Gantolandon - Karden
- Apage, stulti!
Dwa razy tego nie trzeba było powtarzać. Karden z gracją zawodowego sprintera pomknął do przodu... w stronę ciała. Szybkim ruchem capnął kuszę jeszcze wraz z bełtem, nim staruch zdążył chociażby zamachnąć się laską. Pustelnik darł się, pryskając śliną, ale nie potrafił dogonić krasnoluda, który był całkiem szybki. Przynajmniej jak na możliwości swojej rasy. Już po chwili pozostała trójka przekonała się, że krótkie nogi wcale nie muszą oznaczać wolniejszego biegu. W takich chwilach z karła wyłaził Nimrod.
- Rusz dupę, grubasie! - wrzeszczał za Zaafanawim. Wrzeszczeć w czasie biegu też umiał. Krasnoludy słynęły ze swojej wytrzymałości.
Zatrzymali się dopiero po jakichś dziesięciu minutach biegu. Krasnolud przystanął jako ostatni... po czym błyskawicznym ruchem wymierzył kuszę w Thanatię.
- To krwawi, panienko - wycedził przez zęby - Trza było powiedzieć chociaż część śpiewki. Tą, w której próbuje zdybać cię pierdolony Vidocq. Teraz chcę usłyszeć całą. Każdy cień, z dokładnym uwzględnieniem każdego trzaskacza, który chce twojej głowy. Inaczej Moce mi świadkami, że wsadzę ci bełta w brzuch i zostawię tutaj, co z całą pewnością zadowoli tego skurla i sprawi, że się od nas odczepi. To jak? Cień, czy bełt?
Był z lekka zdenerwowany. Z jednych kłopotów właśnie wpadł w następne i wcale mu się to nie podobało.
Reguła Trzech - Sesja Archiwalna
155 postów · 200 014 wyświetleń · 2012 · strona 8 z 8
Forum Grimuaru działa obecnie w trybie tylko do odczytu, ale wszystkie dawne dyskusje wciąż są dla Was dostępne.
GhosterGlobal Moderator
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Trzy rzeczy pozostały z raju: gwiazdy, kwiaty i oczy dziecka.
[Dante Alighieri]
Thanatia Tod była zła. Niewypowiedzianie zła na samą siebie. Za tę skończoną bezmyślność przy opracowywaniu planu. Za tę radosną beztroskę, z jaką podeszła do zadania. Za to, że nie wzięła pod uwagę możliwości, iż Vidocq umie znaleźć informatorów. Przede wszystkim zaś – że przeklęty inspektor potrafi zmusić ich do mówienia.
Biegła, w duchu śmiejąc się gorzko z samej siebie. Co jej to da? Gdzie się ukryje? Tu, na bezkresnej pustyni, gdzie wszystko, co nie jest piaskiem, rzuca się w oczy niczym namolny ekshibicjonista? (Trudne słowo, Thanatia zastanawiała się chwilę, skąd je zna.) Trzeba było wrazić sztylet w serce Vidocqa, kiedy powalony ciosem starca padł na ziemię. Wszystko nie tak, nie tak, nie tak!!! Najwyraźniej nie był to jej najlepszy dzień.
A teraz, gdy zatrzymali się dla złapania oddechu, krasnolud natychmiast wymierzył w nią kuszę. (Przez chwilę zastanawiała się, czy jemu też nie powinna była wrazić sztyletu. Pomyślała jednak, że przecież nie jest krwiożerczą bestią i nie może likwidować każdego, kto przypadkiem wejdzie jej w drogę. Do czasu, naturalnie.)
- To krwawi, panienko - wycedził przez zęby karzeł. - Trza było powiedzieć chociaż część śpiewki. Tą, w której próbuje zdybać cię pierdolony Vidocq. Teraz chcę usłyszeć całą. Każdy cień, z dokładnym uwzględnieniem każdego trzaskacza, który chce twojej głowy. Inaczej Moce mi świadkami, że wsadzę ci bełta w brzuch i zostawię tutaj, co z całą pewnością zadowoli tego skurla i sprawi, że się od nas odczepi. To jak? Cień, czy bełt?
Mówił w dziwaczny sposób, zrozumiała jednak sedno. I bardzo nie spodobała jej się istota tej wypowiedzi. Skrzywiła się bardzo brzydko, a jej dziecinna twarz, pokryta trochę już rozmazanym w upale pudrem i czarnym cieniem, brudzącym lekko policzki – ta, zdawałoby się całkiem niewinna twarz na mgnienie przybrała niemiły wyraz. Trwało to jednak chwilę i równie dobrze mogło być złudzeniem.
Oczy Thanatii nabiegły łzami. Czarno uszminkowane wargi zadrżały dramatycznie, wyginając się w podkówkę.
