Kwiat z Ogrodu Bólu - Sesja Archiwalna

Wszelkie formy twórczości Sferowców.

Moderatorzy:Moderator, Global Moderator

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 4:10 pm  

Sesja delikatnie zredagowana. Niektóre teksty mogą być nie całkiem zrozumiałe, bo akcja toczyła sie również na privie, w charakterze elementów ukrytych- te kawałki niestety zaginęły (ale można je policzyć na palcach jednej ręki, niewielka strata). Tam, gdzie nie dało się zaznaczyć w piewszym zdaniu- dwóch, kto gada/działa, fragmenty poprzedziłem imieniem bohatera. Wszystkie inne teksty to miszcz gry, czyli ja:)

DRAMATIS PERSONAE

Ghoster
Imię: Lüthir - Wymowa zależna jest od uwarunkowania językowego, zazwyczaj, w "normalnej" mowie Sigilijskiej, wymawia się je "Ludirh". Istoty o "gadopodobnej" wymowie, czyli niektóre Baatezu, wymawiają imię "Ludi>r<", gdzie "r" jest "H" z charczeniem. ("Lüthir, to moje imię. To ja, określa mnie. Określa też i ciebie. Określa nastawienie egzystencji do zaistniałego świata. Ja określam własne imię, własną egzystencję, własny byt, oraz charakter. Określam także ciebie. Jeśli ty masz imię, określasz także mnie. Imiona mają wielkie znaczenie w naszym życiu. Być może dlatego, że nikt nie potrafi bez niego funkcjonować? Być może dlatego, że daje on nam możliwość komunikacji? Jednak czy którykolwiek trep chciałby mieć imię, gdy scigają go twardogłowi? Czy któryś z nich dba o własny ogród? Chyba tak, może nie. Nie wiem. Wiem, iżem Lüthir.")

Budowa Fizyczna - 3
Zwinność - 3
Zręczność - 3
Percepcja - 4
Oddziaływanie - 4
Umysł - 3
Duch - 2

Płeć: Męska ("Jak możesz karać mój ogród takimi litaniami? Nie. Nie! Nie będę ciebie słuchał, mogę zrobić wszystko, ale nigdy mój ogród nie wykarze większości kwiatów nad ogrodem kobiety! Nigdy!")
Rasa: Fey'Ri ("Kim jestem, pytasz mnie, śmiałku? Ja ci odpowiem, nie to co on... Ja jestem Fey'Ri. Fey'Ri, to stworzenia spłodzone z demoniego nasienia, lub w demonim ciele, z elfiego nasienia, lub w elfim ciele. Nie wiem jak przebiegała procedura stworzenia mnie. Nie znałem swych rodziców, jednak wiem, że jestem unikalny. Widzisz te kły? A te ostrza na udach i ramionach? A te ostre, długie paznokcie? Widzisz demona. A widzisz te szklisto-niebieskie oczy? Widzisz te długie uszy? I wątłą posturę? Widzisz elfa.")
Opis: Lüthir ma bardzo długie, niebieskawo-różowo-czarne włosy, przez które przeplata się parę szkielecich kłykci, służących bardziej jako ozdoba, niż jako spinki do podpinania. W niektórych miejscach ma także przyczepione czarne koraliki na szarych nitkach, które mają dla niego wartość sentymentalną. Jego twarz jest zmienna. Raz ma bardzo ostre rysy twarzy, gdy dominuje w jego ciele demon, a raz ma bardzo łagodne, gdy dominuje elf. Ma błyszczące, niebieskie oczy, w których nie ma ani źrenicy, ani tęczówki, nie ma nic, prócz niebieskiego lustra. Odbija ono wszystko. Ma wyjątkowo długie uszy, które przebijają się przez warstwę włosów. Na jego lewym uchu można dostrzeć niewielki, karmazynowo-żółty kolczyk, w którym jest malutka dziurka. Nikt nie wie, dlaczego go nosi. Prócz tego, na udach oraz ramionach wystają z jego ciała pożółkłe, poszarpane przez czas ostrza. To najprawdopodobniej kości, które wyszły z ciała od niedomiaru miejsca w środku nóg i rąk. Mówi, że do dzisiaj krwawią. Na karku ma wypalony niewielki znaczek czerwonego smoka. Tatuaż zdaje się zdradzać jego przeszłość, gdy Lüthir starał się go oblewać dziwnymi kwasami czy atramentami, wy zszedł, jednak wszelkie trudy spływały po jego karku, uszkadzając skórę, ale tylko dookoła tatuażu. Stara się go jednak zakrywać pod ubraniem. ("Jak wyglądam? Co jest?! Wzrok Aoskar odebrał, czy jak?")
Historia: Lüthir urodził się w nieznanych okolicznościach, gdzieś w Arborei, jednak rodzice go porzucili. Nie pamięta jak znalazł się w Sigil, jednak jest tu prawie od zawsze. Gdy był małym chłopcem, pracował dla jednego z przywódców zbieraczy w Ulu, okradając ludzi i pomagając Zbieraczom znosić trupy do Kostnicy. Jednak już gdy zaczął dorastać, dostał się do Dzielnicy Niższej, gdzie pracował w wielu miejscach, byle by utrzymać się przy życiu. W końcu, gdy uzbierał wystarczająco dużo pieniędzy, zaczął naukę w Gmachu Rozrywki, gdzie zaczął się kształcić. W wielu kierunkach. Najlepiej opanował lekcje magii, na których to skupiał się najbardziej. Tak naprawdę nie zna on żadnego czaru, gdyż lekcje pomogły mu przede wszystkim w logicznym myśleniu. Jednak w ostateczności potrafiłby zrobić jedną, dwie lub trzy magiczne sztuczki. O zabiciu wroga jednak nie ma mowy. Niestety, dalszego życia nie pamięta. ("Nie ma mowy! Więcej ci nie powiem, trepie!")
Ekwipunek: Lüthir jest ubrany w bardzo ekscentryczne ubrania. Pokryty jest grubą warstwą ciemno-zielonej, prawie "zgniłej" skóry, najprawdopodobniej z Lim-Lima. Na nadgarstkach, barkach oraz goleniach spoczywają solidne, żelazne ćwieki. Niezgrabnie powbijane w kościano-materiałowe ciuchy. U czarnych butów wiszą bezgłośne koraliki koloru miedzi. Iskrzą się w słońcu, a gdy jest ciemno, przybierają barwę czerwono-różową. Ma przy sobie mnóstwo sakiewek i torb na różne przedmioty. W plecaku trzyma trochę żywności na 7 dni, mały zardzewiały, chociaż nadal solidny, harpun. Zapewne służył kiedyś do nabijania większych ryb, teraz jednak jest to jego stała broń. Prócz tego posiada mnóstwo bezwartościowych szmatek i kamieni, które są w te szmaty zawinięte. Znajdzie się także w jego ekwipunku trochę ćwieków i gwoździ, niektóre są zakrwawione. W sakiewce przy pasie trzyma także czterdzieści miedziaków. ("Nie chiałbym cię zabić, ale zrobiłbym to, gdybyś tylko mi coś wziął bez mojej własnej zgody. Łapiesz?")
Filozofia: Lüthir jest typem człowieka, który nie wierzy w nic, czego nigdy nie ujrzał na własne, szkliste oczy. Nie wierzy w Bogów ani inne istoty wyższe, jeśli nie ma dowodów na to, iż istnieją. Niegdyś należał do frakcji Grabarzy, jednak gdy tylko odkryli, że wstąpił do nich tylko po to, by zjadać zwłoki, ponieważ był głodny, wyrzucili go na ulicę. Nie wyznaje żadnej religii i najczęściej gardzi tymi, co wyznają. Nienawidzi kapłanów, nienawidzi mnichów. Gdy tylko ma okazję, pluje im w twarz i zniesławia. ("Widziałeś to na własne oczy? Nie? Więc jakim prawem wierzysz w to, iż to istnieje? I jeszcze to rozgłaszasz! Jesteś skurlonym bluźniercą i najlepiej by było, gdyby cię zdybano. Nie masz czegoś, co by wskazywało na istnienie pewnej rzeczy, nie otwieraj trumny, a tym bardziej nie trajkocz nią na lewo i prawo.")
Charakter: Chaotyczny Neutralny - ("Słuchaj. Mój ogród jest tak porąbany, że kiedyś zaciukałem gościa drzazgą i zrobiłem sobie z niego kocyk. Czy jestem mordercą? Tak. I nienawidzę tych wszystkich złoczyńców i dobroczyńców. Nie żebym miał coś przeciwko pomaganiu, ale zanim kogoś uratujesz przed śmiercią, zadaj sobie pytanie. Czy jestem gotowy na odpokutowanie za uratowanie czyjegoś życia odebraniem innego? Tak trepie. Chcesz kogoś uratować przed śmiercią, zabij kogoś innego. To się nazywa Neutralność. Zapamiętaj to słowo, inaczej zaszlachtuję cię drzazgą i wytnę ci skórę, po czym zrobię sobie z tego ściery do spania. Łapiesz?")
Honor: Lüthir *nie posiada* honoru. Zazwyczaj żeruje na ludziach, jednak, gdy tylko twierdzi, że może kogoś w przyszłości potrzebować, ratuje go z opresji. Ale jeśli tylko wyczerpie się limit pomocy ze strony kogoś, kto wie o nim coś, czego wiedzieć nie powinien, najczęściej kończy się to nieprzyjemnym zgonem w środku nocy lub w jakieś alecje, gdzie ktoś poszedł się odlać. ("Honor to tylko słowo. Słów, a tym bardziej tych niepoprawnych, należy się wystrzegać. Chcesz do czegoś dążyć, rób to sercem. A jeśli serce masz czyste jak łza lub brudne jak ekskrement, kieruj się umysłem. Jeśli jednak i ten masz zagracony śmieciami, popełnij samobójstwo. Służę pomocą. A! Właśnie, mógłbyś mi przed śmiercią użyczyć parę miedziaków? Tak właściwie to wszystkie jakie masz, śmiałku.")
Pochodzenie/Znajomości: ("Znam wiele osób. Prawie każdego barmana w tym skurlonym mieście. O tak, wielu z nich postawi mi bełta za darmo, bo prawie dla każdego wypełniłem jakieś niemoralne zlecenie. Słyszałeś o Markusie? Felixie? Barkisie? Shi'Mdufie? Tak, znam ich. Ha! Nawet Shi'Mdufa zabiłem! I nie, nie mam rodziny, nikogo nie pamiętam. To chyba nawet dobrze, nie chciałbym mieć wyrzutów sumienia.")
Umiejętności: Lüthir potrafi wiele rzeczy. Począwszy od okradania niewinnych staruszków i pijaków, przez udawanie paru biesich akcentów, aż po język, który sam stworzył. Tak, Lüthir stworzył własny język, w którym to zapisuje notatki, jeśli czegoś potrzebuje. Nigdy nie nauczył nikogo tego języka. Nazwał go "Xao". Prócz tego walczy całkiem dobrze, nieco lepiej niż przeciętny bandyta z Ula, jednak często unika walki bezpośredniej. Potrafi dwie, trzy magiczne sztuczki, którymi to zazwyczaj się popisuje w barach czy podobnych miejscach. Szybko się uczy, miał kontakty z Modronami, dzięki czemu nie ma praktycznie żadnych problemów w komunikacji się z monitorami. Około południa nastaje godzina, w czasie której jego koncentracja osiąga szczyt. Wówczas może wykonać parę zaklęć pod rząd czy też bezproblemowo wygrać podczas jakiejś debaty. ("Ja? Ja umiem wszystko. A tak naprawdę, to potrafiłbym powiedzieć zdanie, które ma sens, a ty byś go nawet nie zrozumiał. I nie będę ci mówił co umiem, bo, po pierwsze, pewnie zauważyłeś to po moim wyglądzie, a, po drugie, nie jest mą wolą, byś wkraczał do mojego zacnego ogrodu, trepie.")

-
Manta
Imię: Lena
Rasa: Diabelstwo
Płec: Kobieta
Wiek: około 20 lat
Klasa: Złodziej/ Łotrzyk
Wygląd:
CIAŁO: Włosy tak jasne, że wręcz białe. Postrzępione, gęste i sięgające do ramion. Oczy czarne jak smoła. Sylwetka smukła, szerokie biodra, wąskie ramiona, długie palce zakończone czerwonymi, ostrymi paznokciami.
Skóra trupio-blada, przy kostkach i nadgarstkach widoczne delikatne łuski koloru błękitnego.
Szeroki uśmiech szaleńca zdradza ostre kły.
UBIÓR/BROŃ: Typowy dla Ula. Kilka pasów skórzanych oplecionych wokół klatki piersiowej, krótkie, postrzępione spodenki spięte w biodrach paskiem, wysokie (do kolan) buty na płaskiej podeszwie. Wszystko w odcieniach brązu i czerwieni.
Na dłoniach znajdują się naręczne sztylety słabej jakości, w kieszeniach trochę brzdęku, jakaś stara kartka (list?) i parę niepotrzebnych drobiazgów.

BF 3
ZW 4
ZR 4
PE 3
OD 3
UM 3
DU 2

Życiowa filozofia: Walcz aby przetrac, bo słabośc prowadzi do zagłady. Naucz się wykorzystywac swoje atuty i kombinuj ile możesz. Inaczej zginiesz w tym nędznym świecie. Nie szufladkuj siebie ani innych, nie daj się omamic sektom, frakcjom czy jakkolwiek oni siebie nazywają. To jest sztuczne, syntetyczne, to nie jest prawdziwe. Prawda jest tu i teraz- to, że trzeba coś zjeśc, gdzieś spac i jakoś przetrwac kolejny dzień.
Charakter: Neutralny dobry (kierujący się ku chaosowi)
Honor: Nie obchodzi mnie na ogół czym albo kim jesteś. Nie bede ginąc za słowa, nie rzucę się w ogień bo złożyłam przysięge przed jakimś skurlem-półmózgiem w szpicowanych szatach ze złota, o nie. Ale nie bede patrzec jak ktoś krzywdzi bezbronnego na moim terenie. Bez namysłu skocze mu do gardła z ukrycia. Brzydzę się złem. Choc sama dobrze nie czynię, ale to już inna historyja.
Pochodzenie: Niewiele pamiętam ze swojego dzieciństwa. Mam starszego brata, ale ostatnio nie mamy kontaktu. To od niego bohaterka się wszystkiego nauczyła, on ją chronił i wychowywał, za co jest mu dozgonnie wdzięczna. Kocha swojego brata szczerze i pragnie go choc jeszcze raz zobaczyc, ale na razie jest to niemożliwe, przez co kobieta cierpi.
A znajomi? Tu, w Ulu nie mam znajomych. Każdy pracuje sam na siebie. I za siebie siem nie oglonda.
Wykształcenie/Umiejętności: Umiem siem skryc w cieniu, znam sie nieco na otwieraniu prostych zamków. Tyle wystarczy aby przetrwac. Szkole swojom zwinnośc, paru opryszków za brzdęk nauczyło mnie bic sie. Przyda sie kiedys, na pewno.

-
Bartold
Imię - Zafon Półłeb.
Ogólny opis - Kaduk przeciętnego wzrostu o smukłej twarzy pokrytej w połowie raną, po oparzeniu zapewne. Oczy ma czerwone, lecz lewe nie ma powieki. Ubrany w zwykłe, ciemne ciuchy, jakie może mieć ciura z ulicy - skórzaną kurtkę zapinaną na pasy z klamrami, spodnie wpuszczone w buty z cholewą sięgającą połowy łydki i kapturem na głowie. Włosy - rosnące tylko na prawej połowie łba, a widoczne rzadko, gdyż nosi rzeczony kaptur - długie, czerwone i spięte w kuc. Humor ma nieprzyjemny, a głos szorstki i jakby zduszony, co nie dziwne, biorąc pod uwagę, że blizna na twarzy się nie kończy. Stan lewej ręki - również rzadko widocznej, gdyż obie dłonie skryte są w nabijanych żelaznymi ćwiekami rękawicami - każe przypuszczać, iż rana sięga po palce lewej stopy. Skosem przez plecy, głowicą w dół przy lewym biodrze, wisi krótki miecz o jednosiecznej, wykrzywionej głowni; co dziwne, klinga nie wysuwa się z pochwy. Za pas zatknięte noże, krótsze i dłuższe; pod kurtą i w karwaszach chowa pewnie ich więcej, no bo z taką mordą...?;)

BF - 3
ZW - 4
ZR - 4
PE - 4
OD - 2
UM - 3
DU - 2


Życiowa filozofia/ Wiara - Chaosyta, a raczej wolny strzelec i wyznawca Kultu "Przeżyj Dzień w Ulu Bez Brzdenku". Wierzy, że nie ma za dobrego na pchnięcie pod pachę, ale modli się tylko w nagłych wypadkach.
Charakter
- Chaotyczny neutralny.
Honor - Honor się dla niego liczy - gdy ktoś go obrazi, za punkt honoru poczyta sobie ujrzeć go w Księdze Umarłych, choć i zlecenia wykonuje honorowo i skutecznie.
Pochodzenie/ Krewni i Znajomi Królika - Dorósł w Sigil, jako syn samotnej matki Tanar'ri, która z własnej chęci - zaspokojenia chuci - wystawała na ulicy. Kiedyś ją zobaczył "w pracy" - nieuprzejmie przeszkodził klientowi, witając się prawym sierpowym. Pechowo, jego rozmówca był początkującym magikiem, gdyż odwdzięczył się magiczną kulą ognia, a zaraz i drugą z lodu; jednakże dotarła jedynie ta pierwsza, gdyż równocześnie na spotkanie czarownikowi wyszedł nóż - znaczy się, wszedł i wyszedł. Młodemu zaś Zafonowi ostał się Ogień na ciele i Lód w sercu. Matki się wyrzekł, przyjaciółmi nie otoczył, we krwi skąpał niejednokrotnie.
Gdy pewien dabus zabił jego dom deskami, ukradł mu młotek, tak zręcznie, że ni dabus, ni Pani tego zrazu nie zauważyli i kary umknął.
Wykształcenie i umiejętności - Całe życie na ulicy robi swoje. Zamek otworzy, czaszkę również - jeśli trzeba to i bez szkody, i na żyjącym - nożem do dziesięciu metrów trafi w oko, a żarty ma równie ostre jak sztylet. Że jeszcze chodzi i bliznami po cięciach Labiryntu nie tworzy, znaczy że i przeżyć potrafi, choć nie zawsze bierze łatwą robotę.
Ekwipunek - Za pasem trzy krótkie, dobrze wyważone noże z przodu i dwa z tyłu, przy prawym biodrze, po dwa w karwaszach i jeszcze trzy w pasie miecza. Dłuższy, prosty sztylet przy prawym boku, w zdobionej pochwie - widać, że zdobyczny - i miecz przewieszony przez plecy głowicą w dół; głownia jednosieczna, zakrzywiona i dobrze zaostrzona, jelec prosty. W sakwie i w skrytkach pieniądze - nie za dużo zresztą - w bucie uniwersalny wytrych i ostatni nóż. Przy pasie dynda róg do picia i pusty bukłak. W torbie chowa mały worek ziół i maści, którymi się łata.

