- Wiedzokrad -
Diabelstwo spojrzało ostatni raz na starego, ledwo dyszącego skrybę z litością w oczach. Widział przed sobą istotę tak mocno oddaną sprawie, silnie wierzącą i upartą. Chociaż Noru nie cierpiał grabarzy, śmierć Dhalla byłaby nie lada stratą. Niezależnie od tego czy ten stary dziad starał się usilnie trzymać swoją wiedzę dla siebie, zasługiwał na uznanie. Sigil przepełnione było przeciwieństwami skryby - pustymi, twardogłowymi obszczymurami chłonącymi cudze cierpienia, niepewnymi swojej wiary i nie rozumiejącymi podstawowych zasad rządzących Wieloświatem. Takich ludzi jak Dhall brakowało by przywrócić równowagę.
Noru zabrał stronicę księgi i ruszył w stronę rzekomego portalu. Wyciągnął z torby stare pióro i zamoczył je w fiolce szczurzej krwi. Początkowo rozbawił go fragment zamieszczony w podniszczonej stronicy, ale z trudem przemógł się i bardzo wyraźne nakreślił na ścianie napis: przybyłem, zobaczyłem, wnętrzności zostawiłem, a teraz wybebeszony pragnę odejść. Kaduk przez chwilę miał nadzieję, że to głupi żart skryby, ale portal rzeczywiście otworzył się tuż przed jego nosem i szczęśliwie przeniósł Noru w okolice niemrawej grabarskiej gospody.
Diabelstwo chwilę zastanawiało się co mogli poczynić jego towarzysze. Zgadywał, że szwendali się teraz po burdelach, tłumacząc sobie, że pierwsza ognistowłosa panna obdaruje ich odpowiedziami na wszystkie pytania Wieloświata...
Chociaż odpowiedzi Dhalla nie do końca go satysfakcjonowały, podsunęły mu pewną myśl. Klątwa Trzech Matek była specyficzną przypadłością bal'asi. Nie znając wyzwalacza Cięty mógł stanowić wyzwanie dla reszty. Gdyby udało mu się poznać istotę tej klątwy, mógłby zabezpieczyć siebie i towarzyszy, a tym samym, w kulminacyjnym punkcie obrócić słabości bal'asi i przekuć je w broń. Noru postanowił mieć to na uwadze i być może w przyszłości spróbuje znaleźć rzekomy wyzwalacz.
Tymczasem kaduk ruszył do gospody zastanawiając się nad pozostałymi niewiadomymi. Szasmach. Szasmach był najbardziej intrygujący, może dlatego, że sam był diabelstwem, a może przez słowa, które zapadły mu w pamięć: "mamy w głębokim poważaniu wszelkie frakcje". Tak jakby słyszał siebie.
Wnętrze gospody "Proch do Prochu" było cóż, niezmienne od lat. Smutne, przygnębiające, miejscami obsmarowane jakąś zieloną mazią i potwornie usypiające. To prawie tak jakby ten budynek żył własnym, mizernym życiem, oczekując na zgon razem z grabarzami. Diabelstwo podeszło do baru, a właściwie do czegoś, co ten bar przypominało. Tu w gospodzie wszystko wyglądało inaczej, zamiast ciepła, hałasu, śmiejących się, tudzież sypiących przekleństwami istot, grzały się istne posągi powstrzymujące się od smarknięcia, bo to przecież mogłoby znacznie oddalić byt od Prawdziwej Śmierci. Noru nie próbował nawet ukryć obrzydzenia i wciąż się zastanawiał dlaczego przybył właśnie do tego miejsca.
- Balsamówka czysta, tylko bez brudnego, obdartego i obsmarowanego szczochami bandażu, w porządku? Pragnę żyć. - chrząknął do dość zgrabnej kobitki stojącej za ladą.
- Proszę - barmanka postawiła trunek tuż przed nosem Noru - coś jeszcze?
Napój, który zamówił kaduk wydobywał z siebie potworną woń, coś pomiędzy balsamem, a usmażonymi wnętrznościami lemura. Zapach ten i tak był o niebo bardziej znośny od *zatrutego* powietrza gospody. Diabelstwo nawet nie tknęło niebezpiecznego trunku.
- Szukam informacji.
Barmanka na chwilę ocknęła się i z niezwykłą sympatią spojrzała na kaduka. Diabelstwo dopiero teraz dostrzegło srebrzyste oczy, zarumienione policzki i sympatyczny uśmiech kobiety. - Informacji? - odrzekła - Wreszcie, któryś z Was Grabów o coś pyta. Zaczynałam się nudzić... - delikatnie uśmiechnęła się do diabelstwa.
- Nie jestem grabem - odparł oburzony.
- A wyglądasz!
- Ale nie jestem. - powtórzył zirytowany.
- Udowodnij! - kobietę wyraźne ekscytowało drażnienie diabelstwa.
Noru zaczął żałować że w ogóle przemówił. Przez chwilę myślał o samobójczym łyknięciu trucizny, jaką niebywale mogła być "balsamówka", przynajmniej dla tych, którzy cieszą się... jeszcze, życiem. - Słuchaj kochanie, siedzisz w tej karczmie całymi dniami, słuchasz tych bredni i pewnie nawet nieświadomie, te *szare wory* dzielą się z Tobą informacjami, zgadza się?
- Wciąż twierdzę że jesteś grabem. - spojrzała jeszcze raz na kaduka, który zaczynał się gotować ze złości.
- DAJŻE do LICHA... Dobrze. Moi... bracia wspominali coś o ostatnich wydarzeniach? Całkiem niedawno miało miejsce pewne zajście... w gospodzie, które jak sądzę obiło się o uszy tych, którzy obcują ze śmiercią. *Paru* trepów zginęło, *paru* jak sądzę dalej eskortują do Kostnicy. Powiedz mi, z konkretami, co o tych zajściach mówią graby?
Grimuar Balora - Sesja Archiwalna
40 postów · 65 625 wyświetleń · 2012 · strona 2 z 2
Forum Grimuaru działa obecnie w trybie tylko do odczytu, ale wszystkie dawne dyskusje wciąż są dla Was dostępne.
GhosterGlobal Moderator
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel -
- Opowiedz mi o swojej starej współlokatorce, Belanorze. - Rzekł, obejmując ją spojrzeniem kogoś, kto naprawdę chciał *wiedzieć*. Dziewczyna zmarszczyła czoło a jej brwi przyćmiły powieki w wyrazie niezrozumienia. Powierciła się się na stołku uśmiechając się niepewenie, a następnie odpowiedziała, także pytaniem.
- "Belanorze"? - Powtórzenie brzmiało conajmniej, jakby się zniecierpliwiła.. - A po co ci wiedzieć coś o niej? - Zadziwiła się, słysząc imię kurtyzany, jednej z jej dawnych, może nie przyjaciółek, słowa "znajomych półelfek" pasowały tam bardziej, bowiem mieszańców w Sigil było mniej więcej tyle, ile formian na Mechanusie.
- Myślę, że Hurij zmusił mnie do pracy z nią, ale nagroda wygląda dość obiecująco. - Odpowiedział.
- Cóż... - Pomyślała, wpatrując się jednocześnie w podłogę. - Jak już wiesz, mieszkałyśmy ze sobą dość długi czas, ci szpicowani Chaosyci podpalili Przybytek, spłonęły akurat nasze dwie kwatery. - Jej spojrzenie wróciło na Laurela. - *Nie wiem* o niej zbyt dużo, była dość... Osobliwym towarzyszem. I niezdecydowanym. Tak, to słowo bardzo pasuje, nie odzywała się całymi dniami, potrafiła milczeć cztery obroty nie wypowiadając choćby słowa, potem zaś trukała i trukała, trumna jej się z dobre kilka klepsydr nie zamykała. Mówiła o wszystkim, chyba czekała, aż skończy jej się miejsce na te wszystkie wspomnienia, żeby to potem wygadać. - Przerwała na chwilę by uporządkować myśli. Potem znów zwróciła się w stronę człowieka. - Tak czy inaczej... Wydaje mi się, że często chadzała do Dzielnicy Pani, wracała stamtąd z potarganymi ubraniami a miedziaki od Zawiłej traciła na nowe.
- To mi wygląda bardziej na kaosytę niż Czuciowca.
- Nie była naprawdę czuciowcem. - Powiedziała spokojnie. - Nigdzie się nie zapisywała, chyba nawet nie wyznawała ich szpicowanych idei. - Przerwała. Pogrzebała w kieszeniach i po chwili wyjęła z jednej z nich mały, skórzany woreczek. - Zobacz. - Rzekła. - Zostawiła to kiedyś, próbowałam to sprzedać, ale nikt nie przyjmuje takich dzwonków. - Laurel rozwiązał woreczek, na stole wysypały się ze środka lekko czerwonawe, pewnie nawet nie miedziane monety. Zdawały się być oberżnięte w jakiś dziwny sposób, ale na pewno nie wyglądały na sigilijskie. Otoczona dziwnymi symbolami twarz Slaada zdawała łagodnie rzucać skojarzenie z Limbo. - Było tam też kilka opalów, ale opchnęłam je jakiemuś czaromiotowi. - Nic więcej się nie dowiedział, Belanora bynajmniej nie wyglądała jak slaad, githzerai bądź githyanki, z kolei przypuszczenie, iż miałaby być doppelgangerem były conajmniej śmieszne. W końcu zrobił sobie przerwę, migocząca kula ucichła, schował ją do torby, a on sam uchylił się w ramie okna. Jego oczom ukazał się plac Dzielnicy Urzędniczej. Niezbyt duży, było tam parę mozaik wykonanych z kolorowych kamieni, obtaczających kolistymi kształtami dwa długie kanały biegnące wzdłuż ulicy, pomiędzy którymi znajdowały się imitacje drzew. W rzeczywistości były to metalowe pręty poskręcane we własnych, chaotycznych postawach i obrośnięte z każdej strony winoroślą, rozrastającą się nawet daleko poza krawędzie żelaznych szyn. Cała ta aleja była zamknięta pomiędzy dwoma, niemal identycznymi, rzędami budynków, z których biegły gdzieniegdzie odgałęzienia, a to w stronę Ula, a to w stronę innych części klatki. Gdzieś po bokach rozkładali swe stragany merkanci z racji zbliżającego się szczytu a bezimienne twarze maszerowały ulicami Sigil nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi. Jego uwagę natomiast zwróciła grupa bardów. Mogły to być elfy, satyry, może po prostu ludzie, nie wiedział dokładnie, bowiem byli odziani w brązowe szaty a na głowach, pokrytych długimi kłakami, nosili różnego rodzaju maski przedstawiające, przynajmniej z tego co mu się wydawało, ratatoski. Stali niewzruszenie gdzieś pośrodku tego całego motłochu i grali wszelkiego rodzaju piosenki. Dał się ponieść na chwilę słodkiej muzyce, której towarzyły ostre, ysgardzkie lutnie...
Różośpiewy, różośpiewy,
Nie ma czasu naczże ziewy,
Nie ma kogo też nagabać,
By w tym tańcu nie zastawać.
Satyr z pierwszej już się zbiera,
Aby z łbem na dnie katera,
Skończyć w pląsach nad kwaterą,
Nad swym członkiem, wraz z heterą.
I jak z mózgotrzepem w łapie,
Tak za cyca szkapie złapie,
Kolejną butelkę orżnął
Więc kolejną babę dorżnął.
Cały wieczór tak mu minął,
Aż tu wtem trepa wyminął,
Ten zdenerwowany cały,
Wywinął ostro w te gały.
Budzi się cały w posoce,
Co on robił całe noce,
Łeb mu pęka, słyszy cewy,
Różośpiewy, różośpiewy.
- Wiedzokrad -
Bal-aasi obudził się, leżał koło małego kominka, aktualnie zgaszonego, oraz kubła lodowato zimnej wody. Kapeć trawił mu usta a ręce samoistnie przecierały gromadzące się w kącikach oczu śpiochy, nie lubił uczucia zbudzenia się, nie po tak krótkim czasie. Przeleżał jeszcze chwilę, próbował jak tylko się dało przedłużyć odpoczynek, jednak w końcu wezwał go zbliżający się szczyt. Szybko wstał, zebrał ze sobą potrzebne rzeczy, to jest całą wypełnioną nimi torbę, i czym prędzej ruszył do sąsiedniego pokoju. Znajdował się tam mały stół i dwa krzesła. Pośrodku rozstawiona była sieć doznań, a po drugiej siedziała Viveth. Kamienie mieniły się feerią kolorów, zmieniając je co chwila i przecinając warstwy karbunkułów w przeróżnych, zazwyczaj jaskrawych, barwach. Cięty przysiadł się do diabelstwa i spojrzał na kryształy. Nie wszystkie błyszczały ostrym blaskiem. Słowa Viveth, które wypowiedziała chwilę potem, rozwiały wszelkie wątpliwości.
- Otworzyłam tylko te słuchowe, za długo by zajęło przekopywanie się przez doznania wielozmysłowe. - Powiedziała łagodnie, przesuwając obiema dłoniami kilka kamyków w stronę Wiedzokrada. Ten spojrzał na nie niepewnie. W końcu chwycił za jeden z nich...