- To fatalne...nieporozumienie. Jestem ofiarą systemu! – wydusiła wreszcie zdławionym, melodramatycznym głosem. – Widzicie, panowie... – dodała, zastanawiając się jakby nad tym, jakich słów użyć, by przekonać mężczyzn o gigantycznym rozmiarze swego nieszczęścia. – Ten cały Vidocq, paskudny typ zresztą, uwziął się na mnie! Uważa, że jestem morderczynią! Ja, wyobrażacie sobie?!?!?! – Uniosła się słusznym gniewem. – Tymczasem to nie ja winna jestem zabójstw, o które mnie oskarżają – dodała. Cała jej postać zdawała się mówić: „czy te oczy mogą kłamać?”. Notabene, miała bardzo duże i ładne oczy, o lekko migdałowym kształcie. – Wszystko tylko dlatego, że wychowałam się w cyrku. Czy to, że musiałam sprzątać słoniom, oznacza, że jestem gorsza?!
Delikatna dziewczęca psychika nie wytrzymała w tym miejscu napięcia. Thanatia Tod, Wielka-i-Potężna Czarodziejka, Gotycka Piękność, Eteryczna Zjawa Ciemności – zakryła oczy zwiniętymi w kułak dłońmi i rozszlochała się niczym zwykła smarkula, rozmazując cały makijaż po twarzy. (Nie omieszkała przy tym zerknąć dyskretnie zza pięści, jaką wywołała reakcję.)
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
Naprawdę był pod wrażeniem. Aż mu dech zaparło (no, to może akurat od biegu).
- I musiałaś sprzątać słoniom? - z niedowierzaniem wysapał mrukliwie. Biedna istota. Ale ta to dopiero miała ciekawe życie. Od niewolnicy do rannej damy. Przecież nie można jej było tak samej zostawić! To byłoby bezduszne.
- Może brzoskwinie? - zapytał Thanatię podsuwając jej miseczkę kandyzowanych owoców, która jeszcze chwilę temu wyglądała jak pomarańczowa jedwabna chustka tkwiaca u niego za pasem.
- Nie możesz jej tak zastrzelić - zwrócił się do Kardena, starannie unikająć wejścia na linię strzału. - Nie widzisz jaka jest cała rozdygotana? Jeszcze powróci jako duch zemsty i będzie nas prześladować! - powiedział z dużym przekonaniem. No bo właściwie czemu miałby ją zabijać? Przecież oni nie mieli z nią nic wspólnego. To ten starzec zaatakował przedstawiciela prawa. A oni tylko poszli dalej. A że dziewczyna poszła w tę samą stronę? To najzwyklejszy zbieg okoliczności - no chyba że faktycznie jest tam jakieś miasto, jak wspomniał Karden. W takim razie, to naturalne, że zmierzali w tym samym kierunku. Dziwne by było gdyby nie!
Zaafanawi dosyć dziwnie czuł się bez kota. No właściwie kot był - przyniesiony przez Thanatię. Ale nawet jak go nie było, mag miał z nim lepszy kontakt niż teraz. Coś było naprawdę nie w porządku. Ale może to tylko chwilowe? Może za jakiś czas znowu będzie jak dawniej? W końcu podobno koty chadzają własnymi drogami (no, akurat kocur Zaafanwiego to raczej się toczył). Może w końcu wróci do niego?
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Powiedzieć, że krasnoluda przekonały łzy dziewczyny, to nieco za dużo. Niemniej jednak zastanowił się na krótką chwilę. Po chwili skrzywienie powróciło na jego twarz.
- A co mnie to, czy ty winna, czy niewinna? - warknął, opuszczając jednak kuszę - Czy ja łaskobójca, cobym kary wymierzał? Chciałem wiedzieć ino, kto jeszcze cię chce wpisać do księgi umarłych. Czy aby w jaką krwawą łaźnię się nie pakujemy, łażąć z tobą. Ale dobra tam. Jeśli coś zataiłaś, to inaczej se pogadamy. Trza się otworzyć na tego skurwiela i zastanowić, co dalej... bo nie odpuści, to pewne - podrapał się po brodzie krótkimi palcami - Pierwej jednak trzeba napaść kałduny. Trójka sztukmistrzów z pewnością poradzi se z wyczarowaniem jakiegoś żarcia. I wody, oczywiście, bo zdechniemy z głodu.
Rozejrzał się wyczekująco. Myślał teraz, co dalej. Pewne było, że nie mogą zostać tu, gdzie są. Wypadałoby znaleźć jakąś osadę, a najłatwiej było to zrobić, docierając do jakiegoś miasta - bramy. O ile wiedział, starczyło tylko iść plecami do Iglicy, a wtedy na jakieś szło trafić. Nie wiedział w zasadzie o żadnym, za wyjątkiem Rzeźni, ale cóż... Jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma.
Najpierw jednak...
- To co z tym jedzeniem? Głodny jestem! - warknął po chwili.
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Trudno dyskutować ze swoim żołądkiem, gdyż nie ma uszu.
[Plutarch]
Słysząc pełne ciepła i współczucia słowa otyłego mężczyzny (to zapewne on zwał się Zaafanawi, tak dziwne imię pasowało do jego egzotycznego wyglądu) Thanatia Tod uniosła buraczkową czuprynę znad umorusanej cieniem do powiek chustki z wyhaftowaną czaszką (podczas ucieczki cały czas ściskała ją w garści, nie zdążywszy przewiązać rany, a następnie bezwiednie wykorzystała do otarcia łez). Piwne oczy zajaśniały. łzy - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - wyschły niczym woda w okresowych jeziorach klimatu podzwrotnikowego.