-
Zoltan
Imię: Bashar
Ogólny opis: Czystej krwi człowiek, mężczyzna w lekko podartej, skórzanej ćwiekowanej kurtce o złym, zaciętym spojrzeniu i potarganych włosach. Chociaż nie ma imponującej postury, to wiesz, że lepiej go unikać dla własnego dobra. Zaś jego oczy... gdy w nie patrzysz, masz wrażenie, że stoisz przed kimś, przed kim nie da się skłamać, a każda próba może zakończyć się natychmiastową śmiercią. Z boku ma krótki, lekko zakrzywiony miecz, przy pasie 3 sztylety do rzucania. Nie możesz dostrzec tuzina zabójczych gwiazdek schowanych w wewnętrznej stronie kurtki, a także długiego, ostrego jak brzytwa sztyletu ukrytego w bucie. Nie możesz też wiedzieć, że jest on zatruty. I dopóki nie zadrzesz z Basharem, będziesz żył w błogiej niewiedzy. A jeśli zadrzesz, będzie to ostatnia rzecz o jakiej dowiesz się w życiu...

BF
-2 dobry
-3 zły
ZW
-3 dobry
-4 Zły
ZR 5
PE 3
OD 3
UM
-2 zły
-4 dobry
DU 2

Historia: Bashar obudził się pewnego dnia we Wrotach Baldura, mając straszliwy ból głowy i brak wspomnień. Miał na oko 13-14 lat. Żeby przetrwać, musiał kraść i oszukiwać. Sam Bashar
niechętnie wspomina tamten okres. Po jakimś czasie wstąpił do gildii złodziei, później zajmował się dorywczo innymi zajęciami. Doskonalił też umiejętności walki, gdyż szybko zauważył, że jego siła i zwinność mocno przekraczają zdolności wychudzonego nastolatka. Początkowo chciał dociec, kim był przed utratą pamięci, ale po jakimś czasie zrezygnował z tego, skupiając się na rzeczywistości. W wieku ok. 17 lat dołączył do grupy poszukiwaczy przygód. Podczas wojen Dzieci Bhaala drużyna dostała się pomiędzy dwie walczące armie. Bashar zdołał przetrwać, ale na widok jatki uruchomiły się w nim nieznane dotąd bodźce. Do tej pory był on dość uporządkowany. Nie miał poważania dla prawa, ale nie było w nim zła i okrucieństwa, jedynie wola przetrwania za wszelką cenę charakterystyczna dla uliczników. Na widok jatki zaszła w nim przemiana. Stał się istotą chaotycznie złą, nieprzewidywalną i niebezpieczną. Dla zabawy zabił jedyną ocalałą towarzyszkę, uprzednio ją, no, mniejsza z tym. Od tego czasu walczył z mroczną częścią swojej natury, co poważnie osłabiło jego sferę umysłową i duchową. Niecałe dwa lata temu przez przypadek otworzył portal do Sigil, a banda pobliskich oprychów z Ula wyładowała na pierwszaku swoją frustrację. Od tego czasu dał się ponieść swojej mrocznej części, zarabiając jako płatny morderca w Sigil, i wkrótce stał się w tym naprawdę dobry. Dostał nawet ksywę 'Nocny cień' od zamachów, które zazwyczaj wykonywał w nocy cicho i dyskretnie. Teraz jest z niej dumny, ale biedny skurl, który ją wymyślił od dawna gryzie ziemię.
Wiara i filozofia: Bashar już w nic nie wierzy. Liczy się dla niego tylko on sam i jego ścierające się charaktery. Filozofia? Nie daj sie zabić, trepie!
Charakter: Praworządny neutralny/ chaotyczny zły
Honor: Gdy Bashar powstrzymuje swoje usposobienie, to zdarza mu się postępować honorowo, ale gdy opanowuje go ciemna strona charakteru (co ostatnio zdarza się niemal przez cały czas) wartości takie jak honor nic dla niego nie znaczą.
Znajomi: W Klatce nie ma wielu znajomych. Zna paru ludzi, dzięki którym wie co się dzieje w Ulu i czy są jakieś zlecenia. Reszta to dle niego zwykli, nic nie znaczący ludzie, którzy nie rozumieją jak to jest być wewnętrznie rozdartym, walczącym z samym sobą?
Umiejętności: Nieźle umie walczyć mieczem i sztyletem, a rzucanie sztyletami i gwiazdkami opanował w stopniu mistrzowskim. Raz na dobę możliwa Zmiana Charakteru (wybór gracza); może pociągnąć za sobą rozpad Ducha (wybór MG), aż do skutku określonego przez MG- przyp. MG
Ekwipunek: -Skórzana ćwiekowana kurtka. Lekko podarta. Zrobiona z dziwnej, czarnej skóry.
-Krótki, lekko zardzewiały i pokryty krwią miecz do walki wręcz.
-Trzy sztylety do rzucania przy pasie. Podręczna broń dystansowa, niestety skuteczna tylko na krótkim dystansie.
-12 gwiazdek. Używa ich do zabójstw. W pierwszaku mówią na nie 'shurikan', w Sigil po prostu 'gwiazdka'. Jeszcze żadnej nigdy nie zgubił.
-Zatruty sztylet w lewym bucie. Trucizna nie jest już tak mocna, ale ciągle zabójcza.
-Trochę miedziaków. Konkretnie 39 i pół.
-Dziwny kamień. Kiedy Bashar obudził się we Wrotach Baldura, obok niego znajdował się dziwny kamień. Bashar wziął go ze sobą i chociaż kamień jest bezwartościowy, to bardzo przywiązał się do niego. Nikomu go nie pokazuje, a gdyby ktoś wziął go sobie, to reakcja Bashara mogłaby być bardzo gwałtowna.
-Magiczny amulet dający małą odporność na magię. Nie twój interes trepie, skąd go mam. Pilnuj swojego nosa, albo ci go utne.

-
Everod
Imię: Virion
Rasa: Aasimar
Płeć: Mężczyzna
Opis: Kiedy spoglądasz na Viriona, widzisz wysokiego człowieka, dobrze zbudowanego, acz raczej o przeciętnej sylwetce. Nie daj się jednak zwieść wrażeniu przeciętności: pod zadbanym ubraniem z ciemnej wyprawionej skóry nabijanej ćwiekami kryje się umięśnione ciało, twarde jak stal. Poza spodniami wpuszczonymi w wygodne buty z cholewami i kaftanem nosi stalowe karwasze i szeroki pas z przytroczonymi doń dwoma sakwami i bukłakiem wody. Jego postawa, nieskazitelna skóra, piękne rysy twarzy, spokojny, miły dla ucha głos, doskonale niebieskie oczy i srebrna grzywka, kontrastująca z czernią niedługich, sterczących włosów zdradzają niebiańskie korzenie. Nawet blizny na prawym policzku, pozostawione zapewne przez jakąś istotę o bardzo ostrych szponach, wydają się nie szpecić aż tak bardzo. Jednakże owe blizny, w połączeniu z przenikliwym, chłodnym spojrzeniem, od którego mogą ci przejść ciarki, lekko zakrzywionym mieczem przewieszonym przez plecy i długim nożem u prawego boku, ostrzegają, że nie masz do czynienia z typowym pół-niebianinem szerzącym dobro i lepiej, żebyś miał się z nim na baczności.

BF - 4
ZW - 5
ZR - 2
PE - 3
OD - 2
UM - 3
DU - 3

Filozofia: Virion nie należy do żadnej frakcji. Według niego frakcje w swoim zaślepieniu nie potrafią dostrzec, że każda z nich ma co najmniej odrobinę racji. Dzieje się tak, gdyż ludzie *wierzą*, że ich przekonania są słuszne. To wiara istot zamieszkujących sfery kształtuje Wieloświat. Jeśli w coś wystarczająco mocno wierzysz i wystarczająco wielu w to wierzy, może się to ziścić. To wiara nadaje moc bogom i strąca ich do Astralu. To wiara utworzyła sfery takimi, jakie je znamy. Według jakich zasad zatem ja żyję? Żyj i umieraj tak, jak mówi ci twoja wola. Znajdź swoje miejsce w Wieloświecie. Jesteś wolny, ale ogranicza cię ciało, umysł i dusza. Stań się więc silny. Nigdy się nie wahaj. Walcz o swoje życie. Jeśli umrzesz, to przynajmniej ze świadomością, że go nie zmarnowałeś. A może nawet uda ci się zostać Mocą? Skoro istnieją uczciwe i dobre biesy, zdradliwe devy, zbuntowane modrony - wszystko jest możliwe.
Wiara: Czy wierzę w jakiegoś boga? Złe pytanie. Wierzę w każdego, jakiego znam. Jeśli ma swoich wyznawców - to niemal pewne, że istnieje. Nie wyznaję jednak żadnego. Prędzej sam zostanę Mocą. Nie zrozum mnie źle - po prostu nie chcę oddawać swego życia w opiekę bóstwa. Czuję, że to by stanowiło dla mnie tylko ograniczenie.
Charakter: Chaotyczny dobry. Sfery mogą stać się lepszym miejscem. Dlaczego miałbym nie pomóc komuś, jeśli jestem w stanie? Ale nie jestem z tych, co to litują się nad każdym trepem i wybaczają najgorsze zbrodnie, więc uważaj. Nigdy nie wyciągam mojego miecza, niepotrzebnie i bezmyślnie, kiedy można załatwić problem inaczej. Natomiast jeśli *będę* miał powód, *nie zawaham się* nawet przez ułamek sekundy, by pozbawić cię życia. Nie przywiązuję wielkiej wagi do praw. One ograniczają wolność. Tylko sobie nie pomyśl, że jestem jakimś skurlonym anarchistą. Prawa są konieczne, ale w pewnych sytuacjach trzeba je nagiąć.
Honor: Chyba mogę powiedzieć, że mam honor. Ale każdy uważa to za coś innego. Nie zwykłem zdradzać, ale nie licz na to, że obiecam ci rzucić się na pewną śmierć. Nie zostawię cię jednak w potrzebie, albo kiedy ktoś da mi więcej brzdęku - można powiedzieć, że jestem lojalny. Nie będę też patrzył, jak jakieś trepy krzywdzą niczemu nie winnego skurla. Nie obchodzi mnie czy jesteś biesem, niebianinem, sferotkniętym, człowiekiem czy kimkolwiek innym. Niech twoje czyny mówią za ciebie. Nie osądzam też nikogo, dopóki ten ktoś nie zacznie na moich oczach mordować niewinnych.
Pochodzenie, historia, krewni, znajomi: Virion urodził się w Sigil. Jego matka była niebianką, która postanowiła opuścić sfery wyższe i nieść pomoc potrzebującym. Zginęła zasztyletowana w Ulu kiedy ten był jeszcze dzieckiem. Ojciec był doświadczonym wojownikiem, który szczęśliwym trafem zdołał uciec z Wojny Krwi do Sigil, gdzie w Gmachu Rozrywki uczył szermierki. Szkolił on swego syna w walce. Dopadła go jednak przeszłość: w Niższej Dzielnicy spotkał baatezu, z którym podpisał kontrakt. Wywiązała się walka, w której zginął. Nastoletniemu wówczas Virionowi został po ojcu tylko jego miecz i trochę brzdęku, którego wkrótce zaczęło brakować. Imał się różnych zajęć by przeżyć, w międzyczasie wciąż trenując. Kilka lat później zaczął pracować jako najemnik i ochroniarz. Bronił przed zabójcami różne osoby, od szefów gangów z Ula po urzędników. Ochraniał również kilku obieżysferów w ich podróżach, ale zawsze wracał do Sigil. Kilka osób zawdzięcza mu życie, ale Virion, pamiętając o losie matki, nigdy nie liczył na przesadną wdzięczność.
Umiejętności: Virion doskonale walczy mieczem, również dobrze walczy wręcz i posługuje się nożem. Uczył go jego ojciec (dopóki nie zmarł) i nauczyciele z Gmachu Rozrywki (jeśli było go stać; jeśli nie - ćwiczył sam). Uczył go również Githzerai, którego poznał właściwie przypadkiem w Gmachu. To właśnie jego nauki dały mu do zrozumienia, że silne ciało jest równie ważne, jak trzeźwy umysł i potęga ducha, a ostrze jest przedłużeniem woli wojownika. Wtedy to obrał sobie za cel życia wzrastanie w sile, czego efektem były pojedynki z coraz lepszymi przeciwnikami. Poza tym, że urodził się z mieczem w ręku, ma też pewien potencjał magiczny, którego jednak nigdy nie rozwinął. Podróżując kilka razy jako ochrona obieżysfera, liznął trochę języków.
Ekwipunek: U pasa przy prawym boku zawieszony jest długi nóż w skromnej pochwie. W sakwach ma: czterdzieści miedziaków w jednej i trochę jedzenia oraz amulet skrzepu w drugiej. Za pasem chowa żelazne kastety. Przez plecy przewieszony ma lekko zakrzywiony miecz o ostrzu szerokim na trzy i długim na około czterdzieści pięć cali i rękojeści pozwalającej na wygodny chwyt dwiema rękoma. Klinga ma ścięty sztych i okrągły jelec. Wszystko, łącznie ze skórzaną pochwą, wykonane jest bez jakichkolwiek zdobień. Według Viriona jego ojciec przelał na miecz tuż przed śmiercią cząstkę siebie i wspomaga go w walce.


OPOWIEŚĆ


Kwiat Z Ogrodu Bólu

Prolog

Każde z Was zna Jednookiego Markusa. Chłop wiekowy chyba jak samo Sigil, szanowany przez wszystkich starych łowców jeleni, legenda wśród młodszych w tym środowisku; barczysty, ogorzały, ze zmierzwioną brodą, mimo niezliczonych lat na karku wciąż ruchami zdradza zwodniczą szybkość i precyzję starego zabójcy. Dziś siedzi za poharatanym barem w swoim lokalu, który, jak niesie śpiewka, nazwał na cześć najgorszych w jego przekonaniu bandytów w Klatce- 'Guwernat'.
Większość doliniarzy, włamywaczy i nożowników zna to miejsce, ukryte przed wzrokiem zwykłych przechodniów i oczywistych funkcjonariuszy w jednej z odnóg tuneli gigantycznego śmieciowiska, kilka minut drogi od Placu Szmaciarzy. Szeroka, niska sala, o pokrytym pajęczynami stropie podpartym kilkoma solidnymi zardzewiałymi szynami, daje przyjemne schronienie w mrokach swoich kątów; solidne ławy porozstawiane są niedbale po pokrytej poczerniałą krwią i rdzawymi plamami podłodze, kombinacji płyt z ciemnego metalu łączonych grubymi nitami. Na ścianach wiszą łańcuchy, wyleniałe futra i wyblakłe, szorstkie tkaniny, gdzieniegdzie zaś kaganki rzucające nikły blask. Tu można spokojnie pogadać z paserem, posłuchać bieżącej śpiewki z Ulicy, uwalić się bełtem czy zaplanować akcję; jeśli zaś udało Ci się zjednać sobie sympatię Markusa, ten zawsze chętnie pomoże doświadczonym zdaniem. Tu, w jego obecności i za jego przewodnictwem nieraz miały miejsce Ulowe dintojry. To on nieraz podrzucał Wam kontakty czy pomysły na drobne strzały, wiedziony legendarną już życzliwością dla dorastających w slumsach Sigil młodych Uliczników.
Późnym popołudniem dzisiejszego dnia w 'Guwernacie' było spokojnie- ot, para parchatych Zbieraczy roztaczająca wokół siebie smród karbidu, zasuszony, nieprzyjemny dla oka zerai, dwie ulicznice, poprawiające sobie nawzajem makijaż. W zatęchłym powietrzu unosiły się gorzkie smugi dymu z fajki Markusa, pogrążonego w cichej rozmowie z jakimś mężczyzną.
Każde z Was siedzi osobno i samotnie. Znacie się z widzenia- przystojniaczek Fey'Ri, którego można było czasem zobaczyć popisującego się magicznymi sztuczkami, dziwny typ z dziwną gadką; jego przeciwieństwo, kaduk o poparzonej mordzie i nieprzyjemnym spojrzeniu czerwonego pozbawionego powieki lewego oka, najwyraźniej lubujący się w różnych ostrzach, gdyż tylko na widoku ma ich co najmniej kilka; i białowłosa dziewczyna, również sferotknięta, wyprzedzona sławą swego lepkorękiego brata który, nim gdzieś się zaszył, często dawał o sobie znać na Ulicy. Pierwszym głośniejszym dźwiękiem jest trzask drzwi zamykających się za rozmówcą gospodarza. Chwilę potem Markus chrząka i gestami woła Was do siebie. Podejrzliwie popatrując na pozostałą dwójkę i na Jednookiego, podchodzicie do baru. Stary wystukuje popiół z cybucha na poplamiony blat popatrując na Was uważnie spod krzaczastych brwi; w jego czarnym jak węgiel lewym oku błyszczą te same co zwykle, niebezpieczne iskierki. Prawe, jak zwykle, jest przerażająco martwą, nieruchomą protezą z obsydianu.
- No i co się tak czaicie, hę?- Pyta wodząc wzrokiem od jednego do drugiego- Nie znacie się jeszcze?
Znowu patrzycie po sobie, na co Markus odpowiada grymasem, który chyba miał być uśmieszkiem.
- No, to się poznajcie. Jest robota dla Królowej Złodziei.
Te słowa jakby rzuciły na Was pewien czar. Każde z Was od małego słyszało opowieści o 'Królowej Złodziei', Uliczne legendy, ciekawe oczywiście, ale z wiekiem wkładane między bajki. Od kiedy wyrośliście, żadne z Was nie zna nikogo, kto by o niej gadał na poważnie. Oczywiście, gadka wspominała, że wokół Królowej istniała organizacja otoczona zmową milczenia, ale takie opowiastki są pełne różnych takich szczegółów. Gadka wspominała również, że Królowa kradła we wszystkich sferach Wieloświata i nikt nigdy jej nie tyle nie złapał, co nawet nie nakrył, że zabijała devy i demony ciosem w plecy, że umie znikać na życzenie, nie zostawia śladów na suchym piasku, że ukradła kiedyś topór funkcjonariuszowi Harmonium prosto z ręki, a Pani ostrze z korony i tak dalej w ten deseń. Ale teraz nie gada o niej jakiś uliczny łach, tylko Jednooki Markus.
- No co się tak gapicie?- Śmieje się, ale po chwili znowu zaczyna mówić półgłosem- Znam Was troje nie od dziś, dobre z was krwawniki i jęzor umiecie trzymać za zębami. Czas wypłynąć na szerokie wody- Znowu uśmiech; macie wrażenie, jakbyście słuchali starszego brata. Ale Markus już taki jest i wszyscy o tym wiecie- Do przeciwszczytu musicie być w Zakopanej Wiosce, a nie dajcie ciała, bo zlecenie poszło w kilka miejsc.
Znowu to samo! Kolejna legenda! Podobno dawno temu ktoś znalazł ulicę zapomnianą przez Panią i Dabusy, zagrzebaną gdzieś pod Ulem- i oto Markus o niej mówi, jakby była rzeczywistością! Jakby bajki nagle ożywały, czujecie jakiś nieznany dreszczyk na karku.. A może Jednooki się z Was nabija? Ale.. Niee, nie wygląda na to. Uśmieszek na jego pomarszczonym pysku sprawia wrażenie, jakby cieszył się z ofiarowanego Wam prezentu? Co jak co, ale Ulica wyostrza intuicję.
- Nawet nie pytajcie o drogę, bo byłem tam kilka lat temu, a koziołki Pani w międzyczasie zajęły się Placem Szmaciarzy tam, gdzie kiedyś można było znaleźć przejście. Ale wierzę, że dacie sobie jakoś radę. Jedno co poradzę, i znaleźć wioskę i wykonać robotę, będzie Wam lepiej w grupie...
W tym momencie do 'Guwernata' wtacza się grupa kilku osób o podejrzanych aparycjach- choć, w zasadzie, inne osoby tu nie zaglądają. Markus kiwa Wam głową i odchodzi na drugi koniec baru głośno zagadując przybyłych, Was zaś pozostawiając ze sobą nawzajem i swoja ostatnia poradą- a porada Markusa jeszcze nigdy nie okazała się trefna. Poza tym, każde z Was odczuwa w podświadomości jakiś cień majaku o Regule Trójek...
I że trzeba by coś w końcu powiedzieć.

