Nieuklękły

Prolog: Zimny Dotyk

Była noc, wokół panowała wszechogarniająca, przerażająca ciemność, obezwładniając każde, nawet najmniejsze, liche światło znajdujące się w pokoju. Szafki, dzbany z kwiatami, małe, ozdobne talerze, złote statuetki, wszystko spowite mrokiem, mimo usilnych, wytężonych oczu… Nie potrafił dojrzeć nic. Jedynie słaby promień niebieskoszarej poświaty wokół Sigil, wlatującej do środka z okna. Firanka powiewała na wietrze, uchodzącym z nieszczelnego, zabrudzonego fioletowym, lepkim pyłem okna, wpuszczającego do środka niezgrabne ilości nieprzyjemnego, purpurowego blasku, oświetlającego część ciemnozielonego, zdobionego złotą kreską dywanu, na którym leżał mały skrawek papieru, przedwczorajszego zapisku byłego mieszkańca tego domu. Starca Baliala, który ironicznie zmarł w dzień, w którym spisywał swój testament. Ta właśnie, poplamiona żółtym płynem, kartka leżała na podłodze. Dalej światło szło przez cały pokój, pokazując zarysy drewnianej, polerowanej niedawno szafki, złoconej na piękne, unikalne wzory, ukazujące tańczących wokół ogniska satyrów, grających na charakterystycznych harmonijkach i lutniach jedną ze swych rdzennych melodii. Niemalże dało się ją usłyszeć, patrząc na miły dla oka obraz.
Wszystkiego dopełniał ostry, podrażniający nozdrza, lecz całkiem przyjemny dla umysłu zapach lawendy i miodu, połączonych z odorem fioletowoniebieskiego wywaru stojącego na półce, wydzielającego z siebie granatowy dym, rozchodzący się na cały pokój. Śmierdziało siarką.
Vờlẽn siedział w kącie pomieszczenia, skulony w kłębek, chowając się przed czymś, czego nawet nie mógł pojąć. Przerażony, przestraszony, kompletnie obezwładniony przez oblegające go ze wszystkich stron osobiste demony, których nie potrafił się nijak wyzbyć. Macając zimną, próchniejącą ze starości podłogę, dotykając wyblakłe, miękkie, wypukłe tapety ze skóry lim-limów nałożone na ledwo trzymających się pod oporem metalowych konstrukcji na dachu ścian.
Miał na sobie przytulny, jedwabny, biały strój, cały pokryty aksamitnymi wzorkami z jakiegoś, niezwykle pięknego i na pewno kosztownego, materiału. Jego prawie łysa, siwiejąca głowa była pokryta licznymi tatuażami o przeróżnych kształtach, począwszy od czarnej kopii run celtyckich, wygrawerowanych na jego obszernej, potężnej szyi, przez czerwonego, jadowitego węża kąsającego go w skroń, po której spływały liczne, zielone krople z tuszu, aż po białą podobiznę płaczącego księżyca, którego łzy szły przez cały jego kark, chowając się gdzieś w ubraniu poniżej karku. Oczy jego były czarnej, biesiej barwy, kompletnie stapiając się z wszędobylskimi cieniami ogarniającymi pokój. Na dolnej, różowej wardze widać było wąską szramę, biegnącą przez brodę aż po szyję, gdzie prawie stykała się z jabłkiem Adama, zostawiając po bokach jakieś niezgrabne ślady szwów, noszonych przez niego kiedyś. Jego czarne, potężne buty spoczywały na podłodze wraz z pięknymi, rozcierającymi się na całej ich powierzchni zielonymi chustami ze srebrnym napisem w jakimś nieokreślonym języku Niebian. W rękach spoczywał mu wielki, masywny topór z wątłymi kolcami na jego dolnej głowicy, po których spływała, jeszcze nie zasuszona, mdła krew pomieszana z rwącą dobry smak ropą. Przeplatana przez ramię, skórzana torba zwisała u jego boku, zakrywając pod sobą pergaminy, zwoje i listy, leżące tuż koło niewielkich, półpełnych fiolek z rtęcią, okrytych dziwnym materiałem, jak gdyby chustą z platyny…