- Może brzoskwinię? - Słowa Zaafanawiego zabrzmiały niczym śpiew chórów anielskich - a więc była ocalona, nikt nie wpakuje jej w brzuch bełta, a wręcz przeciwnie, wkrótce wyląduje tam słodki owoc!
W tym momencie żołądek Thanatii Tod, pełen głodu, ściśnięty wysiłkiem i przeżytym stresem, postanowił przypomnieć właścicielce i światu o swoim istnieniu. Donośne burczenie, nie licujące z obrazem dostojnego maga. Nie czas był jednak tym się przejmować - Thanatia łapczywie jak dziecko włożyła w usta kandyzowany owoc, a gdy żuła ów posiłek, jej czarne wargi wygiął błogi uśmiech. Oczy Thanatii zaokrągliły się niesamowicie, gdy ujrzała, jak Zaafanawi wyciąga z czerwono-żółtej chusty miseczkę waniliowego kremu z truskawkami.
- Bavarois Ruban, na otarcie łez dla słodkiej damy - oznajmił nonszalancko. Thantia Tod przestała słuchać gderania krasnoluda (Karden - tak, to imię pasowało do niego. Było jak rąbnięcie kilofem w twardą powierzchnię, kamień zapewne.). W jego głosie tkwił sztylet groźby, lecz postanwoiła odłożyć to na później.
Pusty żołądek był w tej chwili najistotniejszy.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Równina
You're tearing me apart
Crushing me inside
You used to lift me up
Now you get me down
Archive "Again"
Krótki posiłek rzeczywiście by się przydał. Patykowate słonie oddalały się z każdą chwilą. Vidocq i zbzikowany staruch także. Nic dziwnego, że wraz z odległością humory Wam się poprawiły. Nawet skwaszona gęba Kardena jakby złagodniała. Jim i Jack wdali się w kolejną dyskusję, tym razem na temat anatomii mamuta (a konkretnie jego przekroju), Zaafanawi natomiast spacerował dostojnym krokiem pałaszując figę za figą i z uśmiechem lustrując każdy ruch Thanatii Tod.
Więź z chowańcami powoli się regenerowała. Wkrótce zarówno kruk jak i kot znajdowały się odpowiednio na ramieniu i w zgięciu łokciów obu czarociskaczy. W tym samym czasie karzeł przyglądał się uważnie zdobycznej kuszy, nie przestając jednak pałaszować tłustawego kurczaka w pikantnej panierce, który wydobył Zaafanawi z czerwono-białej chusty zaopatrzonej w dziwny wzór, jakby twarz starszego mężczyzny, na rogu.
Zresztą, wszyscy wcinaliście w najlepsze. Zapasy ibn Belbiada zdawały się nie mieć końca, choć sam korpulentny mag wiedział, że tak nie jest. Ta myśl zasmucała go wielce, gdyż bodajże najlepiej zdawał sobie sprawę, jak bezlitosna bywa pustynia.
Podczas krótkiej wizyty w Mieście Bram miał co prawda okazję przekonać się o istnieniu innej okrutnej damy, lecz mimo to pozycję lidera wciąż zachowała władczyni piasków.
- Najgorszy strach pochodzi ze znanych rzeczy.
- Co tam kłapiesz, krecie? - mruknął krasnolud przegryzając równocześnie skórkę twardej figi.
- A nic, tak sobie właśnie myślę...
- ...gdzie jest najbliższe miastko?
- Właśnie.
- Ni chuj nie wiem - wzruszył ramionami Karden, ale dodał zaraz - Ale może utapirowana damulka będzie coś wiedzieć? W końcu skądś się tutaj wzięła, no nie?
- Może, może...
Kupiec zdawał się zbytnio zatopiony w myślach. Mimo to lekki uśmiech wciąż błąkał się na jego twarzy.
- Pierdolony kratistos. Kurwa.
Podsumował tę krótką pogawędkę Karden.
Monotonne otoczenie zaczęło się tymczasem zmieniać. Thanatia, która, zapewne mimo woli, stała się przewodnikiem grupy, prowadziła ją chyba w dobrym kierunku. Tak czy owak, na horyzoncie pojawiły się szarawe smugi dymu, a niebo, do tej pory bezchmurne, wyraźnie pociemniało. Zerwał się nawet lekki wiatr. Widoczność wyraźnie zmalała. Iglica i torus Sigil zniknęły za mgiełką. Rozmyły się również dziwne słonie. Byliście coraz dalej od punktu odniesienia, ale wciąż pełni nadziei, że znajdziecie drugi. Wraz ze wspinaczką na hałdę (Zaafanawi wzdrygał się przed określeniem wydma) piachu, Wasze nadzieje rosły.
Zniknęły niczym zdmuchnięta świeczka, gdy przekroczyliście grań.
