<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>KaneLynch, Autor w serwisie Grimuar Sferowca</title>
	<atom:link href="https://grimuar.pl/author/kanelynch/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://grimuar.pl/author/kanelynch/</link>
	<description>Planescape: Torment, Planescape, Blizzard in Baator</description>
	<lastBuildDate>Fri, 16 Oct 2020 21:19:12 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.8.3</generator>

<image>
	<url>https://grimuar.pl/wp-content/uploads/2025/09/cropped-grimz-2-32x32.png</url>
	<title>KaneLynch, Autor w serwisie Grimuar Sferowca</title>
	<link>https://grimuar.pl/author/kanelynch/</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Garen</title>
		<link>https://grimuar.pl/fanfiction/garen</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[KaneLynch]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 11 Aug 2012 13:39:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Fanfiction]]></category>
		<category><![CDATA[fanfiction]]></category>
		<category><![CDATA[planescape]]></category>
		<category><![CDATA[planescape: torment]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://dev.grimuar.pl/?p=2683</guid>

					<description><![CDATA[<p>Garen spojrzał smętnie na resztki swojego piwa, pływające gdzieś na dnie kufla. Po prawdzie, to tylko na siłę owe zacieki z piany można było nazwać...</p>
<p>Artykuł <a href="https://grimuar.pl/fanfiction/garen">Garen</a> pochodzi z serwisu <a href="https://grimuar.pl">Grimuar Sferowca</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>Garen spojrzał smętnie na resztki swojego piwa, pływające gdzieś na dnie kufla. Po prawdzie, to tylko na siłę owe zacieki z piany można było nazwać resztkami piwa. Szumne określenie, pomyślał zbir. I co z tego? Nie było go stać na lepszego bełta. Nie przed zachodem słońca.</p>
<p>Tak naprawdę, to Garen nie był takim zwykłym rzezimieszkiem, jakich pełno było na ulicach Ula. Z upodobaniem reklamował się jako &#8222;profesjonalista w każdym calu, gotowy o każdej porze do akcji&#8221;. Akcja, zwykł mawiać &#8222;profesjonalista&#8221;, poprawia krążenie i dostarcza uciech. A okazji do zażywania tych ostatnich za wiele w Ulu nie było dla syna prostytutki i wiecznie zapijaczonego Zbieracza. Ha, z ojca był taki Zbieracz, jak z dupy zombiaka szafa na błyskotki. Prawda jest taka, że staruszek dostarczał do Kostnicy jakiegoś trupa wyłącznie wtedy, gdy się o niego potknął, wracając z jakiejś podrzędnej karczmy do domu. Matka, jako się rzekło, za dobrze się nie prowadząca, miała tego pecha umrzeć przy porodzie. A może ojciec tylko tak twierdził i ta dziwka zostawiła go zwyczajnie z dzieciarem na ręku i dała dyla z innym klientem? Pies ją jebał, pomyślał Garen, nie wiedzieć czemu nagle odzyskując humor.</p>
<p>No nic, do zachodu jeszcze ze trzy godziny, ale można już zacząć się kręcić. A tak w ogóle, przypomniał sobie, to jeden znajomek z Alei mówił, że ma być dziś w nocy jakiś wspólny wypad, bodajże w okolicach Gospody Pod Gorejącym Człowiekiem. Podobno znaleźli ciekawy sposób na łapanie trepów w sidła. Namawiają byle gdzie podłapaną dziwkę, by udawała, że ktoś w zaułku bije jej siostrę, córkę, czy cholera wie, kogo I jak jakiś mężny śmiałek ruszy w zaułek na ratunek, to nagle znikąd pojawiają się sztychy sztyletów i z mężnego śmiałka robi się zwykły trep. Znajomek z Alei nie wspominał chyba, co się dzieje z naganiaczką owych dzielnych trepów. Ha! Znając Kosy z Alei, to pewnie tak bezproduktywnie nikt jej do domu nie puści, tylko pierw każdy będzie mógł się z nią zabawić. Cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się kradnie, co popadnie &#8211; luksusowe dziwki w Niższej Dzielnicy kosztują paręset sztuk złota za noc. I po cholerę tyle płacić? Dziura jak każda inna.</p>