On sam siedział w kącie, unikając najmniejszych szmerów, krążących wokół myszy, uciekając przed jakimś niesprecyzowanym przedmiotem. Kulił się, miotając samym sobą po pomieszczeniu, brudząc jedynie czysty dywan swoimi zabłoconymi, olbrzymimi butami. Gdy leżał przy oknie, poczuł jakieś nieprzyjemne zimno i chłód, dobiegające z zewnątrz. Wszechogarniający mrok tylko pogłębiał się, coraz mocniej i gwałtowniej zakrywając skrawki światła…
Wnet drzwi trzasnęły, zawiasy odleciały, rozbijając się o okoliczny stolik z porcelanowymi talerzami i filiżankami, tłukąc je na drobne kawałeczki z hukiem w ciągu chwili. Wejście, stojące naprzeciwko okna, wpuszczającego jedyne blady świt do środka. Ukazała się w nim postać, przeźroczysta, pokazująca długi korytarz za nią, schody, zgaszone pochodnie na ścianach i wrota do innych pokoi. To była kobieta, przepiękna, o falujących, krążących włosach, powiewających wokół, w które uderzały jakieś magiczne, eteryczne wiatry, zmuszając je do wylatywania poza piersi istoty, które winny być zakryte, jak przykazywały dzisiejsze doktryny sztuki artystycznej. Miła, przyjazna twarz, gładka, kremowa skóra i te tajemnicze, bezbarwne oczy spoglądające na niego. Unosiła się ona w powietrzu, sprawiając wrażenie, jakoby właśnie przyszła po niego jakaś bogini życia. Melancholijne, szaro-żółte wstęgi przywiązane do jej długich, pobudzających erotyczne strony mózgu nóg, przypominały o czymś…
Strasznym. To nie była bogini, ni anioł, ni awatar… To był duch.
– Cienie… – Vờlẽnowi było zimno, spowiła go jakaś niewidzialna, lodowata poświata, przez którą wręcz zamarzał. Najgorsze uczucie w całym jego krótkim życiu w sferach. Chłód, to wszystko sprawiało, iż na powierzchni jego ciała zaczęły gromadzić się niewielkie, łamliwe tafle lodu, ogarniające nawet jego oczy, na których zbierały się cienkie, niebieskie kawałki zlodowaciałej wody, zatrzymując powieki raz po raz.
Słyszał głos, miły, dziewiczy, niczym przepięknej kurtyzany w niejednym przybytku, jednak teraz to nie było takie piękne jak zazwyczaj. Kobieta sczerniała, ukazując diabelsko czerwone, barwne tęczówki, a z jej kończyn zaczęły unosić się przeźroczyste, szare macki zmierzające ku niemu. Coraz bardziej zimno, coraz bardziej ponuro, upiornie. Coraz bardziej niebezpieczne. Czuł się, jakby właśnie pił wodę ze Styksu hektolitrami, która sprawi, że krew każdego śmiertelnika zamieni się w śnieg. On nie był bogiem, nie był też nieśmiertelny. Był zwykłym mieszkańcem Sigil, typowym łajdakiem, nie różniącym się zbytnio od innych w okolicy. A ku niemu właśnie zmierzał Cień, niegdysiejszy skrawek duszy potępionego przez sfery, istota, która nie ma prawa istnieć, a jest…
– Nie… – Jęczał z bólu i zimna, ledwo wypowiadając litery, nie wspominając o sylabach czy pełnych słowach, sprawiających mu prawdziwe cierpienie.
Agonia, to jedyne co czuł, nie było prócz tego niczego. Życie zaczynało mu przelatywać przed oczami, od niepamiętnych chwili narodzin, aż po ten moment. Nie widział jednak nic godnego uwagi, żadnej iskry człowieczeństwa, godności, błogosławieństwa, żalu czy chęci zmiany. Nic pozytywnego go w życiu nie spotkało, a jednak coś kazało mu patrzeć w głąb własnej duszy, szukając czegoś…
– Nie dzisiaj… – Te słowa padły z ust ducha, który, ogarniając go całego swymi czarnymi cieniami, zaczął coraz bardziej powracać do swej pierwotnej, pięknej postaci, by zniknąć, pozostawiając Vờlẽna samego ze swymi upiornymi myślami… Skażonymi myślami…