Przed Wami rozciągały się zgliszcza jakiejś wioski. W całej swojej ponurek okazałości.
- Ale, ale... - Thanatia wyszeptała bardziej zaskoczona, niż zdruzgotana widokiem. - jeszcze w południe była tutaj wioska.
- Przeminęła z ogniem.
Odciął się Jack.
Ten żart kruka dziwnie nie przypadł Wam do gustu.
Stropieni spoglądaliście to na pogorzelisko to na siebie.
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Pokrzepiona posiłkiem, Thanatia Tod pewnym krokiem poprowadziła towarzyszy w kierunku, w którym - jak jej się zdawało - winna znajdować się wioska, mijana przez nią jeszcze tego dnia. Po drodze opowiedział Zaafanawiemu - kóry w owej chwili wydawał się być osobą najbardziej zainteresowaną jej Porażającą (przerażajacą?) Osobowością - o Cyrku Augiasza, w którym jako mała dziewczynka pracowała pod okiem swego ojca, sławnego cyrkowca - między innymi sprzątała słoniom i polerowała należące do clownów nosy. Wreszcie zauważyła, iż okrągły mężczyzna - choć początkowo z uwagą i nie gasnącym uśmiechem przysłuchiwał się jej melodramatycznej opowieści - coraz bardziej pogrąża się w swoich myślach. Nieco urażona faktem, iż wszyscy jej towarzysze jakby przestali ją zauważać (a trzeba nadmienić, iż Thanatia Tod uwielbiała znajdować sie w centrum uwagi otoczenia i niejako wypełniać sobą wszechświat, a przynajmniej ten jego fragment, w którym bezpośrednio się znajdowała), wysforowała się trochę naprzód, niczym prawdziwy przewodnik karawany. Zaniepokoiły ją trochę z początku szarawe smugi dymu na horyzoncie, lecz natychmiast przyszło jej do głowy, że to na pewno wioska, do której powinni sie już zbliżać.
To, co ujrzała po pokonaniu wydmy, zaparło jej na chwilę dechw piersiach. Tego się nie spodziewała, aczkolwiek powinna była wiedzieć, że ten dzień będzie już tylko gorszy.
- Ale, ale... - Thanatia wyszeptała bardziej zaskoczona, niż zdruzgotana widokiem. - Jeszcze w południe była tutaj wioska.
- Przeminęła z ogniem - odciął się Jack. Skrzywiła się na słowa kruka. Zresztą, pozostali też nie wyglądali na szczęśliwych. Thanatia poczochrała bezwiednie swoją i tak wymagajacą wyszczotkowania fryzurę.
- Ciekawa jestem, kto mógł uczynić coś tak haniebnego. Jakieś Mroczne Siły? Duch Pustyni? - Piwne oczy zaświeciły blaskiem, sugerujacym, iż właścicielka przeczytała zbyt wiele romantycznych poematów i zaraz zacznie szukać Giaura. Kimkolwiek by nie był.
W głębi jej duszy jednak zakiełkował niepokój, a następnie wysunęła sie zeń cienka, nieśmiała łodyżka pytania: Ktokolwiek to zrobił, czy może zagrozić i nam?
Dość bezradnie popatrzyła na towarzyszy, oczekując, iż podejmą jakąś słuszną, męską decyzję.
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Krasnolud oblizał palce, wciąż tłuste od zjedzonego kurczaka. Smakował mu, chociaż przydałoby się do niego jakieś picie i sos. Powinny być w zestawie, pomyślał z niechęcią. Jeszcze raz zerknął na pogorzelisko.
- Ciekawa jestem, kto mógł uczynić coś tak haniebnego. Jakieś Mroczne Siły? Duch Pustyni? - zapytała purpurowowłosa kobieta. Karzeł parsknął tylko.
- Raczej zbójcy jacyś - rzucił krasnolud z niezachwianą pewnością. Machnął dłonią w stronę spalonych domów - A jak złapiemy skega, to sie pewnie dowiemy, kto.
Z jego tonu głosu wynikało jednak, że niewiele go to obchodzi. To, co go interesowało, to studnia. Może i niewiele wiedział o ludzkich osadach, ale żadna na dłuższą metę nie mogłaby obejść się bez wody. Wpierw jednak należało sprawdzić, czy teren jest czysty.
Po jakiejś sekundzie trójka magów zorientowała się, że krasnoluda nie ma tam, gdzie stał. Zanim zorientowali się, o co chodzi, był już w połowie drogi do wioski. Już po chwili schował się w cieniu najbliższego budynku i zniknął im z oczu, wolno biegając pomiędzy budynkami. Tak, jak się spodziewał, dostrzegł ślady, których piach nie zdążył zasypać. A przede wszystkim to, co go najbardziej interesowało. Zbiornik wodny.
Wpierw nachłeptał się, ile mógł. Dopiero potem zawołał resztę. A raczej kiwnął na nich dłonią licząc, że z tej odległości dostrzegą.