<p>Garen wstał od stolika i aż mu się zakręciło w głowie. Cholera, rozumie się, że zombiaki nie wymagają zapłaty i dlatego w &#8222;Proch do Prochu&#8221; głównie one zajmują się roznoszeniem trunków i sprzątaniem, ale czy one muszą tak cholernie śmierdzieć? Ech, nieważne. Zbir rzucił na stół kilka miedziaków i ruszył w stronę wyjścia.</p>
<p>Przechodząc przez drzwi otarł się o trepa całego w bliznach. Mężczyzna miał prawie dwa metry wzrostu, był umięśniony a w oczach miał coś, od czego Garenowi zrobiło się zimno. Towarzyszyła mu latająca w powietrzu czaszka. Cholera, co to za rasa? &#8211; pomyślał rzezimieszek. Ech, a kogo to interesuje? Sfery to całkowicie zwariowane miejsce. Garen zrobił znak półokręgu na sercu i wyszedł z karczmy.</p>
<p>Słońce powoli skrywało się ku horyzontowi, a Ul zaczynał żyć swoim nocnym życiem. Na ulicach zaczęły przeważać ladacznice i uzbrojeni w noże, wiecznie szukający rozrywki młodzi chłopcy. Garen tęsknił do tego okresu swojego życia, gdy jak i oni chodził ulicami Miasta Drzwi z nożem przy pasie, bawiąc się w złodzieja. Gdy miał dach nad głową i jako takie wikt zapewniony przez ojca &#8211; pijaka. Nie czuło się wtedy tego stresu, nie trzeba było się martwić o to, gdzie się będzie dziś spało, czy ostaną się ze dwa miedziaki na miskę czegoś ciepłego i kufel bełta.<br />
I tak było aż do pewnego zdarzenia, które miało miejsce jakieś dwa&#8230; nie, trzy lata temu, zaraza, jak ten czas leci &#8211; pomyślał.</p>
<p>Wracał w nocy ze schadzki z jedną z dziwek w Zajeździe, gdy zobaczył biegnące od strony Placu Szmaciarzy człowieka. Mężczyzna wyglądał na rannego, widać też było, że bardziej zależało mu na zachowaniu ciszy, niż na prędkości przemieszczania się, z czego można było łatwo wywnioskować, że już zdążył zniknąć prześladowcom z oczu i teraz modlił się do Pani, by znów nie odnaleźli jego tropu. Kierunek, z którego biegł w stronę Garena dawał jasno do zrozumienia, że prześladowcami byli Zbieracze. &#8222;Podłe kreatury.&#8221; &#8211; pomyślał Garen. Jasne było, że Zbieracze czasami lekko &#8222;pomagali&#8221; niektórym krwawnikom w rozstaniu się z tym światem, by potem obszukać zwłoki do czysta, a na koniec wydębić jeszcze kilka sztuk miedzi od jakiegoś grabarczyka. Chodziły nawet słuchy, że na Placu było chata, z której jeszcze nikt nie wyszedł żywcem, bo w jej drzwiach był jakiś biesi portal, za którym na pechowca, który w niego wlazł, czekali uzbrojeni w noże Zbieracze. Cholera to wie, najlepiej było w ogóle omijać Plac z daleka, bo nawet między Zbieraczami dochodziło do regularnych wojen. Ludzie bijący się o trupy innych ludzi &#8211; czyste zezwierzęcenie.</p>
<p>Mężczyzna chciał minąć Garena, wykonał szybki skręt w prawą stroną i zraniona noga odmówiła mu posłuszeństwa. Upadł na ziemię, a głuche stęknięcie zaświadczyło, że siła uderzenia o podłoże pozbawiła mężczyzny tchu. Upadł na twarz. I wtedy zza rogu wypadli ci, przed którymi leżący u stóp Garena trep tak spieprzał.</p>
<p>Idący na przedzie śmiałek miał blisko dwa metry wzrostu, ubrany był w łachmany Zbieracza, których nawet na siłę nie dało się nazwać tylko ?mało czystymi?. Po jego prawej i lewej stronie szli o wiele mniejsi, ale i o wiele lepiej odziani mężczyźni, noszący zwykłe stroje podróżne. Ubiór nie świadczył o wyjątkowej zamożności nowoprzybyłych, ale oręż, który im towarzyszył w żadnej mierze nie mógł być zaliczany do paradnych. Prowodyr dzierżył ciężką drewnianą maczugę, która z daleka zalatywała odorem stęchłej krwi &#8211; nie dziwota zresztą, gdyż nosiła jej zaschnięte ślady. Obaj kompani herszta trzymali w dłoniach zakrzywione sztylety, które dla odmiany lśniły w świetle księżyca wypolerowaną powierzchnią. Sposób, w jaki obaj mężczyźni trzymali te sztylety świadczył ewidentnie o tym, że wiedzą, jak ich użyć, by zadać ból. &#8222;Ci dwaj to profesjonaliści, ten duży to osiłek dla postrachu.&#8221; &#8211; przemknęło przez głowę Garena, nim osiłek wskazał go maczugą i przemówił.</p>
