Gantolandon - Karden
Idący przodem krasnolud zarechotał, słysząc pytanie Zaafanawiego.
- W Domu Bramnym? Głównie, to bzików. Tych większych niż wszyscy inni, którzy sami nie potrafią sobie dać rady z życiem - uśmiech, jaki wpełzł na jego twarz, był niezbyt wesoły - A także tych niebezpiecznych, których trza zamykać, aby nie zrobili krzywdy innym. Tych, to raczej nie ujrzysz, są pod czujną opieką Tessaliego i jego krewniaków. No i sieroty, nie można zapomnieć o sierotach i biedakach. Zostaw te liście, psiakrew! Pochlastać się chcesz?
Ostatnia uwaga skierowana była do Jima, który nieopatrznie podszedł zbyt blisko ściany domu, oplecionej przez coś, wyglądało jak czarna winorośl. Cały problem był w tym, że jej liście były ostre jak brzytwy i jej dotknięcie z pewnością skończyłoby się dość sporą raną. Mężczyzna nie dotknął jeszcze rośliny, ale krasnolud uznał, że huknięcie na niego mimo to będzie właściwe. Ostatecznie krety są jak dzieci - czyż sam nie był kiedyś jednym z nich?
- No i jesteśmy jeszcze my. Ponuracy, albo Ponura Klika. Ale nad tym nie ma co się rozwodzić, zapytaj któregoś z podwładnych i zastaw uszy, powiedzą ci więcej, niż chcesz wiedzieć. Albo nie powiedzą, zależnie od humoru. Ostatecznie - co za różnica, czy będziesz znał odpowiedź, czy nie? Możemy tam zajrzeć, jeśli chcecie, bo i tak w pobliżu pewnie się będą kręcić krewniacy satyra, ale pewnikiem was nie wpuszczą do środka. Chyba, że wyczekacie w kolejce - a chętnych jest od cholery.
Reguła Trzech - Sesja Archiwalna
155 postów · 200 014 wyświetleń · 2012 · strona 2 z 8
Forum Grimuaru działa obecnie w trybie tylko do odczytu, ale wszystkie dawne dyskusje wciąż są dla Was dostępne.
GhosterGlobal Moderator
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
- Ciekawe miejsce. Królestwo za bezpieczną drogę na Oerth – burknął Jim, słysząc uwagę krasnoluda, jednak widząc ostre coś, co wziął za liście, pokiwał głową w podziękowaniu. Sigil okazało się bardziej dziwaczne, niż myślał na początku. Dziwaczne i groźne, co mocno utrudniało możliwość poznania zasad rządzących tym miejscem. Do tej pory zwykł kierować się powolną, spokojną analizą, ostrożnymi doświadczeniami. Obserwował i notował w pamięci związki między przedmiotami, tworząc obraz całości, czymkolwiek by nie była – osobowością napotkanego człowieka, strukturą poznawanej organizacji czy nawet mechanizmem działania nieznanego urządzenia. Problem tkwił w tym, że pojęcie „ostrożne” w związku ze słowem „doświadczenie” najprawdopodobniej nie łączyło się w Sigil nijak. Znaczyło to tylko tyle, że oprzeć się można jedynie na sprawdzonej wiedzy – krasnolud stanowił najbardziej wiarygodne jej źródło w okolicy.
Sigil… dziwne, wydaje mi się, że słyszałem kiedyś tą nazwę – myślał Jim, idąc powoli za prowadzącym grupę krasnoludem. Starał się ogarnąć wzrokiem całą drogę, omijał wszelkie dziwacznie wyglądające przedmioty, od opalizujących kałuż poczynając, na zielonkawej pleśni, pokrywającej ścianę jednego z budynków kończąc. – Słyszałem, albo czytałem. Tak, to jest to! „Wszystkie drogi prowadzą do Sigil. Wystarczy znaleźć portal”, jakoś tak brzmiał zapisek w podręczniku do geografii odziedziczonym po Gallagherze. Widocznie to jakieś skrzyżowanie szlaków, ale nie między miastami, może między światami? Ach, moja marna pamięci, dlaczego nie zapamiętałem, co ten stary pijak napisał o władczyni metropolii? Pamiętam, pamiętam, że pisał coś o Pani i jej sługach… na bogów, dlaczego ja nie przeczytałem jego pamiętników? Gallagher może i pił, ale skoro przetrwał pół wieku jako nawigator, musiał wiedzieć sporo. Niekoniecznie o normalnym świecie. Nic to, trzeba będzie się uczyć od początku. I nie popełniać dwa razy tego samego błędu.
- Te, piękny – zakrakał Jack, wciąż siedzący na ramieniu Andersena. – Dziwne to miejsce, ale mam dziwne wrażenie, jakbym tu kiedyś był, jeszcze przed przebudzeniem. Pamiętam klatkę, dziwaczne pomarańczowe niebo i anioła witającego się z demonem…
- Sam nie wiem – odparł Jim. – Ale mam dziwne wrażenie, że znam to miejsce. Czuję jakiś ścisk, jakby niewidzialne ręce pokazywały mi, gdzie mam iść. Może to nie przypadek sprawił, że tu trafiliśmy? – dodał, nagle się zatrzymując. W mijanym zaułku zobaczył truchło potężnie zbudowanej, humanoidalnej postaci o głowie byka, obsiadłej przez ścierwniki.
- Minotaur zaraził się widocznie czymś paskudnym – dodał po cichu, odbiegając od ciała.
GhosterGlobal ModeratorThar - Kheez
Diabeł od jakiegoś czasu milczał - było to dla niego dość niezwykłe doświadczenie. Co jeszcze niezwyklejsze, Kheez myślał. Niemal można było dostrzec wysiłek na jego twarzy. Zastanawiał się, co on własciwie tu robi. Najpierw karzeł zaprosił go do czegośw rodzaju karczmy - niewątpliwie ze strachu, w ramach przeprosin za wcześniejsze zniewagi. Potem, podczas obserwowania walki z kotoczłekiem, baatezu miał nadzieję na większy posiłek, w postaci zwłok przegranego. Gdy nic takiego się nie stało, obraził się na wszystkie try nowo poznane istoty, obiecując sobie, że słowa do nich nie rzeknie, aż do śmierci, dopóki nie otrzyma przeprosin... Widząc jednak, iż nie tylko ich to nie martwi, ale wręcz cieszy, uznał za stosowne się odezwać.
Grrr - zawarczał głucho. Był to u niego zwyczajowy wstęp do rozmowy - Kheez nie wie, gdzie wy iść, ale Kheez myśleć, że Dom Bramny to nie po drodze Kheezowi. Kheez ma ważne zadanie do zrobienia, o którym nikomu nie może powiedzieć! Tak, nikomu! - przechodzi w krzyk, sądząc, iż wydarcie mu owego sekretu stanowi skryty cel wszystkich bez mała istot wieloświata - Kheez was opuszcza, o tak, opuszcza! - kończy, zadzierając dumnie niewielki łeb i obracając się na pięcie, by odejść w dokładnie przeciwną stronę.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Ulice Ula
Sigil… Mamy tutaj Gmach Mówców, Gmach Marginaliów, Sensoria,
Więzienie, Gimnazjum, Kostnicę, Ścieki, Gmach Informacji,
wielki Dom Rozrywki, chyba tysiąc karczm, Zdruzgotaną Świątynię,
setki Dev, Baatezu, Tanar’i, Panią Bólu, jednym słowem – nuda.
Załamany Zmysłowiec opisujący Sigil
Wszyscy członkowie ekipy patrzyli na odchodzącego Kheeza. Jim odrobinę się zmartwił. Zaafanawi był ciekawy, dokąd mały jeżozwierz pójdzie, a Karden spoglądał w osłupieniu. Nie dlatego, by zaczął pałać sympatią do małego Baatezu. Nie dlatego, że przejął go los spinagona, ale dlatego, że ten ruszył prosto w stronę Śniedzi!