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
Wszystko działo się stanowczo zbyt szybko. Najpierw latająca podróbka wampirzycy, potem ten dziwny facet z kuszą, powstrzymujący palec od naciśnięcia cyngla kuszy jedynie siłą woli, palący się do „wymierzania sprawiedliwości”, jak sam zwał zapewne śledzenie, pościg i ostatecznie potyczkę ze ściganą osobą. Po raz kolejny stanie i obserwowanie wszystkiego z rozdziawioną japą (tak nazwał minę Andersona Jack) oraz późniejsza ucieczka okazały się najlepszym rozwiązaniem. Tym bardziej, że Jim nie rozumiał całej sytuacji. Nic a nic.
Posiłek i odpoczynek, choć nie przegoniły zmęczenia ciała i nie rozjaśniły umysłu maga w stu procentach (Kawa, królestwo za kawę! – krzyczał w umyśle Jim), pokrzepiły na tyle, by mógł w spokoju zastanowić się nad sytuacją, ta zaś nie była różowa. Obce miejsce, obca pustynia w zapewne obcym mu wymiarze były jedną wielką zagadkę. Na plus zaliczyć można było posługiwanie się znaną mową choć przez jedną osobę, na minus obecność kogoś, komu z pewnością milej by było wyrządzić Jimowi i jego towarzyszom krzywdę, niż przysługę (Vidoq, kimkolwiek był, z pewnością zapamiętał wszystkich). Krótko mówiąc, mostek, po którym jeszcze kilka dni wcześniej kroczył Anderson załamał się, a sam czarodziej uciekając z bagienka wpadł w grząskie piaski. Jeszcze dwa, trzy dni i będę mógł z całym przekonaniem powiedzieć, że gorzej być nie może. Tylko niebo nie zwaliło się nam na głowy – burknął Jim.
-... I stąd właśnie wiemy, że Ziemia ma kształt banana – zakończył swój elaborat Jack, zupełnie nieświadomy, że jego mistrzowi nie było dane usłyszeć mądrych słów kruka, wyniku wielogodzinnych przemyśleń. Bezcenna, bez wątpienia wiedza umknęła w przestrzeń. Kolejna tajemnica wszechświata miała pozostać rozwiązana jedynie w umyśle skromnego chowańca. Mimo wszystko, krakanie Jacka wywołało pewien efekt. Anderson, dotychczas zanurzony w swych myślach odzyskał przytomność, zaczął rozglądać się po okolicy, starając się nadaremnie dostrzec jakiś ruch. Spojrzał na pozostałych. Wyglądali, jakby od jakiegoś czasu toczyli jakąś dyskusję.
- Ale, ale... – wyszeptała Thanatia - jeszcze w południe była tutaj wioska.
- Przeminęła z ogniem - odciął się Jack, nie bardzo wiedząc co tak właściwie komentuje. Jim, jeszcze przez chwilę zdezorientowany po raz kolejny rozdziawił japę, tym razem na widok kolejnego sprintu Kardena. Wzruszył ramionami, po czym burknął:
- No tak. Zawsze tam, gdzie ty, Karden – burknął i ruszył w stronę wioski.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
Z pewnym zaciekawieniem przyjrzał się dziwnemu zdobieniu w rogu chusty. Czyżby pamiątka po ich ostatnim spotkaniu? Biel i czerwień - kurczak a'la święty Antoni i demony? A może to wcale nie była chusta tylko szal (a nawet szalik), albo flaga? Chętnie by ją gdzieś wywiesił, jeśli by sądził, że to coś pomoże. Ale ich sytuacja była doprawdy beznadziejna. Musieli walczyć, aby nie okazać się najgorszymi. Nadchodziła chwila prawdy. Jak to mówią, do trzech razy sztuka. Miał nadzieję, że się do końca nie zbłaźnią.
Choć pikantny, kurczak z biało-czerwonej chusty miał słodko-gorzki smak.
Im dalej szli, tym bardziej robiło się szaro. Zaafanawi uprzejmie słuchał opowieści nowopoznanej towarzyszki, choć z czasem wrażenie, że gdzieś to już słyszał, nasilało się. Hm, "literatura bazarowa" jak zwano ten rodzaj epiki w jego stronach, nie należała do ścisłej czołówki jego zainteresowań, ale będąc wierny swoim ideałom, swego czasu zapoznał się z paroma jej czołowymi przedstawicielami. Jednak jak widać, natężenie emocji i tematów pozostawało tu w miarę stałe. Niektórzy (a zwłaszcza niektóre) uważały, że melodramaty są najdoskonalszym obrazem życia - takiego, jakim powinno być. Cóż, ibn Belbiad głęboko wierzył, że prawdziwe życie ostatecznie zawsze okazuje się ciekawsze.