<p>&#8211; Odejdź, trepie. Nie Twój interes. &#8211; głos miał zły, wręcz metaliczny.</p>
<p>&#8211; Dobrze Ci mówi, krwawniku &#8211; dorzucił jeden z mniejszych, obracając sztylet w dłoni dla pewniejszego uchwytu.</p>
<p>&#8211; Całkiem nierozumnie by było się wtrącać. &#8211; efekt pozornej troski psuł trochę kpiący uśmieszek na twarzy zbira.</p>
<p>&#8211; Nie mój interes, racja. &#8211; rzekł Garen, bez drżenia w głosie. &#8211; Przykro mi, trepie &#8211; dodał cicho do leżącego u jego stóp mężczyzny. Odwracając się, by odejść z miejsca przyszłej rzezi zauważył łańcuszek okalający przegub drugiego z ładnie odzianych zbirów. Charakterystyczny grawer, z małym znakiem Bogowców na sprzączce. Prezent od ojca Garena na jego osiemnaste urodziny.</p>
<p>Udając ospałość i obojętność wobec sytuacji Garen postąpił kilka kroków, minął trójkę napastników i dopiero zza ich pleców przypuścił atak na bliższego z dwóch elegantów. Szybkim ruchem noża rozpłatał mu gardło, zanurkował pod jego ramieniem i nim ciało opadło na bruk, nie przerywając ciągłości ruchów i wykorzystując impet własnego ciała wbił drugiemu elegantowi jego własny nóż w podbrzusze. Nim dwa razy zabiło serce największego osiłka, obaj jego kompani leżeli w śmieciach ulicy, wijąc się w kałużach krwi, a Garen odskoczył, odsłaniając górne zęby w uśmiechu godnym dzikiego psa.</p>
<p>Czerwona mgiełka zasnuwała oczy Garena, ale wciąż pamiętał on, jaka kara mogła go spotkać z ręki innych Zbieraczy, gdyby zabił jednego z nich.</p>
<p>&#8211; Odejdź. Nie Twoja sprawa. &#8211; osiłek usłyszał własne słowa, tym, razem skierowane do niego. Nie usłuchał grzecznej prośby, ruszył do ataku, który wprawionemu w bijatykach Garenowi wydał się haniebnie nieskładny i chaotyczny. Wystarczył oszczędny unik w lewo, podbicie ręki uzbrojonej w maczugę i mocne pchnięcie w gardło, by uspokoić oponenta. Garen patrzył w oczy napastnikowi, który zawisł mu z rękach, zawieszony na sztylecie wbitym głęboko we własną tchawicę. Rozszerzone z przerażenia oczy świadczyły, że wielki Zbieracz nie spodziewał się takiego finału starcia, zapewne był bardzo pewny siebie z powodu swoich imponujących gabarytów i masy. Garen wiedział jednak, że na ulicach Ula dużo ważniejsza była szybkość, zręczność, zdolność uników i błyskawicznej oceny sytuacji. Surowa siła była gdzieś na szarym końcu cech mogących przesądzić o wyniku większości bójek, które były codzienną szarością ulic biednej części Miasta Drzwi.</p>
<p>Trup osiłka pacnął w błoto, które zdążyło się już utworzyć z zaczynającego właśnie padać deszczu. Mężczyzna, który uciekał przed trzema napastnikami jęknął przeciągle i całkowicie znieruchomiał. Dało się poznać, że nie żyje. Garen kopnął go dla próby. Zero reakcji. Kopnął raz jeszcze, przewracając mężczyznę na plecy. Zbladł. W błocie u jego stóp leżał jego ojciec. Strużka krwi wypływają z ust zaczynała już czernieć, z głęboko zranionej nogi i poważnej szramy na głowie przestała już nawet sączyć się krew. Ojciec Garena, pijak, Zbieracz, człowiek, który dawał mu dach nad głową przez ponad dwadzieścia lat i którym Garen pomiatał i gardził bardziej, niż kimkolwiek innym. I jedyna osoba, którą na swój sposób kochał.</p>