Przychodnia Znękanej Psyche znajdowała się bowiem na granicy tych niezwykłych ruin. Ruin od wielu, wielu cykli związanych z jednym imieniem – Kadyx. To miano zaś, wiązało się nierozłącznie ze śmiercią. Nikt, kto wszedł samotnie w Śniedź nie wrócił. Kadyx czekał.
Owszem, istniała minimalna szansa na to, że Deszcz rozpuścił i jego, ale… Krasnolud zbytnio na to nie liczył. Ledwie wykaraskali się z jednych tarapatów a już wpadali w drugie. Zbzikowany skurl, mruknął pod nosem i patrzył na oddalającego się Baatezu.
Kheez
Exit: Light
Enter: Night
Take my hand
We're off to never never land
Metallica „Enter Sandman”
Zbyt dużo czasu zmitrężył na te istoty. Zbyt dużo. Trzeba odnaleźć bramę. Wypełnić wolę Mefistofelesa. Awansować w szeregach jego armii. Założyć rodzinę… nie, wróć. Mordować, gwałcić i torturować wrogów. Taaak, zdecydowanie tak.
Na myśl o przyszłych podbojach, niedokonanych grabieżach i innych tego typu rozkosznych czynnościach, kolce biesa zadrżały. Chciał znaleźć to, czego szukał, popędzić do bramy i… Zaraz, zaraz, a gdzie była brama, którą przybył? Wysilił szare komórki (nieliczne) usiłując sobie to przypomnieć. Nic. Pustka w głowie. Brama na pewno była w jakimś zaułku. Tego był pewien. Uśmiechnął się zatem, ale grymas zadowolenia niemal natychmiast zszedł z jego pyska. Tu są setki zaułków! W zasadzie cały ten… Ul to setki, tysiące zaułków – wszelkiej maści i rodzaju. Dobrze, że przynajmniej zapach jest przyjemny. Bo i był.
Kheez stał na skraju jakiejś ruiny (następnej). Kilkanaście kwartałów kamienic po prostu zmieciono z powierzchni Klatki. A teraz majaczyły w ciemnościach na tle świateł wydobywających się z okien domów nad głową. Węsząc wokół czuł zapach swoich pobratymców. Czuł też zapach demonów, ale jakby lżejszy. I widział sypiące się ściany domostw, kikuty wież, fragmenty sklepień oraz cienie. Całą masę cieni przesuwających się to tu, to tam po zniszczonym „osiedlu”.
Spinagon zatrzymał się na chwile i rozejrzał – pod pozorem wybrania najlepszej drogi. W rzeczywistości jednak oczekiwał wezwania ze strony reszty. To miejsce biło bowiem śmiercią, i fale, podobne tym, które odczuwał na widok kotoczłeka, czy nawet Tetcha, teraz rozbijały się o jego duszę niczym uderzenia przypływu. A ten nie zwiastował nic poza utonięciem.
Obezwładniające uczucie.
Jim i Zaafanawi
Gdyby wszystkie istniejące rzeczy stały się dymem
Nozdrza rozpoznałyby je
Heraklit
Korzystając z chwili spokoju, gdy adrenalina opadła już nieco, zaczęliście się zastanawiać, co też się wokół Was dzieje. Zauważyliście, że powietrze w tym mieście jest gęstsze, i to nie tylko poprzez brud i smród unoszący się wokół nieprzyjemną zawiesiną. Chodzi o coś więcej, o te dziwne… fale i ostrza, które Was przeszywały. O obłoki emocji, które choć nie widoczne, potrafiły samą obecnością zadusić człowieka (krewniaka?). O narzucającą się zewsząd formę, która nakazywała Wam robić to, a nie co innego. Ba! Nawet chcieć czy pragnąć to, czy co innego. A najgorsze w tym wszystkim było, że nie mieliście do czynienia z magią.
Jako istoty wychowane w światach magicznych niemożliwością wydawało się to, by jakakolwiek moc była pozbawiona magicznej ingerencji. Siła sprawcza równa się magia, koniec kropka. Do stu diabłów (wybacz, Kheez), przecież nawet bogowie się nią posiłkowali! A tu nic, tu jest… forma właśnie. Tak jakby każda istota przechodząc przez dane miejsce pozostawiała za sobą zapach emocji, pewności siebie, myśli. I ten zapach zostawał, osadzał się na miejscu, zmieniał je, formował właśnie. Lepił stal jakby była gliną. Wymuszał takie a nie inne zachowanie. Oczywiście odczuwaliście podobne zjawiska już wcześniej. Gdy znaleźliście się w miejscu kaźni czuliście ukłucie żalu, gdy weszliście do pradawnej świątyni – muśnięcie szacunku. Ale to wszystko było skryte. I zdawało się płynąć z głębi Was. Tutaj było inaczej. Ta kształtująca rzeczywistość forma wgryzała się w Wasze dusze i rządziła nimi niepodzielnie. A Wy zdawaliście się być wtedy bezbronni jak dzieci. Gdyby chodziło li tylko i wyłącznie o zdolności magiczne, z pewnością byście sobie poradzili, a tak… wszystkiego musicie nauczyć się od nowa.
We trójkę… bo ten kicający stworek właśnie odchodzi.
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Ledwo rzucił okiem w stronę ciała minotaura, które wypatrzył Jim.
- Normalna rzecz w Ulu. Najwięcej truposzy znajdziesz właśnie tutaj. Cena za to, że Twardogłowi i Czerwona Śmierć rzadko kiedy tu zaglądają. Zwłaszcza tak blisko Śniedzi, gdzie najwięksi siepacze boją się chodzić, a cóż dopiero skurle z Harmonium... - urwał, słysząc przemowę biesa i zastanawiając się, gdzie on się do jasnej cholery kieruje. Ten diabeł chyba zbzikował już do reszty.
- Nie radzę iść za nim - rzekł do Zaafanawiego i Jima, po czym zawołał jeszcze w stronę spinagona - Tyyyyyyy! Życie ci zbrzydło? Wracaj tu, do stu tysięcy oszalałych goristro, zanim się znajdziesz w księdze umarłych!
Miał tylko nadzieję, że bies wróci sam, bo biegać za nim nie miał najmniejszego zamiaru.
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
- Ciekawe to Sigil. Powoli zaczyna mi się tu podobać, w sensie, że jeśli uda mi się kiedykolwiek wrócić do domu, nic mnie już chyba nie zdziwi. Ale co tam, śmiertelnik uczy się na błędach… swoich lub cudzych – rzekł Jim, omijając truchło. Słysząc krzyk Kardana, odwrócił się, otworzył szeroko usta, jakby miał coś powiedzieć za odchodzącym biesem, nabrał w nie powietrza i zamilkł, nie bardzo wiedząc, co takiego właściwie ma powiedzieć. Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w rozmowach z diabłami – po prawdzie, to nie miał żadnych. Jack, jak zwykle, miał coś do powiedzenia:
- Te, przepotężny! – zakrakał głośno, unosząc się w powietrze i lecąc za spinagonem. – Znudziło ci się kolczaste życie, czy jak? Słuchaj Kardana, Kardan zna miasto. Chyba nie chcesz skończyć jako egzotyczny zestaw wykałaczek… albo jakoś gorzej. Cholera, że też nie wiem, co tu właściwie się może krukowi, tfu, czartowi przydarzyć – powiedział nieco ciszej, zawracając w stronę Andersena.