Spalona wioska. Przerażające. Kupiec nie lubił patrzeć na ludzkie nieszczęście. Zawsze w takich sytuacjach czuł się w jakiś sposób winny. Wiedział, że to irracjonalne, a mimo to unikał zapuszczania się w miejsce, gdzie mógł ujrzeć coś takiego. Thanatia i Karden zastanawiali się, kto to mógł zrobić. To nie było ważne. I tak już go tu nie było. Zniszczył wszelkie życie i pozostawił za sobą zgliszcza i zatrutą studnię. No tak, zatrutą studnię - prawdziwi złoczyńcy zawsze tak robili. Karden był już w połowie drogi do wioski. Zaafanawi chciał go ostrzec, ale krasnolud najwidoczniej był głuchy na wszelkie ostrzeżenia. Schował się w cieniu stojącej samotnie wypalonej ściany. Wbiegł między ruiny. Dobiegł do czworokątnej studni. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, zanurzył głowę i pociągnął tęgi łyk. Ponura pustynia wysuszyła mu gardło na wiór, więc pił ile sił, ile tylko mógł. Aż w końcu odwrócił się w ich kierunku i lekko się zataczając machnął dłonią. Wypowiedzieć słowa już najwyraźniej nie mógł...
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Thanatia Tod popatrzyła za oddalającymi się mężczyznami. Chwilę postała jeszcze na wydmie, oglądajac się niespokojnie. Kto wie, kiedy Vidocq zechce znów uderzyć. Szatański przedstawiciel wymiaru sprawiedliwości znał nie jedną sztuczkę i potrafił - podobnie zresztą jak ona sama, ale do tego przecież nigdy by sie nie przyznała - zjawiać się znienacka w najmniej spodziewanym momencie, psując ludziom nastrój i bezczelnie rozbijając plan dnia. A Thanatia cały dzień skrzętnie zaplanowała, dodajmy. I złościło ją, że nie wypełniła zadania. żywiła jednakowoż nadzieję, iż co się odwlecze, to nie uciecze, jak powiada przysłowie.
Zgrabnie niczym gazela - pomimo furkoczących falbanek i ciężkich buciorów - zbiegła z hałdy piachu, podążając w kierunku studni, wokół której zgromadzili się towarzysze.
Studnia jak studnia - kamienna (skąd wzięli kamienie pośród tego bezkresnego morza piachu?), stara, trochę nadgryziona zębem czasu (aczkolwiek Thanatia mogłaby przysiąc, że jakimiś bardziej realnymi zębami także). Nic nadzwyczajnego. Mimo to wzbudziła w dziewczynie skojarzenie z tajemniczą Kasetą Wideo. Co prawda, Thanatia Tod nigdy nie widziała Kasety Wideo. Po prawdzie, nie wiedziała nawet, coż owa nazwa znaczy i z jakiego języka została zaczerpnięta. Możliwe, iż kiedyś, gdzieś czytała o niej. W każdym razie jednego była pewna: musiał być to jakiś przepotężny artefakt, ściągający nieszczęście na posiadacza. Wiedziona dziwnym niepokojem, zajrzała nieufnie wgłąb studni, chcąc się upewnić, że nic z niej nie wylezie. żadne szalone dziewczę w bieli, na przykład.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Wioska
Non sequitur
łacińska sentencja
Dlaczego jest tutaj tak gorąco, przemknęło przez myśl Zaafanawiemu, który w zasadzie bez celu wałęsał się pośród ruin budynków. Większość z domów miała podmurówkę i składała się z solidnych bel, jakże kontrastujących z pustynną okolicą. Dwóch czarociskaczy było tym faktem zdziwionych, pozostała dwójka natomiast ledwie na to zwróciła uwagę. Jim nie mógł tego tak zostawić.
- Zauważyłeś, że ta wieś pasu… pasowała do okolicy jak przysłowiowa…
- Pięść do dupy? – podchwycił zgryźliwy krasnolud – owszem, zauważyłem, a bo co?
- Nic, tak tylko pytam.
- Ech, wy krety. Nic nie kumacie. Pusto macie w grzechotkach, że aż kostki bolą. To, że wioska była tutaj, nie oznacza, że tu ją zbudowali. Mogła powstać gdziekolwiek. Choćby w rzyci Maryni, czy jak jej tam. A potem… potem się jej znikło. Przeniosła się tutaj. Tutejsi skurle musieli zobojętnieć, znijaczyć się, zszarzeć. Glabrezu, czy Barbazu przeniosło ich tu.
- Metroseksualizm rulez! – wykrakał tryumfalnie Jack nieco zaskoczony długością tyrady karła, który jednak bynajmniej nie speszył się jego niezrozumiałym (a jakże!) wtrętem.
- Wioski znikają się i pojawiają. Standardzik – splunął dobitnie zielonkawą flegmą.
- No… i wszystko jasne.
Jim odszedł zamyślony.
* * *
W tym samym czasie Zaafanawi i Thanatia dokonali frapującego odkrycia. Korpulentny mag trzymał w ręku fragment pnia i oglądał go uważnie. Buraczanowłosa dama spoglądała mu przez ramię wspinając się na paluszkach.
- Wypalone od środka? – zastanawiał się ibn Belbiad.
- Zapewne przez jakieś Plugawe Moce.