<p>Garen nachylił się i zerwał z szyi ojca złoty naszyjnik, do tej pory ukryty pod tuniką, wyłuskał spod zaszewki płaszcza sakiewkę, której waga wskazywała na nie więcej, niż dwanaście, może czternaście miedziaków, po czym oddalił się w cień.</p>
<p>Słońce zniknęło całkowicie, a Garen otrząsnął się z zamyślenia. Stał oparty o sklepienie wysokiej bramy prowadzącej z okolic karczmy Proch do Prochu do części Ula, w której królowała Gospoda Pod Gorejącym Człowiekiem. Po jego lewej stronie, jakieś sto metrów dalej, stał ten szurnięty starzec, który nawiał każdego, by myślał o jakichś drzewach. Cholera, niepotrzebny nikomu świadek. Wokół co prawda było ciemno, ale nie tak ciemno, by w ogóle nie dało się rozpoznać w mroku poruszających się postaci. Garen wiedział, że za jakąś godzinę pojawią się Kosy z Alei, wraz z jego znajomym, niedaleko pobliskiego zaułka zacznie krążyć &#8222;biedna dziewczyna&#8221; szukająca pomocy, a oni wszyscy, wraz z Garenem, zaczekają na jakiegoś mocnego w gębie trepa, który poczuje zew ratowania dziewic z opresji. Garen nie do końca rozumiał, co znaczy &#8222;dziewica&#8221;, słyszał gdzieś to słowo, i wydało mu się dobre do opisywania słabości.</p>
<p>Czas mijał, robiło się coraz ciemniej, wreszcie zauważył zbliżająca się grupę mężczyzn. Zieleń ich tunik wskazywała na przynależność do gangu Kos. Prowadzona przez nich dziewczyna była o dziwo trzeźwa, co znaczy, że musieli jej więcej zapłacić, ale będzie też bardziej przekonywująca. W kilka chwil dogadano detale przedsięwzięcia, sześciu nożowników zaszyło się w ciemnym zaułku, siódmy był Garen. Zaczęło się czekanie.<br />
Nie minęło dwadzieścia minut, gdy do dziewczyny biegającej i wzywającej pomocy ktoś podszedł. Nachylił się ku niej i cicho z nią rozmawiał, żaden z czekających z zasadzce nie słyszał słów. Jedynie Garen rozpoznał przybysza. Wysoki, cały w bliznach. O dziwnych oczach.</p>
<p>Garen upewnił się, że cienie całkowicie go skrywają, cicho wycofał się z zaułka i ruszył w kierunku Gospody. Nie miał zamiaru dziś umierać. W Ulu każdy musi dbać o siebie. Kosy muszą dziś radzić sobie same.</p>
<p>Upijający się w ponurym milczeniu w Gospodzie Pod Gorejącym Człowiekiem zbir nie przykuwał niczyjej uwagi. Niczyjej, oprócz uwagi skrytej w cieniu dziewczyny, lat może ze dwadzieścia pięć. Początkowo chciała oskubać tego coraz bardziej pijanego trepa, ale potem przypomniała sobie, że obiecała komuś, że rzuci złodziejstwo. Rysy twarzy wskazywały, że dziewczyna była diabelstwem, a szerokie obręcze na przegubach kryły naręczne sztylety. Długie blond włosy rozwiały się w podmuchu gorące powietrza, gdy dziewczyna opuszczała Gospodę. Przyrodnia siostra czekała na nią przy Iglicy.</p>
<p>Artykuł <a href="https://grimuar.pl/fanfiction/garen">Garen</a> pochodzi z serwisu <a href="https://grimuar.pl">Grimuar Sferowca</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Nauka</title>
		<link>https://grimuar.pl/fanfiction/nauka</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[KaneLynch]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 11 Aug 2012 13:11:32 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Fanfiction]]></category>
		<category><![CDATA[fanfiction]]></category>
		<category><![CDATA[planescape: torment]]></category>
		<guid isPermaLink="false">http://dev.grimuar.pl/?p=2659</guid>

					<description><![CDATA[<p>I pomyśleć, że to zadanie miało być najprostszym stawianym przed nowicjuszami! Kto wpadłby na to, że pięciu szkolących się magów nie poradzi sobie z głupim...</p>
<p>Artykuł <a href="https://grimuar.pl/fanfiction/nauka">Nauka</a> pochodzi z serwisu <a href="https://grimuar.pl">Grimuar Sferowca</a>.</p>