"...I, jak już wcześniej wspominałem, nie zdołałem wówczas przedostać się do górnej krawędzi torusa w Ulu. Było tam zbyt wielu szpicowanych Łaskobójców, wydawali się przenosić całe skurlone Więzienie do tej dzielnicy, tamowali drogi i nie pozwalali przejść, może gdybym był magiem... Tak czy inaczej, przez te problemy z kulturą byłem zmuszony dostać się do Szkapicy. Nie zajęło to długo, dabusy co prawda *znów* pozmieniały rozkład ulic, ale tym razem przynajmniej odmurowały pewien stary, wcześniej używany przez kaosyckich trepów portal. Dostałem się tam dość szybko. Tamtejszy barman, oczywiście musiałem mu wcześniej porządnie posmarować, dał mi przepustkę na Arenę Psów. Z tego co zobaczyłem nie było to nic więcej jak tylko zwykły ring dla tanar'ri, parę biesich pomiotów wykrzywiających sobie wzajemnie jadaczki. Spotkałem tam także Szasmacha, pewnego kaduka, który zaoferował mi wstęp do pewnej części Podsigil zwanej, niech ja pomyślę... Pomorem! Tak, to był na pewno Pomor, spotkałem się z jakimiś wzmiankami o tym w archiwum Domu Bramnego, ale wówczas jeszcze nie wiedziałem kim tak naprawdę ten cały Szasmach jest. Był członkiem wyklętych, tak przynajmniej mówili na nich w Szkapicy. Potem dowiedziałem się, że tak naprawdę nazywają, sami siebie oczywiście, Umorerami. Tak więc znaleźliśmy się w Pomorze, wcześniej musieliśmy odbyć małą wędrówkę przez jakieś katakumby prowadzące pod Ulem, a następnie przez dużych rozmiarów komnatę, w której osiedliły się trepy, co to jeszcze rozkopywały groby, zwała się bodajże Wielkim Skarbcem. Stamtąd droga do Pomoru była prosta, prowadziła wpierw przez parę krętych korytarzy Podsigil, skąd pewnie jeszcze te skurle brały ciała i wszystko inne, gdyż..."
"...Nie, to na pewno nie miało nic wspólnego ze Strażą Zagłady, Łaskobójcy by na to nie pozwolili. Zresztą kto by się tam interesował jakimś zaszlachtowanym dziadem? Phi, nikt pewnie! Każdy szpicowany skurl w okolicy żałował, że to nie on znalazł się tam w porę i nie zakosił tego małego kuferka pełnego dzwonków. Tak czy tak nie mam pojęcia kto go tak upieprzył, ale mówiło się swego czasu o jakiejś grupie ludzi, co to w podziemiach klatki się rozpanoszyli. Skurl jeden wie, ale może potrukali sobie i postanowili zajebać trepa? Bodajże się nazywali się Umorerami, kiedyś widziałem w Ulu takiego jednego. Akurat mieliśmy dostarczyć jakimś ciemnym typom świecące kamyczki, całą, kurwa, torbę. Nie było pytań, po prostu szybka wymiana, zainkasowałem sporo brzdęku, jedynie jeden z tych krwawników przedstawił się jako "Szasmach". Nie wiem kim był, nawet nie chciałem wiedzieć. Wziąłem forsę i szybko stamtąd wyśmiałem..."
"Szachmat, Szasmach!"
"..."Nie obraź się, ale... A właściwie to obraź i spieprzaj!", to było coś takiego. Naprawdę należał do wyklętych, jego posiniaczona, blada trumna niemal to krzyczała. Powiedział, że nazywa się "Szasmach", mówił szybko i niewyraźnie. Wyraźnie był wnerwiony, zaczął po jakimś czasie krzyczeć na tego Anarchistę. Gith przyglądał się wszystkiemu, ja stałem cicho. Mówili coś o grimuarze, kartkach, czarach i innych pierdołach, kto by tam tego słuchał. Wyglądali jak Chaosyci, tak też się zresztą zachowywali. No, może niezupełnie, nie gadali tak jak oni i nie mieli takiej burzy włosów na łbach, ale tak czy tak nie było przyjemnie. Byłem zmuszony słuchać krzyków tego chodzącego trupa, Szasmacha, przez bezmała dwadzieścia kwadransów. *Dwadzieścia*! A niech się szpicują na Iglicy, jak można robić tyle kłopotów dla zwykłej... Książki!..."
- Noru -
Muzyka #9
Wnętrze gospody było cholernie duszne, o ile na zewnątrz przywiało mnóstwo chłodnego wiatru z Planu Astralnego, o tyle w Proch do Prochu prochy wręcz gotowały się w swoich ciemnych, śmierdzących płynem balsamującym szatach i czekali. Po prostu czekali. Nie robili nic, jedynie jakaś grupka z w rogu sali oddawała się beznamiętnie rozprawianiu o fazach śmierci, ale nawet temu nie poświęcali uwagi. Słychać było tylko ciche pomruki Grabarzy, którzy wręcz gnili siedząc w miejscu i czekając. Bynajmniej nie na zbawienie, czekali na Prawdziwą Śmierć. I nawet nie myśleli by stąd wyjść, by zająć się czymś ciekawszym. Oni nawet się nie nudzili, każdy jeden wpatrywał się w stół dążąc do stanu stagnacji, każdy jeden przypominał te śmierdzące trupy wałęsające się bez jakiegokolwiek celu po sali, chociaż prochy były od nich znacznie cichsze. Z ust zombie czasem wydobywały się ryki, ale Grabarze po prostu siedzieli. Wyglądali, jakby każdy jeden popadł na taborecie w stan wegetatywny. I już tak został. Na amen. Do śmierci...
- Umówmy się tak, ty odpowiesz na moje pytania, ja ci powiem prawdę o tym, czy jestem grabem. - Rzekł Noru, zupełnie zrezygnowany, gdy po setnej próbie wyciągnięcia czegoś od młodej, jeszcze nie zastygniętej w jednej, cholernej pozycji kobiety nie udało mu się wyciągnąć czegokolwiek, bowiem ta łapała go za słowa gdy raz mówił, iż z Grabarzami nie ma nic wspólnego, a następnie powiedział, iż jest jednym z nich.
- Dobrze. Co chcesz?
- Kościszczur, wywieziono stamtąd parę ciał. Powiedz mi coś o tych trupach.
- Nie wiem za dużo, nie za często potrzebują pomocy przy balsamacji i animacji. - Odparła, uniosła głowę w górę a jej oczy zalśniły w świetle lichej świeczki zrobionej ze świńskiego tłuszczu. - Anarchiści, Łaskobójcy, Czuciowcy i Harmonium stracili tej nocy trochę swoich członków, my zyskaliśmy paru pracowników kontraktowych. - Patrzła się na Noru podejrzliwym spojrzeniem, widziała, że nawet nie miał zamiaru tknąć wypływającego z kufla płynu. To się ruszało. - To jak, jesteś Grabarzem?
- To jeszcze nie koniec pytań. - Odparł. - Jakieś szczególne znaki, przedmioty?
- Paru z anarchów miało pocięte nadgarstki, nie gadaliśmy ze zmarłymi, ale myślę, że to nie masochiści. Rany były ostre i szybkie, jakby sami sobie je zadali, ale nie w akcie desperacji. - Noru gapił się na nią nie mogąc dojść do tego, skąd to, do licha, mogli wiedzieć. - Łaskobójcy byli młodzi, jeszcze nie krwawnicy, chyba przybysze z Vorkehanu. Poza tym wszyscy byli zwyczajnie pocięci, rany kłute, szarpane, cięte, płatowe, kąsane, tłuczone, otarcia, zadrapania... - I tak się, cholera, zaczęło...
Po jakimś czasie Noru miał dość, nie mógłby znieść gotowania się w tym niewyobrażalnym zaduchu ani chwili dłużej. Przez osmolone i okopcone okno za szynkiem widział jak klatkowicze załatwiają swoje przyziemne sprawy jak każdego dnia w zbliżającym się szczycie. Grzebiący Imiona wyrył właśnie kolejny napis na obelisku, grupka wojów szukała guza wśród jakichś tanar'ri, kaosyci wyli w kierunku Iglicy jakieś "łacińskie" inkantacje, a w końcu Zbieracze ciągnęli trupy do Kostnicy. Ale wśród tego wszystkiego dało się znaleźć i pewną postać. Niskiego, rudego anarchistę...
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Laurel -
W bezimiennej, podziemnej krypcie rozległ się krzyk. Kobiecy krzyk bólu, słychać było płacz i lament, który rozszedł się wraz z korytarzami. Agonia jaka zalała tę kobietę była niewyobrażalna, na świat przychodziło właśnie dziecko poczęte z gwałtu boga na śmiertelniczce. Była skazana na samotny poród w tych katakumbach, łzy znikały w brudnej, rdzawej wodzie kapiącej jej po twarzy. Z jej łona wyłoniła się mała, blada, ubarwiona płynami płodowymi głowa niemowlęcia. Płakało, krzyczało, nie wiedziało co począć. Było plugawe, ohydne, piękna kobieta patrzyła jak z jej ciała po dziewięciu miesiącach wychodzi potwór, syn Władcy Much. Obrzydliwa szkarada, zamiast rąk i nóg posiadało pokryte śluzem macki podobne do swego diabelnego ojca. Jego oczy były ściśnięte, i chociaż otwierał je by ukazać jaka żółć trawi jego tęczówki, szybko zamykał je w kolejnych wrzaskach i skowytach wydostających się z jego płuc. To samo robiła jego matka, klęła wniebogłosy pod żużlem Maladomini widząc, jak twór piekielnego tumultu rodzi się pomiędzy jej nogami. Patrzyła na tego bękarta z nienawiścią i żalem, nie wiedząc, które uczucie w niej dominuje. Chwyciła za pępowinę, urwała ją gołymi rękoma skręcając się samemu z bólu, a następnie zawiązała ją silnym supłem. Podniosła wylęgańca do siebie, szlochał zalewając się okrutnie niesprawiedliwym płaczem. Na zmianę cierpiała i czuła ulgę z faktu, iż nasienie Belzebuba opuściło jej ciało. Chwyciła mocno za szyję niemowlęcia i ścisnęła ją rękoma z całej siły...
Laurel usiadł na posłaniu zalany potem... Dziwaczny sen wciąż kołatał mu się po głowie, obrazy były wyraźne jak ropnie na twarzy Ulowej ladacznicy. Przetarł mokrą twarz dłońmi. W co ja się znowu wpakowałem, przemknęło mu przez myśl, jako że ani przez sekundę nie wątpił, że sen ów nie przyśnił mu się przypadkiem. Za oknem rdzawa szarość zwiastowała poranek w Sigil. Tak więc to dziś, pomyślał. Znaleźć rudego anarchistę, dowiedzieć się skąd te trepy wzięły mnie na liście płac i jak mam się wyplątać z awantury między jakimiś szpicowanymi Umorerami, Czerwoną Śmiercią i Ligą Rewolucyjną... Bagatelka.
Pozbierał się szybko i cicho, by nie obudzić Urd-Kai, opuścił jej dom. Wychodząc na ulice złapał się na odruchowym, kontrolnym spojrzeniu po okolicy, a w głowie majaczył mu obraz nieruchomej kobiecej twarzy otoczonej kryzą ostrzy. Zły na siebie, odegnał precz czarne myśli i energicznie ruszył na swą poranną jazdę. Zjadłszy szybkie i tanie śniadanie w jednej z okolicznych karczm, zajrzał na ulicę Dwóch Dabusów; w drzwiach zamkniętego jeszcze sklepu 'Drobiazgi i Czaszkoszczury' zostawił krótką notkę informującą, że jest zainteresowany posadą- jako adres kontaktowy podał dom Urd-Kai. Potem zaś pędem ruszył do Ula.
Dawno już stwierdził, że na niepokój najlepsza jest ciężka praca- a że i miedziaki zazwyczaj na drzewach nie rosły (Jakby w Klatce były jakieś drzewa! pomyślał z ironią)- skierował się wprost na targowisko. Jeden z tamtejszych zarządców, Kradok- potężny, brodaty i ciemnoskóry- zawsze miał dla niego jakąś pracę na kilka godzin. Targając w pocie czoła skrzynie pełne towarów z Zewnętrza, Laurel wspominał swego mistrza Gahn'diego, który przysyłał go tu celem fizycznego treningu. Klepsydrę przed szczytem zjadł wczesny obiad w malowniczej kompanii pracowników Kradoka i już w zupełnie innym niż rano humorze, rozgrzany i zadowolony z siebie- jak zawsze kiedy wykonał kawał solidnej, fizycznej pracy- a również bogatszy o pięćdziesiąt miedziaków, ruszył pod Kostnicę.
Skrywszy twarz w cieniu kaptura usiadł na schodach obok Nagrobka Sfer, skąd miał całkiem przyzwoity widok na większość placu, karczmę Proch-Do-Prochu i bramę do siedziby grabów; zasłuchany w inkantacje pobliskiej ich grupy pogryzał precla i czekał, wypatrując rudzielców i swoich nowych kompanów.
GhosterGlobal Moderator- Noru -
Zaskoczone odpowiedziami diabelstwo zaczęło się głowić nad przyczyną tego tajemniczego poświęcenia. Rany na nadgarstkach? Samookaleczenie? Czego te świry mogły się bać? Wyglądało na to, że odpowiedzi były bliżej niż sądził. Noru zauważył znajomego anarchistę szwendającego się po placu. Krótkie, rude włosy, to był ten trep z listu Magnata!
Kaduk wyparował z gospody, połykając powietrze, które mimo swoich wad jednoczyło się z płucami. Poprzedni zapach stęchlizny tak mocno dawał się we znaki, że przy dłuższym pobycie w gospodzie można było zgłupieć. Chociaż, nie trzeba było tam gościć, by nie zauważyć tego po grabach.
Noru rozejrzał się po okolicy. Graby, zbieracze, trepy, wszyscy oddawali się swoim czynnościom. Wyglądało tylko na to, że wkrótce rozpocznie się mała zamieszka między grupką bandytów, a demonami, która nie powinna kolidować z jego planami. Diabelstwo ruszyło przed siebie podpierając się kosturem, niepewnie zmierzając do anarchisty, człowieka niewielkiej postury, odzianego w imponującą, bladoczerwoną zbroję. Krótko ostrzyżony anarch stał wyprostowany rozglądając się i szukając kogoś znajomego.
Anarchiści nie byli lepsi od grabów. Dla kaduka wszyscy byli związani i ograniczeni barierami swojej wiary, tudzież prawdy, którą wyznają. Nieważne jak sprawni w fechtunku, obeznani ze sztuką czy umiejętnie władający słowem ? przynależąc do frakcji, dawali dowód na to, że tylko w grupie są silni, a jako indywidualności nie istnieją. Noru nie podobała się sama myśl, że będzie musiał rozmawiać z anarchistą, dlatego spróbował jak wielokrotnie w przeszłości? blefować.