Okrągły mag tylko spojrzał na towarzyszkę z politowaniem. Nie mógł jednak zaprzeczyć, że drewno zostało strawione przez ogień od środka. Pierwszy raz coś takiego widział. Wnioskując po minie panny Tod, nie on jeden. Odszukał wzrokiem resztę i nabrał w płuca powietrza, by ich zawołać, gdy nagle dzień przenicował się w noc. Ot tak po prostu. Grafitowa ciemń objęła wszystko we władanie. Do tej pory przyczajone i unieruchomione cienie ruszyły z bezpiecznych kryjówek aż zaanektowały cała rzeczywistość wokół Was. Wyglądało to tak, jakby ktoś rzucił potężne zaklęcie. W powietrzu nie było jednak czuć magii. Tylko naturę. Pokręconą (bo przecież nie chaotyczną w Zewnętrzu) naturę Wieloświata.
- Jasno, ciemno. Ciemno, jasno – wykrakał niepewnie Jack.
Opuszczona wioska
Za wszystko, wszystko Tobie, Boże dzięki:
Za męki serca, których nikt nie słucha,
Za gorycz łez i za trujące wdzięki,
Za zemstę wroga i za potwarz druha,
Za wszystko, w czym mnie oszukało życie,
Za ogien duszy, dzisiaj już w popiele,
Spraw tylko jedno, o Panie w błękicie,
Abym dziękować mógł już dni niewiele
Michaił Jurjewicz Lermontow „Wdzięczność”
Potem usłyszeliście plusk.
Potem następny.
Potem jeszcze jeden.
Ktoś, coś wychodziło ze studni.
- Ever mind the Rule of Three. Three times what thou givest returns to thee. This lesson well, thou must learn. Thee only gets what thou dost earn!
Cisza. Ona też może kaleczyć.
Zwłaszcza trawionych wewnętrznym ogniem. Was. Zaczynaliście płonąć od środka. Coś zrodziło się w Waszych trzewiach i gorzało coraz większym ogniem. Z każdym tchnieniem ubywało czasu. I tylko dziwnie brzmiąca wskazówka (czyżby?) kołatała Wam się w głowach.
Ever mind the…
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Poniechawszy dalszego badania studni, młoda czarodziejka podążyła za Zaafanawim, by przyjrzeć się pogorzelisku. Z uwagą i zaciekawieniem zlustrowała osmalone resztki wioski. W pewnym momencie korpulentny mag zauważyła, iż dziewczyna wyciągnęła z satynowego worka nieduży zeszyt. Miał on pluszową, cokolwiek już wyświechtaną i przetartą okładkę, która mimo wszystko nadal wywoływała rozbrajające wrażenie. Zwłaszcza zważywszy, iż przedmiot należał do Posępnej Dziedziczki Mrocznych Sił.
Thanatia z namaszczeniem wyrazem niezwykłego skupienia, malującym się na twarzy, otworzyła okładkę. Zaafanawi dostrzegł na karcie tytułowej rysunek: czaszkę tak koślawą i nieproporcjonalną, że każdy znawca anatomii padłby na zawał, ujrzawszy ów twór nieporadnego rysownika. Ponad czaszką wykaligrafowano gotyckim pismem wielki napis, krzyczący błędem ortograficznym: PAMIENTNIK. Przy czym wyglądało to tak, jakby jego twórca wprawdzie słyszał o kaligrafii i zawsze chciał spróbować swych sił w tej dziedzinie, zapomniał jednakowoż doedukować się w kwestii tego, na czym kaligrafia polega. Przekręciwszy z czcią kilka pierwszych kartek, w sposób maksymalistyczny zabazgranych drobniutkim pismem, Thanatia Tod maluteńkimi literkami nagryzmoliła parę słów, wysunąwszy koniuszek języka, ażeby dopomóc sobie w myśleniu.
Tymczasem Zaafanawi kontynuował poprzednie zajęcie. W ten sposób dokonał pewnego dość frapującego odkrycia. Thanatia natychmiast, niczym cień, który po zapaleniu lampy przeskoczył z kąta w kąt, znalazła się u jego boku – nawet nie zdążył zauważyć, jak to zrobiła, po prostu nagle była tuż. Popatrzyła na trzymany przez maga pień.
- Wypalone od środka? – zastanawiał się ibn Belbiad.
- Zapewne przez jakieś Plugawe Moce – odpowiedziała konfidencjonalnym szeptem, rzucając na boki kilka ostrożnych spojrzeń. Pierwszy raz cos takiego widziała. Wprawdzie niegdyś czytała coś o samozapłonach. Nie podejrzewała jednak, by pień był do tego zdolny. Sądziła, że dotyczą one raczej ludzi. Nie zdążyła jednak zagłębić się we wspomnienia, by przywołać jakieś cenne fakty na temat samozapłonów. Nagle dzień przenicował się w noc. A potem usłyszała plusk. Potem następny. Potem jeszcze jeden. Ktoś, coś wychodziło ze studni. Aha! Wiedziałam! – zakrzyknęła w myślach, podrywając się i spoglądając w kierunku studni.