]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<p>I pomyśleć, że to zadanie miało być najprostszym stawianym przed nowicjuszami! Kto wpadłby na to, że pięciu szkolących się magów nie poradzi sobie z głupim przywołaniem pospolitego lim-lima? Cholera, a co, gdyby wzięli się za coś trudniejszego? Pewnie połowa Ula poszłaby z dymem, jak wtedy, gdy jakiś dziki czarodziej zapragnął zabawić się świecą!</p>
<p>Parlan siedział przy niewielkim stole w swojej chacie i wciąż czytał pierwszą stronę raportu, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. W Sigil nie było oficjalnej gildii magów, samozwańczy nauczyciele, będący często szarlatanami, uczyli podobnych sobie kretynów, jak za pomocą siły woli zmusić piórka do przemieszczania się w powietrzu, nazywając to szumnie MAGIĄ. Niestety, na stu takich debili, znalazł się zawsze jeden, któremu, niestety, udało się zaczerpnąć nieco prawdziwej Mocy. I jeśli nie przestraszyła go sama świadomość, że właśnie samą myślą sprawił, że powietrze wokół stało się przeraźliwie zimne, albo szaty mijającego go na ulicy człowieka zmieniły barwę, zaczynał eksperymentować. I co wtedy?<br />
I wtedy nic i właśnie w tym był cały problem. Parlan wiedział, że magia była, jest i będzie wszędzie i w każdym. Sigil było aż przesycone magią. Cholera, sam Parlan za młodu wystrzelił chcącego go pobić starszego chłopaka w powietrze tylko dlatego, że bardzo się skupił i był wyjątkowo wkurwiony. Szczęśliwie dla niego zdarzenie zauważył przechodzący obok czarodziej i wziął Parlana pod swoje skrzydła, ucząc go, jak zapanować nad swoim darem. Niestety, takich zdarzeń było dużo więcej, a chcących pomóc utalentowanym ludziom magów było dosłownie kilku, skutkiem czego jeden na tysiąc posiadających niezbędne umiejętności, by czerpać z Mocy, mógł liczyć na prawdziwą naukę.<br />
Nawiasem mówiąc, Parlan miał sto dwanaście lat i od ponad stu parał się magią. Mając niecałe dwanaście pieprznął starszym od siebie oponentem o dach jakiejś rudery w Ulu i trafił w ten sposób na nauki do maga mieszkającego na co dzień na Placu Szmaciarzy.<br />
Pobierał nauki aż do trzydziestego piątego roku życia, kiedy to jego mistrz i mentor zginął, rozszarpany przez czarnego abiszai. Gdy młody mag uporał się z poczuciem pustki, doszedł do wniosku, że jedynym sposobem na uhonorowanie zmarłego mistrza jest założenie szkoły magów, by kontynuować jego dzieło i wolę nauki młodych, utalentowanych chłopców. I tak powstała nieoficjalna szkoła magii, prowadzona przez Parlana od prawie osiemdziesięciu lat. Przez ten czas miał dziewięciu uczniów. Siedzibą była chata jego mentora, mieszcząca się na Placu Szmaciarzy. Miało to dwie główne zalety. Po pierwsze – nikt nie spodziewałby się, by w tak parszywym miejscu szkolili się magowie, co zapewniało im jako taką dyskrecję i spokój. Po drugie – blisko miała swoją chatę Mebbet, stara znachorka, więc gdy jakiś uczeń przez nieuwagę spalił sobie własne ramią, czy skrócił o połowę nogi, tudzież zmienił sobie włosy w syczące węże, a sam Parlan nie miał pomysłu, jak odczynić zaklęcie, miał zawsze blisko do starej Mebbet, która mimo wieku i ogólnego zniedołężnienia miała czysty i bystry umysł. Czasami myślał, że aż za czysty.<br />
Oczywiście był świadom tego, że nie da rady nauczać wszystkich, którzy tego potrzebują. Starał się za to poświęcić jak najwięcej atencji tym, którzy już trafili do niego na nauki. Pierwszych czterech uczniów wyprowadził w świat uzbrojonych w niezbędną wiedzą. Nauczył ich większości z tego, co sam umiał. Nie pokazał im tylko kilku najbardziej złożonych zaklęć, niepewny tego, czy nie wykorzystają ich do złych celów. Nie winili go za to, dobrze pamiętali pierwszą lekcję dotyczącą Sztuki. „Pamiętaj, że adeptów Sztuki zawsze pociąga, by czynić niemożliwe. Łatwiej zaś jest spalić zaklęciem na popiół gmach, w którym jest sto osób, aniżeli te samą setkę ludzi uzdrowić z ran.” – oto było pierwsze zdanie, jakie zawsze słyszał młody adept, chcący okiełznać Moc.</p>