- Kajdany fałszywego świata, och niewola, złe moce, ciemiężyciele? - Kaduk miał tylko nadzieję, że nie dało się wyczuć pogardy dla tej, oryginalnej filozofii ? czymże byłby świat bez tępych frakcji, bracie? Bez jadu spływającego po ostrzach fałszu?
Wyraźnie zaintrygowany anarchista zaczął przyglądać się diabelstwu, a ten kontynuował. ? Powiedziano mi że Cię tu znajdę. Magnat. Żądam odpowiedzi.
- M-m-magnat? A-ale, jes-jesteś A-a-al-al-albert? ? Zainteresowanie zamieniło się w strach.
Noru był wyraźnie zaskoczony. Rudy cwaniak w potężnej zbroi to jąkała, którego elektryzowało samo wspomnienie o Magnacie. Ot, trep przestraszony własnego cienia. Nie mógł być groźny, a diabelstwo zamierzało to wykorzystać.
- Dlaczego *wciąż* tu jesteś? ? Diabelstwo uważnie dobierało słowa.
- M-miałem za-zabić Al-alb? ki-kim je? M-mag-magnat rozkazał ? zagubiony we własnych myślach, nie mógł skleić nawet najprostszego zdania. Noru zastanawiał się jak ten skurl mógł w ogóle trzymać w dłoni broń. Czyżby Magnat nie miał kompetentnych ludzi?
- Szukam Yuan-ti, Izhzim, mówi Ci to coś? Tylko proszę przestań skomleć, nie mam na to czasu.
- M-miałem g-go odnaleźć. Po-pod placem szm-szmaciarzy, k-katakumby, p-portal. Mu-mus-sisz wy-wyrecytować ppp-pieśń, ww-wiersz, cc-okolwiek, o-o d-demonach. S-samm m-miałem? - Anarchista zaczął się trząść, spoglądać na lewo i prawo i uważnie obserwować każdego przechodnia.
- Miałeś go odnaleźć, ale nie starczyło Ci sił? Przestraszyłeś się yuan-ti? - zadrwił ? Dobrze, gdzie dokładnie znajduje się ten portal? Nie mam czasu, skup się. ? Noru tupnął kijem o ziemię. Coś w tej rozmowie zdecydowanie mu nie pasowało. Anarchista powinien być pewnym siebie mordercą, a nie przestraszonym, jąkającym się skurlem.
- N-nnie wiem, p-pod pp-placem szmaciarzy? - Rudy anarch zgarbił się i unikał kontaktu wzrokowego.
- Tak to już wiem. Dobrze ? diabelstwo rozejrzało się ponownie, sprawdzając czy nikt ich nie obserwuje ? Co jeszcze wiesz? Księga, słyszałeś coś o grimuarze?
- K-k-księga? T-tak, znaleźliśmy op-prawę, g-grimmuar? N-nie wwiem. Jest b-bardzo ważna, mo-może p-pomóc, m-może d-dzięki t-temu o-obalimy ła-ła-łaskobójców.
Zaintrygowane diabelstwo postanowiło dalej drążyć ten temat. Anarchiści występujący przeciwko Łaskobójcom? Dla Noru to była niesłychana ciekawostka. Gdyby obie frakcje same się unicestwiły? ach marzenia. Kaduk pozostał jednak realistą, zniszczenie jednej czy drugiej frakcji to zachwianie równowagi. Jakaś siła zyskała by dzięki temu większe wpływy, a może doprowadziłoby to do większej wojny.
- Dlaczego chcecie wystąpić przeciw Łaskobójcom?
- N-nie my? T-tran-transcd-t-transcendentni. M-mordy? n-nadużycia?
- A Wy, jako anarchiści chcecie na tym skorzystać. Łaskobójcy, czuciowcy czy grabarze, dołączycie do każdej wojny, byleby pozbyć się przeciwników, nawet jeżeli sami macie współpracować z wrogami. Interesujący sojusz. ? Noru przez chwilę patrzył podejrzliwie na anarcha. Zbyt łatwo dzielił się swoimi informacjami. Przez moment kaduk myślał o tym jak wydobyć z niego informacje o magnacie. Bezpośrednie pytanie mogło być zbyt ryzykowne i go wystraszyć.
- Dziękuje Ci za informację. Zajmę się Izhzimem, powinieneś wrócić do Magnata. Pamiętasz, gdzie jest jego siedziba, prawda?
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel = Wiedzokrad = Noru -
Nie pamiętał, a raczej nie wiedział. Trudno było się zresztą dziwić, powszechnie było wiadome, iż imiennicy nie byli prawie w ogóle informowani o wszelkiego rodzaju sprawach, które sięgały poza zaopatrywanie frakcji w żyto li inne zapasy. Oni co prawda nie wierzyli, żeby Magnat naprawdę był jakiegoś rodzaju faktotum, którego zadaniem było pomóc Lidze Rewolucyjnej zdetronizować inną gildię, jednak, tak czy inaczej, nadal nie wiedzieli o tym za dużo, praktycznie rzecz ujmując mógł być każdym, skurl jeden wiedział, może nawet był faktolem anarchów, wszakże tego nigdy nie widziano. Po jakimś czasie, mniej więcej w minuty po "przesłuchiwaniu" ryżego, paczka znalazła się tam już cała. Noru był tam pierwszy więc uznał, iż wyciągnął wystarczająco informacji o tym, o czym chciał wiedzieć. Laurel oraz Cięty przybyli na miejsce, już nawet nie udając, że mają coś wspólnego z frakcją anarchów, co więcej, gdy przybyła Belanora, cała w nowym, typowo sigilijskim ubraniu, ustawili się wokół rudzielca i tylko czekali na rozwinięcie. Gdy już anarch wygadał co wygadać miał, to jest położenie portalu, który mógł prowadzić do yuan-ti, spuścili go i postanowili poczekać. Na Alberta. Ten jednak nie przybywał, gdy stali tam dziesięć, dwadzieścia, w końcu i trzydzieści minut. Wymienili się wtenczas informacjami, oczywiście nie wszystkimi, bowiem nie ufali sobie, nikt mądry by tak nie robił wobec osób, które conajwyżej widział gdzieś w towarzystwie gości Kościszczura, nie będącego, wbrew pozorom, knajpą dla szlachty. Tak czy tak podopieczny Hurija, czy, jakby to lepiej brzmiało, krwawnik od czuciowców, nie pojawił się. Czy to nie zdążył nawet przeczytać kartki od Magnata, czy to zobaczył ich z daleka i postanowił zawrócić, widząc co się święci. Chociaż ta druga opcja zdawała się jeszcze głupsza od poprzedniej, ryży stał tam trochę wcześniej, podczas gdy oni nie wystawiali się na widok, a ustawili w bezpiecznej odległości, gdzieś koło wielkiego obelisku z imionami.
- To co, odpuszczamy sobie? - Zapytała Belanora, miała ona na sobie lekkie ubranie, nieco podobne do tych, które nosiły dotiońskie kobiety, pełne rozcięć w okolicach ud, przedramion oraz na plecach. Jej blond włosy swobodnie opadały na odsłonięte ramiona, a w nawiązce, tym razem nie części sukni a zwykłego ubioru, spoczywał ostry sztylet ze zdobioną, gładką rękojeścią.
- Tak. - Odparł któryś z nich, reszta przytaknęła w oznace braku sprzeciwu.
Skierowali się do miejsca, które wskazał wcześniej wypytany, wygolony, ryży jąkała, czyli w kierunku Placu Szmaciarzy. Nie zajęło im to długo, szybko minęli sklepienia budynków obrośniętych wszędobylskim chwastem, który rosnął na próżności mieszkańców Miasta Drzwi, dalej przed ich oczami przemknęło kilka wyższych budynków, zapewne służących jako zajazdy i azyle dla zbieraczy, od których aż się roiło na ulicach Ula, całkowicie zapomnianych przez Harmonium. W końcu znaleźli się przed wejściem na Plac Szmaciarzy. Tę dzielnicę od północnego, o ile w Sigil były kierunki, dzieliła wielka brama, wykonana w całości z marmuru i upostrzona we wszelkiego rodzaju ostrzach oraz mieczach, które pokrywały gęsto coś, co przypominało dachówki. Czymkolwiek to było, pokrywało potężną ścianę z wnęką, brama była rozwarta, podczas gdy jej drzwi były zastopowane w otwarciu przez dwa, wielkie, ustawione niemal równolegle do siebie wzajemnie wozy wielkości tych, na których zbieracze wozili ciała do Kostnicy, do prochów. Duraki i poproszajki spacerowały ulicami omijając ich, ludzi zdawało się przybywać i przybywać, tłum nadal budził się do życia po szczycie i zdawał się z chwili na chwilę powiększać w nieustającej sieci bezinteresowności. Gdy przeszli przez ogromne, mosiężne odrzwia, coś skusiło Wiedzokrada by ten, zupełnie bez powodu, spojrzał za siebie. Jego oczom, tuż po przekroczeniu wejścia, ukazała się mosiężna, enigmatyczna i tajemnicza twarz. Było to wielkie popiersie Jej Cichości, które zdawało się, jak na ironię, przysłaniać luminescencję nieba i posyłać na niego cień. Wykonana z zardzewiałego, lecz mimo wszystko wciąż błyszczącego metalu maska była otoczona koroną z ostrzy. Brzytwy i klingi porastały grubą warstwą wielką tarczę za Jej głową, a oczy zdawały się wpatrywać w niego z melancholijnym, przepełnionym jakimś transcendentnym przeczuciem wzrokiem, który przeszywał go wskroś. Cięty, bez najmniejszego jęku opuścił wzrok i nakreślił półkole nad sercem palcem wskazującym prawej ręki, po czym dogonił grupę śmiałków wsłuchując się w, teraz dziwnie wytłumiony, rozgardiasz Placu Szmaciarzy...
- Panie, podejdźże no tutaj, mam na wymianę całkiem-całkiem sztylecik z podobizną Posejdona, sprzedam za parę dzwonków, przyjmę nawet oberżnięte, chono tylko w tej zaułek to obczaisz co tam mam...
- Hmm... Tak, to naprawdę fajnie i w ogóle, ale wiesz, szpicuj się, ty pieprzony agnostyku...
- E, swołocz, szto ty do mienja pierdoliosz?
- Wszędzie ta cholerna wiara, wszędzie głoszą te swoje cholerne prawdy. Cholerne frakcje w cholernym świecie cholernej filozofii. Niechże w końcu ktoś zniszczy je wszystkie i doprowadzi do harmonii w chaosie, porządku w nieładzie.
- Przepraszam cię, mam do wykarmienia dwójkę dzieci, daj mi, proszę, miedziaka... Obiecuję, dzieci to nie diabelstwa, ciężko jest teraz...
- Smarować, smarować, sypać miedzią śmiałkowie! Przyjmuję zakłady do dwudziestaka, trzydziestak po znajomości, to kto gra w tuhafa? Szybkie partie, zapewniam na mój złoty symbol i fajkę ojca!
- Hej, ludzie! Czwórka trepów z Urzędniczej, dawać, wychodzić na balkony i plujemy na nich!
Za dukata brat sprzeda brata.
Przekroczyli trzecią bramę, tym razem o wiele mniejszą niż dwie poprzednie, prowadząca bezpośrednio do dzielnicy. Przeszli przez wyrwę w kratach, znajdowali się teraz w jednej z mniejszych części Placu Szmaciarzy, na raczej małych rozmiarów skwarze, o wiele mniej zaludnionym przez wszędobylską ćwiżbę niż kilka wcześniejszych "dystryktów" biedaków, ale i tak wokół nich przewijało się mnóstwo bezimiennych twarzy. Pierwszy minął ich jakiś ubrany jak cebula w kilka warstw grubych szat Grabarz, z rękami wepchniętymi w rękawy zwisające daleko za dłońmi. Gdy przeszli pod małym mostkiem, stanowiącym teraz coś w stylu przejścia na drugą stronę placu, obeszli małą grupę Chaosytów, którzy darli się wniebogłosy w obłędzie, wynikającym najpewniej z nawdychania się jakichś znachorczych ziół, wyli, skakali i szczekali bez jakiegokolwiek celu, a jeden z nich nawet wpadł na Laurela, który to, w wyrazie obrzydzenia, odepchnął go beznamiętnie w kierunku kumpli, wiedząc, że ten tego pewnie nawet nie zauważy. Dalej stała grupka Łaskobójców, trzech, przysiadywali na zewnętrzu dawno niedziałającej, zrujnowanej wręcz fontanny i odłożywszy broń na kolana, to jest katowskie topory i flambergi, wpatrywali się w grupkę gości z Urzędniczej z pewną dozą zniechęcenia, jednocześnie wzrokiem zmęczonych krwawników, którzy odwalili co odwalić mieli i teraz nudzą się czekając na koniec roboty dla dzisiejszej komórki. Gdzieś na balkonach przesiadywały stare, diabelskie baby wgapiając się we wszystkich a w pewnej alejce mignął im gith, lub przynajmniej elf, wchodzący w portal, gdy już stali koło tego właściwego, który, podobno, miał znajdować się przed nimi. W myślach usłyszeli słowa ryżego traktujące o kluczu, który miał otworzyć im wejście do jakiegoś miejsca, gdzie to mieli spotkać yuan-ti, jednak Belanora chwilę później przypomniała im je niemalże słowo w słowo.
- Zna ktoś pieśń, wiersz albo cokolwiek o demonach? - Pytała o tanar'ri, a w waszych głowach pojawiły się dziesiątki wierszyków li historyjek, co to z każdym słowem rymowały się, opowiadały wam je istoty z przeszłości, których imiona zdawały się do was powracać. Teraz wystarczyło tylko to głośno powiedzieć...