Jim w tym czasie myślał. Skoro w miejscu, gdzie jest pełno trupów czuć było atmosferę śmierci tak silną, że pomysł podcięcia żył wydał mu się przez kilka sekund całkiem atrakcyjny, zaś atakujący rakszasa samym umysłem zdusił w nim wolę walki, może całe to miejsce opiera się na wierze? Może to świadomość ogółu kształtuje rzeczy…
- Tu kruk jeden. Proszę o pozwolenie na lądowanie – zaskrzeczał Jack, przerywając rozmyślania Andersena.
- Tu człowiek jeden. Pozwolenie przydzielone, kieruj się ku ramieniu nr 2 – odpowiedział Jim, powtarzając zasłyszane niegdyś od umierającego, ubranego w dziwaczny, lśniący strój drowa.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
To było jak wizyta na bazarze - jedno z ulubionych zajęć Zaafanawiego. Przybysze z dalekich stron przekrzykiwali się tysiącem narzeczy podtykając przechodniowi egzotyczne towary, o których marzyli, żeby mu je wcisnąć. Mógł się zatrzymać, przyjrzeć, może dotknąć, wybadać, zamienić parę słów z nieznanym handlarzem. Ale musiał też uważać na kieszonkowców, oszustów i hipnotyzerów. No i obcy zawsze mógł rzucić Złe Oko.
Albo jak palenie opium w lupanarze pod Gwieździstymi Zasłonami. Niezwykłe doznania na wielu poziomach naraz - może nawet więcej niż ludzki umysł był przyzwyczajony normalnie postrzegać. Barwy, zapachy, muzyka. Marzenia spełnione i tylko sugerowane. Piękne tancerki i fantastyczne bestie. Trzeba było uważać, aby nie zagłębić się zbyt daleko w wizje. Mogły pochłonąć czowieka i zniszczyć drogę powrotną.
Zaafanawi lubił poznawać nowe, nawet gdy wiązało się z tym pewne niebezpieczeństwo. Ratunkiem mu było Lenistwo, które nie pozwalało zbyt wiele czasu i wysiłku poświęcać jednemu obiektowi. Łatwo odczuwał znużenie i zawracał z drogi, która innych prowadziła do zatracenia. A z drugiej strony, nie tylko był hedonistą, ale i filozofem. Wysoko cenił siłę swego umysłu i żelazną wolę. Nieznośną była mu myśl, że taka niezwykła osobowość jak jego musiałaby się komuś, czemuś podporządkować, stałaby się od tego zależna.
I dlatego Sigil było jak pierzasta kobra. Taniec mamiący oczy, niesłyszalna muzyka wpływająca na umysł i jadowe kły czekające na moment, kiedy się wbiją w zauroczoną ofiarę. Zaafanawi bawił się kiedyś patykiem z taką kobrą. Drażnił się z nią, szturchał, udawał, że nie przejmuje się niebezpieczeństwem. Ale tak jak i teraz robił to pod czujnym okiem przewodnika.
---
Do Domu Bramnego. Ponura Klika. Krewniacy satyra. Bziki. To brzmiało nawet lepiej od tajemniczego zadania kolczastego czarta.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Kheez
This is The End. Beautiful friend - the end.
The Doors
Nie zważając na słowa niedoszłych towarzyszy baatezu ruszył. Jego zaopatrzone w ostre pazury łapy zachrobotały o pokruszone kamienie a cień spowijający Śniedź zamknął się za nim niczym niewidzialne odrzwia.
Zniknąl Wam z oczu.
Ulice Ula
Świat nie jest dla ludzi normalnych. Jest dla znormalizowanych
Aforyzm
Podróż w kierunku Domu Bramnego nie trwała długo. To, co na pędzącym wozie, w otoczeniu pojękujących ostrz i oślizgłej mgły wydawało się wiecznością, w rzeczywistości nie było nawet kwadransem spokojnego marszu po krzywiźnie torusa.
Jim i Zaafanawi raz po raz kichali. Drażniący śluzówki zapach kwasu prowokował taką reakcję. Charakterystyczne a-psik rozbrzmiewało pomiędzy wykoślawionymi kamienicami. Karden prowadząc ludzi niczym wprawny wodziciel omijał kępy ostrorośli, która jakimś cudem ocalała po deszczu, opalizujące kałuże, których jakby przybyło oraz nocnych bywalców ulic Klatki. A było ich sporo. Cienie przemykające pod oknami domostw, upiory i inne duchy pojękujące w zaułkach. Ul nocą z pewnością nie należał do najprzyjemniejszych miejsc w Wieloświecie. A krasnolud dziękował w duchu mocom (puste słowa, ale zawsze), że mieli okazję przechodzić tuż po Deszczu, gdy najwięksi siepacze siedzą w swoich norach, bądź jednoczą się z mułem.
Nie obyło się oczywiście bez kłopotów. Kilku odważniejszych gnomów próbowało zaczepki, ale zostali odstawieni z kwitkiem. Na szczęście obyło się bez rękoczynów. Nieco dalej spotkaliście zrozpaczonego kolekcjonera, który ronił krokodyle łzy nad swoim wozem, pełnym rozpuszczonego ciała i kości. Całodzienny zbiór się nie powiódł. Niejeden z Martwych nie będzie miał jutro co włożyć do garnka. Może to i dobrze, pomyślał Karden, którego niegdyś kusiły nawet hasła tej frakcji.
Szliście w milczeniu, nie było zresztą o czym gadać. Wkrótce po waszej prawej stronie pojawił się Ściek – niby-strumień, którego wątpliwe uroki Jim i Zaafanawi mieli już okazję poznać. Teraz wyglądał zupełnie inaczej. Nad spokojną taflą wody unosiła się zielonkawa, lekko fluoryzująca mgła. Wkroczyliście na most – inny niż ostatnim razem i przeszliście na drugą stronę wody. Potem szybko Depresją (nazwa wyjątkowo ponurej uliczki) do samego Domu Bramnego.
Brama przybytku ukryta była w fikuśnym portalu w kształcie korony ognia. Po lewej i prawej stronie rozpościerały się liczące co najmniej po siedemdziesiąt stóp każdy mury zakończone kwadratowymi donżonami (nieopodal prawego – patrząc na front budynku – wypływał Ściek). Blanki były wykonane z innego materiału niż reszta budynku (nasuwały skojarzenie z zadymionym marmurem) i motywem przypominały zwieńczenie portalu, którego płomienie, a przynajmniej część pełgająca po ziemi, wgryzały się na kilka dobrych metrów w dziedziniec. Najwyższy z języków ognia kończył się na wysokości pięćdziesięciu stóp i rzucał głęboki cień na wchodzące i wychodzące z budynku istoty.
Pomimo niesprzyjającej aury na sporym placu przed budynkiem kręciło się mnóstwo istot – krewniaków jakby powiedzieli tutejsi. Przed samą bramą natomiast ustawiła się spora kolejka. Sądząc po jękach niezapisani kierowali się do skrzydła szpitalnego, zapisani zaś po prostu sterczeli z braku lepszego zajęcia. Przechodząc przez specyficzny, bo otoczony zewsząd sypiącymi się kamienicami, dziedziniec dotarliście pod samą bramę. Kilku bywalców krótko pozdrowiło krasnoluda. Kilku innych warknęło nań z niechęcią. Inni zupełnie się nie przejmowali całą uwagę skupiając na gryzmolącym coś na kartce Abishayu.
- Komitet kolejkowy – uprzedził pytanie Karden – krewniacy i skurle organizują się w ten sposób. Mniej czekania. Więcej czasu dla siebie. A tu… tu czeka się długo.
Rzeczywiście, ciekawski Zaafanawi zerknął przez ramię skrzydlatemu demonowi (albo biesowi, kto by się przejmował) i dostrzegł rząd imion – oraz iksów – z określonymi obok godzinami „wachtowania”. Kupiec z każdą chwilą był coraz bardziej zafascynowany tym miejscem. I nie zważając na opryskliwe zaczepki uśmiechał się coraz szerzej.