Rozdział Pierwszy: Sklep z Arborei

Dzień nastał. Światło przebiło się przez szybę, oświetlając pomieszczenie. Teraz widać było wszystko. Piękny dywan, wytkany przez kogoś o przeolbrzymiałej wyobraźni. Drewniane ramy drzwi, z których wystawały niezgrabnie zawiasy, zachaczając jeden za drugi, wzdłuż całego poziomu wejścia. Te zaś jednak leżały gdzieś na podłodze, potykając się o kurz i pył, ciągnąc za sobą rozbite szklanki i wysypane sztućce.
– Mój łeb… – Jęknął Vờlẽn, trzymając się za głowę, przeczesując łysy czubek, z którego zleciały białe, lekkie jak powietrze paprochy, które, jeszcze przed chwilą, osiadły się na firankach, by teraz miotać się po nim samym.
Nie czuł nic. Rozglądał się wokół, czując nadal uspokajający zapach miodu, słuchając ulicznego gwaru, wręcz wypływającego z ulic Wielkiego Bazaru. Pokrzykiwania miejscowych kupców, chcących zrobić na klientach większe wrażenie. Mimo tego, iż tylko ich głos docierał do niego, dawało mu to spory obraz na to, jak się zachowywali, co sprzedawali. Ale to nie było ważne. Ogarniało go jakieś uczucie osamotnienia, jak gdyby owa zjawa… Coś w nim otworzyła, coś spostrzegła, wyjęła to i nadała temu czemuś nazwę, odkładając spowrotem z czymś… Nieopisanym. Nie potrafił sobie przypomnieć, co to za uczucie. Tak właściwie to nic nie pamiętał. Od chwili, gdy znalazł się w tym domu… Zapomniał. Nie wiedział co się wtedy działo. Dom Baliala, niesławnego adwokata-maga, zwanego “Sędziwojem”, co to miał skazać pewnego Chaosytego na szubienicę…
Lỹghi, to było to imię. Ale kim on był? I dlaczego Vờl poświęcał się dla niego, wyłamując drzwi mieszkania? I co on chciał tym osiągnąć? Gdy wchodził, rozgoryczone, miejscowe kopalnie informacji wręcz wrzały od nawału słuchaczy. Jednak ostatnią chwilą, jaka zawarła swe miejsce w jego umyśle, był duch… A wtedy było cicho, było ciemno, było zimno… Jakby stracił tę cząstkę z życia, tułacząc się po pokoju… To ogarniające go uczucie, jak gdyby naprawdę wypił bukłak ze Styksu, wypaczający jego pamięć…
Nie, to nie czas. Nie tu i nie teraz, zbyt niebezpiecznie, myślał. Ktoś mógł w tej chwili zagarnąć wszystko co zdołał znaleźć. Papiery, listy, zwoje, wszystko dokładnie zamknięte w małej, przepasanej torbie z dziwnego materiału, szytej piękną, seledynową nicią. Zamkniętym, ufarbowanym na czerwono guzikiem w kształcie królewskiej pieczęci. Topór spoczywał mu w dłoniach, gdy ten, otrząsając się z dziwnej ochoty na zostanie w tym miejscu, wstał, wyginając kark raz w jedną, raz w drugą stronę, wydając przy tym charakterystyczny, ostry dźwięk chrupnięcia kości.