Plac Szmaciarzy.
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Wiedzokrad -
Doznania - któż je pojmie? Cóż, nie mnie to dane, pomyślał Cięty, gdy Viveth przedstawiła mu swe odkrycia. Z każdym słowem kreślił się coraz wyraźniejszy obraz Szasmacha - skurwysyna jakich mało.
- Dziękuję ci, kochana - powiedział, gdy przetrawił wiadomości, po czym wyciągnął z sakwy notatnik i pisadło. Notował skrupulatnie, dokładnie, nie pomijając faktu, iż kręcił się na Arenie Psów oraz w Pomorze. Następnie wyrwał wszystkie zapisane kartki i zwinął w rulon, który chwycił lewą ręką. Palec wskazujący prawej dłoni wsunął pod lewy mankiet, po chwili zwitek spłonął.
- Wciąż używasz tatuaży, tygrysie? - spytała Viveth, wytrząsając popiół z kruczoczarnych włosów. Efekt był mizerny, toteż sięgnęła szybko po szczotkę. No, to byliśmy spokojni, pomyślał Cięty.
- Raz jeszcze największe... - urwał, widząc jak dziewczyna zakłada nogę na nogę, przez co w rozcięciu sukni zajaśniała biel uda. Przełknął ślinę.
Na miejsce spotkania z resztą grupy Cięty przybył lekko spóźniony, w niechlujnie pomiętym ubraniu, z głową w chmurach. Trzy lata, siedem miesięcy i czternaście dni, wyliczył. Chyba było warto.
Stali i stali, a kontakt wciąż się nie pojawił. W tym czasie bal-aasi ochłonął trochę z szoku, wrócił do świata. W końcu Belanora nie wytrzymała, ruszyli więc przed siebie, zasięgając języka w ciżbie. Jąkałą pokierował ich na Plac Szmaciarzy, stara baba z targu rybnego do katedry, a dabus swym rebusem kazał im iść się szpicować. W katedrze mroczno, szpicować można się po drodze - pozostaje tedy Plac. Plac Szmaciarzy, na którym Ciętego tknęło dziwne przeczucie, nakazujące się odwrócić. Pani Bólu. Półokrąg nad sercem, lekki ukłon. Dowiem się, kim jesteś, pomyślał Wiedzokrad. I jeśli ktoś miał się tego naprawdę dowiedzieć, to był nim chyba on.
- Zna ktoś pieśń, wiersz albo cokolwiek o demonach? - spytała Belanora. Cięty, jako złodziej informacji, znał takich i owszem, sporo. No to też i się podzielił.
- Znam wiersz o diablicy. Mogę wyrecytować.
Piękno, gracja w ruchach twoich
Radość, szczęście na twej twarzy
I spełnienie w oczach sowich
O czym zatem serce marzy?
Czy o życiu w wielkim świecie,
O podróżach, o wojażach
Przez pustynie i zamiecie
Czy ten żal właśnie wyraża?
Lubo żądza tobą targa
Tak nieludzka i doczesna
Wszak i diabłu zadrży warga
Boć kobieta też cielesna.
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel = Wiedzokrad = Noru -
To wystarczyło. Powietrze wokół nich zgęstniało, nagle zaczęli wdychać nie tlen a pseudohektyczną substancję, która zdawała się niemal zalewać im ich płuca, topiąc je w materializującej się tam mazi pochodzącej z obłoku dymu, co to nadszedł z Urzędniczej. W łuku przed nimi, osadzonym w wielkiej, kamiennej ścianie jakiegoś budynku, cegły zaczęły się przesuwać i przekładać, zachodząc za siebie i tworząc, we wcześniejszym, mniejszym wgłębieniu, kolejny łuk. Gdy już cegły obsunęły się wystarczająco, w powstałej dziurze nagromadzony kurz spadł bezgłośnie na bruk a dookoła przejścia zaczęły się zbierać niebieskie wstęgi przecinające zmiennym tempem powietrze. Wzlatywały w górę i cofały się wijąc się we własnych ramionach. Kreśliły właśnie granice portalu, a ten miał pojawić się lada moment. Wielkie, bo niemal dwumetrowe lustro przed nimi zdawało się w połowie odbijać ich własne oblicza, a w połowie znaczyło jakąś niewyraźną, spowitą niebieskim blaskiem pochodzącym od portalu komnatę, na której środku rysował się kształt wielkiej, nieruchomej dłoni. Wkroczyli.
Katakumby.
Znajdowali się teraz w nie tak małym pomieszczeniu, służącym być może niegdyś za jakiegoś rodzaju kryptę. Portal za nimi znikał powoli, gdy ściana zdawała się rekonstruować samoistnie w jakiś niewytłumaczony sposób. Po chwili nie było po nim żadnego śladu, a ciemności spowiły pomieszczenie. Laurel już wyjmował swoją kulę by coś oświetlić, podczas gdy, w tym samym momencie, Noru postanowił nakreślić w powietrzu symbol światła. Żadnemu z nich jednakże nie dane było dokończyć swoich akcji, bowiem gdzieś na końcu komnaty zaczęło się mienić delikatne światło, które z chwili na chwilę, czym bliżej niego podchodzili, rozjaśniało coraz bardziej wykonaną niemal w całości z kamienia komnatę. Jedynie platformy, po których zresztą dane im było stąpać, wykonane były z żelaznych okuć, a w środku wypełnione, chyba dość mocnymi, drewnianymi dechami. Po jakimś czasie okazało się, że światło zdaje się pochodzić ze szczytu ręki, którą zdawali się widzieć z drugiej strony portalu. Zestaw świeczek, lub raczej czegoś okrągłego, co świeczki mogło tylko przypominać, budził się z sekundy na sekundę coraz bardziej do życia za sprawą jakiejś magii. Cięty wiedział co to była za magia, magia wywoływania, stworzenia niemal czegoś z niczego, tak też się działo, liche iskry w czasem zamieniły się świetlistym płomieniem, który teraz już oświetlał całą kryptę. Noru postanowił podejść do gigantycznej ręki, by sprawdzić czym ona jest. Po drodze omal nie przewrócił się i nie wpadł w jezioro, które powstało w niższych partiach sali. Po to też były ów platformy koloru bladej miedzi, dawały jakiekolwiek przejście między portalem a... No właśnie, czym?
Widzieli majaczącą po drugiej stronie oprawę drzwi i błyszczącą w świetle ręki klamkę, zapewne jedyne dalsze wyjście z tego pomieszczenia. Noru raz jeszcze spojrzał na, tym razem lepiej widoczną, rękę wystającą z jeziora wody, które nagromadziło się pewnie przez lata z cieknącej z jakiejś rury, rdzawej wody, która płynęła leniwiej niż zmęczona dniówką kurtyzana w Ulu. Spojrzał na jeden z wielkich palców dłoni, na którym wyryty był niewielkich rozmiarów napis wyżłobiony w runach. Wyszeptał go ostrożnie.
- "Krypta Zatopionego Olbrzyma"...
Tak też pewnie musiało być, ta dłoń była bowiem większa niż oni wszyscy razem wzięci, a kto wie ile metrów w dół ciągnął się ten pogrążony w otchłani wody dół. W końcu, po bliższych oględzinach zauważyli nawet jakieś niewielkie żyjątka i plankton porastający zatopione ściany komnaty, jednak nie zdawały się groźne. Cała czwórka skierowała się do drzwi wyjściowych, a jedno z nich nacisnęło klamkę by wejść do kolejnej komnaty. Gdy przeszli przez ramę, znaleźli się w długim korytarzu, w którym jeszcze paliły się pochodnie, zapewne używane dość niedawno. Pomieszczenie zdawało się ciągnąć na sto metrów, na podłodze widniały stare, kamienne katafalki, a w ścianach widać było wnęki, służące zapewne niegdyś za miejsce pochówku tych co biedniejszych. Nie dane im było jednak spocząć w spokoju, szabrownicy i mędy z Placu Szmaciarzy zdążyły dawno ogołocić ciała z wszystkiego, tak więc we wnękach widniały tylko wybielałe kości, zmurszałe czaszki i zardzewiały śruby, którymi mostki, kręgosłupy oraz kości udowe były poprzytwierdzane do powierzchni skalnych półek.
Nie było jednak zbyt długo cicho, powietrze zawiało na tyle ostro, iż jedna z pochodni zgasła a reszta skłoniła się swymi językami ognia w dół, zaś gdzieś w oddali, z drugiego końca korytarza doszły ich krzyki jakichś wyjców, raczej nie będących ludźmi, bowiem te głosy zdawały się być aż nazbyt, nawet jak na jakiegoś rodzaju gobliny, skrzeczące. Echo rozniosło się grubym tonem wokół nich, podczas gdy w ciemnościach zaczęły pojawiać się ponure, latające kształty przypominające oplątane w białych włosach głowy, którym w miejscu, gdzie powinny mieć uszy, wyrastały skrzydła, trzepocząc o siebie nawzajem i lecąc w ich kierunku. To były wargulce...
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Noru -
"Krypta Zatopionego Olbrzyma" - szept kaduka był ledwo słyszalny, ale dało się usłyszeć w nim nutę zwątpienia. Czyż drużyna, z którą właśnie podróżował gotowa była na walkę? Sam Noru nigdy nie kipiał szczególną chęcią przelania krwi, zwłaszcza jeżeli owa należała do większego bydlaka. Diabelstwo podążyło dalej wgłąb kolejnego korytarza, dopóty drażniące odgłosy nie kazały się zatrzymać i przyjąć pozycji obronnych...
Noru starał się skoncentrować na przeciwniku. Zielony blask, drapiący i otumaniający zmysły skowyt, ogarniająca ciemność... wargulce... Czarcie bestie atakujące stadami, cholerstwa wylegające się w podziemiach... - Te plugastwa nie znoszą światła - powiedział ledwo słyszalnym tonem, zupełnie zagłuszonym prze dźwięki nadciągających bestii. Diabelstwo i towarzysze potrzebowali teraz szczęścia, nie mniej jak promieniejących ogniem pochodni. Noru miał jednak w tej chwili inne zmartwienie. Ogłuszający skrzek wargulców sparaliżował nie jednego trepa. Nawet teraz, kaduk nie był w stanie klarownie myśleć ani porozumieć się z towarzyszami.
Kaduk pośpiesznie uklęk na ziemi, otworzył torbę i wyciągnął z niej fragment płótna, którym zawinął kawałek srebrnego pucharu. Nie było czasu na dłuższe rozważanie, Noru zarecytował fragment dawno zasłyszanej przysięgi Bogowców, mieszając ją ze słowami Faktola Ambara, po czym podrzucił w powietrze zawinięty ułamek srebra i tupnął kosturem o ziemię. Szaleństwo czy szczęście, korytarz na chwilę rozbłysł energią. *Cisza*. Kolejny szczęśliwy traf szalonej quasi magi był faktem - jakimś nieznanym samemu kadukowi cudem udało się na chwilę uciszyć te cholerstwa, chociaż zagrożenie wciąż zbliżało się w jego stronę. Zielony blask coraz bardziej oślepiał diabelstwo.
Noru rzucił szybkim spojrzeniem na towarzyszy - Cholerstwa nie cierpią światła! - Krzyknął i *wierząc*, że któryś z nich ruszy zad w stronę pochodni przyjął pozycję obronną, powoli sięgając po kolejne zaklęcie.
GhosterGlobal Moderator- Laurel -
- Wracać do krypty!- Krzyknął Laurel do towarzyszy, wyrywając jedną z pochodni z uchwytu i odpędzając najbliższe wargulce; zawodząc niezadowolonym tonem odfrunęły kawałek, trzepocząc się i wpadając na siebie. Tylko jeden bardziej hardy uderzył na mężczyznę, ale ten ciosem pięści posłał go wgłąb korytarza, koziołkującego w powietrzu.
- Szybciej!- Popędzał Laurel, spychając kompanów i osłaniając ogon kolumny- Podejmiemy je w drzwiach, tam jest najciaśniej! Nie ryzykujcie ugryzienia! Noru, poczarujesz za moment!
Laurel z wdzięcznością przyjął pierwsze zaklęcie kaduka, nie sądził jednak, żeby Noru był czaromiotaczem potężnym w stopniu wystarczającym, by ich z tej sytuacji ocalić. Postawił więc na starą, dobrą taktykę.
Pochodnia, którą machał zawzięcie rozjarzyła się jasno, spalając się niestety nieco szybciej; Laurel z niepokojem przyjął nikłe skwierczenie dobywające się z jej głowni- na taką zabawę miał nie więcej niż kilka minut. A tuż za granicą blasku ognia trzepotała zbita ściana wargulców.
- Bierzcie...- Zaczął, ale Belanora, Noru i Cięty już porwali własne pochodnie z mijanych uchwytów. Cztery ruchome źródła blasku skutecznie zapewniły im bezpieczny powrót do krypty; Laurel wśliznął się do niej ostatni zatrzaskując za sobą drzwi i opierając się o nie plecami. Z drugiej strony dobiegało stłumione wycie, postukiwanie i chrobot, czuł też co chwilę napór siły, kiedy wstrętne stwory próbowały wyważyć wrota uderzeniami swych skrzydlatych głów. Gestem wezwał Belanorę by zastąpiła go przy drzwiach, sam zaś odstąpił od nich zrzucając na podłogę sarong i płaszcz. Pochodnię porzucił koło progu w miejscu, w którym za chwilę miały przeciskać się wargulce
- W ten sposób nie wpakują się tu na całej linii framugi- Wyjaśnił, a Belanora w lot pojmując o co mu chodzi, dorzuciła swoją do stosu, na tyle zgrabnie jednakże, by ich drzewca nie spalały się nawzajem- Staraj się wpuszczać po jednym.- Uśmiechnął się jeszcze Laurel ustawiając się naprzeciw wrót i dobywając miecza.
- Gdzie są najmici z Biura Do Spraw Zapobiegania Szkodnikom, kiedy ich potrzeba...- Westchnął, na co Belanora uśmiechnęła się pod nosem.