Jim z kolei zdawał się być wszystkim bardziej oszołomiony niż zachwycony. Fluktuacje morfy dawały się mu najbardziej we znaki. Kiedy mijając sporą kałużę podczas wędrówki po Trakcie Szeptów przeglądnął się w niej dostrzegł zupełnie inną osobę. Naprawdę, mógłby przysiąc, że zmieniły mu się rysy twarzy, spojrzenie stało się bardziej przenikliwe, a skóra szara i sucha. To miejsce go zmieniało i czuł to z każdą chwilą coraz dotkliwiej. Teraz na przykład, tuż pod tym… azylem dla opętanych (wnioskował po dźwiękach wydobywających się z rozlicznych okienek w budynku) słyszał głosy szaleńców ich szepty i mamrotania. Z trudem opanowywał zawrót głowy. Z największą uwagą utrzymywał się w pionie.
Tymczasem Karden przedarł się przez ciżbę i dotarł do samej bramy, wcześniej nakazując swoim podopiecznym pozostanie na uboczu, i teraz rozmawiał ze zblazowanym pół-elfim strażnikiem o norze Domnusa-Tomnusa. Uzyskawszy widać zadowalające informacje wrócił do reszty z ponurym uśmiechem malującym się na krasnoludzkim obliczu.
- To cyk drogi stąd, chłopaki. Ten cegłostwór. – wskazał na wyjątkowo ohydną kamienicę po przeciwnej stronie placu – Ma norę w sutenerze. Chodźmy!
Sadziliście sporymi krokami przez dziedziniec. Krasnolud musiał w dodatku szybko przebierać krótkimi nóżkami. W końcu znaleźliście się w cieniu budynku. Spojrzeliście raz jeszcze na Dom Bramny za Waszymi plecami, Jim z przestrachem, Zaafanawi z zachwytem, a Karden z wyraźnym znurzeniem.
I weszliście do środka.
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Wzruszył tylko ramionami, gdy bies zniknął im z oczu. Ostatecznie, kogo to obchodzi? Sam zrobił wszystko, co mógł. Jeśli Kheez zginie, to będzie tylko i wyłącznie jego wina.
- Idziemy - rzekł krótko, odwracając się od Śniedzi, po czym ruszył w stronę Domu Bramnego. Śmierdziało kwasem, ale nie zwracał na to uwagi. Nieciekawe zapaszki były tutaj codziennością, chociaż i tak nie mogły się równać z tymi w Niższej Dzielnicy. Tak czy inaczej, zdążył już przywyknąć. Gorzej z jego dwoma krecimi towarzyszami, którzy kichali niemal co chwila. Spoglądał na nich co chwila z pewnym niezadowoleniem - zdradzali w ten sposób, że są pierwszakami dopiero co przybyłymi do Klatki, narażając ich wszystkich na baczną obserwację ze strony rycerzy pocztowych. I faktycznie, znaleźli się tacy, którym zachciało się cudzych dzwonków. Gdy przechodzili jednym ze skrótów, grupka wytatuowanych gnomów rozstawiła się w bojowych pozach w zaułku, żądając myta za przejście. Widział ich w sumie po raz pierwszy w życiu, zatem musieli się tu przenieść z innej części Ula. A zatem zostali wypędzeni ze swojego terytorium. Ciekawe, przez kogo. Wszystko jedno zresztą. Na pewno nie znają tutejszych układów, starczyło więc być odpowiednio pewnym siebie.
- Idźcie się pocmokać z sukkubem, albo co - warknął - Jak zrobicie to szybko, to nie powiemy Krzywemu Sidowi, że chcieliśta brzęku od jego gościa - wskazał dłonią na Zaafanawiego. Sida wymyślił właśnie przed chwilą, ale nie miało to żadnego znaczenia - Wiecie chyba, że nie cierpi, jak ktoś się rządzi na jego podwórku, co nie?
Gnomy zawahały się chyba. Czyli jednak. Grupka skórogłowych, zbyt słabych, aby przeżyć w Ulu. Ciekawe, czy pierwszaki, czy po prostu tacy szczeniakowaci sferowcy.
- Zabierać dupska i iść w Labirynty! - rozdarł się - byliście w Domu Bramnym chociaż? Kiedykolwiek? No to z czym do prawdziwych trzaskaczy?! Niedawno wyszedłem ze Skrzydła Przestępców, więc nie wystawiajcie mojej cholernej cierpliwości na próbę! Won!
Znikli jak sen jaki złoty. Dalsza podróż minęła bez przeszkód i szybko znaleźli się u celu, czyli nieopodal Domu Bramnego. Budowla była imponująca, ale krasnolud znał ją za dobrze, żeby mogła zrobić na nim jakiekolwiek wrażenie. Podobnie zresztą jak olbrzymia kolejka do środka, złożona z biedaków, bzików i odprowadzających ich krewnych, oraz rodziców zmuszonych do oddania swych dzieci do sierocińca. Takie jest życie. Nie ma sensu się na nie skarżyć.
Oddalając się od swoich "podopiecznych", ruszył w stronę strażnika. Trudno było powiedzieć, aby znał tego półelfa, on za to chyba rozpoznał krasnoluda, bowiem na jego widok uśmiechnął się. Chociaż trudno było to nazwać uśmiechem.
- O. Gracja Pani, Karden. Do Sruce biegasz? Już cię Ponury Odwrót dopada?
- Nie - odburknął krasnolud - Ceruj wargi i słuchaj. Znasz Domnusa-Tomnusa? Kopytny taki. Satyr znaczy się.
- A jeśli znam, to co? - wykrzywił się półelf, przyjmując postawę typową dla większości Ponuraków: "A co mnie to miałoby obchodzić?"
- Wiesz, gdzie jego nora? Mam mu tam czegoś popilnować, bo on sam pogryzł se stal i nie dotrze tutaj. Nie jest w księdze umarłych, znaczy się, po prostu Tetch go ceruje.
Elf aż gwizdnął z podziwem.
- To krwawi. Co za skurl go tam zaniósł? Zresztą - dostrzegł wyraz twarzy Kardena - Nieważne. Tam gdzieś mieszka, w sutenerze - wskazał na kamienicę po drugiej stronie placu - Tylko się nie pomyl. Obok kilku Czarnych mieszka, i to z gatunku tych zbzikowanych.
Krasnolud podziękował. Zachował dla siebie fakt, że nie ma klucza. Miał swoje sposoby, aby sobie z tym poradzić.
- To cyk drogi stąd, chłopaki. Ten cegłostwór. – oznajmił, podchodząc do swoich podopiecznych. Na szczęście się nie porozbiegali – Ma norę w sutenerze. Chodźmy!
Gdy dotarli, zaczął gmerać po kieszeniach w poszukiwaniu wytrychów.
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
Co się ze mną dzieje? – pomyślał Jim, spoglądając na swoje odbicie w kałuży. Obserwował przez chwilę swą twarz, pobladłą i poszarzałą, wystające kości policzkowe i pociemniałe oczy, po czym ruszył truchtem przed siebie, goniąc pozostałych. Idąc milczał, starając się powstrzymywać od kichania. Początkowo szło mu to nienajlepiej – podrażniona śluzówka domagała się usunięcia resztek żrącego Deszczu – jednak z czasem zaczął przyzwyczajać się do kwaśnego zapachu w powietrzu. – Widać, przemiana ma też swoje dobre strony – powiedział w myślach po kilku minutach, spostrzegłszy, że jego oddech wrócił do normy.
- Jack, stawiam żywicę, że te gnomy były tylko czyjąś obczajką – powiedział Anderson, zastanawiając się w duchu skąd do cholery wie, że na browar mówią w Sigil „żywica”.