Piękne, drewniane, ozdobne drzwi mieściły się w złotozielonym portalu z kamiennego wzoru w kształcie węży. Klamka była gładka, falista, zakończona metalową głowicą w kształcie główki czaskoszczura, z której wystawał ogon z wełnianego sznurka. Otworzył drzwi.
Jego oczom ukazało się miasto, piękny rynek z mnóstwem istot, wymijających się w błogim uczuciu zobojętnienia, nieświadomości wspólnej koegzystencji, dającej razem obraz Miasta Drzwi, miasta Sigil.
Sigil, przez niektórych zwane pieszczotliwie centrum sfer, przez innych złowieszczo Klatką. Wszystkie opisy były prawdziwe, ponieważ były tworzone wprost z głów jego mieszkańców, niektórych kochających miasto, innych nienawidzących. Niektórzy przybyli tu z własnej woli, chcąc skosztować życia w tych tajemniczych, legendarnych wręcz dzielnicach, zamurowywanych przez Dabusy, chcące po prostu wypełniać wolę mrocznej, niezbadanej dotąd Pani Bólu, władczyni miasta. Kolejni jednak zostali porwani ze swych ojczystych sfer, by stanąć oko w oko z torturą tego miejsca, nie pozwalającą im opuścić Klatki, jedynie miotającej nimi po całej swej powierzchni.
Po ulicach chodzili wszyscy. Począwszy od zgromadzeń Harmonium, utrzymujących wszędzie spokój, łagodnych polityków zarządzających sprawami banków i sądów, przez mniej życzliwych rabusiów i złodziei, nie szanujących niczyjej własności oraz marnych rzezimieszków, pragnących jedynie rozpocząć bójkę, aż po chaotyczne Tanari’ri, błagające o chociaż najmniejsze zakłócenie w codziennym przebiegu dnia, razem z nieobliczalnymi Glabrezu, zabijających jedynie dla własnej rozrywki przechodniów, którzy zwyczajnie nawinęli im się pod wielkie, psie pazury.
Wszystko to żyło własnym życiem, niezależnie od innych. Jedni szczęśliwi, inni smutni, jedni pogrążeni w radości, inni w nienawiści. To dawało pełny obraz na to, co tutaj się dzieje.
Vờlẽn, trzymając się kurczowo swojego topornego oręża, stawiał kroki po małych schodkach, prowadzących wprost na ulicę. Wykonane z żelaza, pokrapiane czerwoną, zdartą farbą poręcze wyginały się pod ciężarem ciągłych podparć starców z domu, z którego właśnie wyszedł. To była mała weranda, po której wałęsał się Lim-Lim, wyjadając pozostałe kromki chleba, które przed chwilą spadły z pobliskiego, drewnianego stołu.
Nie wiedział, dlaczego wszedł do tego domu. Może by ratować Chaosytego? Ale adwokat już zginął, nie mogąc wykonać sądu na biedaku, wydającym się niewinnym. Ale to nie było ważne, w tej chwili potrzebował jedynie jedzenia. Tego nie było trudno zdobyć w tym mieście, mając takie zdolności jak on. Nie był szczególnie silny, przystojny czy charyzmatyczny, a jego zdolności retoryczne ograniczały się do paru, niezbyt wyszukanych, mądrych słówek zasłyszanych z miejscowych gmachów i bibliotek.
Skierował swe kroki ku odleglejszej dzielnicy, do Alei Wstydu…