-Gotowi?- Zapytała, na co odpowiedzią był zgodny pomruk; uchyliła więc drzwi.
Natychmiast wpadł przez nie pierwszy wargulec; Laurel ciął z góry, rozpłatując go niemal na pół i obracając ostrze zrobił oszczędny unik schodząc z drogi przelatującemu ścierwu. Belanora jednakże chyba nie spodziewała się takiego naporu na drzwi, nie zdołała zatrzasnąć ich z powrotem- Noru doskoczył do niej, potężnymi kopniakami uderzając w ich powierzchnię i miażdżąc o framugę skrzydlate głowy usiłujące wcisnąć się do środka. Laurel ciął ponownie, od dołu, przez sam środek ich kłębowiska, bryznęła posoka, pod nogami zachrzęściły kości nośne błoniastych skrzydeł; wargulce wyły, aż piszczało w uszach. Belanora zatrzasnęła drzwi dysząc.
- Pierwsza runda za nami- Stwierdziła radośnie- Wszyscy zdrowi? No to jazda!
Tym razem otworzyła drzwi nieco szerzej, ale tylko po to, by z większą siłą zatrzasnąć je na usiłujących dostać się do środka stworach- dwa się przebiły, jednego ściął Laurel, drugi zaś zebrał w środek twarzy pochodnią Ciętego; huknął o ścianę, nim jednak zdążył choć spłynąć na ziemię, bal-aasi przyszpilił go sztyletem. Noru dobijał bestie ogłuszone i uwięzione we framudze, Laurel dopadł do niego i kilka razy głęboko pchnął kłębowisko w drzwiach, Wiedzokrad zaś dorzucił i swoje trzy miedziaki wpychając między nie pochodnię. Ryk pełen bólu i wściekłości poniósł się korytarzami, napór na drzwi ustąpił. Belanora sięgnęła po pochodnię i otworzyła je ostrożnie. W głębi tunelu zdołali jeszcze dostrzec dwa ulatujące wargulce, jeden wyraźnie chromał na skrzydło, drugiemu zaś płonęły kudły, przez co przypominał nieco płonąca kulę. Laurel oszczędnymi pchnięciami dobił kilka poruszających się jeszcze głów w kłębowisku ścierwa u wrót krypty i schował miecz, wpierw starannie wycierając go o brzeg płaszcza. Zarzucił porzucone wcześniej rzeczy na siebie, nim dotarła do nich fala posoki rozlewająca się spod progu coraz szerszym wachlarzem.
- Wyśmiewajmy stąd zanim przylezie tu jakiś szpicowany krwiopijca- Zaproponował podnosząc pochodnię i żartobliwie skłaniając się przed Belanorą- Panie przodem.
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
Wgłąb...
Belanora spojrzała na Laurela wzrokiem wyrzutu i jakiejś błagalności, jednak ten był zbyt zajęty swą odzieżą by móc na nią spojrzeć, co ostatecznie posłało ją jako pierwszą przez ramę drzwi. Te skrzypnęły raz ostatni a drużyna skierowała się zdłuż tunelu. Każdy, prócz Noru, miał pochodnię. Ten natomiast, zapewne dzięki chwilę temu wywołanej inkantacji, ściskał właśnie w dłoniach twardy, długi, świecący się mdłym, zielonkawobłękitnym kolorem kij. To był tej sam, porośnięty mchem kij co wcześniej, jednakowoż, zupełnie przypadkowo, i on wchłonął nieco jego mocy z zaklęcia. Laurel spojrzał raz ostatni na Belanorę, ta zaś zniknęła w drzwiach. W jej ślady najpierw poszedł Noru, następnie Wiedzokrad, ostatni zaś był jedyny człowiek wśród tej zgrai. Zdeptali oni ostatnie prochy jakie zostały z wargulców, po ziemii bowiem tarzały się jeszcze kawałki kości, uszu, wyrwane włosy i odcięta skóra po tej małej masakrze. Twarze ich, zastygnięte w jednej pozie, zdawały się nadal gdzieś we wnętrzu krzyczeć a oczy, rozwarte i wielkie, wpatrywały się w jeden punkt. Przynajmniej korytarz którym przyszło im iść był cichy, aboim słyszeli jedynie pluskające strugi wodne i palące się pochodnie, które przyszło im dzierżyć.
Kolejne pomieszczenie zdawało się być większe niż poprzednie. Co prawda nie było tutaj żadnych świateł, ale wielki przewiew, który zmusił Wiedzokrada do odpalenia zgaszonej pochodni od tej Belanory, sugerował, iż komnata jest przynajmniej dwa razy większa niż ta z olbrzymem. Wpierw półelfka ruszyła prawą flanką zataczając łuk i trzymając się kurczowo zarówno swojego źródła światła, jak i posiadanego przezeń sztyletu. Lewą stroną natomiast ruszył Noru, podczas gdy Laurel postanowił iść w przód. Jak się miało później okazać, prawie nie znalazł się dwa metry niżej na innym piętrze, bowiem był o mały włos od ześlizgnięcia się do wielkiej dziury pośrodku. Cofnął się kawałek, przyklęknął i wychylił by sprawdzić co jest na dole. Co prawda bestia musiała dawno ucieć z tamtych rejonów jakimś korytarzem odbiegającym od wnęk pod nim, jednak w czeluści widniały obgryzione kości i niedojedzone truchła. Jak się potem miało okazać, komnata miała cztery korytarze, które od niej odbiegały. Jednym przyszli, trzy natomiast, analogicznie w kierunku do pierwszego, były porozrzucane równolegle do siebie. Na ścianach natomiast dało się zauważyć, prócz oczywiście tysięcy pajęczyn oraz insektów zżerających się wzajemnie, długie rzędy naściennych półek, na których spoczywały spróchniałe kości, które od biedy możnaby nazwać godnie pochowanymi.
Chwilę potem rozległ się szalony, głośny krzyk. Nie był tak skrzeczący jak ten wargulców, zdawał się być bowiem bardziej ludzki, jednak przestraszył Belanorę na tyle, iż ta pisnęła pod nosem przerażona. Wszyscy zdawali się chcieć dostać w jedno miejsce, to jest na przeciwległą stronę wyższego piętra, jednak, w ułamku sekundy, ich oczom mignął jakiś kształt przelatujący z dołu na górę. W tej właśnie chwili zauważyli, iż sufit komnaty był bardzo wysoki i znikał w ciemnościach. Pomieszczenie spowił cichy śmiech zmieszany z dyszeniem zmęczonej istoty. Lecz nie były to tylko wdechy i wydechy, skomlał przy tym jak zarzynana świnia, a skowyty jakie wydobywały się z ust tej istoty docierały do waszych uszu. Laurelowi zdawało się, iż mógł dostrzeć gdzieś daleko w górze zarys dwóch wielkich, szeroko osadzonych ślepii, chwilę potem jednak pochodnię z jego ręki wytrącił dość spory kamień, przy okazji rozcharatując mu kawałek lewej dłoni. Nie zdążył się obrócić a kolejny odpadek, tym razem była to sporych rozmiarów czaszka, walnęła mu w głowę rozsypując się na kawałki. Wszystkiemu towarzyszył wysoki, męski falset, którego groteskowe brzmienie rozchodziło się po pomieszczeniu. Istota postanowiła jednak zeskoczyć na dół i uderzyła ostro w Noru, przewracając go i turlając w dół. Kij Mchu został gdzieś na podłodze a ten potoczył się w środek komnaty tak, iż już tylko dwie pocharatane ręce trzymały się wyższego piętra. Wszyscy natomiast mogli teraz widzieć istotę, która skąpana była w zielonym świetle kija. Nie wiedzieli czym to dokładnie było, ale małpiszon jaki przed nimi stał był masywny i skoczny, przypominał im właściwie tylko Bar-Lgura. Istota wrzasnęła raz jeszcze, a jej włosy, długie na całym ciele prawie na pięć centymetrów, rozwiały się we wszystkich kierunkach. Gigantyczne oczy wgapiły się w was ze złością a dłonie zacisnął w pięści, po czym pofrunął na drugą stronę komnaty odbijając się od krawędzi piętra, przez co Noru prawie nie spadł w dół. Znajdował się teraz pomiędzy Laurelem a Wiedzokradem. Dało się lepiej zobaczyć, iż włosy ma brunatne a oczy zielone, istota ta jednak nie uznała za stosowane ubrać się w cokolwiek do tego spotkania, toteż kutas, ponad dwudziestocentymetrowy, zwisał luźno wraz z jajami. Stwór nie robił sobie jednak z tego nic, gapił się na każdego z was i w końcu, co niezwykle zaskoczyło całą waszą gromadę, przemówił.
- Trepy, trepy! Czego tu szukajta!? Na chujta się pchajta w te jaskinie!? Wyśmiewać w złotoprędzy, włóczędzy, do jasnej kur-wy-nę-dzy!
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Noru -
Po rozprawieniu się z wargulcami, Noru jeszcze przez chwilę widział zielone plamki, błyszczące mu przed oczyma. Wydawał się już trochę wycieńczony, nieprzystosowany do nagłych inkantacji i walki z latającymi paszczurami. Na domiar złego przeczuwał, że kij który zaczął tak szaleńczo błyszczeć zaraz wybuchnie mu w dłoniach.
Gdy wraz z towarzyszami zaczęli przeszukiwać następną komnatę miał już dość. Zabrnął za daleko dla zaspokojenia jakiś głodnych władzy trepów, których nawet nie znał. Jedyną satysfakcją jaką mógłbym teraz czerpać byłoby spalenie tego pieprzonego Grimuaru na oczach zleceniodawcy. Noru wyobrażał sobie już swój szaleńczy śmiech, gdy księga zamienia się w popiół. Prawdę powiedziawszy wyobrażał sobie też jak zaraz po tym wielce odważnym (głupim?) czynie zostanie pozbawiony głowy, ale o dziwo tym się nie przejmował, aż tak.
- Może być tylko gorzej - szepnął w stronę Laurela, gdy w pomieszczeniu zaczęły odbijać się dzikie dźwięki jakiejś bestii. Nie trzeba było długo czekać, aby kolejna przeszkoda zaatakowała. Zdołał tylko usłyszeć jęk Laurela nim góra nieświeżego mięsa stoczyła się na niego i zepchnęła na skraj przepaści. Bół prawie doprowadził go do nieprzytomności, ale zmusił się jeszcze i z trudem wstał.
- Pieprzony! - Nie przejmując się przewagą istoty wydarł to z siebie, widząc skaczącą po ścianach kupę mięsa. Otuchy nie dodawał widok przepaści ani rannego Laurela, a tym bardziej brak Belanory. Wyglądało na to, że tylko Wiedzokrad się jakoś trzyma. Psia mać.
Kaduk próbował zrozumieć tego głupkowatego orangutana. Wygląda na to, że wyraźnie wkroczyliśmy na teren tej bestii. Nie pozostało nic innego jak spróbować się dogadać... ale Noru, nigdy nie był dyplomatą.
- Trepy, trepy! Czego tu szukajta!? Na chujta się pchajta w te jaskinie!? Wyśmiewać w złotoprędzy, włóczędzy, do kur-wy-nę-dzy!
- Złota... chwały...? - Zniechęcony głos odbił się echem po ścianach komnaty. Wyraźnie rozbawiony małpiszon zaczął przemieszczać się nad głowami drużyny.
- Na chujta Wam złota, jak do nocy będata trupami? Cha cha cha! - Cień bestii był coraz szybszy. Noru miał dość. Przeklęte miejsce, pieprzone wargulce i głupkowaty małpolud.
- Kurwa mać - Noru spojrzał na towarzyszy - Pieprzyć to, może strącimy gada?
Wyraźnie poddenerwowane diabelstwo ruszyło powoli przed siebie, obserwując poruszający się po podłodze cień małpoluda. Jedyne narzędzie obrony kaduka leżało w centrum cholernej komnaty.
- Czego chcesz?! - krzyk Noru znowu odbił się nieznośnym echem. Cień małpoluda na chwilę się zatrzymał. Wydawało się, że odpowie na to niezłożone pytanie, ale znowu zaczął skakać i dyszeć.
Noru międzyczasie zdołał pochwycić mieniający się zielonym blaskiem kij. Widział teraz wyraźniej skaczącego małpoluda.
- Bar-Igur? Czy to już cholerna Otchłań?
Kaduk zauważył, że kij Mchu zaczął coraz intensywniej emanować zieloną poświatą. Mało tego, blask zaczął pulsować i powoli ogarniać swoim światłem dłoń diabelstwa. Chociaż Noru nigdy nie był pewien efektów ubocznych swoich zaklęć, miał teraz dziwne przeczucia. Coś zaczęło go palić od środka.