Lüthir: Wszyscy patrzą po sobie, jak gdyby ktoś starał się walczyć o to, by mówić ostatni. Ale nie żem ja taki. Hah, trepy. Założę się, że Kaduk to kwintesencja zła i twierdzi, że wypatroszy każdego, kogo spotka. Phi! A kobitka pewnie czysta jak łza i nigdy się nie puściła. Pewnie czeka na jedynego, albo co. Sami śmiałkowie się zebrali, szkoda tylko, że nie za bardzo wiem o co w tym chodzi, cholera... Markus przegina. I jeszcze mi bełta nie postawił... Hej, chwila. A ta nowa istotka czego tutaj? Jej nie widziałem nigdy tutaj z Markusem, tej stęchłej duszyczki...
Lüthir odwrócił się do reszty, oparł wygodnie ramiona o bar, sięgnął po plecak, przerzucił go przez ramię, odpiął guzik, po czym wyjął z niego mały gwóźdź. Plecak znów zawiesił na swoje lewe ramię, a prawą ręką zaczął grzebać gwoździem w swych żółto-niebieskich, ostrych zębach. Podrapał się po białych, przetłuszczonych włosach pełnych spinek i koralików, a następnie posłał spojrzenie do dziewczyny. Wszyscy bacznie go obserwowali, za chwilę miał coś powiedzieć. Ale nie, on nadal czekał. Odchrząknął mocno, rozleniwił się jeszcze bardziej i... Czekał. Czekał, by chwilę później poprawić sobie włosy i odsłonić swoją piekielnie przystojną twarz i szkliste oczy. W końcu odezwał się.
- Zwykle Markus rozdziela pomiędzy gości po trzy bełty, tera tego nie zrobił, a z tego co widziałem, tym szmatom w rogu i cuchnącym zbieraczom też nie dał piwa. Czyli ani im, ani ladacznicom, ani nam. Zawsze mi daje trzy miedziaki, żebym go nie zaszlachtował. Nie zrobił tego przez ostatnie trzy dni. W powietrzu czuję kadzidło, dzisiaj rozpalił trzy, nie cztery, jak ostatnio. Na ścianie widzę trzy skóry Tuskampy, zwykle wieszał dwie, bo nie zabili mu więcej i nie sprzedali. Też to czujecie, co? - Popatrzył na wszystkich, jednak oni tylko wymienili spojrzenia pomiędzy sobą i wpatrywali się w niego.
Małomówne trepy chyba znalazłem. I to mają być śmiałkowie? Jezu! Przecie już Modron byłby lepszym towarzyszem! Takie ogrody to oni moją sobie zaskalpować pod Iglicą.
- Dobra, widzę, że was to nie rusza. Może ta tutaj panna by coś powiedziała? Co, białowłosa?

- Bełta za darmo to możesz dostać z kuszy- Słyszysz śmiech Markusa z drugiego końca baru; ucho najwyraźniej ma czułe jak elf- Każdy dostaje, za co płaci, to nie przytułek Ponuraków! I nie popisuj się przed nowymi znajomymi zanim się w ogóle poznaliście. Zaszlachtował, ha!- Po czym jednooki wraca do rozmowy z nowo przybyłą klientelą. Dobiegają Was przekleństwa i rechot. Siedzący najbliżej Zbieracze patrzą na Fey'Ri z wyrzutem i wracają do swojej cichej rozmowy.

Lena: Kobieta stanęła tyłem do blatu baru, oparła się o niego wygodnie plecami, po czym przeleciała wzrokiem po barze. Zatrzymawszy spojrzenie na kudłatym-elfo-podobnym skrzywiła się z niesmakiem. Jakież czekało ją zaskoczenie, gdy mężczyzna ukazał swą twarz.
Zdaje się, że z jej lekko uchylonych ust było słychać ciche "och", pełne niedowierzania.
Odwraca od niego głowę i reaguje dopiero na słowa mężczyzny.
-Szpicuj się, kundlu-syknęła odruchowo- Niby po co mam do Ciebie gadać?

Lüthir stanął nieco oburzony, patrząc na Lenę. Zdawało się, że zjada ją wzrokiem, jego oczy były... Zmiennobarwne, a przynajmniej tak wydawało się Lenie. W końcu jednak parsknął z pogardą i skierował głowę w stronę Markusa. Znowuż posłał okrutne spojrzenie, a chwilę później odgarnął włosy za prawe ucho i krzyknął:
- Nowymi znajomymi? Tymi tutaj krwawnikami! Tymi tutaj! Dokładnie tymi, o tak! To nie znajomi. Markus, skąd ty wytrzasnąłeś tę pyskatą niewiastę!?
Lüthir odwrócił się w jej stronę, ta zdawała się być nieco oburzona. Stanął przed nią trzymając ręce na biodrach, pokiwał głową, by za chwilę powiedzieć:
- Kundlu? Kundlem nie jestem, smarkulo. Swoje na karku mam. Kundla pewnie całujesz, gdy czujesz się obrzydliwie, co? Sferom dzięki, że jakiś kundel cię w ogóle szanuje i nie gryzie z głodu. Albo po prostu tak śmierdzisz, że ani jeden nie chce potem z płuc wydychać zapachu krochmalonej bielizny Ulicy, co? - Lüthir nakręcał się coraz bardziej, nie dając dojść do słowa kobiecie, mówiąc coraz to gorsze obelgi, które nie miały podstaw w tym, co powiedziała Lena. - A te twoje płaskie buty? Mężczyzną jesteś, czy go udajesz? Chociaż te oczy dużo mi mówią, o ile można to nazwać mową.
Lena stała oburzona, chyba zamierzała coś powiedzieć, jednak nikt nie był pewny. Reszta zdawała się słuchać, jak Lüthir prawi litanię za litanią Lenie, nie starając się przerywać, wyrabiając sobie zdanie o tym, który pierwszy się odezwał, oskarżając o przyjaźń z zawszonym kundlem.
- No, słucham? Chciałbym usłyszeć, jaką masz śpiewkę. - Jego oczy zmieniły kolor na czerwono-żółty, następnie na jasny, różowy odcień, by w końcu powrócić do swojej szklistej, niebieskiej postaci.
Ciekawe co powie. Stoi jak wryta, albo nie chce mi odpowiedzieć, albo nie jest na tyle odważna, by jej ogród mi coś odepchnął i przyczepił się do tęczówek, albo nie wiem co. Może za szybko mówiłem? Ciekawe co odpowie...
Stał przed nią, w swoim jednolitym, zielonym stroju ze skóry Lim-Limów, niczym najbogatszy z najbiedniejszych. Stał i patrzył się jak jaki chytrus, czekając na odpowiedź. Mając nadzieję, że kobieta nic nie wymyśli. A może po prostu czekał na... "Sparing Śpiewek"? Być może, być może...

Zafon uparcie walczył z ochotą, by splunąć mieszańcowi w oczy. Patrzył w nie z wyższością, ale bez pogardy - pogarda jest niebezpieczna; gdy kimś gardzisz, przestajesz na niego uważać i zaraz masz kosę w plecach.
Lewe oko żarzyło się nienawistną czerwienią, gdy Lüthir kontynuuje swą ambitną i elokwentną wypowiedź.
- Zamknij się, włochaty - wycedził wreszcie przez zęby. - Trzeba się ugadać, pomyśleć gdzie do cholery może leżeć ta Wioska, choć Pani jedna wie, czy w ogóle istnieje i ruszyć nasze skurlone dupska, skoro Markus już nam osobiście pomaga.
Ach, ta konsternacja na twar... pysku mieszańca; jakby mu kto w mordę dał!
- Tych przyjemniaczków też bym przebadał - dodał, wskazując głową na rozmówców barmana.

- Włochaty? Włochate to ty masz... Dobra, w końcu jakiś plan. - Lüthir przestał patrzyć się na Lenę, znów oparł się o bar, dłubał w zębach gwoździem, a w końcu we włosach. Chwilę potem metal zniknął mu z ręki, czego nikt nawet nie zauważył.
Kaduk. Phi! I śmie mnie nazywać mieszańcem. Skurlony śmiałek. Ciekawe, czy wie coś o Fey'Ri. Hah, pewnie zazdrości mi mojej wspaniałej elokwencji, albo po prostu nie umie tak klnąć. Oby go tylko Pani... - Kreśli półokrąg nad sercem, jednak nikt nie wie dlaczego. Albo nie, odwołuję to...
- Czy ktoś tu w ogóle zamierza coś zrobić? W ogóle, nazywacie się jakoś? O tobie coś słyszałem, ty jesteś Zafon, tia? - Bardzo ładne klątwy muszą na niego padać ze strony przechodniów... - Ja żem Lüthir. Przez >R< i >H<, czy cokolwiek. A wasze ogrody, śmiałkowie?

- Zafon - cedzi przez zęby. - Półłeb. Głuchy jesteś? Mówię, trza znaleźć tę dziurę zapomnianą przez cienie, ale najsampierw tych skurli trza oszpicować. Dziwnie im z oczu patrzy.

Obczajacie spod oka hultajów rozmawiających z Markusem. Pięciu chłopa, z czego trzej to ewidentni opiekunowie- jednego z tej trójki kojarzycie z Ula, niejaki Rouen, cholera wie dlaczego zwany Obrączką; skórogłowy, ale raczej niebezpieczny osobnik, kosa do wynajęcia. Nie wtrąca się do rozmowy, od czasu do czasu jedynie uśmiecha swoją paskudną gębą i drapie po łysej na czubku głowie. Ogólnie towarzystwo ewidentnych Klatkowiczów- Obrączka i pozostałych dwóch szerokokarkich to typowe, nieciekawe mordy, po prostu zakapiory w burych kubrakach; ci dwaj, za którymi stoją, są bardziej interesujący. Pierwszy, stojący do Was niemalże plecami, to mniej więcej czterdziestoletni człowiek, ciemnowłosy i szczupły, odziany w czerń; drugi jest diabelstwem o błękitnawej skórze i jasnej szopie na głowie, z której wyrastają dwa krótkie różki. Nieodparcie kojarzy się z dabusem.
Głośne śmiechy teraz przycichły, podobnie jak głos Markusa i dwóch macherów zawieszonych na barze; coś tam szepczą przytłumionymi głosami po czym alubies wyciąga zza pazuchy czarne coś na kształt puzderka, które podaje barmanowi. Ten ogląda je uważnie acz dyskretnie, chyba nawet na wpół je odemknął i zajrzał do środka. Kiwa głową z zadowoleniem i wyciąga mały mieszek z kieszeni kubraka. Nie sprawdzając zawartości, ten w czerni bierze go i chowa zręcznym ruchem za pazuchą, po czym ściskają sobie z Markusem prawice. W tym momencie orientujecie się, że diabelstwo Was przycięło.
Mówi coś cicho do towarzysza, na co ten odwraca się w Waszą stronę; Obrączka z kolegami patrzą to na Was, to na niego pytająco i z nadzieją, jednak Markus trąca go w ramię i pochyla się w jego kierunku coś tłumacząc. Czarny słucha Markusa jakby z niedowierzaniem, po czym znowu na Was spogląda, znowu na Markusa i na swojego kaduczego koleżkę, który się nieoczekiwanie uśmiecha. Znowu wybuch głośnej wesołości. Znowu uścisk dłoni z Jednookim. 'Zawsze taki sam', dobiega Waszych uszu
- Zaraz do tego wracamy, czekajcie!- Wciąż jeszcze rozweselony mężczyzna w czerni idzie w Waszą stronę. Przystaje w odległości trzech kroków i na okamgnienie zatrzymuje wzrok na każdym z Was. Z bliska dopiero zwracacie uwagę na jego oczy. Martwe, pozbawione blasku, bardzo niebezpieczne. Nim zdążyliście się odezwać, przemówił sam
- Dobry Wujek powiada, że trza Wam znaleźć coś czego nie ma. Poszukajcie na Budach Tunelowca, ze starej gwardii zbieraczy.- Oznajmia nieprzyjemnym głosem. I tyle. Bez niczego odwraca się i wraca do towarzystwa ze słowami 'A teraz pijemy!', które to wzbudzają ogólny entuzjazm. Opiekunowie wyluzowują się nieco i też opadają na kontuar, Markus z ożywieniem zaczyna kręcić się za barem, na którym zaczynają pojawiać się kubki i kufle; na moment jeszcze przerywa i krzyczy do Was
- Czas nie czeka! Powodzenia!- Pojedyncze machnięcie ręki na pożegnanie. Jak go znacie, to już koniec pogaduszek na dziś.
- Będzie wam potrzebne..- Słyszycie jeszcze przytłumiony głos dabusowatego kaduka, już z nosem w drewnianym kuflu. Kolejna salwa śmiechu starych bandytów.
Budy. Slumsy w slumsach. Najpaskudniejsza część Placu Szmaciarzy, pełna chorych, upadłych, żywych trupów, i generalnie najgorszego sigilijskiego ścierwa. No, pięknie.

Gdy mężczyzna puszcza wiązankę w stronę Leny, ta jedynie stoi i wpatruje się w niego swoimi wielkimi, czarnymi oczami. Na początku zdaje się, że skóra zaczyna jej różowiec, bije od niej delikatne ciepło. Po chwili jednak kobieta uspokaja się.
Chętnie by odszczeknęła temu trepowi, ale nie dopuszcza jej do słowa. Gdy koleżka kończy swoją tyradę oszczerstw Lenie rośnie na twarzy szeroki uśmieszek. Po chwili kobieta wybucha tubalnym śmiechem pełnym drwiny. Kiwa jedynie głową, po czym szybko ją odwraca w stronę drugiego towarzysza, gdy ten poczyna mówić. (Zamknij się, włochaty...)
W ogóle, nazywacie się jakoś? Dopiero tu kobieta zabiera głos.
-Po prostu Lena - chwyta pyskacza za skudlone kłaki i przyciąga szarpnięciem do siebie- żeby mi to było ostatni raz, przyjemniaczku, tia?- warczy nad jego twarzą.
Gdy towarzystwo dookoła zaczyna szeptać, Lena zdaje sobie sprawę, że czas skończyć wygłupy i posłuchać...

Zafon zaczął rozglądać się z pełną nonszalancją po knajpie, by rozmówcy Markusa nie uważali go za zagrożenie. Mogło to być przydatne do przyszłych celów...
- Nie podoba mi się to pudełko. - warknął. - A raczej nie podoba mi się, że oni je mają i Markus im zatańczył, jak tylko je zgulał.
Podejść i zagaić, popierając piwem... Czy może poczekać, aż wyjdą i przycisnąć do muru...?
Jego niesymetryczne spojrzenie pada na roześmianego Markusa. Naprawdę tak mu się udali ci goście...?
- Idziemy do tych Bud, zgoda?

Sytuacja, której byliście świadkiem, w oczywisty sposób wyglądała na finał jakiejś transakcji, i to zadowalającej Markusa. Zdaje się w ogóle, że- przynajmniej czarny i dabusowaty- to starzy znajomkowie Jednookiego. Kadra od Was starsza i raczej bardziej doświadczona. Wygląda na to, że nigdzie się w najbliższym czasie nie wybierają, a popołudnie zaczyna robić się bardzo późne; Zakopaną Wioskę- jeżeli jesteście zainteresowani zleceniem- musicie znaleźć do przeciwszczytu.
Do 'Guwernata' zaczyna schodzić coraz więcej klientów. Kilku przelotnych znajomych to kiwa głową, to unosi dłoń w geście pozdrowienia to jednemu, to drugiemu z Was; do Zbieraczy dołączają dwaj kolejni- chyba nareszcie udało im się wspólnie zebrać dość, by móc pogrążyć się w zapomnieniu, bo jeden przynosi z baru spory gąsior i metalowe kubki. Do dwóch ladacznic dołącza trzecia i zaczynają krążyć po lokalu rzucając podkrążonymi oczami zalotne spojrzenia. Zwyczajowo, jak to wczesnym wieczorem. Wkrótce będzie jeszcze gorzej.