Nie, to nie było przyjemne miejsce. Wokół roiło się od nieprzyjemnych typów, tylko czekających na jakiegoś przechodnia, nie potrafiącego się wybronić przed atakiem paru złodziejaszków. Vờlẽn taki nie był. Jego postura nie odstawała od średniej mieszkańców Miasta, jednak ciało pokryte tatuażami, łysiejąca, siwiejąca głowa i płomyki w oczach sprawiały wrażenie, że patrzyło się na kogoś, kto nie jest tutaj od wczoraj, a całe swoje życie.
Ulica była długa. Po jej bokach pełno było odgałęzień, prowadzących do ślepych zaułków, pełnych brudu i śmiecia. Kawałki podrdzewiałej stali, poszarpanych, zaplamionych szmat i metalowych, ciężkich śrub miotały się po chodniku, wydając przy tym charakterystyczne dźwięki, razem tworzące jakiś swoisty rytm, przypominający tupot kozich nóg Bariaurów. Cała dzielnica wyglądała na lekko opustoszałą. Przechadzali się tędy tylko nieliczni śmiałkowie, pragnący czym prędzej dojść do celu. Żelazne konstrukcje, raczej jedynie ozdobne, niżeli podtrzymujące budynki, opierały się ciężko na ścianach, poddając się efektowi rdzy. Kawałki odrywały się, spadając z hukiem na ulicę, grożąc przechodniom. Grabarz w długiej, pożółkłej szacie z ciężkimi butami i czarnymi, skórzanymi rękawicami z nożem w ręku szedł przez ulicę szybkim krokiem, ukrywając swoje zielonkaworóżowe oczy oraz falujące rysy twarzy pod szarobiałymi kudłami, zakrywających całą twarz, szyję, a nawet barki szaty. Po drugiej stronie, w przeciwnym kierunku maszerował Githyanki. Długi, ząbkowany miecz o kształcie katany z falującą na wietrze, bawełnianą wstążką tkwił w jego blado-żółtej dłoni, a czarne niczym węgiel oczy wpatrzone były w jakieś odległe miejsce. Maszerował dostojnie z trzema kucami spinającymi ciemne włosy w zapinach kształtu czaszki. Postrzępiona zbroja koloru orzecha okrywała jego wątłe ciało, dając jakąś ochronę przed zimnym wiatrem…
Nie warte uwagi trepy, jedynie zajmujące się własnymi sprawami i korzyściami, starające się po prostu przeżyć kolejny dzień w Sigil, nie zważając na fakt, iż kolejny dzień przyniesie jedynie śmierć, być może nawet ich samych…

Wokół rozlegały się melodie, piękne melodie w postaci powieści o sferach, o Arborei. Śpiewy Satyrów wypełniały pomieszczenie, wnosząc do pełnego mroku i smutku pomieszczenia nieco radości…

Spać możemy, dzień w dzień.
Pić możemy, raz w raz.
Wbić nóż trzeba ostry weń.
A całe dobra wpłyną w nas.

Ostrze miecza tnie uparcie.
Wino leje się do kufla.
Satyr musi stać na warcie.
Inny może próżnić bukłak.

Sfery dzielą, sfery łączą.
Biedny Satyr stać nie może.
Wojownicy dzielnie kroczą.
Druid drzewcem się wspomoże.

Zawsze wszyscy, zawsze razem.
Może kiedyś zetrę hańbę.
Może iść to razem z czasem.
Lecz przeciwnik drze falangę…