- Gówno prawda, Jim. Nic nie wiemy. Na moje oko to byli jacyś leszcze, których ktoś wykochał z siedziby, jakiejkolwiek by nie mieli – odparł kruk.
- Coś mi mówi, że w Klatce mało kto może mieć stałą skrzynię. Tak, jak na morzu – każdy skórogłowy traci łeb, dostaje linę albo staje się pokarmem dla rybek – dodał Jim. Zdziwienie na dźwięk własnych słów zaczęło mijać, kiedy uświadomił sobie, że powtarza jedynie zasłyszane od łowców i przechodniów słowa. Mimo to uczucie niepokoju, wywołane niemal bezbłędnym rozumieniem sigilskiego slangu pozostało.
Widząc, jak Karden zagaduje do półelfa, Jim zaczął ostrożnie się rozglądać. Każde nowe doświadczenie co prawda zwiększało szanse przetrwania, ale nie chciał przypadkiem trafić na spojrzenie jakiegoś biesa, który uzna to za wyzwanie. Mimo znajomości kilku sztychów i sztuczek nie stanowiłby zbyt wielkiego wyzwania dla nawet słabszego przeciwnika. Zwłaszcza, że nie miał broni.
- To cyk drogi stąd, chłopaki. Ten cegłostwór. – oznajmił krasnolud, podchodząc.
- Coś mi mówi, że wewnątrz wygląda gorzej, niż na zewnątrz – odparł Jack, jednak ruszył w kierunku kamienicy z zadowoleniem, zostawiając Dom Bramny za plecami.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
Nieprzyjemny zapach drażnił wrażliwy nos czarodzieja. A do tego jeszcze ten okropny kocur zaczął się wiercić pod ramieniem, które go trzymało. Jeżył się, prychał, wyraźnie nie był zadowolony ze swojej sytuacji. Wycierając głośno nos w czerwoną jedwabną chustkę pachnącą winem o bogatym aromacie Zaafanawi powoli dochodził do wniosku, że kot w sumie ma sporo racji. Żebracy, bandyci, grabarze. Nie było to towarzystwo w jakim zazwyczaj obracał się kupiec. Coraz częściej wracał myślami do gwarnego Gmachu Mówców. Choć to właśnie tam padł ofiarą mocy potężnego rakszasy, to jednak tamto otoczenie było mu dużo przyjemniejsze i wolałby tam ryzykować niż tutaj - bo przecież ten tzw. Ul też nie był wcale bezpieczny. A poza tym instynktownie wyczuwał, że raczej tam będzie miał okazję do zrobienia jakiegoś ciekawego interesu. Czym tutaj można było handlować? Chyba tylko szaleństwem i bólem.
Jednak gdy dotarli do miejsca, w którym tych dwóch towarów było pod dostatkiem, Zaafanawi widocznie się rozpogodził. Podszedł bliżej do nieszczęśników stojących w kolejce, ze współczuciem przypatrywał się ich dolegliwościom i szczerze żałował, że nie ma przy sobie dużej sakiewki wypełnionej monetami, z której w dzień świąteczny obdzielał jałmużną potrzebujących tłoczących się tłumnie u bram meczetu. Niestety wysokie koszty tej niezwykłej wyprawy pozbawiły go nawet takich pobożnych przyjemności.
Drugą przyczyną zadowolenia czarodzieja była bliska perspektywa wykonania obiecanej satyrowi przysługi. Odwiedzą jego mieszkanie, sprawdzą czy wszystko jest na swoim miejscu i czy nikt nie połasił się na jego własność pod nieobecność gospodarza, a na koniec Zaafanawi rzuci zaklęcia ochronne i będą mogli ruszać w swoją stronę. Może jeszcze w międzyczasie, korzystając z przytulnego lokalu będą mogli coś przekąsić. Burczenie dobiegające spod zielonej jedwabnej szarfy opiętej na wydatnym brzuchu dobitnie świadczyło, że pora obiadu, a nawet podwieczorka już dawno minęły.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Trzewia Cegłostwora
Filozofia jest drogą do innych nauk, lecz ten,
kto chciałby się na niej zatrzymać, wpadnie w ciemność
św. Bonawentura
Kruszejąca kamienica przywitała Was pieszczotliwym niemal chłodem, który delikatnie pieścił odsłonięte części ciała. Powiew niósł delikatną woń właściwą każdemu niemal staremu budynkowi.
Na tyle na ile widzieliście ściany budynku były koloru zgniłego beżu. Na zespolonych kiepską zaprawą kamieniach widniały różnorodne napisy – najczęściej niewybrednej treści. Schody prowadzące w górę były źle spasowane i potwornie wręcz krzywe. Poręcz zerwano, a okna przesłonięto kawałkami skorodowanego metalu.
Maleńki pajączek zsuwał się właśnie po nici, gdy Karden podszedł do schodów prowadzących w dół. Odgrodzonych kratą stołów. Krasnolud pochylił się i ocenił okiem znawcy jej oporność. Dopiero po chwili skupił swoją uwagę na zamku.
Tymczasem Jim i Zaafanawi usiłowali przekonać swoje oczy do widzenia w niemal całkowitej ciemności. Jak do tej pory bezskutecznie. Przynajmniej jeśli chodzi o Jima. Kupiec radził sobie całkiem nieźle, po pierwsze, dzięki pomocy czworonożnego przyjaciela, po drugie, dzięki nabytym w tym przedziwnym miejscu umiejętnościach, choć – co warte nadmienienia – nadal nie tyle „widział” w ciemności, co raczej „wyczuwał”, co się znajduje wokół. A było tego sporo.
Przegniła do cna beczka wypełniona wodą i czymś jeszcze. Parę cegieł pozostawionych na ziemi. Kilka metalowych, przeżartych rdzą ni to prętów ni tyczek. Płachta perforowanej stali i jakimś cudem ocalały, wygięty w finezyjnym kształcie kandelabr. Nora jak nic.
Karden tymczasem przymierzał się do zamka. Szczupłe jak na krasnoluda, ale nie szczupłe generalnie dłonie radziły sobie jak do tej pory słabo. Skupienie przychodziło karłowi z trudem, a i cierpliwość była na wyczerpaniu. W pewnym momencie chciał wszystko rzucić i pójść do Domu Bramnego się zdrzemnąć zostawiając tym samym towarzyszy na pewną śmierć.
Wtedy właśnie szczęknął zamek.
Drzwi stały otworem. Schody aż się prosiły do stąpnięcia po nich.
Podczas wielu dotychczasowych podróży Jim wyrobił sobie pewien rodzaj reakcji obronnej, który pozwalał mu zorientować się w niebezpieczeństwie zanim te tak naprawdę się objawiło. Tym razem, „szósty zmysł” rozdzwonił się jak oszalały w jego głowie. Generalnie, za dużo rzeczy nawiedza mi głowę ostatnio, westchnął ze zrezygnowaniem i wzruszył ramionami.
Intuicja niemal zawsze go zawodziła.
Trafiliście do niewielkiego korytarzyka. Na jego końcu były drzwi. Po drugiej stronie niewielka nisza, z której czuć było lekko potem, moczem i… czymś jeszcze. Krasnolud coraz bardziej zmęczony od razu doszedł do drzwi. Pod nimi leżała zwinięta w kłębek szmata. Odsunął ją butem i przykląkł (drzwi były niskie). Potem wytrychy rozpoczęły swą pieśń. Ten zamek był wyraźnie trudniejszy do rozpracowania. Aż dziw brał, że tak dobry.
Jim i Zaafanawi w tym samym czasie sprawdzali niszę. W środku ktoś leżał. Leżąc pod wieloma kocami był niemal nie do rozpoznania, jedynie kępka wystających spod zielonkawej materii włosów go zdradzała. Zaafanawi przykląkł i możliwie najuprzejmiej wyszeptał.
