka pod głową moją, a prawica jego obejmuje mnie.
    PnP 2:6

    Gdy Jim rzucił zaklęcie powietrze przed nim zawirowało. Przez moment na kamiennym podłożu pojawił się wyraźnie zdziwiony muł.
    - Wabik jest. Teraz czas na mnie – rzekł czarodziej, rzucił zaklęcie niewidzialności i zniknął.
    Podobnie jak mdlejący ze strachu muł. Czar z jakichś nieznanych Andersonowi przyczyn nie wyszedł.
    Wtem do akcji wkroczył Karden. Krasnolud niezdarnie odbił się od ziemi, po czym spłynął na dno leja. Tam zapach cynamonu był nie do zniesienia. Kręciło w nosie tak bardzo, że karzeł zaczął się obawiać, że lada moment kichnie. Niesłusznie. Dotarł na krawędź okręgu bezszelestnie, wyciągnął rękę, pchnął się ku skrzynce całą siłą woli.
    A świat wokół eksplodował.
    Krasnoludzki rycerz pocztowy obserwował wszystko jakby stał obok. Z bliżej nieokreślonych przyczyn zabrakło mu w rękach posypanej solą prażonej kukurydzy. W myślach wodził ręką w poszukiwaniu jakiegoś napoju. Ale oczu nie mógł oderwać.
    Kamienie, żwir, zmielone na pył kości uderzały go niczym szrapnele (hę?). Podmuch był tak silny, że krasnolud poleciał do tyłu. Ku towarzyszom. W ostatnim jednak odruchu, szaleńczym gestem zacisnął dłoń wokół uchwytu na skrzynce. Poczuł lekkie ni to szarpnięcie ni ukłucie, po czym zasunął za sobą skrzętnie zasłonę nieświadomości.

    Jim patrzył z niedowierzaniem w punkt, w którym jeszcze przed chwilą znajdował się muł. Rozbuchany umysł samowolnie podpowiedział mu historię tego zwierzęcia. Wędrowało zapewne ze swoim panem po bezkresnej pustyni jakiegoś gorącego państwa, niosąc na twardym grzbiecie część dobytku. Pan przezornie nie usiadł na nim tego dnia. Większość towaru niosły zresztą dwie małżonki i biedny muł musiał dźwigać jedynie bukłaki z wodą, paszę i nieco pieniędzy. Nagle puf! Mężczyzna został, bukłaki, pieniądze i pasza też – nawet żony zostały, choć ich zniknięcie akurat ucieszyłoby pana. Ale osiołek zniknął. Puf i nie ma osiołka. A potem podobne puf – i osiołek znów jest. Zafajdany ze strachu, ale jest.
    Jakaż radość musiała ogarnąć rodzinę…
    Z absurdalnych rozmyślań wytrącił Jima Jack i Zaafanawi. Gruby mag westchnął a kruk cicho zakrakał gdy ciało Kardena wyleciało z powstałej nagle chmury gruzu i mocno uderzyło o wystającą z ziemi iglicę – najprawdopodobniej pozostałość po jakiejś wysokiej kamienicy.
    Szkatułka nie doleciała tak daleko. Turlała się po ziemi, turlała, aż zaryła w żwirze pod stopami Zaafanawiego. Na uchwycie wciąż była zaciśnięta dłoń i spory fragment krasnoludzkiego przedramienia. Drgały konwulsyjnie, ale nie rozluźniały uchwytu. Zaafanawiemu wydawało się, że słyszał ponury śmiech z głębi opadającej już chmury pyłu –mignął też chyba cień niknący we wnętrzu leja. Zbyt krótko jednak, by rozróżnić jakiekolwiek szczegóły. Kto by się zresztą przejmował takimi szczegółami! Ktoś odrąbał (a konkretniej odciął z zadziwiającą dokładnością) rękę Kardenowi. Rękę! Żywą, ruszającą się, krwawiącą rękę!
    Jim nie myślał. Działał. Najpierw ręka. Jednym, gwałtownym ruchem chwycił za nadgarstek. Drugim rozgiął krótkie, krasnoludzkie palce. Trzecim był pierwszy z kilku susów, jakie dzieliły go od Kardena (pożałował, że nie mógł przebyć tego dystansu na cwałującym mule). Potem – zupełnie bezmyślnie przystawił kikut do oderwanej kończyny. Oderwał dłonie i otworzył usta na cała szerokość. Gdyby nie paskudna blizna przebiegająca wzdłuż przedramienia karła, możnaby pomyśleć, że nic się nie stało. Ręka krasnoluda była cała!
    Tylko jakby czasu nagle zabrakło.
    Zaafanawi podniósł Skrzynkę, oglądając nią z mieszaniną obrzydzenia i chorej fascynacji. Pięknie zdobiona, groteskowo czarna szkatułka, nęciła morfą tajemniczości. Pieściła pragnienia i próżność – kusiła nieznaną zawartością. Kupiec przytulił ją do siebie niczym matka dziecko i szeptał cichutko kojące słowa.
    - mój ssssskarbie…
    Ukłucie ostrych zębów kota na łydce wyrwało go z przedziwnego transu. Spojrzał przed siebie i zbladł. Z głębi Śniedzi zbliżało się do nich stado przedziwnych ptaków. Nie, nie ptaków – pozbawionych ciała głów zaopatrzonych w nietoperze skrzydła. Po prostu przegląd mody katowskiej! Korpulentny kupiec zbiegł z leja dopadł do Jima, który właśnie pomagał wstać otumanionemu i mocno poobijanemu Kardenowi. Cudownego ozdrowienia nie widział. Tymczasem, do uszu wszystkich dotarły okrzyki Wargulców. Dzieliło Was od nich nie dalej niż pięćdziesiąt stóp. Ucieczka była naprawdę wątpliwa. Z tego co się zdążył zorientować ibn Belbiad, bestii było co najmniej tuzin. Zaraz, za moment wychyną znad gruzowej grani i rozszarpią Was na miejscu.
  20. GhosterGlobal Moderator
    Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

    Nie było chwili do stracenia. Poza tym chyba właśnie czegoś takiego przez cały czas się spodziewali. Zaafanawi chwycił pod jedną ramię skrzyneczkę, pod drugą kota i krzycząc na Kardena wyprysnął w górę pędząc ze wszystkich sił magicznych mocy.

    - Za mną!

    Jim pozostawał niewidzialny, więc powinien sobie poradzić na ziemi. Poruszający się szybko mag i krasnolud powinni skutecznie odciągnąć napastników.

    Coraz wyżej i wyżej. Czarodziej upajał się lotem, a poza tym był bardzo Ciekawy, jakie uczucie będzie towarzyszyło przemieszczeniu się z jednej połówki torusa na drugą. No i z pewnością trafią do jakiejś lepszej dzielnicy niż ten obmierzły Ul!

← Miasto Drzwi