<p>Pierwsi czterej uczniowie trafiali do Parlana pojedynczo, co pozwalała mu skoncentrować cały swój czas na każdym z nich. Następnych pięciu uczniów trafiło do niego jednocześnie. Parlan wiedział już, że popełnił błąd, ucząc ich wszystkich jednocześnie. Musiał coś przeoczyć. To musiała być jego wina.<br />
Pięciu braci stanęło kiedyś na progu jego chaty i poprosiło o naukę. Najstarszy z nich miał niecałe dwadzieścia cztery lata, najmłodszy nieco ponad osiemnaście. Dwóch było bliźniakami. Parlan początkowo nie wierzył, że ta piątka faktycznie ma jakieś zdolności, myślał raczej, że któryś z nich coś posłyszał i wszyscy zamarzyli sobie, że zostaną wielkimi magami. Ludzie posiadający talent zawsze byli jedynakami, jak sam Parlan. Miał więc swoje powody, by nie wierzyć w zapewnienia stojącej przed nim piątki, że wszyscy mają dar i są braćmi. I wtedy stojąca przed nim piątka dała mu powody, by uwierzył.<br />
Młodzi, niepozorni chłopcy wzięli się za ręce tworząc koło, zamknęli oczy i po góra pięciu sekundach poczuł, że ziemia zaczyna drżeć. A po następnych pięciu budynek stojący naprzeciwko jego chaty implodował. To przekonało Parlana. I nie dziwota.<br />
Podjął się więc nauki całej piątki. Chłopcy byli bystrzy, choć każdy na swój sposób. Jedna rzecz niepokoiła nauczyciela w młodych adeptach – łaknęli Mocy bardziej, niż jego poprzedni uczniowie. Gdy kiedyś kot Parlana został zagryziony przez stado czaszkoszczurów, starzec pokazał im, że przy pomocy można wskrzesić zwierzątko. Na ich oczach iskra życia zapłonęła w oczach kocura i po wyleczeniu ran na ciele, po kilku dosłownie dniach, zwierzę z powrotem łaziło po dachach i znosiło do domu myszy upolowane na Placu Szmaciarzy. I wtedy najmłodszy z braci spytał, czy dałoby radę w ten sam sposób sprawić, by ożyły zwłoki ludzkie, albo szkielet, bo słyszał, że to możliwe.. Zbesztany za to, że w ogóle wpadł na tak złowieszczy pomysł, uciekł następnej nocy i słuch o nim zaginął. Parlana dość często dręczyły myśli o tym, jak ten młody w sumie człowiek, który był tak zafascynowany nekromancją, poradził sobie w normalnym życiu, i czy nie będzie niebezpieczny. Dobrze, że chociaż przed jego ucieczką nie zdążył on prawie w ogóle rozwinąć swych umiejętności, dawała to pewność, że jego marzenia o wskrzeszaniu ludzi z grobów przy pomocy myśli pozostaną marzeniami.<br />
Pozostała czwórka uczniów pobierała dalej nauki, aż pewnego dnia nadszedł czas próby – musieli wybrać sobie jakieś zaklęcie z drugie stopnia magii i samodzielnie je rzucić. Ta inicjacja była niezbędna, by w pełni się usamodzielnili i mieli pewności, że kontrolują swój dar magii. Wybrali proste w sumie zaklęcie przywołania istoty z innej sfery.<br />
A teraz nie żyli, wszyscy czterej. A Parlan, trzymający w rękach raport sporządzony przez pewnego zbira na podstawie zeznań świadków, jako ich mistrz, winił za to siebie &#8211; przecież oni byli zaledwie uczniami, to on powinien im przekazać całą niezbędną wiedzę, by umieli sobie poradzić z inicjacją. Musiał coś przeoczyć, o czymś zapomnieć. Co się stało, że przywołany przez jego uczniów lim-lim był wrogo nastawiony do tych, którzy go wezwali, że nie imały się go zaklęcia, że zwyczajnie zagryzł ich wszystkich czterech? Musiał znaleźć odpowiedź na te pytania. I wiedział, kto może mu pomóc.<br />