- Dobry wieczór… znaczy, gracja Pani. – cisza - Jest tam kto?
Dodał niezbyt mądrze po chwili namysłu.
Znów cisza.
- Może nie żyje? – zapytał z dziwną nutką (nadzieją?) w głosie.
Głos uwiązł mu jednak w gardle. Koce poruszyły się i zamiast kępki włosów mieli przed sobą oblicze ciemnookiej piękności. Rzecz jasna na Ulowe standardy. Szczupła buzia o wysokich kościach policzkowych, ogromne, migdałowe oczy i groteskowo małe usta dopełniały wizerunku kobiety nieznanej rasy. Dla Jima była ona ledwie jaśniejszą plamą na czarnym jak smoła tle. Zaafanawi widział ją dobrze i już, już uśmiechał się, by podjąć przerwaną konwersację.
W tym momencie wydarzyło się parę rzeczy jednocześnie.
Najpierw Karden otworzył zamek. Potem zza drzwi zaczął się wydobywać gryzący dym. Następnie krasnolud rzucił się – słusznie – do ucieczki. Następnie kobieta rozchyliła wargi ukazując dwa długie na cal kły. Potem rzuciła się na wciąż uśmiechniętego Zaafanawiego. Potem Jim zaczął szeptać zaklęcie.
A w chwilę później zapanował całkowity chaos.
Rozpoczęła się zupełnie niechciana walka.
W ciemności...
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
- Salish ain alcaro lanneth – wykrzyknął Jim, gestykulując rękoma. Dłonie rozbłysły mu zieloną energią, barwiąc ściany pomieszczenia nikłym, szmaragdowym blaskiem. Gdy je połączył, moc otaczająca ręce Andersona uformowała się w niewielki pocisk, który wystrzelił w kierunku napastniczki. Nie patrząc na efekt zaklęcia, skoczył do tyłu, jednocześnie starając się dostrzec w mroku jakiekolwiek narzędzie, które mogłoby nadać się na broń.
- Jack, widzisz tu jakie ostrze? – krzyknął do starającego się utrzymać na jego ramieniu kruka.
- Gówno... nie, czekaj szefie, po prawej, za krasnoludem – zakrakał głośno. Jim skupił wzrok we wskazane przez ptaka miejsce. Kątem oka dostrzegł błysk na ostrzu zardzewiałego pręta, zapewne łomu, leżącego pośród porozrzucanych szmat. Rzucił się w jego kierunku, modląc się w duchu by nie było zbyt późno. Dopadłszy go powstał… i napotkał krwawy błysk oczu napastniczki, zbliżającej się w jego kierunku.
Tym razem nie pójdzie wam tak łatwo – pomyślał Jim, uspokajając myśli, nakazując również spokój krukowi. Morfa przerażenia i lęku zaczęła ustępować, zastąpiona przez spokój i pewność siebie. Wiedział, że wampirzyca, w każdym razie kobieta na taką wyglądająca, oczekuje paniki, strachu widoku pleców, które będzie mogła rozorać szponami. - Zamiast tego dostanie stal i magię – dodał, starając się dostrzec swoich towarzyszy.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
- Ajajaj! - wykrzyknął zaatakowany czarodziej. Odsuwając się gwałtownie, rzucił trzymanym kotem prosto w głowę napastniczki. Ciemności rozdarło przeraźliwe miauknięcie, a jednocześnie demoniczny kocur instynktownie wysunął wszystkie pazury w dramatycznej próbie odzyskania tak nagle utraconej stabilności. Wyrwana z niedawnego snu kobieta dość zwinnie wyplątała się z ataku tłustego zwierzaka, ale w tym momencie Zaafanawi zniknął jej sprzed oczu. Zaraz potem szmaragdowy pocisk Jima do reszty pozbawił jej koncentracji. Otyły mag swą niewidzialną w tej chwili sylwetkę schował jeszcze dodatkowo w cieniu schodów, którymi tutaj nie tak dawno zeszli. Teraz mógł już w miarę bezpiecznie obserwować dalszy rozwój wypadków.
Dziwna kobieta rzuciła się ku najbliższemu przeciwnikowi, ale Jim wraz ze swoim krukiem był już gotowy do walki. Zaafanawi, chcąc pomóc towarzyszowi w zbliżającym się starciu rzucił proste zaklęcie umieszczając na ścianie pośrodku korytarza magiczne światło. Kłęby dymu wydobywające się z otwartych drzwiczek wciąż jeszcze zmniejszały widoczność, ale i tak powinno być już dużo łatwiej.
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Dłubał przy tych drugich drzwiach i naprawdę miał już dość. Czemu, do cholery, nie poprosił dźganego satyra o klucz? Dlaczego mu to nie przyszło do tego durnego łba? Pierwszy zamek był tylko denerwujący, ale drugi był naprawdę trudny do rozbrojenia. W dodatku ten tłuścioch ciągle coś mamrotał.
- Ceruj wargi, psiamać - warknał - Właśnie usiłuję pracować.
W końcu jednak usłyszał satysfakcjonujący szczęk, ale tuż po chwili usłyszał kolejny. Dwa po sobie? Niemożliwe, chyba że...
Pułapka?
Czym prędzej rzucił się do tyłu, akurat w momencie, gdy zza drzwi zaczęły wydobywać się kłęby jakiegoś dymu. Uciekając z korytarza, zdążył zauważyć kobietę, która nie wiadomo skąd się tu wzięła - taką z długimi kłami. Decyzja, jaką mógł w tym wypadku podjęć, była tylko jedna. Czym prędzej zniknął w korytarzu, usuwając się jej z widoku. Jim usiłował się jakoś bronić, Zaafanawi już uciekł. Karden zatrzymał się w połowie schodów. Miał nadzieję, że uda mu się w odpowiedniej chwili podkraść do przeciwniczki.
Z tym, że jakiś kretyn właśnie oświetlił korytarz.
Krasnolud zaklął znowu, ale tym razem już tylko w myślach. Na jego twarzy pojawił się wyraz ponurej determinacji, kiedy ścisnął sztylet. Powolutku i nie wydając żadnego dźwięku, zaczął podkradać się do walczącej z Jimem kobiety. Wyglądało na to, że go nie dostrzegła.
Gdy tylko znalazł odpowiedni moment, pchnął. Bardzo mocno.
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
Udawanie rasowego wojownika nie wychodziło Jim’owi zbyt dobrze, mimo to starał się nie pokazywać, że w rzeczywistości o machaniu mieczem wie jedynie tyle, ile zdążył się nauczyć od towarzyszy na pokładzie „Serpentiny”. Gdy podjął wyzwanie, zamiast rzucając się do ucieczki, przyjmując postawę defensywną poczuł pewną zmianę – niby w powietrzu, w otoczeniu, ale jednocześnie jakby w swoim wnętrzu. Nogi same ustawiły się w pozycji obronnej, ręce chwyciły pręt w taki sposób, by łatwo było wykonać zarówno atak, jak i parowanie. Anderson czuł, jak jego działania zaczynają oddziaływać na pozostałych. Zobaczył cień niepewności w oczach napastniczki, zaraz po tym wściekłość – dziki, prymitywny gniew atakujący wszystkie zmysły, starający się zdusić wszelki opór i przywrócić utraconą przed chwilą formę – formę łowów, ucieczki i pościgu.
Gdy ruszyła z sykiem, starając się sięgnąć szponiastymi dłońmi w stronę jego twarzy, Jim przesunął ciężar ciała na lewo, starając się jednocześnie uderzyć kobietę (za co się w duchu przeklinał, wszak był dżentelmenem) w nogi i wytrącić ją z równowagi. Zamiar udał się połowicznie: zamiast trafić na twarz, szpony sięgnęły do koszuli, rozpruwając materiał i znacząc skórę czerwonymi liniami, pręt zaś trafił nieco poniżej kolana – wystarczająco mocno, by wytrącić przeciwniczkę z równowagi, jednak nie dość silnie, by uczynić jej jakąkolwiek krzywdę.