Od czasu, gdy Lena szarpnęła Lüthira za włosy ze słowami, których się najmniej spodziewał, siedział on cicho, wsłuchiwał się w rozmowy i wszystko, co tylko dało się usłyszeć. Jako iż niestety przez dłuższy czas nie usłyszał nic, postanowił coś powiedzieć.
- Dobra, ludzie. - Oby to dziewczę nie pomyślało, że przy niej wymiękłem. Lepiej zacznę kłapać teraz, niż później. Tia... - Ja proponuję, żebyśmy w końcu wybrali się do tej całej Zakopanej Wioski. Przeciwszczyt się zbliża, a ja chciałbym coś zarobić. Wy, trepy, pewnie także? No to słuchajta mnie... - Pochylił się leciutko do przodu. - Markus to cwany, stary lis. - Zniżył ton głosu, najprawdopodobniej po to, by barman go nie usłyszał. - Słyszałem opowieści o tym, jak to jednych posyłał na śmierć, podczas gdy drugich bogacił. Wątpię, byśmy należeli do jednej z tych grup. Mnie zna, was pewnie też. - Spojrzał jednocześnie na Lenę, jak i na Zafona, nikt nie wiedział, na kogo pierwszego. Prawdopodobnie dlatego, że Lüthir chciał, by nikt nie wiedział. - Mój ogród potrzebuje pieniędzy, a wątpię, by Markus nas posyłał tam od tak sobie.
Powrócił do swojej wcześniejszej, prostej postury, dokończył bełt, który podkradł jednemu z gości i znów rozłożył się na barze.
- No więc... Idziemy, dziewczynki?
Na sfery, jak to pułapka, to wbiję Markusowi sztylet w plecy. Najlepiej będę udawał, że bawię się nim podczas pijaństwa, a jak się odwróci... Hmm... Dobry pomysł.

- Idziemy, dzierlatko - odpowiedział Zafon z przekąsem. - Wyśmiewamy, bo mnie ochota bierze, żeby kogoś żywcem spalić.
Wstaje pierwszy, by mieć chwilę na sprawdzenie sprzętu - dobrze by było, żeby ta głowica pod pachą była w dobrym miejscu; w walce jak cala braknie, można z uliczki nie wyjść. Samemu. Z życiem.

Opuszczacie 'Guwernata' w drzwiach zderzając się z kolejna ladacznicą ladacznicą; 'Psiekrwie...', słyszycie jej warkot kiedy Was wymija wchodząc do środka. Idziecie tunelem prowadzącym do Placu Szmaciarzy mijając leżących pod ścianami żebraków i meneli; w zasklepiających się kilka stóp nad Waszymi głowami ścianach, zbudowanych z ton nakładających się na siebie sprasowanych śmieci, popiskują szczury. Małe ścierwa, na pewno znają drogę do Zakopanej Wioski. Po kilku minutach wędrujecie już przez Plac, odpędzając niewyszukanymi słowy- a czasem i kopniakiem- namolnych żebraków, wariatów i wszelkiej maści zaczepiających Was po drodze odszczepieńców. Okolica ta nigdy nie pachniała najlepiej, ale wyraźnie czujecie, jak smród narasta. Wreszcie, w powoli gasnącym blasku dnia, stajecie na krawędzi Bud.
Jak gdyby skóra miasta pękła, ukazując fragment głównego korytarza wyschniętego kanału, biegnącego pod nim, którego koniec i początek giną w mroku pod ulicami Ula, przed Wami rozciąga się najobrzydliwsza część Sigil. Kanał jest szeroki na może trzydzieści metrów, głęboki zaś na około pięć. Stoicie na jego krawędzi, obwiedzionej zardzewiałą barierką, patrząc z góry na dachy Bud, rdzawo-szaro-burą mozaikę blach, desek, drutów, jakiś płyt, rur i wszelkiego śmiecia, z którego dałoby się coś sklecić. Zabudowa u Waszych stóp jest tak gęsta, że w nielicznych jeno, jak wzrokiem sięgnąć, miejscach widać korytarze labiryntu wąziutkich przejść, których najśmielszy dabus nie nazwał by uliczkami; większość lepianek nakłada się na siebie, łączy i przenika.
W Wasze nozdrza uderza woń zgnilizny, dymu, potu, karbidu, odchodów i mokrego futra, mieszanka tak odrażająca, że smrody Placu Szmaciarzy nabierają w Waszych głowach obrazu czegoś całkiem znośnego i nieszkodliwego. To tu to tam, w korytarzach, majaczą powolne, przygarbione sylwetki, niczym widma szlajające bez wyraźnego celu. Budy. Umieralnia biedoty, zbieraczy, żebraków i chorych wita Was tym, co ma najlepszego.
Kilka metrów na prawo barierka przerwana jest na szerokość dwóch stóp. W przerwie widać górny pierścień drabinki prowadzącej w dół, prosto w półmrok panujący między lepiankami.

Lena: - Wielem w życiu widziała, ale taki syf mnie przerasta- diabelstwo zamruczało do siebie, stojąc nad kanałem.
Delikatnie wychyla się za barierkę w nadziei, że ta wytrzyma napór jej ciała. Szybko i sprawnie obejrzała okolicę, spojrzała w górę.
Na oko mamy jeszcze troche czasu...
-Dobra chłopoki, panie przodem, tia?-myśli przez chwilę- Nie tym razem. Ty!- wskazuje palcem na Lüthira- Dajesz na dół! Sprawdź ino czy to cholerstwo stabilne.
Kobieta zakłada ręce i czeka aż śmiałek podejmie decyzję.
Ino siem nie pytaj mnie czemu Ty. Hłe, hłe, Ciebie szkoda by mi nie było jakby Ciem coś tam na dole pożarło.

Lüthir: Szpicowana dzierlatka... Gdyby tak jeszcze poprosiła, ale nie! Lüthirem trza pomiatać. Jeszcze to się na tobie odegra, zobaczysz, białowłosa...
- Twierdzisz, że nie przejdę tam? Tak sądzisz, diablęciu? No to słuchajta mnie. - Lüthir strzepnął pył ze swojego zielonego stroju, przejechał dłońmi po włosach i przekrzywił kark. Dało się usłyszeć ciche *chrup*. - Ja się nie boję. A przynajmniej nie jakiegoś mościku przy skałce. Phi! Zakopana Wioska. Taka zakopana, a niby jak tu wysoko?
Po tym zdaniu rozglądnął się wokół. Po podłożu, suficie, następnie dokładnie obbadał barierkę i chwycił się jej. Gdy nią potrząsnął, tabuny kurzu, pyłu i zardzewiałych kawałków metalu pofrunęły ku Wiosce. Cholera, to nie będzie łatwe.
Chwilę później zauważył wzrok Leny. Wyglądała, jakby czekała na jego najmniejsze potknięcie. A przynajmniej tak się mu zdawało.
- Dobra, rzuć mi potem oberżniętego miedziaka. Jak się będę wykrwawiał, chciałbym chociaż zobaczyć jakiś brzdęk! - Powiedziawszy to, skierował się ku stalowym kręgom drabinki.

- Sam by brzdęknął, Pani mu dopomóż - rzekł Zafon do siebie, patrząc jak Fey'Ri przymierza się do zejścia. - Patrzę na niego i już wiem, czemu wolę pracować sam... A myślałem że tylko te skurle z Pierwszej potrafią dobrać drużynę w barze...
- Myślisz, że daleko dojdzie? Może ma zamiar wbijać się tymi ostrzami w ścianę? - rzucił do Leny półgębkiem.

Ehh... Dobra, Lüthir. Skup się, skup się Lüthir! Ściana, płyty, deski i szmaty, metalowa barierka. Jakieś trzydzieści metrów do drabinki i ze sto w dół. Cholera...
Fey'Ri po raz kolejny obbadał okolicę, zatupał ciężkimi butami, by sprawdzić rozprzestrzeniający się dźwięk. Być może coś usłyszał, albo zdał sobie z czegoś sprawę. Niestety nikt nie potrafił się tego domyślić. Stał jak wryty, jednak chwilę później sięgnął do plecaka, z którego wyciągnął żelazne śruby i gwoździe. Wziął garść do ręki, a drugą cisnął z całej siły w jedną z blach. Ta osunęła się z hukiem i spadła w przepaść. Słychać było potężne chrupnięcie, jak gdyby na dole osunęły się żelazne pręty i... Przygniotły jakiegoś śmiałka.
Dobra, no to teraz sprawdzimy gdzie stąpać, a gdzie nie...
Lüthir rzucał wiele razy we wszelkie płyty jakie tylko widział, jedna trzecia z nich odpadła z równie głośnym i nieprzyjemnym dźwiękiem co wcześniejsze, jednak nadal nie był pewien co do faktu, iż przejście jest bezpieczne. Schował śruby i gwoździe do plecaka i sięgnął po czarno-zielone koraliki ukryte na jego dnie. Odwrócił się do towarzyszy, ci bacznie go obserwowali. Znów skierował wzrok ku płytom i deskom, pochylił się, podsunął koraliki do ust.
Na sfery! Weź ktoś spraw, żeby się udało!
Rzucił chmarą małych, szklanych kulek. Spadły one na dół oraz na wszelkie płyty leżące wokół. Rozsypały się one tu i tam, tworząc różnego rodzaju wzory. Na niektórych płytach były poukładane bardzo losowo, na innych skupiły się na wgnieceniach, które wcześniej zauważył.
Ha! No to teraz wiem, gdzie są pęknięcia! No! Aoskar!? Co tera!?
Lüthir powoli zaczął stąpać po żelaznych prętach i stalowych płytach oraz drewnianych deskach i szmatach. Nic wielkiego się nie stało, przeszedł całą długość odcinka bez najmniejszego zadrapania, a następnie usiadł za kręgach drabinki, głaszcząc swoje ostrza na rękach i nogach gładkimi dłońmi.
- No? Odebrało śpiewkę, diablę?! - Krzyknął z pogardą. - Chyba wiesz co zrobiłem? No to chodźcie tutaj tą drogą, jakże takie z was śmiałki. No? Pokażcie, że macie ogród!

Kiedy tak obserwujecie Lüthira, Zafonie i Leno, przed oczami staje Wam butelka z resztką płynu, którą fey'ri zakosił komuś w 'Guwernacie' i osuszył bez mrugnięcia okiem. Oczywistym staje się, że pierwotny właściciel czymś sobie tego bełta urozmaicił- w rzeczy samej, Lüthir wygląda i zachowuje się jakby widział coś, czego nie ma; szarpie barierkę, rzuca jakieś kamyczki na oddalone o zaledwie kilka stóp dachy lepianek i nasłuchuje, jakby leciały w jakąś przepaść... Ten tekst o moście, skałce i Zakopanej Wiosce bynajmniej nie wyprowadza Was z tego wrażenia. Nieoczekiwanie Lüthir zamiast zejść po drabince skacze na dach najbliższej chatki! Trzęsie się ona jak galareta, łoskocząc, blacha dachu wygina się, ale on w porę zeskakuje na dno kanału. Przysiada na jego dnie z błotnistym mlaśnięciem i patrzy na Was wyzywająco, krzycząc. Stoicie u szczytu drabinki pięć metrów powyżej i patrzycie na niego z konsternacją. A potem po sobie, z minami, z których zdolny obserwator mógłby wyczytać sporo. Ostatecznie, jednocześnie westchnąwszy, bez najmniejszego problemu schodzicie tych paręnaście szczebli po drabince i dołączacie do Lüthira.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 6:41 pm  

Rozdział Pierwszy
Droga w dół

Po zejściu na dno nieczynnego kanału, Leno i Zafonie, w którym położone są Budy, orientujecie się, że jest ono pokryte czarną mazią przypominającą błoto. Zapach jednak daje Wam do zrozumienia, że błoto jest co najwyżej jednym z wielu elementów składu jejże. I to w niewielkim stężeniu. Zapadliście się w niej prawie po kostki, zaś Lüthir siedzi w tym czymś patrząc na Was dumnie i wyzywająco.
Wokoło panuje cień; dobiega was skrzypienie blach, wrzask jakiegoś dziecka, chrapanie. Tuż obok Was, po lewej, brudna szmata zasłania wejście do lepianki, słyszycie za nią jakieś gniewne sapanie. Na wprost ciągnie się korytarz- uliczka, wąskie przejście między rozlatującymi się konstrukcjami. Podobne przejścia biegną w prawo i lewo, wzdłuż ściany kanału a zabudową Bud- w tych widać odrobinę światła dnia przedostającego się między pokryciami dachów, a murem. 'Uliczka' na wprost jest ciemnicą przypominającą tunel, gdyż dachy koślawych lepianek zetknęły się nad nią. Gdzieś dalej, w jej głębi, mrok rozświetla blask ognia. Zaraz po prawej stronie tego przejścia, w ciemnej dziurze, która chyba jest wejściem do kolejnej chaty, majaczy brudna, wychudzona buzia i przyglądające się Wam, szeroko otwarte, żółte oczy alubiesiego dzieciaka.

Lena zeszła na dół, po drodze oczywiście wyzywając pod nosem. Padły między innymi słowa "szpicowany", "Lüthir" oraz "kozie dupsko". Nie ważne w jakiej kolejności, każdy mógł się tego domyśleć.
Syf na górze był niczym w porównaniu z tym, na czym teraz przyszło diabelstwu nogę postawić. Kobieta jednak przyzwyczaiła się do tego, że jak ktoś ma się wpakować w największe gówno, to zawsze wypadnie na nią. Tym razem, niestety, nie była to metafora...
-Świetnie, Lüthir. Nie mogłeś zacisnąć zwieracza albo chociaż znaleźć sobie jakieś intymne miejsce i tam załatwiać potrzeby?- zaśmiała się, szczerząc wesoło kły do kucającego szaleńca- Oj, coś mi się wydaje Zafon, że będziemy mieć z nim ciężko... No nic. Ruszajmy, zwiedźmy to śmietnisko.- kobieta wzruszyła ramionami i zaczęła wyciągać stopy z klejącej się brei.

- Oj, i to jeszcze jak...
Zafon rozejrzał się, czy koniecznie trzeba skurlić się aż tak, by iść tym szlamem. Dobrze chociaż, że barierka była względnie czysta...
- Nie sądziłem, że tyle narodu może robić pod siebie w jednym miejscu. No, to szukajmy tej Wioski. Kto prowadzi, wesoła kompanio? - Ostatnie słowa Zafon niemalże wypluł.

- Tym razem nie ja. Tfu! - Lüthir wypluł z obrzydzeniem kawałek zaszlamionego metalu, który wpadł mu do ust. Strzepnął z siebie wszelkie brudy i ekskrementy, a następnie sprawdził ekwipunek. Nic, na szczęście, nie było uszkodzone. - Dalej, białowłosa. Pokaż mi no tu diablę, ile śmiałka w twym ogrodzie, księżniczko. - Rzekł z pogardą.
Gówno, gówno. Wszędzie gówno i szlam! Co ja tutaj robię? Chyba lepiej będzie, jak wycofam się... Hej, kuuurde... Co ja plotę? Za skurla nie dam się temu Zafonowi i diablęciu. Za skurla!
Lüthir, po wyjściu z kupy śmieci, brudu, kału i innych odpadów, skierował swoje kroki w stronę towarzyszy.
Zafon, Krwawnik. O tia... Pewnie jakiś prawy anogfateta. Phi! Ale mi Kaduk. Pewnie siedział w barach i pił bełt za bełtem. I akurat wtedy trafił do "Guwernata". Markus musiał mieć nieźle narąbane w tyłku, by najmować takiego szczyla do... *Brudnej*! ...Roboty. Żeby tylko spróbował mi coś podłapać. Osz!... Nie daruję, wstrętny sferowiec. Pewnie z jakiejś praworządnej sfery.
Po dogonieniu towarzyszy, Lüthir wyjął z plecaka czarną szmatę i zaczął nią wycierać całe swoje ciało. Zacząwszy od twarzy, włosów i rąk, skończywszy na ubraniu i plecaku. Następnie wyrzucił ścierkę i poklaskał dłońmi, by Lena zwróciła na niego swą uwagę.
- Tie, diablę. - Ta odwróciła nieco głowę w jego kierunku, nadstawiając ucha i patrząc się a to przed siebie, a to na Zafona. Czarci pomiot. Rzygowiny biesa. Sfero-obsmarkana. Pewnie matka została zgwałcona przez jakiegoś natarczywego pana ze sfer niższych, a ona poczęła się z przypadku. Hiah! Białe jak śnieg włosy i odkryte ciałko. Pewnie puszczała się na ulicach Ula. - Skąd pochodzisz? W ogóle skąd się wzięłaś, co? Założę się, że... - W tej chwili chciał on powiedzieć to, co przed chwilą przyszło mu na myśl, jednak powstrzymał się. - ...Że zawsze babrasz się w takim gównie.
Skurla...

Lena: Kobieta w momencie czerwienieje na twarzy. Wyciąga naręczne sztylety, starannie wypucowane- choć mało efektywne, to jednak lśniące.
Podchodzi pewnym krokiem bliżej Lüthira i przesuwa ostrzem po jego twarzy, gdy ten tylko na chwilę odwróci uwagę.
Warczy przez zęby:
-Nic ci do tego zapchlona kupo łajna skond pochodze i co robie!!!- diabelstwo dyszy ze złości- Może sam się pochwalisz, szmatławcu coś osiągnoł, co? O co siem chciałeś założyć? Bo ja mogem o to, że zaraz ci skopie dupsko, wścibski obesrańcu!
Odstępuje na krok od mężczyzny, patrzy na niego spode łba.