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel = Wiedzokrad = Noru -
Małpiszon wyszczerzył zęby w wyrazie zgorszenia i jednocześnie zakłopotania gdy wokół dłoń Noru zaczęły się oplatać eteryczne, zielone wstęgi magii. Powietrze świsnęło a cały pył wokół, niczym zmuszony przez jakiś wir bądź trąbę, zawirował dookoła jego sylwetki. Diablę zdawało się zbierać w sobie siły na kolejną to już inkantację. Gdy po sali zaczęły latać małe, półprzeźroczyste grigi, Noru starał się zdekoncentrować małpoluda. Grigi latały wokół jego uszu dając diabelstwu czas na dokładniejsze wymówienie zaklęcia. Słowa nie były żadnym językiem, jednak tak jak i, bardziej zresztą popularne, gesty bądź myśli, miały magiczną moc i odpowiednio użyte mogły służyć za tak zwane inkantacje. Kilka przedłużonych morfemów wypłynęło przez jego usta z pewnym oporem, te bowiem starały się więznąć w gardle, jednak gdy już się to stało, z jego oddechu powstał kolejny grig. Wzleciał w górę i obrócił się parę razy na jego lasce, a chwilę potem z Kija Mchu wystrzelił niczym z procy wielki, płonący zielonymi ogniami pocisk w kształcie rozpłaszczonej piłki. Kula przecięła powietrze i, z impetem tak wielkim, iż nawet kawałki tynku posypały się ze ścian, uderzyła w lewe ramię bestii. Jak nie ryknęła tak Belanora wraz z Laurelem zatkali uszy, natomiast Wiedzokrad był zbyt zafascynowany tymi, jak to w pierwszej chwili mogło wyglądać, "fajerwerkami". Ogień zawinął się szybko wzdłuż ręki małpiszona i jego, teraz już dobrze widoczna, niebieska, sierść zapłonęła. Groteskowy wyraz uciekł z twarzy monstra i zastąpił je krzyk, który rozszedł się po katakumbach w mgnieniu oka. Płomienie pokryły jego rękę, jednak ten, łapiąc się gołymi stopami jakiegoś łańcucha i zawieszając na nim, starał się ugasić mały pożar drugą ręką. Niestety zaklęcie nie zdążyło zwęglić skóry, jednak spopielone włosy odsłoniły jego, tak samo czarną jak i jgo charakter, skórę. Noru chciał rzucić kolejne, tym razem nieco mocniejsze zaklęcie, jednak gdy kolejne wstęgi zaczęły lecieć w stronę jego laski potwór poszybował w górę wspinając się po łańcuchach w ciemność. Jedyne co zdążyli jeszcze zauważyć to spadające, spalone kępy sierści, które zostawiała za sobą gęsto bestia...
Cisza zapadła i nie było już ani dziwnych chichotów ani podziemnych drapieżników, czymkolwiek była ta istota, zdążyła już dawno ucieć w jedną z kryptowych odnęk. To samo pozostało sigilijskiej trupie, bowiem gdzieś z oddali dało się dosłyszeć pomruki zombie, które, mimo iż piekielnie powolne, były niezwykle niebezpieczne. Wszyscy pognali w ten korytarz, z którego dochodziło najwięcej ciepłego powietrza; to był najlepszy pomysł na jaki mogli wpaść, aboim mieli trzy, zupełnie identyczne drogi do wyboru, a z każdej jechało trupem równie nieprzyjemnie. Pochodnie służyły im, bowiem nie zbaczali z drogi, to jest nie wchodzili do każdej napotkanej po drodze komnaty bądź krypty, lecz parli do przodu w kierunku, z którego dochodził zapach... Nie, to nie był zapach, a raczej jego brak. Gdy gdzieś nie czuć było śmierci, odpowiedź była prosta; tam jej nie było...
W końcu dotarli do jednej z szerszych rur. Musili skręcić, korytarz główny był zawalony, więc to była jedyna droga, szczególnie, iż po jakimś czasie zauważyli ślady stóp, naprawdę wielu stóp, nie mogli być pierwszymi, którzy zwiedzali te katakumby. Jak się miało okazać chwilę potem, nie trafili do jakiejś wielo-trupowej komnaty bogatej w surowce dla Zbieraczy, bowiem w rurę przez którą dane im było się przeciskać wbiegało parę innych, ze trzy bądź cztery, z których ślady zbiegały się na jeden szlag. W końcu, w oddali, w odległości mniej więcej stu metrów, dało się ujrzeć światło dochodzące zza powyrywanych krat. Belanora spojrzała ochoczo na waszą trójkę i pobiegła chyłkiem w stronę powyginanych prętów, które musiały znaczyć wejście...
Skarbiec Faroda.
Ich oczom ukazała się cywilizacja. Wcale sigilijska, albowiem wokół aż roiło się od Zbieraczy, Grabarzy, wszelkiej maści githów i nie githów, bariaurów oraz podstarzałych dziadów, które prosiły o dzwonki. Spojrzeli wszyscy w dół, bowiem rura była w tym miejscu już dość szeroka. Stali kilka, może z trzy bądź cztery, metrów nad brukiem. Pod nimi nie było jednak przepaści, było za to strome, chociaż dosyć gładkie, kamienne urwisko. Ludzie z dołu, zazwyczaj ubrani w szare szaty i czarne, pobrudzone togi, gapili się na nich z zaciekawieniem.
- To kto skacze pierwszy? - Odezwała się zawadiacko pół-elfka.
- Skakać, skakać! - Wrzeszczeli ludzie na dole, nie było to bowiem nic absurdalnego w tym mieście, wszyscy żyli życiem innych i takich, którzy wtrącali się w zajęcia przechodniów było tutaj mnóstwo.
- Ja. - Rzekł niepewnie Wiedzokrad.
Baal-asi zsunął się delikatnie w dół trzymając mocno prętów i położył nogi na urwisku. W dół było parę metrów, jednak starał się o tym nie myśleć. Spuścił się tyle na ile pozwalała mu krawędź rury i zwolnił uścisk. Poszybował w dół chamując nieco lot butami szurającymi o pochyłą ścianę i w końcu dotknął nogami podłoża. Wiedział jak może się skończyć taki skok na proste nogi więc na samym dole wywinął jeszcze przewrót, który odebrał trochę nacisku na jego stawy, przez co wyszedł z tego bez szwanku. Tłum zaśmiał się i spojrzał na pozostałą trójkę, jednak dopiero Cięty zachęcił ich wystarczająco swoim pokazem i przekonaniem, że nic im się nie stanie. Najpierw skoczył Noru, potem Belanora a na samym końcu nieco ranny Laurel, po chwili już wszyscy byli w... Tym miejscu, które niedługo miało się okazać dość dobrze znane.
Tajemnica króla Zbieraczy stała się zajazdem...
Znajdowali się teraz na jednej z kamiennych płyt tworzących wielką platformę, jakiś plac, na którym zbierało się wielu żebraków i Zbieraczy czekających na wyprawę w katakumby. Dalej zaczynała się wielka, mosiężna, drewniana konstrukcja, której mosty rozchodziły się po rozciągłości tej gigantycznej komnaty schowanej pod powierzchnią Sigil. Po ich lewej stronie natomiast, gdzie zresztą było najwięcej śpiących łachów, widniały dwie wysokie, teraz opróżnione najpewniej przez jakieś szumowiny, piętrowe biblioteki na książki, aktualnie znajdujące się tam regały służyły jako półki na brudne szmaty i sterty kamieni. Gdy spojrzeli w górę zobaczyli największą konstrukcję w tej sali. Z dziurą pośrodku, na której dnie dało się zobaczyć jedynie zaschniętą krew, na placu przemijały się różne persony o podejrzanych aparycjach wymieniając towary. Akurat byli świadkami jak ktoś z wysokich schodów zrzuca żebraka, który złamał sobie na dole nogę ale nawet nie miał odwagi zakrzyczeć. Niektórzy podbiegli do niego by mu pomóc, inni wygrabili mu z ręki dwa miedziaki i żelazne stiletto, jednak, z tego co dane im było usłyszeć, został on wygoniony z targu. Chwilę potem zauważyli, iż jeden typ ludzi znacznie odróżniał się od innych. Byli oni zazwyczaj wysocy, choć nie zawsze, i nosili obszerne, czarne zbroje pokryte jeszcze ciemniejszymi szatami bądź pelerynami z kapturem. W ich ubiorach prawie wszystko było niemal stworzone do ukrywania się, prócz oczywiście fragmentów metalowych, to jest stalowych i platynowych, jednak i te starały się udawać zwykłe materiały i były mocno starte i zmatowiałe. Większość z tych ludzi nosiła w pasie zestaw sztyletów, niektórzy zaś mieli w rękach ciężkie buławy bądź topory, jeden dzierżył nawet flamberga, zaś ostatni, który miał za chwilę podążyć ku nim, oparł na ramieniu kafar, niemalże większy od niego samego. Podszedł on do nich z trójką innych ciemnych typów o tej samej kacerskiej aparycji, chociaż byli nieco bardziej zgarbieni, wtedy zrozumieli, iż ci ludzie służyli komuś jako straż tego miejsca. Trójka z nich miała zakryte twarze maskami przypominającymi slaady, jednak najwyższy, ten, który pierwszy ku nim podążył, miał na głowie jedynie przepaskę na zbyt długie, także kruczoczarne, włosy. Jego srebrzyste oczy utkwiły w każdym z was przez moment, a wyraz twarzy przybrał nieco pozowany, zakłopotany wyraz.
- No proszę, czwórka krwawników typowych wyglądem dla Dzielnicy Niższej schodzi do Skarbcu Faroda... - Rzekł, w jego słowa posypały się liczne komentarze płynące w waszą stronę przez ludzi, którzy, niczym sępy, podążyli za strażnikami i otoczyli was przytykając w półokręgu do ściany. - Lepiej mi mówcie co was tu sprowadza... - Po tym tekście żebracy znów wygwizdali swoje poglądy na temat trepów i "powierzchniowców". - ...Starczy nam już nowego ścierwa proszącego o darmowy pokarm... - W tym momencie, wraz z groźnym wyrazem twarzy, nikt się nie odezwał i niektórzy nawet cofnęli w tył, w stronę biblioteczek, zostawiając was w spokoju, jednak nadal byliście otoczeni przez grupkę łachów oraz czwórkę, wyglądających na dość wytrenowanych, śmiałków...
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Lena -
- Pilnuj swojego języka- dało się słyszeć niski kobiecy głos.
Z cienia starej chaty stojącej nieopodal wyszła wysoka smukła postać. Początkowo widać było jedynie kaptur i ciemny strój.
ale w miarę zbliżania się kobiety dało się dostrzec szczegóły. Czarne ubranie przypominało wyglądem to, w które odziane była banda śmiałków stojąca obok. Jedyną różnicę stanowiła jakość stroju, wysokie skórzane obuwie pozwalające na szybkie i ciche poruszanie się oraz kaptur zakrywający całą głowę. Sunęła w Waszą stronę.
Po paru ledwie dosłyszalnych krokach kobieta stanęła twarzą w twarz z wygadanym zbirem. Powolnym ruchem ściągnęła nakrycie głowy.
Można już było z łatwością zauważyć- to diabelstwo. Czerwone pazury i duże ciemne tęczówki, na dłoniach ślady błękitnych połyskujących łusek zdradzały jej pochodzenie.
Po krótkiej wymianie spojrzeń z mężczyzną *witającym* nowe twarze, diabelstwo zwróciło się do przybyszów.
- Wybaczcie śpiewkę mojego nieokrzesanego kolegi. Mam na imię Lena.- kobieta dyga lekko głową, wwiercając się wzrokiem w drużynę.
Tacy zawsze zwiastują problemy, albo stają się dobrym środkiem do łatwego brzdęku. Lenę bardzo nurtowało co czwórka tak różnych 'ludzi' robi w takim miejscu, zapomnianym przez większość Sigilijczyków, a być może zapomnianym i przez samą Panią. Dawno nie widziano tu czegoś takiego, a już na pewno żeby ktoś przyszedł z katakumb w jednym kawałku.
Tacy od razu łapią kosę w plecy albo stają się obiektem zainteresowania Ludzi.
Ludzie-z-Cienia, tak siebie nazywają. Ugrupowanie o charakterze czysto zarobkowym. Bez wyidealizowanych patetycznych praw i sformułowań. Nie daj się złapać, wykonaj zadanie, miej z tego zysk. Zadanie, heh. Czyste złodziejstwo w pięknej krasie, przyozdobione czarnymi szatami, błyszczącymi sztyletami, skórą i precyzją.
Tutaj każdy z nich węszy spisek, a nowi od razu stają się podejrzani, być może są tu aby podłapać jaką dobrą robotę.
Lena przyłożyła wskazujący palec do ust, smyrając je pazurskiem w geście zadumy. Charcząc coś cicho do siebie przeszła się dookoła przybyszów oglądając ich z każdej strony.
Na dłużej zatrzymała wzrok na kobiecie, mrużąc oczy przyjrzała jej się dokładniej. Można by odnieść wrażenie, że we wzroku Leny było coś w rodzaju fascynacji.
- Wyglądacie jakbyście musieli odpocząć - w końcu odezwała się tym nieco irytującym chrapliwym głosem, który brzmiał jakby ugrzęzł jej gdzieś w gardle i rozpaczliwie chciał wyjść ale nie mógł.
- Dam Wam leże, a wy mnie informacje kim wy właściwie, do kurwy nędzy, jesteście. Hę?
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
Rozdział II
Za Dukata Brat Sprzeda Brata
Ubrany w czarną zbroję i togę krwawnik najeżył się ostro, grzmotnął potężnym obuchem o kamienną posadzkę, ta aż popękała w kilku miejscach, a następnie skierował spojrzenie na Lenę. Oparł się na wielkim trzonie młota, wyglądającym tak, jak gdyby służył nie do walki a do miażdżenia stworzeń nocy, po chwili rozglądnął się wokół i, nie widząc żadnych pobratymców tej kobiety, splunął za ramię i odezwał się do niej cicho.
- Taka wygadana? Patrzcie no, zobaczyła paru śmiałków i szuka łatwych trepów do oskubania. - Pod jego słowa odezwało się kilku żebraków z tyłu, ale jeden z jego kumpli, jeden z niższych, chociaż i tak wszyscy przewyższali Lenę o głowę, podniósł rękę na łacha a ten wspiął się ze strachu na jedną z wyższych półek. - Wy, Ludzie-z-Cienia, moglibyście czasem odpuścić. - Parsknął lekceważąco, a w jego głosie dało się wyczuć nutkę pogardy. W tym samym czasie odwrócił się na pięcie do czwórki przybyszów z wyższych partii Sigil i rzekł.
Gdzieś w katakumbach, gdzieś na dole w trupach,
Czekają na was kości, czaszki w kręgosłupach,
Co wam pomoże, słowa czy noże?
Ktoś wam za darmo czyste daje łoże,
Na słowo uwierzycie? Czy cenne wam jest życie?