Wykorzystując pęd odbitego od wroga pręta, Jim obrócił się wokół własnej osi, jednocześnie wykonując szeroki zamach. Błąd – źle ocenił wielkość pomieszczenia. Pręt zahaczył o jedną ze stojących nieopodal beczek i wypadł z ręki Andersona. Wampirzyca, szykująca się do skoku odwróciła instynktownie głowę, słysząc hałas, jaki wydał upadający na podłogę kawałek metalu. Dało to ułamek sekundy, potrzebny Jim’owi do odskoczenia i rzucenia kolejnego zaklęcia.
- Sansreth gorash, ug garhull – krzyknął, uśmiechając się na widok pęczniejących wiązek mięśni. – Teraz się pobawimy. Choć możesz odejść – powiedział do szykującej się na atak przeciwniczki, z lekkim niedowierzaniem obserwującej przemianę.
Dobrze – powiedział do siebie w duchu dostrzegając Kardana, bezgłośnie atakującego plecy napastniczki.
GhosterGlobal ModeratorHekatonpsychos
Kto umie się zatrzymać, ten potrafi nieszczęściu zapobiec.
Laozi
Koniec. Ostrze sztyletu wgryzło się w tkaninę opatulającą „wampirzycę”, potem przebiło skórę, potem mięśnie i tam utkwiło. W jednym – szczególnym miejscu. Sercu. Perfekcyjny cios sigiliańskiego zabójcy.
Kobieta rzygnęła posoką, ochlapując buty Jima. Potem osunęła się na ziemię w rosnącej kałuży krwi i ekskrementów. Śmierdziało. Capiło okropnie. Śmierć nie pachnie ładnie. Skoro jednak mowa o zapachach…
Chmura ulatniającego się zza drzwi gazu zdążyła do Was dotrzeć. Panujący mrok i bezwonność dymu sprzyjała roztaczaniu się jego cichego panowania. Wszyscy (poza Zaafanawim) stojący nad ciałem byli odzierani z kontaktu z rzeczywistością całymi płatami. Trucizna zabrała Wam kontrolę nad zmysłami i myślami. Zaginała postrzeganie tak, że wkrótce wszystko przypominało szaleńczą jazdę wewnątrz kalejdoskopu. Feerie barw. Eksplozje dźwięków i zapachów. Dreszcze smaków. I muśnięcia dotyku. Czuliście, że umieracie, ale cóż to była za śmierć!
Widząc zataczających się towarzyszy Zaafanawi nie czekał długo. Sięgnął przed siebie, schwycił za chabety jednego i drugiego, po czym, metodycznie zaczął targać ich po schodach. Byle ku wyjściu. Byle ku świeżemu (ależ określenie) powietrzu. Byle na ulice.
Nie udało mu się. Zaczerpnąwszy kilka haustów powietrza także organizm dzielnego kupca poddał się działaniu toksyny. Na przedostatnim schodku straciłeś równowagę i wraz z Jimem i Kardenem stoczyłeś się w otchłań kamienicznej piwnicy.
Drżyj, synu Zguby, drżyj. Niech lęk obejmie w swe władanie cały Twój świat. Nieliczne są ślady Twej przeszłości pozostawione na bezdrożach wspomnień. Śpij synu Zguby, śpij…
Cela
Jestem niewinny!
(tia)
Anonim - napis na murach Więzienia Miejskiego w Sigil (z adnotacją)
Chluśnięcie pełnym wiadrem wody (pomyj?) nie należało do najsubtelniejszych metod pobudki. Niestety, Wasz oprawca – a może i dobroczyńca – nie zastanawiał się nad tym. Otworzyliście oczy, powoli, ostrożnie. Nim źrenice przywykły do nienaturalnego (dużego) natężenia światła, już dobiegały do Was głosy. Jakby z bardzo daleka.
- No i trafiliście w ślepaki – głos męski, chropowaty niczym niedoheblowana deska.
- A nie mówiłem?! Podejrzewałem ich, jebaków leśnych! Skurli niedopieczonych!
Ten z kolei brzmiał dziwnie znajomo. Nadal nie widzieliście nic poza zarysami.
- Spokojnie, Domnus… Spokojnie, powęszyliśmy wokół i złapaliśmy Skega, a nawet trzy skegi. Świeżutkie niczym bułeczki u staruszki Chei.
Cienie najwyraźniej znużone swą zgoła eteryczną formą zdecydowały się przyodziać w konkretniejsze kształty. Przed Wami stał Domnus-Tomnus z wielce zaaferowaną miną oraz – co niezwykle zdziwiło Kardena – odziany w najeżoną kolcami zbroję, w barwie ciemnego grafitu z brązowoszkarłatnymi ostrzami rycerz. Łaskobójca.
- O, widzę, że krewniacy odzyskali wreszcie kontakt z matką Klatką – wojownik wyszczerzył się ponuro spod przyłbicy.
Jim pomyślał, że barwa jego oczu przywodziła na myśl rekina. Zęby zresztą również. Skóra też. Generalnie rzecz biorąc, musiał być spokrewniony z tymi morskimi zabójcami.
- Obędzie się zatem bez drastyczniejszych działań. Nie powiem, przykro mi.
Znów paskudny uśmiech.
- K-kim jesteś? – wymamrotał niepewnie Zaafanawi mocując się z więzami spinającymi jego nadgarstki. Odpowiedział mu cios ciężkiej rękawicy. Prosto w kość policzkową. Korpulentny czarodziej jęknął i osunął się bezwładnie na dziwnym, niewygodnym krześle. Jednym z trzech w tym pomieszczeniu. To tyle, jeśli chodzi o przedstawianie.
- Nie Twój zakichany interes – warknął Łaskobójca już się nie uśmiechając – Wpadliście jak Mimir w gówno. Gorszego sąsiedztwa nie mogliście sobie wyrobić. Zżarliście ciacho, które samiście sobie upiekli, a teraz zabełtacie. Oj zabełtacie. Za zabójstwo zapisanej jest jedna kara – śmierć.
Karden nigdy nie zgłębiał tajników frakcyjnego prawa, ale z tego, co się orientował łaskobójcy nie mieli prawa egzekwować porachunków pomiędzy członkami innej frakcji. Fakt, że byli w Triumwiracie sprawiał, iż stanowili najpotężniejszą siłę w całej Klatce, ale nic więcej. Nawet najsilniejsi nie wchodzili tak głęboko w sprawy innych związków. Pytania mnożyły się z astronomiczną prędkością a odpowiedzi nie nadchodziły. Może poza jedną konstatacją – to był naprawdę kiepski dzień.
Tymczasem przez wąskie okienka sączyło się dzienne światło. Zapewne minął już szczyt, niedługo znów zacznie się ściemniać. Mimo to, coś nie grało. Blask był zdecydowanie zbyt intensywny jak na Ul. A dźwięki dobywające się spoza murów zbyt… uporządkowane. Więzienie! Byli w Więzieniu Miejskim! Siedzibie Łaskobójców. Przedmiocie koszmarów każdego rycerza pocztowego w Klatce.
Byli zgubieni.
- Tu nie trzeba nawet rozprawy. Materiał dowodowy pokazuje niezbicie, że jesteście winni. Przy waszych ciałach znaleźliśmy sztylet, narzędzie zbrodni. Zaś zamek w drzwiach nosił ślady otwarcia wytrychami, które znaleźliśmy przy jednym z was. Obecny tu satyr, Domnus-Tomnus potwierdza wszystko. Szkoda tylko, że biedna dziewczyna zginęła dla kilku nic niewartych drobiazgów, które miał satyr. No nic, w imię przysługujących mi praw, jesteście niniejszym skazani na śmierć. Wyrok zostanie wykonany jutro w chwili szczytu.