- Niespełnione dzieciństwo, czy jak? - Wyszydził Lüthir. Zapewne ucieszony z faktu, iż mógł odnaleźć słaby punkt Leny. Słaby punkt, który mógł wykorzystywać w każdej rozmowie. Lub zostawić sobie na deser... - O co się chciał z panienką założyć? Hmm... No czy ja wiem? Spójrz na mnie i porównaj ze sobą. Nie żeby mi chodziło o fakt, że mam dostojniejsze wdzianko z Lim-Lima, o nie. - Spojrzał jej w oczy, jak gdyby ogień podsycał w niej co raz bardziej, nie dając ani chwili na odpowiedź, znów ciągnąc śpiewkę. - Niezłe te sztylety, skąd je masz? Zabrałaś komuś? W jakiej sytuacji, hę? Nie wyglądają na kobiece.
Hmm... O tak, chyba mam to. Chyba tak...

Zafon nie przerywał im rozmowy - po pierwsze, mógłby w ten sposób uniemożliwić rozwój prawidłowych, przyjacielskich i pełnych zaufania więzi w drużynie, a po drugie... odebrać obojgu satysfakcję z dogadania drugiemu. A tak mógł podsłuchać co nieco i przyswoić sobie nowe formy ubliżania.
- Lüthir - rzucił jednak w końcu. - Wiesz, na cień Pani ukochani tobie zapewne, gdzie jest ta skurlona wioska? Wybacz że przeszkadzam, odpowiesz mi i możesz wracać do rozmowy.

Lüthir: - Huh? - Odparł, odwracając się od zaczerwienionej Leny. - Wioska? Eee... Z tego co pamiętam, a słabą mam pamięć, to było... - Lüthir pobłądził palcem po wszędobylskich rurach i wyjściach. - To chyba tam. - Wskazał na zardzewiały korytarz po prawej. - W każdym razie, stamtąd śmierdzi mi trupami. Ahh, ten piękny zapach zgnilizny, płynu do balsamowania, banda... - Wnet spostrzegł coraz to dogłębniejszy wzrok Leny. - Eee... No więc? Skąd te ostrza, panienko?

Rozmawiając, podążacie za przewodnictwem Lüthira w przejście po prawej, wąską przestrzeń między murem kanału, a zardzewiałą ścianką lepianki. Tylko Lena mieści się w nim bez konieczności obracania się na wpół bokiem. Po kilku metrach docieracie do czegoś w kształcie krytego gęstą, metalową siatką malusieńkiego podwórka; już wiecie, skąd smród trupów- w ścianie kanału widnieje zionący nim, okrągły, zakratowany otwór, najprawdopodobniej ściek. U jego dolnej krawędzi zainstalowane jest coś w rodzaju rynienki, z której powoli kapie żółtawa ciecz, chwytana skrzętnie do poczerniałego dzbanka przez jakiegoś łachmaniarza; w kolejce za nim stoi trójka garbatych, wykoślawionych, owiniętych w brudne łachy skurli z własnymi naczyniami. Nie zwracają na Was najmniejszej uwagi.
Troje 'drzwi' widnieje w trzech ścianach otaczających tą przestrzeń- te naprzeciwko i te obok Was, tuż obok przejścia z którego się wydostaliście, zakryte są szmatami. W ścianie na lewo- czyli naprzeciw ściekowego otworu- większa dziura, niby brama, prowadzi do jakiegoś obszerniejszego, przypominającego salę pomieszczenia, w którym migocze ogień.

Lena rusza w stronę przejścia, a idąc odpowiada już spokojniej towarzyszowi.
Opada z niej nienawiść i gniew, pozostaje jedynie żal.
-Ja... dostałam je od brata- zaczyna powoli, jakby ważąc każde słowo- Nie myśl sobie, że siem rozkleję. Tylko... niełatwo mi o tym gadać, wienc daruj sobie zapchlony kmiocie uwagi i drwiny!- jej ton pod koniec przybiera na mocy.
Eh, czego ten skurl się na mnie uwzioł...- myśli, wydając tym samym z siebie ciche westchnięcie.

Lüthir: - Od... Brata? Phmf... - Chrząknął, jednak nie wyglądało na to, by chciał ją obrazić. - Powrócimy do tego, siostrzyczko. - O tak, powrócimy. Powrócimy, do twojego ogródka, gdy jeszcze rosnął i kształtował się. O tak, o tak...
Fey'Ri zatrzymał się w miejscu i odwrócił głowę ku łachmaniarzom. Zdawało się, że usłyszał coś. Coś, czego usłyszeć nie chciał.
- Hejta, stać. - Na te słowa towarzysze uformowali mały szyk, jak gdyby wyprzedzali słowa Lüthira, a te były donośne. - Widziszta ich? Coś nie podoba mi się ich ogród. Te, Półłeb, nawet nie podchodź tam. *Nie* obbadamy tych gości. Słyszysz pewnie Zafon te ich metalki? No, to słyszysz pewnie, że to więcej niż jeden metal? - Wyprostował się, a następnie przerzucił plecak przez ramię. Odpiął guzik, po czym w jego rękach ukazał się około 25-centymetrowy harpun. Duży i szeroki kawałek platyny. Kij, po którego bokach widać ostre i pozwijane ze sobą ostrza i wypustki. Najpewniej był to harpun na małe ryby, jednak w tej chwili wyglądał na broń. Toporną broń, ciężką i toporną.
Lüthir stanął w rozkroku, z harpunem w prawej ręce, która była wyciągnięta wysoko w prawo, oznajmniając, że nie jest on byle typkiem, który od tak sobie przyszedł w to miejsce.
Myślita, żeście tacy cwani, hię? Patrzcie na to, tego żeście jeszcze nie widzieli. A niech mi tylko tu jeden podejdzie, to go zatrupię na miejscu tak, że będą się zastanawiać, czy to nie Pani was tak urządziła. W tej chwili Fey'Ri lewą ręką zakreślił nad swoim sercem półokrąg.
Wszyscy łachmaniarze patrzyli się na niego spode łba, jak gdyby byli pogrążeni we własnych sprawach. Jednak najwidoczniej nie byli...

Lena: -Czyś Ty zdurniał, jembecylu?!- diabelstwo rzuca się w stronę Lüthira i zaciska dłoń na jego nadgarstku- Może by tak najpierw zagadać, a nie od razu do gardeł se skakac, tia?
Patrzy wymownie na towarzysza, po czym odwraca głowę w stronę Zafona.
-Co Ty na to, koleżko? Pogadamy sobie z nimi?- uśmiecha się szeroko.

Na widok Lüthira zamierzającego się harpunem, łachmaniarze nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ożywają. Ten najbliżej rzuca w Was dzban obryzgując drużynę ową ohydną, zbieraną weń cieczą, po czym daje nura za szmatę w ściance naprzeciwko, skąd dobiega huk, jakby przewróciła się półka pełna żelaznych rondli; pozostała trójka, skowycząc i kulejąc, znika w mrokach owej sali, z której dobiega blask ognia. Wybucha w niej zamieszania, słyszycie potępieńcze wrzaski, widzicie cienie biegające to w tę, to wewtę... Byłoby to wszystko dość komiczne, gdyby nie było takie żałosne.
Dzban, którym rzucił ten biedny skurl, uderzył Lüthira w ramię, skutkiem czego większość plugastwa wylądowała na włosach, twarzy i dekolcie Leny, a i Zafonowi nieco się dostało. Fey'ri wyszedł bez szwanku.
Leno, nic nie widzisz, oczy straszliwie Cię pieką, zaczynasz tez odczuwać nieprzyjemne, piekące swędzenie oblanej paskudztwem skóry. Nie wspomnę nawet niemal zwalającego z nóg smrodu, który zaczęłaś wydzielać.
Zafonie, do ciebie pomniejsza ilość płynu dotarła w momencie, gdy odwracałeś głowę, teraz masz jej pełne swe prawe ucho, które Cię piec i swędzieć.
Lüthir patrzy odwraca się w Waszą stronę z nieodgadnionym wyrazem twarzy i harpunem w dłoni; znienacka jego ciało wygina się do tyłu, po czym z gardła, zaraz po obrzydliwym charkocie, wystrzeliwuje strumień wymiotów. Fey'ri zatacza się i, głową do przodu, nurkuje przez szmatę w drzwi obok Was. Słyszycie huk i zgrzyt metalu, ściana z drzwiami wykrzywia się i 'wyskakuje' ze swojego miejsca w konstrukcji, daszek nad nią zaś na wpół zapada się do środka; z każdej szpary lepianki wystrzeliwuje chmura kurzu. Wszystko to dzieje się dosłownie w przeciągu kilku sekund, z czego Lena nie widzi nic, a jeno słyszy, Zafon zaś zostaje owym kurzem oślepiony na swoje wiecznie otwarte oko.
Chmura powoli opada. Powoli, łzawiąc, Zafon odzyskuje wzrok. Lena, pokryta cieczą oblepioną kurzem, wygląda strasznie; przyciska do oczu wnętrza dłoni, spod których spływają łzy. Lüthira nie widać, daszek konstrukcji zawisł nad nim na wysokości połowy drzwi, a on sam znajduje się gdzieś w chmurze kurzu i kupie połamanych desek wewnątrz tego bajzlu.
Zafonie, odruchowo sięgasz po bukłak, niestety okazuje się, że go nie napełniłeś. Przed oczami staje Ci plecak Lüthira.

Zafon
obraca się nagle do tyłu, prawa ręka w mgnieniu oka sięga za pas z nożami. Spogląda przez ramię, by krzyknąć na towarzyszy...
Zauważa ze zgrozą, jak Fey'Ri podnosi broń. Na szmaciarzy. Toż to stworzenie chyba rozumu nie ma...!
Świst!
Dzbanek przeszywa powietrze.
Brzdęk!
Lüthir obrywa naczyniem.
Chlup!
Obrzydliwy płyn leje się; Zafon odruchowo obraca głowę - wnet ucho wypełnia się piekącym bólem, którego nijak się pozbyć... Bukłak!...pusty! Do bólu dochodzi gniew na brak wody - i gniew na Lüthira, który wplątał ich w zdrowy burdel. A tam...
Nagle przed oczami widzi plecak. Plecak Fey'Ri.
Kopniak wycelowany jest w zgięcie kolan. Nóż zmierza w kierunku szyi. Jeśli dobrze pójdzie, Lüthir powinien znaleźć się na kolanach, z ostrzem na gardle, by odpowiedzieć na pytanie: "Masz wodę, skurlu?"

Gdy tylko Lena zdążyła dokończyć zdanie, w stronę drużyny leciał już dzban. Dzban pełen paskudztwa rodem z piekieł.
-Aaaghh...- zawrzeszczała, gdy jakiś płyn wylądował na jej twarzy- Co to, jakiś sos?!- krzycząc, kobieta tarła oczy dłońmi, próbując zmazać ciecz. Pomimo tego, że pozbyła się płynu, pozostało pieczenie, cholerne szczypanie jakby ktoś zasypał jej oczy pieprzem.
Co siem dzieje...?! Nic nie widze!!! Co to? Ktoś rzyga? Nie no, tego jeszcze nie było. Agh! Kiedy to cholerstwo przestanie szczypać!
Kobieta odrywa dłonie od oczu, nie otwierając ich jednak. Zalewa się łzami, które nie pomagają zbyt wiele w oczyszczeniu spojówek.
Łapie się za szyję, dotyka dekoltu, ale szybko odsuwa ręce, gdyż skóra stała się bardzo wrażliwa. Dookoła szum, dezorientacja.
Ból ustępuje miejsca zdenerwowaniu.
-Zabije tego trepa! Zabije jak psa!- wrzasnęła, zaciskając powieki.

Lüthir: - Skurlone trepy!... - Wrzeszczał Fey'Ri, wycierając się z pyłu i kurzu, na klęczkach, jedynie z harpunem w dłoniach. - Mówiłem... Cholera, mówiłem!...
Lüthir słyszał jedynie głośny szum, który pozostał po tym, jak deski i cały ten złom spadły na niego z hukiem. Metalowy pręt uderzył go w głowę, pozostawiając natychmiastowo wielki, czerwony guz, był on jednak przykryty na tyle jego włosami, że nie prawie go nie czuł.
Chwilę później wygrzebał się spod szmat i metali, by ujrzeć biegnącego w jego stronę Zafona, wściekłego i złego.
- Masz wodę, skurlu?! - Niestety, Fey'Ri tego nie słyszał, gdyż nadal był nieco oszołomiony. - Słyszysz?! Obudź się! - Oczy zaczęły zmieniać kolory, z czarnego na biały, potem turkusowy, czerwony i granatowy. W końcu wróciły do swej niebieskiej, właściwej formy, a Lüthir znów słyszał, tak przynajmniej mu się zdawało. - Masz wodę?! - Wrzeszczał Półłeb, jego lewe oko bez powieki było całe czerwone, a z kącików wyciekała brązowa farba.
- Jaa... Uch... Podejdź tu... Dam ci... - Mówił, powracając do pełni sił. Gdy tylko Zafon zbliżył się, Lüthir poczęstował go splunięciem czysto-szklistą śliną, która najpierw spowodowała jeszcze większe pieczenie, jednak chwilę później zmyła cały płyn. - Miło? To teraz mnie stąd wyciągaj, zanim te trepy wrócą! - Krzyczał, podając towarzyszowi rękę, a w drugą starając się rozwalić metal przytrzymujący mu nogę pod gruzem.

- Ty skurlu... Nie zasłużyłeś... - wysapał wściekły Zafon, rękami i nogami odkopując Lüthira z gruzu, wciąż jednak niepokojąc się o Lenę, skurli w zaułku i... alejkę. W międzyczasie *przypadkiem* nadepnął Lüthirowi to na rękę, to na wystające z nóg ostrza.
- Lena! - krzyknął przez ramię. - Masz czym spłukać to ścierwo?

Ślina Lüthira, choć rzeczywiście czystsza niż ciecz ze ścieku, zawierała jeszcze dość żółci z jego żołądka, by oko zapiekło Zafona nawet bardziej. Ale przynajmniej wypłukała kurz.
Z potwornym zgrzytem, jakby wydając ostatnie tchnienie, lepianka składa się niemalże jak przysłowiowy domek z kart; opiera się o ścianę kanału, zamykając za Wami przejście którym tu weszliście, tylna ściana cofa się i rozkłada niemal na płask zabierając ze sobą dach. Z drugiej strony słyszycie czyjś krzyk i charkot, ewidentnie agonalny, pękające drewno i glinę. Wszystko nieruchomieje. Pod stojącą jeszcze ścianka chatki, stojącą chyba tylko dlatego, że jest przytrzymywana konstrukcją sąsiadującej lepianki, odsłonięte 'cofającym się' dachem stoją trzy dzbany. Zafon, sprawdzasz je ostrożnie, podczas gdy Lüthir wygrzebuje się spod szczątków. Dwa są pełne jakiegoś plugastwa, trzeci zawiera coś w rodzaju drucianego trójnoga z zainstalowanym szmacianym, pożółkłym filtrem. Chyba służył do oczyszczania cieczy ze ścieku, bo na dnie dzbana chlupoczą może dwie szklanki, wciąż nie do końca przezroczystej i niemiło pachnącej, ale wody. Podajesz dzban Lenie i rozglądasz się po gruzach, nic ciekawego nie dostrzegając do momentu, kiedy Lüthir nie wstaje. W miejscu, gdzie siedział, spod połamanych desek i blachy, która mogła robić za działową ściankę, wystają dwie nieruchome, malutkie nóżki, zakończone maleńkimi szponami. Fey'ri patrzy na nie z niewyraźną miną.
Stoicie tak pośród zniszczenia i kompletnej ciszy. Macie wrażenie, że Budy wokół opustoszały- wszystkie te biedne stworzenia, które chciały po prostu zdechnąć w spokoju więc uciekły tam, gdzie nikt by ich nie niepokoił, nawiały jak najdalej od Was się dało.

Lüthir siedział w miejscu, wgapiony w nieprzytomne, lub martwe, szczątki jakiegoś człowieka, którego także pogrzebały gruzy.
- Hee-ee! Wyłaź stamtąd, trepie. - Rzekł, ciało jednak nadal było sztywne i nieruchome. Fey'Ri zaczął je szturchać gładką powierzchnią harpuna.
Gdzie mój plecak? Rozglądnął się po zasypanej okolicy, wnet zauważył zawalone przejście, którym przed chwilą się tutaj dostał wraz z innymi. To by było na tyle z nagrody od Markusa, nosz cholera... Gdy tylko zauważył swój plecak, podczołgał się do niego, a następnie wstał i zawiesił go na ramię.
- No? Co się tak gapicie? Myśliszta, że gdybym nie wyjął harpuna, nic by się nie stało, hę? Łachmaniarze z *przygotowanymi* garncami gówna by nas nim nie obrzucili, hie? No, teraz jest czas na obbadanie. No, białowłosa, bierz tego cwaniaczka. Twoja kolej.

- Sprawdźcie chałupy, ja zaraz wracam - wycedził przez zęby wściekły Zafon. Skierował się w stronę ciasnej alejki, którą tu weszli, po drodze sprzedając czołgającemu się Lüthirowi kopa w zęby.
- Leno, osłaniaj mi plecy.
Wyciągnął zza pasa dłuższy nóż lewą ręką, zdrową zaś trzymał z tyłu, w pobliżu krótszych ostrzy, gotowy na spotkanie tego czegoś...

Lena wzięła od mężczyzny dzban i przemyła oczy, szyję oraz dekolt. Od razu lepiej.
Dopiero teraz była w stanie zobaczyć, co się właściwie stało. Zawalona chata, kupa gruzu, pyłu i nie wiadomo czego jeszcze.
Leno, osłaniaj mi plecy
No, wreszcie jakiś konkret w tym całym zamieszaniu.
Kobieta wyciągnęła sztylety, stanęła tyłem do pleców Zafona i zaczęła powoli iść za nim, rozglądając się czujnie.
Zerknęła na Lüthira, który stał sobie cały uwalony kurzem i pyłem.
-Nic Ci nie jest? Wyglądasz, jakbyś się wyczołgał z jakieś krypty.