Ten oto wiersz nie brzmiał w jego ustach ani śmiesznie, ani nawet dziwnie, za to było w jego treści coś niepokojącego, coś co sprawiało, że myśli powracały do katakumb, nie tych paru pomieszczeń, które akurat przyszło im dzisiaj zwiedzić, lecz do starych, zapomnianych krypt z wejściem i wyjściem prowadzącym tylko przez jeden portal. Nie zdążyli jednak do końca zastanowić się nad treścią cytatu, skądkolwiek by pochodził, a ubrany w czerń człowiek o czarnych włosach znów rozpoczął.
- Muszę was spytać. - Przybliżył się do nich, zupełnie lekceważąc przy tym obecność Leny. - Znaleźliście może jakieś... Kartki?
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Noru -
Noru próbował się otrząsnąć po ostatnich przeżyciach. Nagle świat zaczął wirować tak szybko, że sam kaduk powoli tracił orientację w czasie i przestrzeni. Przymrużając oczy próbował rozejrzeć się po okolicy, zrozumieć swoje położenie i dostosować swój umysł do wydarzeń, które właśnie rozgrywały się wokół niego.
Nie mógł powstrzymać okropnego bólu głowy, czuł się tak jakby dzień wcześniej wypił kufel jakiegoś mocnego bełtu. Magia drżała jeszcze w nim po starciu z tępym małpoludem, nogi uginały się ze zmęczenia, miał wrażenie że Sigil kręci się mu pod stopami.
Gdy zobaczył zbliżające się diabelstwo powoli zaczął dochodzić do siebie. Kim my właściwie jesteśmy? Ha! Świetne pytanie... Grupą trepów, która stoczyła krwiożerczy pojedynek z orangutanem... ciekawe czy będą pisać o tym pieśni? - zastanawiał się Noru.
- Trafiliśmy tu przypadkiem.
Rozejrzał się po towarzyszach starając sobie przypomnieć jak mają na imię...
- Bela... Beladonna? - próbował przedstawić swoich towarzyszy, ale potwornie dokuczała mu głowa... jak oni mieli? Cięki... i Koniokrad? do diabła... - Nazywam się Noru, przynajmniej jeszcze do niedawna... Mieliśmy przygodę. Walczyliśmy z... potworem. Tęgim jak cholera. A teraz szu...
Przerwał mu bełkoczący krwawnik. Gdyby jego umysł był trochę bardziej pobudzony i przytomny pewnie odebrałby ostatni fragment pieśni jako groźbę, ale zupełnie to zignorował. Na słowo uwierzycie? Czy cenne wam jest życie? - bełkot zbira udającego poetę.
Noru przez chwilę myślał o jakie kartki może chodzić i czy od tego pytania zależy teraz czyjeś życie. Znudzony groźbami i pojedynkami słownymi z każdym nawijającym się pod nogi zbirem, odpowiedział wymijająco.
- Nie szukamy zwady, tylko zwiedzamy.
Ta odpowiedź wyraźnie nie spodobała się krwawnikowi. Zmarszczył czoło i rozejrzał się po towarzyszach, może szukając kolejnej błyskotliwej rymowanki? Diabelstwo to zignorowało.
Noru spojrzał jeszcze raz na kobietę kaduka. Z jednej strony miał przyjemne wrażenie, że to jedna z nielicznych osób w pobliżu, która nie chce wyrządzić im krzywdy, przynajmniej na razie, bo w końcu każda przeklęta istota w Wieloświecie ma swoją cenę. Noru niespecjalnie przejmował się słowami krwawnika. Złodziejaszków mogą bać się bogaci.
Nagle ból głowy ustał, diabelstwo zaczynało powoli wracać na ziemię.
- Oto moi towarzysze podróży - powiedział to trochę od niechcenia - Belanora, Cięty i Wiedz...
Kaduk trochę się speszył widząc kilku zbirów zmierzających w ich stronę. Ponownie nie udało mu się przedstawić wszystkich towarzyszy. Zwrócił się do Leny, lekko zdezorientowany.
- Nie znasz przypadkiem, tych - o tam? - Noru wskazał na grupkę krwawników, powoli zbliżających w ich stronę. Trep poeta drugi już raz uśmiechnął się w ten sam lekceważący sposób.
GhosterGlobal Moderator- Laurel -
Podążając śladami towarzyszy Laurel zjechał niskim żlebem w dół, amortyzując lądowanie, a towarzyszyła mu przy tym niepokojąca lekko myśl o drodze w jedna stronę. Zraniona głowa piekła; delikatnie pomacał ranę czując na palcach wilgoć krwi. Zmęłł przekleństwo w zębach ściągając chustę z szyi i wylewając na nią odrobinę wody z bukłaka, po czym oczyszczając skaleczenie rozejrzał się po nowo odkrytym obszarze. Z żalem popatrzył na biblioteczne półki, tak wysokie, że aż ginące w mroku spowijającym wysoki strop, a których zawartość butwiała i rozsypywała się w proch. Kolejne miejsce zapomniane przez Panią i dabusy, ot co... Tyle, że zamieszkałe. Wzrok jego prześliznął się po żebrakach i zbieraczach, zatrzymując się na zbrojnych odzianych w czerń. A oto i gospodarze, pomyślał.
Zanim zdążył się zastanowić, przedstawiciel zbrojnych zaczął ich łajać, w czym przerwała mu jakaś obca dziewczyna; ta od razu zwróciła jego uwagę- miał słabość do bladawców. Noru rozpoczął jakąś mętną prezentację, pominąwszy go, i dopiero ten fakt sprawił, że Laurel zdecydował się zabrać głos
- Ani słowa o mnie, a tak się staram- Mruknął, spojrzawszy przeciągle na Noru, choć w jego tonie czaiła się nuta rozbawienia, po czym zwrócił się do obcej- Jam jest Laurel, a to moi towarzysze, Belanora, Noru i Cięty. Wdzięczniśmy za twą propozycje i z gościny chętnie na krótko skorzystamy... Nie sroż się jednak, pani, ale czy moglibyśmy poznać przyczynę Twojej szczodrości? Z zaufaniem u nas średnio, jestem pewny, że to rozumiesz, a nieczęsto w Klatce ktoś wyciąga do ciebie pomocna dłoń ot tak... Choć czasem się to zdarza...- Ostatnie zdanie dodaje ciszej, jakby do siebie.
Dziewczyna nie zdarzyła mu odpowiedzieć, gdyż do rozmowy włączył się jeden z obcych. Laurel słuchał chciwie. Krótka wymiana zdań sporo mu powiedziała, choć nawet mrugnięciem nie dał po sobie poznać żadnego zainteresowania tematem. Już wcześniej, gdy zbrojny nadmienił coś o 'Skarbcu Faroda', Laurel wspomniał stara legendę o bogaczu, który został zbieraczem i odkrył jedną z owych zapomnianych i porzuconych dzielnic, czy też ulic, a miano jego było Farod. 'Ludzie-Z-Cienia' włącznie z ich tajemniczą kryjówką, kolejna wzmianka i kolejna legenda wyrastająca jak spod trawy. Elementy układanki zaczynały do siebie pasować. Niebezpieczna wiedza, lepiej trzymać jęzor za zębami, przeleciało mu przez głowę. Nie tak jak ten kłapiący jadaczką trep- Tu spojrzał na zbrojnego z młotem- Więc nie są z jednej bandy... To kim on jest? Umorerem? Jak oni niby przetrwali, szczekając przy obcych o tajemnicach? Z drugiej strony, bystrzacha chyba by nie robił przy drzwiach za ciecia w otoczeniu żebraków...
Z rozmyślań wyrwał go dziwny wiersz, którym zaskoczył ich zbrojny. Dokładnie o tym samym pomyślałem- Zastanowił się Laurel patrząc na niego- Może to jednak nie taki osioł jak na pierwszy rzut oka? Coś tu się dzieje... Chyba się zbliżamy...
W tym momencie obcy zbliżył się do nich nieco i ciszej zapytał o 'kartki'. W głowie Laurela zagrał triumfalny marsz; A jednak! Jesteśmy na dobrej drodze..!
- Zabawne, że o to pytasz- Zwrócił się do obcego patrząc mu spokojnie w oczy- Nie jesteś bowiem pierwszy... Domyślasz się, rzecz jasna, że nie łazimy po katakumbach dla zabawy, mamy kilka dupereli do załatwienia tu i tam, jednakże 'kartki'? Napotkaliśmy już jakiegoś nekromantę i kilku zbrojnych, i wszyscy oni szukają jakiś kartek czy też ksiąg... Wygląda to na większą sprawę, a gdzie sprawy są duże, dużo brzęku się sypie- Konfabulował dalej- Być może mielibyście dla nas jakieś dodatkowe zajęcie, panie? Nie wzgardzimy szansą zarobku... Może moglibyśmy pomóc wam z tymi 'kartkami'? Za waszym pozwoleniem chcielibyśmy tu chwile odpocząć... Przemyślcie moją propozycję, panie.- Skłania lekko głowę, po czym półgębkiem mruczy do przypatrującego mu się nieco ironicznie Wiedzokrada- Trochę kultury w stosunku do gospodarzy nie zawadzi- Wyjaśnia, następnie zaś, głośniej, zwraca się do bladego diabelstwa w czerni- Prowadź do swego schronienia, pani. Jeszcze tylko, jeżeli mogę zapytać, jakie twe miano..?
GhosterGlobal Moderator- Lena -
- Knebel! - warknęła Lena tak, że małe kropelki śliny malowniczo wystrzeliły prosto w twarz przemądrzałego gościa z młotem. Zupełnie ignorując to, co mężczyzna miałby jeszcze do powiedzenia stanęła do niego plecami chrypiąc cicho "Nie będziesz mi tu *nowych* odstraszał!". Nie było sensu rozmawiać z nimi, złodziejskie menele, które szukają tylko zwady-dobrze takich tu znano. Dalsze próby przekrzykiwania mogłyby skończyć się krwawą jatką na środku ulicy, a tego Lena nie chciała.
Obserwując dalszy rozwój sytuacji oraz uważnie słuchając co przybysze mają do powiedzenia kalkulowała sobie wszystko w głowie. Do momentu gdy padło jedno magiczne słowo: "kartki".
No i jasne! Że też od razu na to nie wpadłam. Co banda takich odmieńców mogłaby tu innego robić...
Lena uznała, że najbardziej kumatym z całej tej watahy będzie dziwny tajemniczy facet, co nazywa siebie Laurel.
- Jestem przekonana, że coś wam tu nie pasuje. Za dużo wam oferuję i takie tam inne standardowe śpiewki o braku zaufania, ale w aktualnej sytuacji nie macie chyba innego wyjścia niż choć trochę mi zaufać i skorzystać z mojej oferty - kobieta zmrużyła wzrok bacznie obserwując reakcje - Zapraszam was do mnie pod warunkiem, że dowiem się co tu robicie, kim jesteście i czego szukacie. Opatrzę wasze rany, zjecie i odpoczniecie a potem porozmawiamy. Pasuje?
Nie była do końca pewna czy można ich wpuścić do domu, ale w końcu była jednym z Ludzi. Gdyby coś jej się stało, przybysze prawdopodobnie wsiąknęliby w jej dywan, a raczej posoka która z nich by pozostała.
Księga... Oni coś wiedzą.
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel = Wiedzokrad = Noru = Lena -
Ciemny krwawnik odstąpił z warknięciem i wrócił wraz ze swą grupką śmiałków do obchodu skarbca. Skarbca Faroda, oczywiście, bo z faktycznym skarbcem nie miało to miejsce absolutnie nic wspólnego; dookoła walały się jedynie śmieci, zarówno te martwe jak i chodzące i gadające, to jest trepy. Dopiero po dłużej chwili można było zauważyć, że ta garstka ludzi widoczna z kamiennego balkonu z przejściem na drewnianą konstrukcję była wszystkim co zamieszkiwało to brudne, zapomniane przez dabusy miejsce. A mężczyźni ubrani w ciemne pancerze, babilon tego grobowca nawiasem mówiąc, stanowili dość sporą grupę, która, przynajmniej na pierwszy rzut oka, trzymała to miejsce w ryzach. Dotarli tam, czy to z chęci wzbogacenia się, w celu doskonalenia swej wiedzy czy to po prostu z nudów; każdy z nich zastanawiał się tylko czym mogą być te nad wyraz tajemnicze kartki o których wszyscy wspominają. I księga, która, jakimś dziwnym trafem, zapadła im w pamięci i wywierciła sobie ciepłe, przytulne łoże w mózgoczaszce każdego z nich... Niemniej teraz była jeszcze ona. Lena, bo tak się zwało to białowłose diablę, była kolejną to już personą, która miała zamiar się czegoś o tym wszystkim dowiedzieć. A teraz uśmiechnął się do niej los; oto bowiem stało przed nią czterech śmiałków, którzy samym swym wyglądem udowadniali, iż faktycznie mogą jej w tym... "Pomóc".
- Pasuje. - Odrzekł Laurel, widząc, iż to głównie na niego spogląda nowopoznana dziewoja, zapewne widząc w nim jakiegoś rodzaju samozwańczego lidera owej grupy.
I szli. Mijali drewniane mosty i walące się pod ciężarem gruzu konstrukcje, by za chwilę wkroczyć w coraz to kolejne i poznać, iż Skarbiec Faroda tylko z góry wydawał się tak mały; w rzeczywistości pod tępą strukturą rozciągały się szeregi malutkich chatek zrobionych ze wszystkich dostępnych materiałów pod ręką, co zauważyli schodząc z najniższej rampy i mijając przy tym niezwykle wypustoszałą część tej "osady", to jest plac. Okrążyli kilka kolumn i podpór, które podtrzymywały całą tą budowlę, aż w końcu Lena, prędko i gładko frunąca wręcz w stronę domu, zatrzymała się przy jego drzwiach. Zapukała trzy razy. I znów. Po chwili ze środka dotarł do niej głos, być może męski alt, jednak tak niemrawy i niewyraźny, iż nikt z przybyłej czwórki nie mógłby nawet dosłownie powiedzieć, czy to co usłyszeli to były słowa, i czy w ogóle wydawała je jakaś istota a nie rzecz. Lena szarpnęła wreszcie za klamkę i wkroczyła do środka, nakazując palcem wejść wraz z nią, przy okazji dokładnie lustrując raz jeszcze każde z nich. Chatka była dość niewielkich rozmiarów, jednak wystarczających, by pomieścić w sobie mały salon oraz ściany, za którymi kryły się dwa pokoje i ktoś jeszcze. Lena zagwizdała cicho wspominając coś tudzież o gościach, a zza przepierzenia wylazła przedziwna kreatura.