W pięć minut później Parlan pukał do drzwi Mebbet, znachorki z Placu.</p>
<p>-&#8230;tyle wiem z relacji świadków. &#8211; Zakończył swe sprawozdanie Parlan. Mebbet nalała każdemu kolejną filiżankę naparu sporządzanego z jej tylko znanych ziół, z filiżanek buchnęła para i orzeźwiający zapach.<br />
&#8211; Stara Mebbet dużo widzi. Wiele powiedzieć Ci może. A nie boisz się, że za dużo możesz usłyszeć?<br />
&#8211; Nie. &#8211; Głos starca był mocny, nie było w nim cienia niepewności. &#8211; Muszę poznać prawdę o tym, co się stało. Muszę wiedzieć, dlaczego moi uczniowie zginęli.<br />
&#8211; Dobrze. Brak strachu przed wiedzą to dowód na poszukiwanie mądrości, stary magu. Jest tylko jedno wytłumaczenie, które wyjaśniałoby owe zajście, o którym mi opowiedziałeś. Jeden z Twoich uczniów pomylił się w inkantacji, co sprawiło, że przywołana przez całą czwórkę istota była im wroga, nie zaś przyjazna. &#8211; Oczy Mebbet zalśniły, gdy zwróciła na Parlana swe mlecznobiałe spojrzenie. &#8211; A Twego błędu tu nie widzę. Wiesz, że Sztuka obosieczne ma ostrze, czasami wystarczy zwykłe przejęzyczenie, zła kolejność zgłosek, cokolwiek, by zwróciła się Sztuka przeciwko temu, kto chce jej użyć.<br />
&#8211; Wiem, ale nie wierzę, by któryś z moich uczniów mógł popełnić tak haniebny błąd.<br />
&#8211; W Sigil wiara to siła zdolna kreować teraźniejszość, nie zmieniać przeszłość. &#8211; Znachorka uniosła kościsty palec dla podkreślenia wagi swoich słów. – Wiesz o tym, magiku. Sprawdzasz starą Mebbet?<br />
&#8211; Nie. Nie sprawdzam Cię. Czasami tylko…<br />
&#8211; Wiem. &#8211; Przerwała mu staruszka. &#8211; Ja też miewam chwile zwątpienia. Nie poddawaj się im.<br />
&#8211; Nie poddam się.<br />
&#8211; Dobrze. Idź już, idź. Sprawy zaniechaj. Przeszłości cofnąć nie sposób<br />
Staruszka odprowadziła maga do drzwi i zamknęła je za nim. Wokół panowała ciemność (było już dobrze po północy) i cisza, gdzieś z oddali dopływały nikłe głosy wiecznie stojących na posterunku kupców z Tagu. Parlan ruszył żwawym krokiem w stronę swojej chaty, jednak w połowie drogi przystanął i zacisnął pięści. „Nie. &#8211; pomyślał. &#8211; Nie zostawię tego tak, póki nie będę miał stuprocentowej pewności. Ktoś musi wiedzieć coś, czego nie było w raporcie, a co rzuciłoby więcej światła na sprawę. I jest tylko jedno miejsce, gdzie mógłbym tego kogoś znaleźć. „Pod Gorejącym Człowiekiem”. Nie ma sensu odkładać tego do jutra, im szybciej znajdę tego krwawnika, tym lepiej.” &#8211; ostatnie myśli towarzyszyły Parlanowi już w drodze do Gospody.</p>
<p>Starzec raz jeszcze omiótł wzrokiem zadymione wnętrze Gospody Pod Gorejącym Człowiekiem. Od kogo by tu zacząć? Szczerze mówiąc zaufania nie budził w nim ani githzerai stojący niedaleko baru, ani pijana Grabarka, ani tym bardziej dwa biesy stojące w głębi pomieszczenia. Ani tym bardziej nawalony jak stodoła zbir, w ponurym milczeniu wychylający kolejne kubki coraz pośledniejszej jakości bełtu. W ramach wyjaśnienia – mowa tu o zaufaniu w znaczeniu ufności w prawdziwość informacji, którymi ktoś z wyżej wymienionych mógłby zechcieć się podzielić. O dziwo jedyną osobą, która w jakiś dziwny sposób sprawiała wrażenie dobrze poinformowanej, było blondwłose diabelstwo, które niestety opuściło gospodę w chwilę po tym, jak Parlan do niej wszedł. Trudno, trzeba zadowolić się tym, co zostało. Mając do wyboru biesy, githa, zbira i Grabarkę, wybrał tę ostatnią. Pijana, bo pijana, ale przynajmniej nie rzuci się na niego z nożem, czy pazurami.</p>