Leno, tak jak i na uchu Zafona, na Twej twarzy i dekolcie pojawia się brzydka fioletowa wysypka. Lüthir, sprawdzasz bliżej nóżki zmiażdżonego dziecka i kamień spada Ci z serca, kiedy wyciągasz jedną z małych kończyn z gruzu- na drugim końcu przebita jest hakiem, jakiego używa się do wędzenia. Podobnie druga. Prawdopodobnie poszukawszy znalazłbyś i rączkę, a wszystko to tylko czyjeś zapasy. Zafon, jedna ze ścian rozjeżdżającej się lepianki oparła się o ścianę kanału zatarasowując przejście, którym się tu wcisnęliście; to znaczy, gwoli ścisłości, możecie nim wrócić, ale brodząc na czworaka w szlamie pokrywającym dno kanału. Na upartego możecie też całą tą ściankę dokumentnie rozpieprzyć, co zajmie ze dwadzieścia minut. Kiedy zaglądasz w niski, trójkątny tunelik który ściany chatki i kanału utworzyły, nie widzisz nic interesującego. Najwyraźniej trza ruszać w przód, nie do tyłu.

Zafon: - Ech, mniejsza, wydawało mi się, źe coś widziałem. Sprawdżmy więc, skoro nie moźemy wrócić, jakie cienie kryje ta bram po lewej. Lüthir, zostaw to słodziutkie dzieciątko i prowadź.
Zafon mówił spokojnie, niemalźe beztrosko, jednak cięźko było nie zauważyć, iż strup na twarzy napiął się niemożliwie. Coś siedzi nam na plecach, a my leziemy po rupach dzieci... Słodko. Pani nam w Bólu wynagrodzi.

Zafon, przez wzgląd na minę Lüthira po otrzymanym kopniaka, zdradzasz sporo zdrowego rozsądku puszczając go przodem, nie zaś za swymi plecami. Z drugiej strony przydałoby się kogoś w końcu przepytać, a spojrzenie fey'ri jasno mówi, że jeśli nie odbije sobie zniewagi na Tobie, zrobi na to pierwszym biednym skurlu który mu podpadnie. Poprzedzani przez Lüthira, wchodzicie do ciemnej sali. Jest szczelnie zadaszona, z wyjątkiem okrągłej, niewielkiej dziury nad rzucającym nikły blask paleniskiem. I jest spora, dużo większa, niż się z zewnątrz wydawała; dach podpiera kilka drewnianych belek i metalowych szyn.
Porozrzucane wokół łachmany i kilka smażących się nad ogniem szczurów nabitych na druty sugerują, że uciekło stąd co najmniej kilka osób. W ścianach wschodniej i zachodniej widnieje po kilka par drzwi, zwyczajowo przesłoniętych szmatami. W najdalszej, północnej, spora brama prowadzi na coś w kształcie targowiska bez towarów. Stragany zostały ciasno zgromadzone, tak, że ich daszki niemal szczelnie się połączyły. Nikłe światło sigilijskiego nieba sączy się przez szpary. Pobieżnie zaglądacie za szmatę lub dwie po drodze, i stwierdziwszy, że nie kryją one nic poza zatęchłymi gniazdami- bo ciężko to nazwać mieszkaniami, choćby maleńkimi- kierujecie się w stronę owego labiryntu straganów.
Blaty opustoszałego targowiska pokryte są śmieciem i brudnymi łachami. Tu i ówdzie płonie mała łojowa świeczuszka. Gdzieniegdzie między słupkami poprzeciągano sznurki, na nich zaś zawieszono szmaty; domyślacie się, że to miejsce było jakiegoś rodzaju noclegownią, a owe szmaciane przepierzenia dawały zalegującym tu absolutne minimum prywatności. Im bardziej zagłębiacie się w to miejsce, tym więcej napotykacie tutejszych mieszkańców; nie wygląda jednak na to, by rozmowa z nimi miała jakiś sens. Mijając ich, odwracacie obojętne spojrzenia od umierających, zaparchaconych, rzężących ciał zawiniętych w brudne łachy i zalegających w zakamarkach 'targowiska'. Większość nie zwraca na Was uwagi, niektórzy jednak kulą się bardziej w sobie i odprowadzają Was zatrwożonymi spojrzeniami kaprawych oczu. Las słupków ciągnie się kilkanaście metrów w każdym kierunku, tak daleko jak sięgacie wzrokiem i jak sięgać pozwalają wiszące szmaty. W pewnym momencie, w przestrzale między nimi, kilkanaście metrów od Was w kierunku zachodnim, gdzie kolejna uliczka wychodzi na targowisko, widzicie grupkę łachmaniarzy nad ciałem; najwyraźniej każdy chce trupa dla siebie, tudzież ma inny pomysł gdzie go zabrać, bo ciągną go naraz w kilku kierunkach, niektórzy się przy tym niemal przewracając, inni ich biją i próbują wykorzystać ich chwilową niemoc by pociągnąć biedne zwłoki w kierunku swojego widzimisię; i tak w kółko.
W tejże chwili Lüthir lekko się zatacza i opiera o blat straganu. Zbladł jak papier, nogi się pod nim lekko uginają. Już nawet nie patrzy na Zafona z nienawiścią, oczy mu się zamgliły, spojrzenie na niczym się nie skupia; zdaje się, że to już ciężkie ostatki działania 'niespodzianki z butelki'.
Zafon, patrzysz pytająco na Lenę i w tym momencie, tuż za jej plecami, między szmatami miga Ci znajomy żółty błysk. Lena tymczasem wyciąga rękę wskazując towarzystwo znad trupa- z uliczki za nimi wychodzi dwóch starych, ale dość prosto trzymających się osobników. Kilkoma kopniakami rozpędzają 'walczących' o ciało skurli i szybko, z zawodową zręcznością, przeszukują trupa. Następnie z wprawą biorą go pod ręce i gdzieś ciągną. Znacie te ruchy, w zaułkach Ula widzieliście je niejednokrotnie- Zbieracze.

-Eh, biedne skurle...- mruczy do siebie Lena mijając mieszkańców.
Po chwili marszu dostrzega grupkę mężczyzn, którzy pastwią się nad ciałem. Nie ma w tym nic dziwnego, ot, taka "dzielnica".
Podczas swoich przechadzek po Ulu kobieta natrafiała na gorsze rzeczy niż brak szacunku do zmarłych.
Lüthir zaczyna się osuwać, toteż Lena zerknęła na Zafona i z zamiarem udzielenia słabemu towarzyszowi pomocy postanowiła doń podejść, i umożliwić mu złapanie równowagi poprzez przytrzymanie go.
Jednakże w ostatniej chwili, gdy ta już wykonywała krok w stronę Lüthira, wyciągając do niego rękę, coś przykuło jej uwagę.
Jakiś zarys... dwie postacie przemykające w uliczce nieopodal.
Kobieta wyciągniętą rękę kieruje w rzeczoną stronę i szepcze:
-Chłopaki! Ktoś tu idzie...
Następnie cała trójka obserwuje poczynania przybyłych mężczyzn. Gdy Ci zdążyli się już oporządzić z ciałem, Lena wpada na pomysł.
-Słuchajcie, a jakby tak ich troche pośledzić? Trza by skumać gdzie majom leże... i kto im daje brzdęk.- patrzy wymownie na towarzyszy.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 6:53 pm  

Żółty błysk.
- Co... Tak, idźmy za nimi... Lüthir prowadzi, ja na końcu - odpowiedział kobiecie Zafon grobowym głosem. Pomaga Fey'Ri wstać i pcha go na prowadzenie.
Zafon bardzo mocno zastanawia się, czy nie można by im *pomóc* w spowiedzi, na przykład poprzez przypalenie boku. W końcu kim ma być ten Tunelowiec, jeśli nie Zbieraczem? Raczej nie takim skurlem, jak ten łachmaniarz obok - mówiąc to, trącił kłąb kończyn i szmat. W zasadzie...
- Leno - rzucił nie za głośno - obserwuj tamtych dwóch, ciekawe gdzie nas zaprowadzą, ja zaraz dołączę.
Przeszedł kilka kroków i wybrał sobie łachmaniarza, który wydawał się najbardziej rozumnym.
- Ej, ty - rzekł, nachylając się, z jedną ręką za plecami. - Szukam Tunelowca. Gdzie go znajdę? Wyraźnie, proszę - dodał, wyciągając zza pasa nóż.

Lüthir, patrząc przez mgłę na Zafona, próbującego wyciągnąć informacje od jednego z biedaków, zataczał się wokół, coraz bardziej tracił równowagę, a Lena coraz częściej była zmuszona mu pomagać iść prosto.
- Uch... Ludzie, nie... Ja... Nie idę przodem... *Urlgh*! - Wydał z siebie ciężki, gardłowy dźwięk, a chwilę potem z jego ust wypłynęła szaro-żółta, gęsta ciecz. Najprawdopodobniej wypłukał z żołądka wszelkie płyny, prócz kwasów trawiennych, mimo to, nadal kręciło mu się w głowie.
Cholera... Na moce... Czym był ten bełt?...
Klęknął na ziemi, przed swoimi rzygowinami. Zorientował się, iż właśnie zwymiotował na przygarbionego, złożonego w kłębek zbieracza. Był on pogrążony we śnie, nie zdawał się zauważyć tego, że właśnie ktoś go obrzucił swym wczorajszym posiłkiem i mnóstwem bełta, prosto z żołądka.
Ajajajj... Biedny trep...
- Uch... Dobra... - Wyjąkał do towarzyszy. - Półłeb, wypackaj coś od tego... Tego trepa, prowadzisz ty... Przynajmniej do czasu, gdy... - Znów nawiedził go odruch wymiotny, tym razem jednak nic go nie ruszyło prócz tego. - ...Do czasu, gdy mi nie przejdzie, uch...

Zafon, alubies do którego się odezwałeś, stary i pomarszczony jak suszona śliwka (i o podobnym kolorze skóry), wyglądał na nieprzytomnego i takimż wzrokiem wodził po sąsiednich straganach. Na widok noża jednakowoż niezwykle szybko zyskał nieco koncentracji
- Ja.. Ten.. Tego.. Dziupla Zbieraczy- Wykrztusił machając ręką w kierunku w którym widzieliście zajście nad zwłokami- Tamój.. Nie wiedzu dokładniu..- Nie mówi już nic, tylko wpatruje się w ostrze jak zahipnotyzowany
Leno, obserwując odchodzących Zbieraczy doszłaś już na róg 'uliczki' w którą ruszyli. Jest ona dość szeroka, więc transport ciała idzie im sprawnie. Po prawdzie, to jeżeli chłopaki zaraz się nie ruszą, a chcesz dalej śledzić staruchów, będziecie musieli się rozdzielić- już odbili na dobre dwadzieścia metrów, a dalej przejście albo się rozwidla, albo kończy- z tego co stąd widzisz, nie wygląda, żeby ciągnęło się dalej prosto.
Lüthir, wyrzygałeś już chyba wszystko. Choć targają Tobą jeszcze odruchy wymiotne, zaczynasz wreszcie czuć się normalnie. I BARDZO chce Ci się pić.

- Dzięki - wycedził Zafon, po czym jednocześnie wstał i schował nóż, zostawiając tego półtrupa bez szwanku. Szybko nadgonił Lenę i Lüthira.
- Gonimy tych Zbieraczy - rzucił z satysfakcją grającą na bliźnie. - Tego skurla musimy wziąć w środek - wskazał głową na Fey'Ri. - Musimy ich dogonić, Tunelowiec podobno znajdzie się w leżu Zbieraczy.

-Pójde pierwsza- powiedziała Lena, jako, że była najbliżej wejścia. Zaczęła cicho, ale szybko i sprytnie skradać się za Zbieraczami.
Wszyscy idą w końcu w głąb uliczki, Lüthir sobie z tyłu pobekuje. W miarę tego skradania, gdy uliczka zaczyna wyglądać dziwnie- ni to zakręt, ni to rozwidlenie- Lena zaczyna mamrotać pod nosem mantrę:
-Zakręt, zakręt... prosze, żeby to był zakręt...- dobrze wie, że jeśli tu jest rozwidlenie, to pozostaje strzelać w którą uliczkę weszli, albo się rozdzielić. Tak czy siak, byłoby to najmniej korzystne wyjście, jednakże jaka przygoda!
Tak więc Lena daje z trepa z nadzieją na najlepsze.

Rzeczywiście, uliczka którą podążacie rozwidla się na końcu w kształcie litery Y. Widzieliście jednak, że zbieracze skręcili w lewo. Kiedy mijacie prawą odnogę, widzicie, że ciągnie się ona dalej pod otwartym niebem, ta zaś, w którą musicie podążyć, znika wewnątrz kolejnej krytej dachem sali. Przekradacie się przez nią do wyjścia po przeciwnej stronie; jesteście już tak blisko Zbieraczy, że brudna kotara przesłaniająca przejście jeszcze się kołysze po tym, jak przez nie przeszli. Pod ścianą po lewej, odprowadzając Was nienawistnym spojrzeniem, siedzi jakaś na wpół obnażona kobieta karmiąca niemowlaka; pierś do którego przyssał się mały alubies jest mała i wysuszona, z sutka drugiej, nienaturalnie opuchniętej, sączy się ciemna ciecz. Pod przeciwną ścianą zalega stos na wpół połamanych beczek.
Wyglądacie za kotarę, i, kilka metrów dalej zaledwie, widzicie Zbieraczy znikających w sporych wrotach. Konstrukcja, do której prowadzą, jest największą samodzielną budowlą, jaką widzieliście w Budach; jest chyba nawet jest piętrowa, bo o dwukrotnie przewyższa okoliczne lepianki. Orientujecie się też, że stoi już na samej krawędzi przestrzeni pod otwartym niebem- dalej budy ciągną się w mrok pod ulicami Sigil. Budynek, do którego weszli Zbieracze oddzielony jest od pozostałych chat niezabudowanym pasem, szerokim na maksymalnie trzy metry. Po owym majdanie krąży sporo ludzkiego śmiecia, kilkuosobowe grupki stoją nad metalowymi beczkami, w których płonie ogień, kilkanaście zaś zadów przysiadło na grubych szynach- najwyraźniej służących za ławki- leżących pod ścianami budowli. Waszych uszu dobiega szwargot wielu głosów, smarknięcia, splunięcia i skrzypiący śmiech. Choć większość włóczących się w zasięgu wzroku ludzi i alubiesów to wciąż starzy, chorzy lub zabiedzeni (albo wszystko na raz), wyglądają klasę lepiej niż wszystko to, co do tej pory minęliście w zaułkach Bud. No, i jest ich przynajmniej kilkunastu.
Nad Sigil zaczyna zapadać wieczór.
("Określenie wymiarów obrazka nie było możliwe.")

- Kudłacz, lepiej w trzewiach? A nawet jak nie, trudno. I tak idziesz pierwszy. - Ton Zafona nie pozostawiał zbytnio możliwości sprzeciwu.
Rozglądał się chwilę po okolicy. Zbieracz nie chodzi bez noża, każdy to wie - atak "na Pierwszaka" wydawałsięzbyt ryzykownym, ze skacowanym skurlem w drużynie szczególnie.
- Mam nadzieję, że wpuszczą nas tam - rzekł po chwili, myśląc nad jakimś wybitnym fortelem. Może by sprzedać im śpiewkę, że Włochaty to szpieg Pani, który nadzoruje plany spalenia Bud...?
- W najgorszym razie sprzedamy Cię jako trupa - dodał z perfidnym uśmiechem na obliźnionej twarzy.
Zafon poprawił kaptur na swoim "półłbie", po czym zwrócił się do Leny:
- Schowajmy go za nami... Albo między nami, a my musimy ich przekonać. Pytamy wprost o tego skurla?

Lüthir: Mimo tego co powiedział Zafon, Fey'Ri szybko wstał, otworzył plecak, a następnie wyciągnął z niego harpun. Oglądnął go chwilę, obracając w rękach, jak gdyby z dumą. Towarzysze patrzyli się na niego, jak gdyby na wariata, ten zaś odgarnął tułany włosów za ucho, rzekł:
- Dobra, tym razem zrobimy to po mojemu. - Lüthir przekręcił głowę i zaczął iść w kierunku budynku. Po drodzę minął paru krwawników i innych chorych trepów. Gdy tylko znalazł się u drewnianych wrót pokrytych szmatami, odwrócił się do Leny i przemówił. - A tera patrzajta, białowłosa.
Stał chwilę niczym wryty, patrząc się na bramę w budynku, po czym natychmiastowo wziął głęboki oddech, zamach, i... I chwilę później, kawałek drzwi odpadł, odsłaniając część pomieszczenia w środku. Nie zważając na to co zauważył, Lüthir zaczął wyrąbywać sobie przejście ku wnętrzu struktury.

Lena przypatruje się poczynaniom towarzysza gdy ten wyciąga z plecaka harpun. Oczy jej rosną na sam widok tego, co on ma zamiar uczynić.
Gdy Lüthir zmierza już w stronę budynku, kobieta podnosi obie ręce do nieba, po czym opuszcza je szybko z klaśnięciem o uda. Z miną świadczącą o zdenerwowaniu "wrzeszczy" półgłosem do Zafona:
-Wariat! Szaleniec! Zabiję kiedyś tego kudłaka za te jego pomysły!

- Nie wciśniemy im, że go nie znamy - odpowiedział dziwnie beznamiętnym głosem Zafon- Lecimy go łapać... I osłaniać!
Skoczył co tchu ku Lüthirowi, którego działania nie były odbierane zapewne szczególnie przyjaźnie.
Zastanówmy się na spokojnie... Łatwo mówić! Tunelowiec to szycha wśród zbieraczy. Jest nam potrzebny, żywy i przyjazny. A on mu rozkopuje drzwi!
Podbiegł do kudłacza, zastanawiając się czy mu już w łeb nie strzelić, ale... Co to da? Lepiej z nim się bronić już chyba...
Wyciągnął nóż lewą ręką, prawą zaś skrzyżował z nią, by mieć dostęp do miecza i stanął tyłem do Lüthira.