Wokół roznosił się łagodny zapach jagód, roznoszący się po sklepie z małego, purpurowego flakonika w kształcie manierki. Oczy wiedźm tkwiły w butlach napełnionych przeźroczystym płynem, kocie pazury zaś leżały swobodnie na metalowej, lśniącej tacy w kształcie skorupy żółwia. Stare, drewniane zegary i szklane okulary walały się po szafkach i stołach wykonanych z gałęzi Rabony, która rosła tylko w Arborei. Wszędzie roznosił się zresztą jej dziki klimat. Naturalna zieleń pomieszczenia, woda wypływająca z niewielkiej, kamiennej fontanny oraz wszędobylskie skóry rozwieszone na porośniętych krzewem ścianach. Sprawiało to wrażenie, jakby całe pomieszczenie przeniosło się z Sigil, wprost do innej sfery, dobrej sfery.
– Dawaj bełta! – Podniósł ton Kambion, zginający się w wygodnym, burym fotelu z bólu. Czerwone włosy wisiały bezwładnie, zaczepiając o łuski, wystające gdzieniegdzie z jego skóry.
– Chwila, trepie! – Odkrzyknął krasnolud, parząc zieloną herbatę pomieszaną z wódką w miksturce. Był niezwykle niski, nawet jak na karła, a długa, siwa broda prawie wpadała do wywaru.
– Moglibyście się wszyscy, na sfery, uciszyć?! – Wrzasnął Bariaur stojący przy stoliku i łączący jakiś połamany, drewniany flet w całość. Miał na sobie ubranie uszyte ze skór Triszy, a rude, kręcone kłaki tylko przeszkadzały mu w składaniu instrumentu.
– Cholera, to boli! – Ciągnął pół-demon, chwytając się za udo, uciskając, bardziej niż nakładka, dopływ krwi do przedziurawionej na wylot jakimś szpikulcem nogi.
– Wiem, skurlu, przymknij trumnę! – Odpowiedział karzeł, śpiesząc do kolegi z uśmierzaczem bólu. Podał mu to, jednak, połowę rozlewając, Kambion walił w metalową płytkę na drugiej nodze swoją zaczerwienioną ręką. – Żłop to i nie marudź!
– Ty mały leszczu, będziesz się za to smażyć w Pie… – Nie zdążył dokończyć. Fala cierpienia znów przeleciała mu przez ciało, aż zaczął żałośnie skowyczeć.
– Zamknij się, powiedziałem! – Podnosząc z podłogi małe, metalowe pudełko otworzył je, wyciagając zeń igłę, nić i butelkę wódki, którą polał na ranę, a następnie włożył do niej jakiegoś obślizgłego, niebieskawego owada w kształcie mordy mózgoszkodnika. Nie zdążył jednak wylać całej zawartości butelki, ponieważ ręka nieszczęśnika chwyciła ją i wyżłopała, łyk po łyku, calutką.
– Nie daruję ci tego! – Rozległ się złowrogi krzyk, zagłuszając całkowicie rozchodzące się śpiewy.
– Cicho tam, Balar. – Powiedział spokojnie Bariaur, odwracając się od stolika i idąc w kierunku małego wybrzuszenia w ścianie, wyglądającego na jakiś schowek.
– Zniszczę was!
– Zniszczysz? – Spytał wrednie krasnolud, wbijając igłę w skórę. – Ja cię zaraz, krwawniku, zniszczę! – Rzekł, odrywając kawałek skóry małymi, żelaznymi obcęgami. W tym samym czasie pół-kozioł wyciągnął z sejfu pomarańczowy sztylet z końcówką w kształcie siedmioramiennej gwiazdki, a potem podszedł do krzykacza.
– Co ty chcesz zrobić?! – Jęczał z bólu, gapiąc się załzawionymi oczami w Poremira.
– Uśpić cię. – Spokojnie zaczął wsuwać sztylet w poprzek otwartego złamania kości. Dźwięki tortur jakie się rozległy wówczas, mogłyby bezproblemowo zastąpić nekromanckie zaklęcie animacji martwego, ponieważ ten głos sprawił, iż nawet czerwone mrówki wylazły ze swych małych nor w podłodze i pobiegły jak najdalej.
– Ty… – To ostatnie co powiedział Kambion. Zemdlał w bólu, a następnie pogrążył się w błogim stanie, nie pozwalającym mu czuć takich cierpień.
– Wreszcie się zamknął, parszywiec. – Chrząknął karzeł, mogąc spokojnie zająć się złamaniem. – Tylko więcej tego nie rób, dobra? Nikt nie wie, co się może stać z ostrzem następnym razem.
– I nikt nie chce wiedzieć, Marku. – Odetchnął z ulgą, mogąc rozkoszować się cudowną melodią nuconą przez Satyry, unoszącą się w powietrzu, jak gdyby tu byli, przypłynęli z rzek Arborei na swoich statkach i łódkach…
Powoli robiło się ciemno, a mrok zaczynał ogarniać wszystko wokół. Świetlista poświata znikała, a niebo okryło się brązową barwą, pomieszaną ze zgniłym odcieniem stali…