Ostatnie słowa rycerz wypowiedział stojąc przy drzwiach do celi. Wypuścił satyra, który posłał wam jeszcze pełne pogardy (i czegoś jeszcze) spojrzenie. Więzów rzecz jasna nie zdjęto. Nadal mieliście spętane nogi i ręce. Wykonany z dziwnego materiału łańcuch zdawał się wysysać energię z ciał Jima i Zaafanawiego. Obaj zainteresowani mogli się tylko domyślać, dlaczego, i, na bogów, nie były to przyjemne myśli.
I tylko jedna rzecz nurtowała krasnoluda od początku rozmowy. A mianowicie – dlaczego na boku Domnusa-Tomnusa nie było śladu po ranie i operacji?
Wszystko to – nie wyłączając więzienia – śmierdziało na kilometr.
Wściekły krasnolud splunął na ziemię.
GhosterGlobal ModeratorGantolandon - Karden
Już w momencie, gdy tylko wbił sztylet w plecy "wampirzycy", zaczął mieć przeczucie, że coś tu jest nie tak. Niby wszystko było w porządku, w końcu to ona ich zaatakowała, jednak dziwne wrazenie nie mijało. Nagle przypomniał sobie o dymie. Cholera! Zupełnie o nim zapomniał.
- Odśmiewamy się - wrzasnął, rzucając się do schodów. Za późno jednak. Już po chwili nie wiedział nawet, gdzie one są. To, co ujrzał po chwili, przypominało wizję Chaosyty. I nie tylko ujrzał. Wszystkie jego zmysły trafił szlag. Dlatego też jego umysł zareagował w jedyny możliwy sposób - wyłączył się.
Przebudzenie było ciężkie. Jakaś paskudna ciecz chlusnęła mu w twarz. Otworzył wolno oczy, po czym zaczął powoli zapoznawać się z nową sytuacją. Satyr stojący obok członka... Czerwonej Śmierci? Porządny członek Kliki kumał się z Łaskobójcą? Bardzo chciał zgłębić tą sytuację, dlatego też siedział cicho. No i nasłuchiwał.
Potem było tylko gorzej. Karden jedynie wytrzeszczał oczy z niedowierzaniem. Wrobiono ich! Ale dlaczego? Otworzył usta, aby zaprotestować i po chwili zrozumiał, że nie ma to żadnego sensu. Wszystko świadczyło przeciw nim. Sam zresztą po części się do tego przyczynił w momencie, gdy postanowił otworzyć zamek wytrychem.
Chociaż była jeszcze jedna nadzieja...
- Zaraz! Wolnego! Co znaczy "rozprawy nie będzie"? Jaki "materiał dowodowy", skoro tylko Twardogłowym wolno go zbierać? Na Otchłań, przecie Ridnir Tetch słyszał naszą wymianę śpiewki z tym skurlem, który sam nas do tej swojej nory, do cholery, wysłał! Czego zresztą byście się dowiedzieli, gdyby w ogóle wolno wam było węszyć, albo chociażby zdybać nas! A kobieta była zbzikowana i zaatakowała nas sama - krasnolud wiedział, że ta opowieść nie miałaby najmniejszęgo sensu, gdyby nie jedna mała luka - ten cholerny medicus, a także masa jego pomocników słyszeli dokładnie całą rozmowę. Nawet, jeśli jest dwóch Domnusów - Tomnusów, to nie oni jedni o tym wiedzieli. Cały problem w tym, że kiedy Łaskobójcy już kogoś zdybali, to już na dobre. Tak przynajmniej słyszał.
Mimo to chwilowo nie było nic, co mógłby zrobić w tej sytuacji, oprócz protestów.
GhosterGlobal ModeratorIfryt - Zaafanawi ibn Belbiad
- Jestem niewinny! - krzyczał kupiec domagając się swoich praw. - Nawet jej nie dotknąłem! Z gmeraniem w zamkach też nie miałem nic wspólnego! - Żeby było śmieszniej, wszystko co mówił rzeczywiście było prawdą. - Mogę to wszystko potwierdzić przed kadim! Sprawdźcie mnie! Nie kłamię!
Tak to najwyraźniej chęć uczynienia dobrego uczynku przyniosła mu na głowę konflikt z tutejszym wymiarem sprawiedliwości. Jak to się mogło stać? On, taki uczciwy, pobożny (o, właśnie sobie przypomniał że od jakiegoś czasu nieco się zapuścił w modlitwach - hm, to pewnie wszystko przez to!) znalazł się w takiej sytuacji. Dobrze chociaż, że jego sąsiedzi z Qadib, Miasta Różdżek nic o tym nie wiedzą. To by dopiero zrujnowało mu reputację!
W wolnej chwili zamierzał spróbować skontaktować się ze swoim chowańcem. Kocura nigdzie w okolicy nie było widać, więc widocznie skrył się lepiej od swojego pana, którego złapano nawet pomimo tego, że rzucił na siebie zaklęcie niewidzialności. Może mógłby ruszyć swoje tłuste cielsko i spróbować znaleźć jakąś pomoc. W końcu do Domu Bramnego nie było aż tak daleko, a tam podobno Karden miał dobrych znajomych. Na pewno z radością pomogą krasnoludowi i jego przyjaciołom. Taka rozrywka z pewnością by im się przydała. Wyglądali przecież dosyć ponuro.
GhosterGlobal ModeratorShadEnc - Jim Anderson
Obserwuj. Nic nie mów, wypowiedzenie jakichkolwiek słów spotka się tylko z karą. Szukaj wyjścia, znajdź drogę ucieczki – jeszcze zanim świadomość Jima powróciła w pełni, umysł zaczął pracować w spokojny, analityczny sposób. Chaotyczność, reakcja w żywiołowy sposób, jaka cechowała ex-czarodzieja „Serpentiny” znikła, zastąpiona przez chłód i opanowanie. Pytanie brzmiało, jak długo nieuporządkowana świadomość pozwoli Andersonowi trzymać się na uwięzi, ile czasu minie, nim spanikuje? Na to pytanie sam zainteresowany nie był w stanie odpowiedzieć. Cieszył się, że chwilowo panuje nad emocjami.
-…Na Otchłań, przecie Ridnir Tetch słyszał naszą wymianę śpiewki z tym skurlem, który sam nas do tej swojej nory, do cholery, wysłał! – usłyszał wypowiadane przez krasnoluda słowa. Zaklął cicho obserwując satyra. Wiedział, że jeśli jest kimś, kto posiada na tyle dużą moc, by podszyć się pod rannego w nie budzący wątpliwości sposób, jest częścią większego planu, członkiem grupy o szerszych wpływach – te zaś oznaczały możliwość usunięcia niewygodnych świadków. Zamiast próbować obrony, zaczął przywoływać w myślach Jacka. Miał nadzieję, że chowaniec był na tyle cwany, by uciec… i nie opuścić swojego pana.
- Jack, mój drogi Jack. Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto wdepnął w gówno – wyszeptał w myślach, szukając jaźnią obecności kruka.
- Co mam zrobić, szefie? Jak zwykle, jeden ratuneczek plus wyjęcie z paki? – zaskrzeczało w odpowiedzi ptaszysko.
- Leć do Tetcha. Powiedz mu, że będzie miał gości. Ukryjcie Doomnusa. Potem możecie się zająć nami… jeśli coś jeszcze z nas zostanie – pomyślał Jim. Wiedział, że kruk ma spore szanse dotrzeć na miejsce przed kumplami sobowtóra. Pytanie brzmiało, czy medyk zechce się skryć, czy też jego sadystyczna natura podpowie mu, że lepiej będzie spróbować swoich sił w walce?