Lüthir, przy trzecim uderzeniu w jedno ze skrzydeł wrót harpun więźnie w nim. Próbując go wyrwać ciągniesz mocno i orientujesz się, że brama była otwarta; z głupią miną ciągniesz w te i wewte stwierdzając, że otwiera się ona na zewnątrz i do środka. Lena patrzy na Ciebie tak, że gdyby spojrzenie mogło robić krzywdę, leżałbyś chyba z flakami wyprutymi na wiorstę. Twoje niosące się metalicznym echem ciosy przyniosły jednak pewien skutek- dookoła Was zaczynają się gromadzić zakapturzone postacie; jak karaluchy nocą, wyłażą z dziur, kątów i drzwi okolicznych lepianek. Widzicie obnażone, brudne i ostre zęby, długie jęzory oblizujące spierzchłe, pokryte parchami wargi... Chociaż wielu kuleje, ma garba albo nie ma ręki, na widok wszystkich brudnych ostrzy wysuwających się zza pazuch i z rękawów, wcale Wam nie do śmiechu. Tak po prawdzie, to nie wygląda to dobrze, już koło dwudziestu osób otacza Was powoli zacieśniającym się kręgiem. Nie strategia nawet, a czysta matematyka krzyczy Wam w głowach, że jesteście w ciężkiej, za przeproszeniem, dupie. Nawet Lüthirowi beztroska spłynęła z twarzy.
- Świeeeżeee mięęsooo...- Słyszycie szmer w tłumie- Czyyysssteee...
Leno, kiedy Lüthir próbował wyrwać harpun z bramy- co zresztą do tej pory mu się nie udało- zauważyłaś, że po drugiej stronie jest ona zaopatrzona w olbrzymi rygiel.
- Aaaa... jeeśśćć...- tłumek faluje, czujecie niemal fizycznie, jak napięcie trzeszczy pękając, uderzenia serca dzielą Was od chwili, kiedy trupojady zaatakują; pierwszy z łachmaniarzy, ze wzrokiem płonącym oszalałym pożądaniem, nie wytrzymuje i rzuca się na Was z brudnymi pazurami, makabrycznie kłapiąc szczęką!

W całym zamieszaniu Lena przyjmuje pozycję obronną. Wysuwa sztylety, lekko ugina ciało gotowa do skoku na wroga.
Staje tyłem do swoich towarzyszy, stara się oprzeć plecami o plecy któregokolwiek tak, by zwiększyć zasięg wzroku- oczy każdego z drużyny będą rejestrowały cały obszar. Staje mocno na ziemi, a w myślach przeklina Lüthira i całą jego rodzinę.
-Jeszcze jedna taka akcja i bedziesz gryzł ziemie od drugiej strony!- warczy na niego- Zafon! Choć go rzucimy na pożarcie tym stworom!- krzyczy wściekła.
Po chwili rozglądania się i oceniania sytuacji- która wydaje się być bez wyjścia- kobieta zauważa jakąś konstrukcję- chyba rygiel łączący drzwi bramy.
-Te, Półłeb- zwraca się już ciszej- Widzisz to? Myślisz, że uda siem nam otworzyć i wskoczyć do środka?- kontynuuje wskazując głową w stronę wejścia.
Szybko jednak przychodzi jej skończyć kombinowanie, gdyż jeden z trupojadów rzuca się na nią i towarzyszy. Lena stara się wykonać unik, przeskakując pod nogami łachmaniarza.

Trepy. Tree-eepy! Obrzydliwe łachy! Bariaurze odchody! Sferowe ścierwa! Czarcie modliszki! Niehonorowe węże! Skurlone jaszczurki! Matkozgińcze gady! Odbycie Githzerai! Szpicowane Githyanki!... Wszelakie przekleństwa i bluzgi błąkały się po głowie Lüthira, gdy jeden z łachmianiarzy rzucił się ku niemu i Lenie z zębami. Ta starała się uniknąć jego skoku, a w tym samym momencie Lüthir wyciągnął z drzwi swój harpun. Jeden kawałek oderwał się od broni, a platynowy kawałek metalu spadł na ziemię, świecąc i pobłyskując. Jego uderzenia stworzyły nie małą dziurę we wrotach, które stały teraz lekko uchylone, jednak zdawały się być... Zaklinowane. Mimo faktu, iż były otworzone.
Huh? Na sfery, co jest?! Krzyczał w myślach, przeklinając cały świat i zapach wymiocin, które parę chwil temu z siebie wydostał. Przez chwilę myślał intensywnie, jednak w końcu chwycił kawałek metalu, który odpadł z jego broni. Chwilę później zaczął dźgać agresywnego łachmaniarza tym odpadkiem, bez względu na to, w jakiej pozycji i gdzie się teraz znajdował.

Zafon zdawał się nie brać do serca zamieszania dookoła; pewnym ruchem dobył miecza i zaczął się nim opędzać od potworów w ludzkiej skórze. Wszedł w swój tryb pracy, nie zważając na ból nierozgrzanych mięśni czy ewentualne rany - bo przecież takie zawsze się zdarzają w zgiełku.
Wyłowiwszy nagle w tym harmidrze słowa Leny spojrzał na bramę; oczy zaświeciły mocniej jeszcze czerwienią, gdy wepchnął ją przez wrota i wskoczył za nią. Po namyśle wciągnął i Fey'Ri, skopując trupojada uwieszonego mu u szyi.
Ręce Zafona sięgnęły do potężnego rygla i naparły całą siłą, by zamknąć bramę.

Lüthir, niezależnie od tego, co Ci się WYDAWAŁO, trzymane w rękach kawałki Twojego harpuna to jest jego rękojeść w jednej, i ułamane ostrze w drugiej. Bardziej jednak niż harpun w tym momencie zajmuję Cię palący ból w szyi. Nie musisz jej macać, lepka, gorąca ciecz spływająca ci za limlimowy kubrak mówi Ci wszystko. Macasz ją jednakowoż, i orientujesz się, że w Twoim ciele tkwią jakieś spore ciała obce. Na razie, póki ich nie wydobędziesz, pojęcia nie masz co to.
Leno, Zafonie, z Waszej perspektywy rana nie wygląda na strasznie groźną, mimo obfitego krwawienia na pewno nie sięga tętnicy. Swoją drogą, wyszliście z przepychanki w bramie bez najmniejszego uszczerbku.
Jesteście wewnątrz Dziupli, bezpieczni przed tłumem trupojadów. Słyszycie ich jęki i ciosy spadające od drugiej strony na bramę, ale ta trzyma się mocno. Znajdujecie się w niskim, szerokim korytarzu rozświetlonym blaskiem łojowych kaganków wiszących na ścianach. W ścianach korytarza, po prawej i po lewej, naprzeciw siebie, widnieją drzwi, na jego końcu zaś- kręcone schody prowadzące w górę i w dół. Na ławce stojącej obok drzwi po prawej- w których stoi jakiś staruch w brązowym fartuchu i z tasakiem w dłoni- siedzi dwóch ściganych przez Was zbieraczy; wszyscy trzej śmieją się do rozpuku, dwaj na ławce nieomalże z niej spadają, tłukąc się po kolanach, ten w drzwiach aż się wygina z wesołości i musi się przytrzymać framugi.
- UUiiihihihi, ale mają miny! Hahahaha!- I tak w ten deseń. W końcu jednak im przechodzi. Ten w drzwiach, ze słowami 'wracam do pracy' znika wewnątrz pomieszczenia, skąd po chwili dobiegają soczyste uderzenia tasaka. Jeden z siedzących ociera łzy z oczu i wstaje.
- Na, skora przelaźli przez podwarko koła piesków, to mówca czego chceta- Zwraca się do Was z przedziwnym akcentem. Jego kolega, wciąż z szerokim, szczerbatym uśmiechem na pysku, po prostu się Wam przygląda.

Zafon spojrzał spode łba na Lüthira wzrokiem głoszącym szybką i bolesną śmierć.
- Miło, że mogliśmy się czymś przysłużyć - rzekł do człowieka, który wstał. - Szukamy Tunelowca, i chyba jeszcze długiego sznura, żeby go związać i zakneblować. - To mówiąc, wskazał z pogardą, na Fey'Ri, które paprało się we własnej krwi.

- Na- Odpowiada stary zbieracz- I Tunelowiec, i sznur się znajda... Zostaja mi jeno pytać, jak bardzo ich chceta?- W jego oczach widzicie błysk- My tu jednako walute w żarciu i midziakach respektajem... Bramne sie należy za gadanie z Tunelowcem... A sznurek, to już samój na samój się dogadam.- Uśmiecha się przymilnie.
Drzwi po lewej otwierają się skrzypiąc i wychodzi jeszcze inny staruch, całkiem, trzeba przyznać krzepki. Mierzy Was wzrokiem, potem kiwa głową Waszemu rozmówcy i idzie wgłąb korytarza, by po chwili zniknąć na schodach prowadzących gdzieś w dół. Zanim drzwi się za nim zamknęły, do Waszych uszu dotarło przynajmniej kilka głosów z toczącej się za nimi jakiejś dyskusji, i brzęk naczyń.
Lüthir, tętnica może i nie tknięta, ale jucha się sączy. Bez opatrunku, za jakiś czas będzie niewesoło.

Lüthir, mocno przyciskając ranę, zaczął chodzić po pomieszczeniu i targać wszelakie szmaty, byle by tylko znaleźć jakiś opatrunek. Posoka lała się z jego karku naprawdę mocno, jednak chwilę potem krew odrobinę przestała się sączyć, gdy tylko zawinął ściery wokół karku, barku i przez plecy. Rana nadal krwawiła, jednak tym razem mniej. Czuł się, jakby zaraz miał się zamienić w Wargulca. Zgubić głowę i skrzydła zamiast uszu. I długi jęzor...
- Ehh... Chłopie... - Rzekł, lekko przytłumionym, żałosnym głosem. - Dajże mi jakiś bandaż, nie bądź sadysta. Przepraszam za te skurlone drzwi i dziurę w nich, no! - Pod koniec zdania jego głos zmienił się, jak gdyby pragnął wyrazić swą złość, a zarówno przygnębienie. - Jakiś płyn, amulet, bandaż. Cokolwiek!
Trep, trep, trep! Jakżem mu wbiję tą platynę w kiszki, to zobaczy...

-Sam siem o to prosiłeś, capie jeden.- mamrocze Lena patrząc na ranę Lüthira.
Przysłuchuje się rozmowie Zafona ze Zbieraczem co chwila potakując głową.
Miedziaki... trzaby przetrząsnąć kieszenie i zobaczyć ile się uzbiera. Zapewne nie dużo... może starczy na spłacenie spotkania z Tunelowcem.
Korzystając z chwili ciszy łapie za bark Zafona i odciąga lekko do tyłu. Jednocześnie sugestywnie patrzy na Zbieracza, dając do zrozumienia, że czas się naradzić.
-Z żarciem bedzie ciężko, masz jakiś brzdęk? Przecie *bardzo* chcemy sie zobaczyć z tym gościem...- mówi szeptem nachylając się w stronę towarzysza- I *bardzo* chcem dostać ten sznur!- dodaje zerkając na Lüthira i szczerząc zęby.

Zafon słuchał z uwagą wywodu pedla, któremu oczy świeciły się najszczerszą chciwością. Starał się nie zwracać uwagi na Lüthira - ciężko było, mając broń pod ręką. Wreszcie z litości wyciągnął szmatę z torby z lekami i rzucił szalejącemu Fey'Ri.
Zaraz przeprosił woźnego gestem dłoni, dając się odciągnąć Lenie.
- Brzdęk się znajdzie... - odpowiedział kobiecie, śmiejąc się pod nosem z aprobaty dla sznura. - Zależy ile. Ewentualnie... Hm.
Odwrócił się nagle do Zbieracza, wkładając rękę za pazuchę; dwoma palcami pod osłoną kurtki wysuwa delikatnie nóż spod karwasza.
- Ile?

Zbieracz zastanawia się przez chwilę, jakby oceniając Was wzrokiem.
- Bramne to beda.. Trzy raza po dziesiać midziaka!- Rzuca twardo, jakby mówił o nie wiadomo jakiej kwocie. Co bieda, to bieda- A sznur..- Nachyla się do Zafona i Leny konfidencjonalnie, podczas gdy Lüthir zajęty jest darciem szmat- ...trzy.
Do fey'ri zaś, głośniej:
- Bandaż piataka!
To miejsce zaczyna Wam przypominać jakieś targowisko z koszmaru kupca.

- Za bandaż nie zapłacę, bandaż mój - odpowiedział Zafon ciężkim głosem.
Szkoda, że nigdy nie mogę zapamiętać ile brzdęku mam...
- Leno, ile masz? - spytał kobietę półgębkiem, wciąż trzymając rękę w kurtce.

- Toż ja nie chca wcale, cobyś za swój midź sypał!- Oburza się komicznie- Ale jak on by chca dokupiać...- Pokazuje na Lüthira, który zaczyna się bandażować.
Zafon, zauważasz nagle wzrok tego drugiego, wyszczerzonego, spoczywający na Twoim karawaszu. Nie zmieniając radosnego wyrazu twarzy- być może grymas ten ma do niej przylgniety na stałe- wyciąga zza ławki niewidoczną do tej pory napiętą kuszę i kładzie sobie na kolanach, wycelowawszy w Wasza stronę. Palec prawicy trzyma na spuście, lewą pakuje sobie do ust coś na kształt drewnianej świstawki- gwizdka.
Lüthir, bandażujac szyję, raz po raz zaczepiasz bandażem o to coś, a nawet kilka 'cosi' w twojej ranie. Będzie się chyba trzeba temu potem przyjrzeć, ale nie bez czystej wody i pincety, tudzież skalpela.
- Na!- Niecierpliwi się zbieracz- Midź albo wracajta skond przylaźli, na majdanie spokój badzie, tylko sie pieskom w ocza nie rzucajta. Nam tu powieczarzać trza iść.
Rzeczywiście, hałasy za brama umilkły dość szybko.

Lüthir: Fey'Ri, spojrzywszy na zbieracza z kuszą w ręku, przemówił.
- Hej, capie. Trzy po dziesięć miedziaka? Nie za dużo trochę? My tu tylko zagościliśmy na chwilę. - Rozglądnął się wokół, a następnie otworzył swój plecak. - Może jakiś rabacik, hę? Zamiast miedziaków platyna, koraliki... Co?
Lüthir, a to zerkając do plecaka, a to wgapiając się w towarzyszy i zbieracza, podrapał się po swoich gęstych włosach.
Trzy po dziesięć! Co za trep, co za trep!

Lena zaczyna przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu miedzi. Wygrzebuje parę monet, na oko będzie z 8, 9 miedziaków.
W milczeniu podaje je Zafonowi, jako że ten jest najbardziej reprezentatywny i toczy gadkę ze Zbieraczem.

- Żadne świacidła!- Zbieracz patrzy na fey'ri- Midź, żarcie! Czas ni gra roli, bramne to bramne!
Drzwi po lewej uchylają się ponownie i wygląda z nich jakiś nieprzyjemny, szczurowaty ryj, bo twarzą to nie można by tego nazwać. Nie zwraca na Was najmniejszej uwagi
- Idzieta żryć?- Pyta 'odźwiernych'- Stygnie!
- Zara.- Odpowiada Wasz rozmówca- Gości mam.
Szczurek obrzuca Was krótkim spojrzeniem i zwraca się do siedzącego
- Ty, jak załatwita sprawy, nim przylezasz, obacz za dom. Cosik hałasiło o ściane.
Siedzący obrzuca go nienawistnym spojrzeniem, ale potulnie kiwa głową. Widać, jakaś hierarchia tu panuje. Kiedy za szczurowatym zamykają się drzwi, puszcza solidnego bąka, jak gdyby pokazywał, co o nim sądzi. 'Szpicowany', dociera do Waszych uszu jakieś mamrotanie pod nosem.

Lüthir: - Dobra, słuchaj... - Rzekł, trzymając się nadal za improwizowany opatrunek. - Poczekaj tu chwilę, zara wracam.
Lüthir skierował swe nędzne kroki ku zniszczonej bramie na parterze. Światło prześwitywało przez dziury w metalu, zaś on sam otworzył klamki wrót, wychylił się, a następnie coraz dalej i dalej.
Chowacie się tutaj trepy? No choćta, choćta! Fey'Ri, gdy tylko zorientował się, że wszystkie łachmaniacze trepy dawno uciekły, zaczął coś majstrować przy drzwiach. Podważał wszelkie fragmenty swojego harpuna kawałkiem platyny, aż w końcu rozdwoił się i spadł na ziemię.
- Ahh, wreszcie. - Powiedziawszy to, Lüthir zaczął przecinać broń na pół, by uzyskać dwa metalowe fragmenty. Po dziesięciu minutach ostrego i intensywnego cięcia, w końcu uzyskał trzy fragmenty. Uchwyt, oraz dwa kawałki ostrza, a także mały, metalowy skrawek, który odpadł wcześniej. Szybko zamknął bramę i wrócił się do towarzyszy, zbieracz nadal trzymał sztywno kuszę i celował w nich.
- Ustaliliście coś? Dobra, słuchaj, miłościwy panie. Opchniesz tę platynę za dwadzieścia miedziaków. - Wskazał mu na skrawek broni. - Nas jest troje, więc dopłacimy ci po trzy miedziaki, ja po cztery i zbierzesz dwa po... Kurde, nie wiem. Trzy po dziesięć. Stoi? - Pokiwał głową na znak pomyłki.

A stał ówczas Zafon, Półłbem zwany, z zażenowaniem przypatrując się staraniom Lüthira, aż w końcu wymyślił rozwiązanie.
- Przyjacielu! - rzekł przymilnie do odżwiernego z kuszą., szczerząc zęby w nieprzyjemnym uśmiechu. - Chcesz jedzenia? Dobrze!
To rzekłszy, łupnął zajętego harpunem Lüthira łokciem w łeb.
- Teraz do Tunelowca, a potem - dostaniesz go. Będzie twój, co do kosteczki. Futro gratis - dodał, szczerząc zęby.
Zwrócił się zaraz do półprzytomnego Lüthira:
- Nie schrzań tego, Kudłacz, to przeżyjemy wszyscy.

Lena przypatruje się dokonaniom mężczyzn po kolei i w momencie, gdy Zafon uderza Lüthira na jej twarzy pojawia się delikatny uśmiech... satysfakcji.
Ciężko jest jej powstrzymać atak śmiechu z zaistniałej sytuacji. Zastawia twarz rękoma jakby nad czymś myślała, a tak na prawdę chichocze bezgłośnie.
W końcu opuszcza dłonie i z kamienną miną podchodzi do Zbieracza.
-Jak bedzie, trepie? Starczy tyle mięcha?- Lena stara się przejść w głąb pomieszczenia omijając chłopa- jakby była pewna, że ten zgodzi się na warunki.