<p>-…i tyle o tym wiem. Hik! Czy zasłużyłam na coś do picia? &#8211; przedstawicielka frakcji Grabarzy puściła oczko do Parlana, czego efektem były niemiłe sensacje w okolicach żołądka maga. Grabarka nie była bynajmniej ładna. I bynajmniej nie pachniała zachęcająco. Ani nawet znośnie.<br />
&#8211; Tak. Tu masz kilka miedziaków na kubełek bełtu. – rzucił jej kilka sztuk miedzi, po czym wstał od stolika i ruszył w stronę baru.<br />
Świetnie, pijaczka nie odróżniała abiszai od lim-lima i to nawet na trzeźwo. Niczego się od niej nie dowiedział, równie dobrze mógłby gadać ze ścianą. A tak w ogóle, to nie zachowywała się jak Grabarz. Bies z nią, Parlan miał na głowie co innego.<br />
Kto następny? Trudno, spróbujemy z tym młodzieńcem przy barze. Wyglądał co prawda na zwykłego rzezimieszka, ale tacy, paradoksalnie, często byli dość inteligentni i nad wyraz dobrze poinformowani. Spróbujemy.</p>
<p>-…i to jest tego cień. – zakończył swoją wypowiedź mężczyzna, który na początku rozmowy przedstawił się jako Garen. Co prawda na początku nie chciał mówić, ale sakiewka ciężka od zawartości szybko rozwiązała mu język. Z jego słów wynikało, że przywołany przez magów stwór nie był sprawcą rzezi. Podobno ciała nosiły ślady broni białej i to raczej szersze, niż węższe, mężczyzna sugerował bardziej dwuręczny topór, niż stiletto. Ciekawe, skąd zbir mógł wiedzieć to wszystko? Pewnie miał konszachty ze Zbieraczami.<br />
&#8211; Kto mógł to zrobić? &#8211; Parlan postarał się, by jego ton zabrzmiał zdawkowo, nie chciał dać po sobie poznać, że na tej informacji zależy mu najbardziej, bo gdyby zbir to wyczuł, mógłby zarządać dodatkowych miedziaków.<br />
&#8211; Nie wiem, i wiedzieć nie chce, śmiałku. &#8211; brzmiała odpowiedź. &#8211; Widzę po Tobie, że nie z czystej ciekawości pytasz, jak na mój gust, toś jest magiem, jak i tamci byli. Powiem Ci coś. Widziałem ja różnych krwawników i różne sztuki. A prawda jest taka, że najśmielszy trep, gdy weźmie przez łeb toporem, zwykłym truposzem się staje. Rozumiesz?<br />
&#8211; Rozumiem. &#8211; Parlan zdziwił się, że ten młodziak tak szybko go przejrzał, ale nie dał po sobie poznać.<br />
&#8211; Masz jeszcze jakieś pytania? &#8211; zbir wychylił z kubka, otarł usta wierzchem dłoni.<br />
&#8211; Nie. Pozwól jednak, że postawię Ci kolejkę. &#8211; po tych słowach zbir popatrzył na maga z nieskrywanym podziwem.<br />
&#8211; Nie trzeba. Pamiętaj o mojej radzie, śmiałku. Wrogiem Ci nie jestem, o tym też nie przepomnij.<br />
Parlan ukłonił się, chociaż nie miał w zwyczaju zachowywać się tak wobec zbirów pałętających się po ulicach Sigil i ruszył do wyjścia. Coś dziwnego było w tym mężczyźnie, coś… niecodziennego. Starzec był pewny, że jego rozmówca umiałby bez mrugnięcia okiem rozpłatać gardło każdemu, kto by mu się nie spodobał, a jednak Parlanowi okazał szacunek i obdarzył dobrą radą na drogę. Szacunek okazany przez zbira w Mieście Drzwi to rzecz równie niespotykana, co ładna dziwka stojąca na ulicach Ula.<br />
Tak, czy inaczej, Parlan już wiedział, gdzie znajdzie ostateczną odpowiedź na dręczące go wątpliwości śmierci swoich uczniów. Ktoś, kto kładzie trupem czterech parających się Sztuką i uchodzi cało, po czym znika jak sen złoty, nie jest byle kim. A ktoś, kto nie jest byle kim, na pewno został już dawno zauważony przez tych, którzy umieją patrzeć. W Sigil było miejsce, gdzie spotykali się wszyscy, którzy umieli patrzeć. Gmach Rozrywki.<br />
Mag wyszedł przed drzwi Gospody i od razu skierował swoje kroki ku Dzielnicy Urzędników.</p>
<h3>Autor: KaneLynch</h3>
<p>Artykuł <a href="https://grimuar.pl/fanfiction/nauka">Nauka</a> pochodzi z serwisu <a href="https://grimuar.pl">Grimuar Sferowca</a>.</p>
]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