A potem coś zrodziło się w jej trzewiach i gorzało coraz większym ogniem. Jakieś słowa kołatały się po jej oszołomionej głowie, niczym mantra śmierci – a może nadziei? - Ever mind the Rule of Three. Three times what thou givest returns to thee. This lesson well, thou must learn. Thee only gets what thou dost earn! Rozpaczliwie próbowała zrozumieć, co to może znaczyć, zgięta wpół z bólu.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
Błeee. Ale brzuch go bolał. Ktoś nastawiony bardziej poetycznie - Zaafanawi rzucił z ukosa spojrzenie w kierunku panienki o dziwnym kolorze włosów - mógłby powiedzieć, że trzewia gorzały mu żywym ogniem. Ale kupiec w głębi był tak naprawdę bardzo racjonalnym człowiekiem. Po prostu miał niestrawność. Możliwe, że to po tym kurczaku a'la św. Antoni i demony. Świętego pewnie gładko przetrawił, tylko te demony musiały mu stanąć jakoś w poprzek. Cóż, przy dość hulaszczym trybie życia takie rzeczy od czasu do czasu się zdarzały. Musiał dużo pić - najlepiej zsiadłego mleka z sokiem z jabłek - i powinno mu za jakiś czas przejść. A tę chwilę musiał przecierpieć jak prawdziwy poeta. Może nawet napisze jakiś sonet o bólu istnienia albo o zatrutej studni?
Właśnie, studnia. Coś tam pluskało. I to chyba nie był Karden, który po nachłeptaniu się po uszy właśnie zabierał się do penetracji ruin pobliskiego domku. Tajemniczy głos recytował wieloznaczną wskazówkę w śliskim smoczym, języku magii, której tu podobno nie było. Zaafanawi nie wiedział co zrobić, więc oddał się instynktownej Ciekawości. Zresztą jego kot już przemykał przed nim w kierunku niewidocznego w tej chwili środka wioski. Podobno miał coś dać, aby otrzymać w trójnasób. Całkiem niezłe przebicie, pomyślał sobie ibn Belbiad. Czy jeśli dam trzy apetyczne chustki z trójkątnymi herbatnikami o trojakim nadzieniu (śliwkowo-truskawkowo-pomarańczowym), to otrzymam dziewięć koszy tutejszych łakoci?
GhosterGlobal ModeratorSuarrilk - Thanatia Tod
Zauważywszy kątem oka, iż korpulentny Zaafanawi, nic sobie nie robiąc z okrutnej męki zadawanej trzewiom – A może on tego nie poczuł? Może – w przypływie natchnionego egocentryzmu pomyślało dziewczę – może to Znak, przeznaczony jedynie dla prawdziwego Dziecka Ciemności? - Thanatia Tod wyprostowała się powoli. Faktycznie, ból jakby ustąpił. A w każdym razie nie wydawał się już dłużej rozdzierać jej wnętrzności. Przypominał raczej lekko ćmiący ból zęba – nie zniewalający, acz na tyle zauważalny, by irytować. W każdym razie - nie przystoi wszak Potężnej Czarodziejce, by kwiliła zgięta wpół z powodu problemów żołądkowych.
Tymczasem Belbiad, poprzedzany przez swego kota, ruszył powoli w stronę studni. Nawet on się zdziwił – i chyba drgnął czy nawet podskoczył lekko – gdy wtem tuż obok usłyszał ciężki od mrocznych podejrzeń głos i ujrzał upiorną w tej chwili – z racji rozmazanego makijażu – twarz młodej towarzyszki podróży.
Thanatia Tod potrafiła być niewidzialna. Nie w sensie magicznym. Jak cień, na który nikt nie zwróci uwagi. Umiała wyglądać i zachowywać się tak, by wzrok osób na nią patrzących prześlizgiwał się po niej, nie dając połączeniom synaptycznym czasu na przekazanie informacji o jej istnieniu do mózgu. Miała niepokojący talent do wyrastania ludziom tuż nad ramieniem tudzież za plecami – moment wcześniej nie było jej, by w następnej sekundzie stała przy kimś z tak naturalnym i niewinnym wyrazem twarzy, jakby nigdy nie opuszczała tego miejsca. Zresztą, w jej ruchach kryło się cos z kociej gracji. Jakby szła po cienkiej linie. Ewentualnie – po stromych, wąskich dachach. Stąpała trochę tak, jak gdyby jej życie było muzyką.
A może po prostu była szybka i dlatego nikt nie zauważył, gdy się przemieściła.
- Strzeżmy się! – Teatralny szept poniósł się ponad ruiną spalonej osady. – Jakieś ZŁO – podkreśliła z niemal szalonym błyskiem w oczach to słowo – tu nadchodzi!
Ghoster - I tutaj sesja się niestety skończyła, w połowie roku 2006. Mam nadzieję, że, jeśli ktoś w ogóle dobrnął do końca, całość się podobała - mnie na pewno tak. Ze swojej strony chciałbym jeszcze dodać, iż to zawsze miło poczytać *cokolwiek*, co jest osadzone w uniwersum Planescape'a, a już tym bardziej, jeśli to sesja, czyli wynik myśli wielu umysłów.