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- K-kooogo ty tu Znów prźyprowaaadźasź? - Wyrżała wtem istota. Był to szczurołak, i to jeden z najbardziej zgarbionych i brzydkich jakie dane było im w swych żywotach ujrzeć. Siedział w cieniu nieoświetlonego pomieszczenia, przez co nie widać było nic innego prócz jego pyska. I o ile sierść jego brudna nie była, bo tak po prawdzie prawie jej nie miał, o tyle jego skóra była zmatwiała, pomarszczona i nawet miejscami zwisała, co dopełniało tego nad wyraz turpistycznego pokazu żywej sztuki. - Źnów włócźyłaś śię gdźeś daleeeko i zapraaasźasź mi tu jakie łachy i śkuuurle! - Sepleniła bestia na Lenę.
- Cicho siedź, podobno coś wiedzą o... - Tu jej głos ustał, chociaż wszyscy dobrze wiedzieli o czym mówili. Szczurołak przestał węszyć, czym był zresztą zajęty cały czas, bowiem wąchał ściany, sufit, podłogę i własne łapy, i wreszcie spojrzał dość "przytomnym" wzrokiem na diabelstwo.
- Źe niby oooni? - Wyszczerzył białe jak mleko zęby i podszedł powoli do czwórki gości, wynurząjąc się tym samym z cienia. Szczurołak ten, w przeciwieństwie do innych jakie dane im było zobaczyć, nie był dobrze zbudowanym, silnym stworzeniem, ten tutaj prezentował się raczej ciamajdowato i ospale, a jego zachowanie wzbudzało w nich jakiegoś rodzaju odrazę, chociaż sami nie wiedzieli z jakiego powodu. Miał on na sobie... Cóż, tylko i wyłącznie szarfę oplecioną wzdłuż pasa, przez co jego przyrodzenie można było bez problemu zobaczyć. Nie zdawał się jednak wstydzić, gdy Lena poprosiła ich by usiedli wokół stołu, ten natychmiast zaczął węszyć przybyłych przeciskając się między nimi, ścianami a nogami stołu. Było od niego czuć niezwykle niecodzienną mieszanką spalenizny z pomarańczą, co tylko pogłębiło uczucie dyskomfortu, jakie malowało się na ich twarzach. - Smuk jeśtem. - Podał każdemu rękę, a ci odwzajemnili uścisk, czego zaraz wszyscy pożałowali, gdy smród spalenizny i pomarańczy przetoczył się przed ich skórę i już tak został. Gdy Lena usiadła do stołu wraz z innymi, szczurołak wgryzł się w stół swoimi nad wyraz wielkimi siekaczami i zaczął namiętnie skrobać drzazgi szkliwem. I tak skrobał...
- Tak więc... - Rzekło diabelstwo. - Zacznijmy może od początku, jak wasze godności?
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
GhosterGlobal Moderator- Laurel -
Laurel usiadł tak, żeby mieć przynajmniej jedno z nowopoznanych w zasięgu miecza, a od drugiego byc oddzielonym blatem stołu. Siadając, wciąż jeszcze zaintrygowany zapachem spalenizny i pomarańczy, który całkiem mu się spodobał, zwrócił się uprzejmie do Smuka
- Ma pan piękne zęby- Rzucił jakby od niechcenia; w rzeczywistości jednak, wspominając żółte, poszczerbione zębiska spotykanych dotąd szczurołaków, był autentycznie zafascynowany ich śnieżną bielą. Lśnią niemal hipnotycznym blaskiem, odcinając się od otaczającego ich burego brudu, kontrast ów zaś w połączeniu z wynędzniałym cielskiem likantropa dopełniał niesamowitego wrażenia, jakie sprawiały. Szczurołak nie dał po sobie poznać, czy wziął komplement za dobrą monetę.
Kiedy kto zechciał, ten zasiadł, mężczyzna zwrócił się do diabelstwa
- Raz jużem ci podał swa godność, pani- Stwierdził z uśmiechem- a niezwykłem kłapać jadaczką po próżnicy. Rzeknę raz jeszcze, jestem Laurel, Laurel Odrodzony, podróżnik i filozof, hahaha! Zwracaj się do mnie po imieniu, proszę; reszta niech sie sama przedstawi. A teraz pozwól mi p o n o w i ć moje pytanie o twoje miano? I przy okazji, o co chodzi z tymi czarnymi na zewnątrz? Nie wyglądacie mi na jedną bandę, ale gadasz z nimi co najmniej jak z równymi... Czyj to teren?
Mówiąc to, w międzyczasie wydobył gdzieś z głębi saronga małe drewniane pudełeczko, i nabrawszy na palce nieco mętnej, żółtawej mazi, nałożył ją na skaleczenie. Wokół rozszedł się smród starego moczu, na który reszta towarzystwa przy stole zareagowała raczej niewielkim entuzjazmem, ale Laurel nie zwrócił na to uwagi- odparowana krowia uryna powstrzymywała każde zakażenie. Tu i tak wszystko śmierdziało. Na krótką chwilę pozwolił sobie na myśl o zaparowanym wnętrzu łaźni w Gmachu...
GhosterGlobal Moderator*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*
- Laurel = Wiedzokrad = Noru = Lena -
...A szczurołak wciąż skrobał. Diabelstwo przedstawiła się jako Lena, po czym reszta świty także raz rzekła swe imiona, by dać jej dobrze utrwalić ich, jakże oryginalne, brzmienie. Ot, weźmy takiego choćby Wiedzokrada - cóż mogła skrywać tak nietypowa gra słów? Cóż; w każdym bądź razie znajdowali się tam i rozmowa rozpoczynała się niejako niechętnie i podejrzliwie, niemniej z czasem wszyscy otworzyli się i zaczęli zgrabnie formować pytania li odpowiedzi. Wszyscy poza Smukiem, oczywiście, ten bowiem zajęty był skrobaniem stołu. Co chwila posuwał się naprzód ze swoim pokaźnym pyskiem, wbijał zębiszcza w drewniane obicie i skrobał i skrobał i skrobał... Tymczasem Lena, najwyraźniej jedna z przedstawicielek dwóch grup, jakie musiały prosperować we względnym konflikcie w Skarbcu Faroda, nie chciała w prosty i klarowny sposób wyjaśnić jak i z czym jest dokładnie zrzeszona w tym zapomnianym przez dabusy miejscu; rzekła ona jedynie z lekką nutką pogardy, iż nie winni oni wtykać nosa w sprawy, które ich choćby pośrednio nie dotyczą. Gdy jednak przyszło pytanie traktujące o tej drugiej grupie, tej, której przedstawicielem był najwyraźniej czarny krwawnik z kafarem, jej odpowiedź była nad wyraz chętniejsza, dokładniejsza i barwniejsza, niźli ta tycząca się drugiej strony – jej strony. Wyszło bowiem na jaw, iż Skarbiec Faroda jest w istocie pod kontrolą organizacji zwanej Mrokoćwiekiem. Mrokoćwiecy, aboim tak się oni samych siebie ochrzcili, stanowili dość spory procent ludności tej podziemnej osady, do której nie zapuszczało się zbyt wielu interesujących ludzi. Mrokoćwiek panował wręcz nad tym miejscem dość surową ręką, niemniej dając mimo to dużo swobody mieszkańcom. I tak - podczas gdy ten irytujący szczurołak wciąż *skrobał* - usłyszeli oni przydługawą historię o tym, jak to się stało, iż to miejsce nazwano "Skarbcem Faroda"...
O niedoszłym, rzekomym wybawionym,
co to mu się zmarło i stracił swój skarbiec.
Chciał żyć wiecznie, naprawdę chciał, albowiem usłyszał on, to jest stary Farod Glistokudły, iż po śmierci nie będzie czekać go zupełnie nic pięknego, a nieco bardziej konkretniej: wieczność w piekłach. Nie jednym czy w dwóch, a wszystkich dziewięciu warstwach Baator! No, może to lekka przesada, ale zasługiwał on *conajmniej* na wsze czasy na Avernusie, co już samo w sobie było karą nad wyraz wystarczającą. Ludzie nie powinni znać swojej przyszłości, nie powinni wiedzieć co ich czeka i starać się zapobiec naturalnemu biegowi zdarzeń, chyba jakoś tak to było, tak czy inaczej on chciał to zrobić, jak nabardziej z chęcią i zaparł się dość mocno, by swój cel osiągnąć. Trafił on na swojej drodze na człowieka bardzo nietypowego, takiego, co to nie posiadał imienia - imiona są wszak niebezpieczne - człowiek ten obiecał mu, iż nie spędzi wieczności w piekle, jeżeli tylko uda mu się znaleźć pewną rzecz. Byle błachostkę, ot, drobną błyskotkę wyglądającą jak jajko i pachnącą jak zgniłe jaja: Kulę z Brązu. Miał on ją znaleźć pod Sigil. Znaczy się nie aż w pod PodSigil, po prostu pod Sigil, gdzieś w zapomnianych katakumbach poniżej Ula. Niewielu to wie, lecz pod powierzchnią miasta, to jest wewnątrz torusa, także istnieje życie, niemniej nie w tym rzecz; Farod Glistokudły porzucił wszelki swój majątek, całe swoje bogactwo i spadek materialny tylko po to, by zagłębić się w podziemiach Klatki. Stworzył on całe miasto-mit, Zakopaną Wioskę, której to mieszkańcy trwali w szukaniu owej mistycznej Kuli z Brązu, co to miała uratować duszę nieszczęsnego Faroda. Tak oto stał się on królem zbieraczy, władcą odpadków, przeszukiwaczem gruzu, cesarzem szmat... Długo by wymieniać. Pewnego dnia, po długim, długim czasie, Faroda przywitała ta sama osoba co niegdyś przed laty, mowa tutaj naturalnie o tajemniczym, bezimiennym mężczyźnie, który obiecał mu spokój po śmierci. Przyniósł mu on ową Kulę z Brązu, jednak... Nie wiadomo co się z nią stało potem. Pewnego dnia Farod umarł, a jego królestwo odpadków zostało roztrwonione przez okoliczne szumowiny, Zakopana Wioska stała się podobno przystanią pewnej tajemniczej grupy Ludzi-z-Cienia, a dwór na którym rezydował onegnaj Farod przejęła tajemnicza królowa. Był jednak pewien sekret, o którym ona nie wiedziała. Jak powszechnie wiadomo, Sigil aż roi się od portali, są one nad, przed, za ludźmi, koło nich, czasem w nich, a już na pewno są one i *pod* nimi. W sali, w jakiej dane było żyć Farodowi, także znajdował się takowy portal, prowadzący głęboko, głęboko pod katakumby pod Zakopaną Wioską. Każdy portal potrzebuje także klucza, a nim była... Laska starca, króla śmieci, na której podpierał się by móc choćby kuśtykać. Portal bowiem, otwierany jego starą, sękatą laską, prowadził do skarbca, jego skarbca - Skarbca Faroda. Nikt nie wie co się tu pierwotnie znajdowało, jedni mówią, iż gromadził tutaj wszelkie księgi ze sfer studiując je w poszukiwaniu owej Kuli z Brązu, inni twierdzą, iż sale skarbca wypełnione były wszelkimi kulami na świecie jakie tylko udało mu się znaleźć. Wiadomo jedynie tyle, iż bezimienny znajomy Faroda otworzył jego Skarbiec, zrabował to, co starzec starał się ukryć przed światem i otworzył to miejsce dla miejscowych łachów z Zakopanej Wioski. Podobno portal ten nie został nigdy więcej otwarty, laska została zniszczona a mieszkańcy Skarbca Faroda znaleźli inne drogi doń prowadzące, tak czy inaczej mowa była o pewnych Ludziach-z-Cienia. Nigdy nie byli oni kimś, kto sprawowałby władzę nad tym miejscem, bowiem pierwszymi przybyszami, to jest tymi, którzy przyleźli tu gdy tylko otworzył się pierwszy portal, byli właśnie Mrokoćwiecy. Mrokoćwiek, jakkolwiek mrocznie bądź dźwięcznie (ćwiekcznie?) by to nie brzmiało, było pewnego rodzaju małą frakcją; nie wiadomo gdzie i kiedy powstała, lecz byli to wygnańcy, którzy nigdy więcej nie mogli zobaczyć powierzchni, przypuścili się bowiem zbrodni niemile widzianej przez Panią Bólu, a mówi się, że katakumby pod Sigil są przez nią zapomniane, tako i przez dabusy...
- Do ciężkiego skurla, przestań *skrobać*! - Wrzasnął ktoś na Smuka, gdy ten nie przestawał tak już od dwóch klepsydr.
- Psźeprasźam. – Wyprostował się nieco, po czym kontynuował. – Ale po jaaaką anielkę opowiaaadasź im o tych bźduuurach? Nikogo to nie obchooodźi, nie obchodźi nikoooogo... – Zamyślił się chwilę, podrapał po bezwłosych policzkach i zwrócił swe oblicze w kierunku Laurela. – A źęby mam właśne, dźiękuję. – Na twarzy człowieka pojawiło się zmieszanie, jednak zaraz ustąpiło, gdy Smuk kontynuował. – Gadaaałaś, źe coś oni wiedźą o kaaaartkaaach; chćę o tym pośłuchaaać jeśli łaśka! – To zdawało się być bardziej żądaniem, niźli prośbą.
*Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.*