- Bedzie!- Uśmiecha się zbieracz podchodząc i oglądając fey'ri z bliska; potem zwraca się do kusznika- Zawołaj Jatkownika!
Wyszczerzony kusznik wsadza łeb w drzwi obok i woła. Po chwili ukazuje się Wam ów staruch w fartuchu i z wielkim tasakiem.
- Fey'ri..- Stwierdza jakby lekko zawiedziony- Żylasty.. Ale zaradzimy i na to..- Zbliża się z tasakiem wzniesionym do ciosu, gdy tymczasem ten pierwszy woła Was, Leno i Zafonie wskazując na schody
- Tunelowiec na piatrze. Tam jego leża. My się już tu nim zajmiam- Uśmiecha się szczerze i miło, jak na koniec udanego interesu.

Lena: -Hola!- woła przez zęby diabelstwo do Zbieracza- Jak wrócimy, on ma jeszcze żyć! Inaczej nici z interesu, nie wydybiesz nas, trepie. Chyba siem rozumiemy, tia?- dodaje sugestywnie.


CDN

Przypisek Ghostera:
LÜthir.
>.<


Przypisek maelieva:
jakoś czułem,że się do tego dopieprzysz, hehe- masz modka,to sobie pozmieniaj, droga wolna:)


Przypisek Ghostera:
Już pozmieniałem, po prostu się łudziłem, że w kolejnych postach na to zwrócisz uwagę.
Ale widać nie. >,<
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 8:13 pm  

Zafon dobył powolutku, bez robienia niepotrzebnego ciśnienia nożyk. Podniósł go w dwóch palcach na znak, że nikogo nie chce nim zranić... jeszcze.
- Lekki. Szybki - rzekł, wskazując na ostrze. - A on ma żyć. I być w całości. - Podszedł do trepa od kuszy. Do Tunelowca. Ty prowadzisz.
Zafon podniósł nieznacznie ramię, tak, że pod pachą zawidniała głowica miecza.
- Prowadź - powtórzył z naciskiem.

- Że jak że ma żyć?- Pyta Jatkownik drapiąc się w głowę. Wszyscy zbieracze patrzą na Was ze zdziwieniem- To co my na pulpety przerobim?
'Dziwny akcent', ten który załatwiał z Wami cały interes kręci głową- Nej, nej, śmiałku...- Zwraca się do Zafona, jakby tłumaczył coś dziecku- Bramne opłacacia, za gadanie z Tunelowcem. My nie wiamy czy on wam pomoże, po co go tam chceta. Ale gadać nie bedzieta, jak nie zapłacita.
Wyszczerzony kusznik cicho dmucha w świstawkę. Jak na komendę zza drzwi, z których wcześniej wyjrzał szczurowaty, wypada on sam i jeszcze dwóch zbieraczy. Choć stare dziady, jeden bez oka, są raczej dość żwawi; żylaści, pokryci bliznami- skoro przeżyli tyle czasu na ulicach Ula, na pewno potrafią czymś zaskoczyć. Jeden zresztą, jako że również dzierży kuszę, nawet zaskakiwać nie ma zamiaru, chyba bełtem. Na schodach prowadzących w dół, w końcu korytarza, majaczy ten wielki, krzepki dziad. W grubej łapie trzyma solidną kolczastą pałę- widywaliście już takie w Ulu. To Pokrzywowa Maczuga.
- Mamy jakiś problem?- Pyta ciężkim basem
- Kombinują z Bramnym- Wyjaśnia ten bez oka, chowając rękę za plecami.
'Krzepki' z pałą podchodzi bliżej. Głowa sięga stropu, najwyższe z Was musi zadzierać głowę, żeby popatrzeć mu w oczy. Zalatuje od niego cebulą i szczurem.
Lüthir jęknął w stanie ogłuszenia i poruszył głową. Jatkownik patrzy na niego i oblizuje się niecierpliwie.
- Słuchajcie no- Zwraca się do Was krzepki- Nie chcemy was tu ubić, bo łaska Pani nam miła, więc wyjaśnię raz, krótko i ostatecznie. Jeśli jednak nie zrozumiecie, koniec patyczkowania. W ogóle cieszcie się, że mamy tu pewne zasady, bo jeśli o mnie chodzi, nie mam w specjalnym poszanowaniu osobników, którzy gotowi są sprzedać własnego towarzysza.- Spluwa. Zbieracze szemrają, kiwając głowami- I nie mówcie mi, że go nie znacie, moje szczurki widziały was wszystkich już w Śmieciowisku. Ale to nie moja sprawa. Czterdzieści miedziaków, albo on...- Spojrzeniem wskazuje fey'ri- ...albo którekolwiek z Was.- Nieco dłuższym spojrzeniem obrzuca Lenę- Albo z moim obcasem w rzyci wracacie, skądeście przyszli, kumacie?- Zgrzyta zębami. Macie nieodparte wrażenie, że za młodu musiał robić niezłe wrażenie na rabowanych jeleniach; zresztą co nieco z tego talentu zostało mu do dziś.

Zafonowi słowa przelatywały przez uszy na wylot, gdy zastanawiał się nad pozostałymi alternatywami. Widok drabów obwieszonych bronią nie pomagał w wybraniu tej właściwej. Zarejestrował jednak słowa: Ale to nie moja sprawa. Czterdzieści miedziaków, albo on...
- Miało być trzydzieści - przerwał bydlakowi, wyciągając rzeczoną kwotę na dłoni. Lewą ręką. Wysoko.

- Trzydzieści to wjazd bez szemrania- Mruży oczy Krzepki- A my tu już więcej niż kombinujemy. Zawsze, jeżeli tylko macie ochotę, możemy jeszcze trochę pogwarzyć. Pięć dych też mi miłe. A jak skończy wam się miedź, to o tym kaduczku pomyślimy..- Patrzy na Lenę, która wygląda na nieco zaniepokojoną
- To może jednak zapłaćmy mu już, co?- Patrzy na Zafona nieco błagalnie, po czym schyla się nad fey'ri i otrzeźwia go kilkoma lepcami
- Dawaj dwie dychy!- Krzyczy doń, trzymając go za kołnierz potrząsając z lekka- Oddam Ci jak tylko się stąd wydostaniemy! Ty Zafon też już nie wymyślaj, jak będzie trzeba, to obrobię kilku jeleni i oddam wam wszystko co do miedziaka! A NICZYM INNYM niż miedzią nie mam zamiaru tu za nic płacić, rozumiecie?!?

Lüthir: - Niech wam będzie... - Wycedził w końcu przez zęby, jednak nie z zadowoleniem. - Maćjta tutaj dwadzieścia miedzi. - Wyciągnął z plecaka brzdęk i podał Zafonowi, myśląc o sytuacji, gdy łachman odbiera pieniądze od Leny, jednocześnie wywracając ją na podłogę i... - A niech to tylko pójdzie na marne!...
Wzrok Lüthira powędrował po całej komnacie, jak gdyby z pogardą patrząc na zbieracza. Ten nadal czekał na pieniądze od Zafona.
- Tak w ogóle, czegośta nie powiesz lub nie wiesz o twoim szefie? - Spojrzał na niego, czekając na odpowiedź. W międzyczasie wyciągnął z plecaka mały, żelazny drucik i zaczął nim grzebać sobie w zębach, wydłubując zaschnięte kawałki błota, które zatkwiły mu w ustach.

Zafon oddał bez szemrania swoje trzydzieści krążków trepowi na wprost, co z kwotą Lüthira dało wreszcie pulę potrzebną na wejście.
-Nic mi nie będziesz oddawać - rzekł do Leny.
- Brzdęk jest. Tunelowiec? - spytał rozkładając lekko ręce na boki.

- Zaprowadź ich.- Nakazuje Krzepki Akcentowi. Zbieracze rozstępują się i pozwalają Wam przejść, choć odprowadzanym ostrzami bełtów. Akcent prowadzi Was na schody na piętro. W połowie zwalnia i tłumaczy:
- Tunelowiec ważniak. Z Odkrywcą razem łaziarowali, daaawno... To mondry krwawniak. Z szacunkiem z nim gadajta.
U szczytu schodów znajduje się mała sień; w ścianie dwie pary drzwi. Akcent puka do tych po lewej.
- Szefia? Intarasanci do pana!- Mówi głośno
- Dawaj ich, dawaj!- Słyszycie ze środka. Zbieracz otwiera drzwi i wpuszcza Was do niezwykłego pomieszczenia; wygląda ono jak pokój zabaw szalonego dziecka zmieszany z muzeum. Poza drzwiami naprzeciw tych, którymi weszliście i małym okrągłym okienkiem po lewej, całe ściany zabudowane są szerokimi półkami, zasypanymi najróżniejszymi cudami- od ksiąg i zwojów, kończyn modronów, czaszek i zegarów, przez rzeźby, wagi, zmumifikowane dłonie i zębate kółka po kryształowe kule, zaśniedziałą biżuterię, elementy uzbrojenia czy naczynia. Kilka stołów rozstawionych wokół, zagraconych jest podobnymi sprzętami, głównie rozbebeszonymi maszynami, najwyraźniej pochodzącymi z różnych sfer. Wszędzie coś tyka, obraca się czy cicho brzęczy; dziesiątki świec dają dużo światła, sprawiając, że pomieszczenie jest całkiem przytulne. Przypomina się sklep Vrishiki w Dzielnicy Urzędników.
Naprzeciw Was, za wielkim biurkiem, siedzi Tunelowiec. Stary, pomarszczony człowiek, o wyłysiałym czubku głowy. Jego spojrzenie jednak od razu daje znać, że w tym starym ciele umysł wciąż jest młody i nietknięty. W czarnych oczach Tunelowca igrają przenikliwe ogniki sprawiające wrażenie, jakby przewiercały na wylot tego, na kogo patrzy.
Na blacie przed nim leży garść jakiś schematów i rozbebeszony mały konstrukt. Wokół porozrzucane są sprężynki, śrubki i różnorakie narzędzia. Za plecami starca, czernią zieją drzwi, prowadzące gdzieś w głąb jego niezwykłego leża.
Tunelowiec gestem odprawia Akcenta.
- Zapraszam, zapraszam!- Zwraca się do Was- Mam nadzieję, że nie gniewacie się na moich podkomendnych? Surowi są, bo muszą, życie nas tu, jak widzicie, nie rozpieszcza...- Rozsiada się wygodnie na krześle i przygląda się Wam przez chwilę- Czemuż więc stary Tunelowiec zawdzięcza wizytę trójce Ulowych śmiałków?- Od razu przechodzi do rzeczy.

Lüthir: - Czemuż sądzisz, iż my z Ula, patrząc na niebrzydką niewiastę, bogato ubranego półdemona i doświadczonego w boju krwawnika z kompletem noży w pasie i wygolonym pół-łebem? - Fey'Ri patrzył się podejrzliwie na starca, jednakowoż wyglądało to bardziej na sprawdzanie wiedzy Tunelowca, niżeli naprawdę podejrzewania czegokolwiek w nim.
Starzec jest mądry, nie ma co, albo ma wszędzie wtyki. Trzaby go obczaić.
- Marcus, podstarzały łotrzyk nas tutaj przysłał. I to ja się pytam... - Przerwał na chwilę, mówiąc następnie, jak gdyby z nutką ironii. - Tunelowcu... Dlaczego tutaj jesteśmy, czemu stary Tunelowiec zawdzięcza wizytę trójce śmiałków, być może, z Ula? - Podkreślając ostatnie słowa, prawdopodobnie wywarł na mężczyźnie przed nim wrażenie, którego nijak nie potrafił opisać. "To na pewno jakiś trep, co wszystkich sprawdza...", prawdopodobnie myślał. Ale czy ktoś to słyszał lub wiedział na pewno? Chyba nie.
No i czekamy, na odpowiedź mędrca.
W międzyczasie odwrócił się do Leny, kiwając głową na znak, że używając wobec niej słowa "niebrzydka", gdy zaczął mówić, tak naprawdę nie podoba mu się ani trochę. Wyglądało to tak, jakby to jeszcze bardziej podpaliło w niej płomyk goryczy. Gdy zaś skończył mówić, nadal patrząc na starca, rzekł do Zafona szeptem.
- A dzierlatka niech mi kiedyś odda chociaż te dziesięć miedzi, dobra?

- Nie przerzucaj się za mną słowami, chłopcze!- Syczy Tunelowiec- Skąd wiem, że z Ula? A może stąd, że z daleka wasze ostrza śmierdzą krwią, mieszki kradzioną miedzią, a twoje 'bogate' odzienie popiołem Kostnicy? Może stąd, że mieszkańcy Dzielnicy Pani tu raczej nie zaglądają? Ale nieważne- Uspokaja się- Że z 'Guwernata' leziecie, to ja wiem. Ale czyś pewny, że to młody Markus Cię tu przysłał, hmm? Nie sądzę, chłopcze, nie sądzę...- Patrzy na fey'ri zagadkowo- Poza tym, nie sadzę, żebyście o to właśnie chcieli zapytać, do cholery!
- Stul gembe- Syczy Lena do Lüthira, po czym zwraca się do zbieracza- Ignoruj go, szefie. Przyszliśmy tu rzeczywiście w innym celu. Bez ogródek, bylibyśmy wdzienczni, gdybyś zechciał pokierować nas do Zakopanej Wioski.
Tunelowiec prostuje się na swoim krześle.
- Do Zakopanej Wioski, hmm?- Mówi- Ano, może i zechciałbym. Jednakże- Wstaje, jakby się nad czymś zastanawiając- Będzie się to wiązało...
Nigdy nie dowiedzieliście się, z czym miało się to wiązać. Z ciemności za Tunelowcem bowiem wynurzyła się odziana w czerń postać o potarganej czuprynie na głowie- nim którekolwiek z Was zdążyło mrugnąć, dłoń mężczyzny plasnęła o łysinę zbieracza i pociągnęła ją w tył, drugą, dzierżącą sztylet ręką rozpruwając mu gardło o d ucha do ucha w jednym płynnym ruchu. Ciemna krew trysnęła na stół, schematy i na Was; Tunelowiec bulgocząc robi dwa kroki w bok- odsłaniając stojącego za nim, niewysokiego człowieka wyszczerzonego w złym uśmiechu- i zwala się na ziemię, czepiając stojącej obok półki, którą ciągnie za sobą. Z hukiem ląduje ona na podłodze, siejąc wkoło dziesiątkami najróżniejszych gratów. Z dołu budynku słyszycie krzyk. Zabójca bez chwili wahania pchnięciem nogą podsuwa biurko pod drzwi, podczas gdy Wy rozsuwacie się na boki dobywając broni (poza, rzecz jasna, Lüthirem). Na schodach już słychać zbieraczy.

Ciężko było Zafonowi słuchać genialnego wywodu, jakoby drużyna mogła pochodzić spoza Ula: zdradzało ich dokładnie wszystko, poczynając od broni i ubioru, kończąc zaś na twarzach i gestach. Starał się nie zmieszać, gdy Tunelowiec wykpił Lüthira.
Jeszcze ciężej, gdy gardło Zbieracza przeorało cięcie zabójcy. Nim trup upadł, Zafon stał już z dobytym mieczem w dłoni. Odciągnął Lenę z drogi biurka na bok, by w razie starcia nie stać na linii. Coraz mniej rozumiem...!

Bashar: Zabarykadowawszy drzwi, zabójca odwraca się ze złym, nieprzyjemnym uśmiechem na twarzy. Przez ułamek sekundy jakby ocenia trzech trepów stojących przed nim. Jego uśmiech staje się jeszcze bardziej zły, jakby należał do osoby szalonej, którą bawi zaistniała sytuacja. Mimo wycelowanych w niego ostrzy zachowuje spokój, chociaż wciąż trzyma w pogotowiu zakrwawiony sztylet i widać że jest przygotowany do ewentualnej obrony, a może i ataku. Po chwili mówi do was lekko ochrypłym głosem, w którym wyczuć można satysfakcję i sarkazm.
- Nieźle sie spisaliście. Zabić starego Tunelowca, no no... Oni [wsazuje głową na zabarykadowane drzwi] raczej wam tego nie wybaczą...
Robi parę kroków w stronę ciemnego pokoju, ale cały czas jest obrócony do przodem do pozostałych osób w pomieszczeniu.
- Idziecie za mną, czy wolicie wycieczkę do Kostnicy?

Zafon: Półłeb spojrzał spode łba na trepa w czerni. Dziwny skurl... Szpicowany...
Harmider na schodach narastał, adrenalina napływała, decyzja zaś wciąż była ciężka. Dostać kosę w plecy czy bełt w czoło? Hm... Może go złapać i wydać... Tak, skurlu, i jeszcze im udowodnić, że go nie znamy, genialne!
- Idziemy. Prowadź.
Kosa w plecy zabija wolniej.

Lena popchnęła Lüthira, który wyglądał jakby chciał znowu coś powiedzieć, za Zafonem i zabójcą Tunelowca, a sama złapała stojąca obok niej świecę; przytknęła płomień do garści porozrzucanych zwojów i kopnęła je w kierunku stosu papierzysk, które rozsypały się, kiedy padła półka. Płomień buchnął dużo szybciej i jaskrawiej niż się spodziewała.
Wbiegła do ciemnego pomieszczenia, które w blasku ognia z sąsiedniego pokoju okazało się być sypialnią- o ile barłóg na pół pokoju można określić w ten sposób- by zobaczyć Zafona, ostatniego z jej towarzyszy właśnie wyskakującego przez okno. Słychać niedalekie plaśnięcie, zresztą przy wysokości pomieszczeń w Dziupli nie ma mowy o karkołomnych wysokościach. Okno wychodzi na tył budynku, po przeciwnej stronie niż wejściowa brama.
Ze śmiechem i okrzykiem 'łapcie mnie!' Lena w ciemno skacze za resztą, słysząc przez trzask płomieni, jak w drzazgi lecą drzwi do pokoju Tunelowca.

Bashar: Nieznajomy rozgląda się szybko po okolicy. Gdy patrzy w okno z którego buchają płomienie, jego usta rozszerzają się w uśmiechu. Po chwili jednak opamiętuje się i rzuca nieco zaniepokojone spojrzenie w kierunku otaczających dziuplę bud.
- Na gadke bedzie czas później. Ja spływam stąd, bo się zwierzątka za chwile pobudzą. A jak chcecie dojść do tej Zakopanej Wioski, a której żeście gadali z tym starym grzybem, to radze wam iść ze mną. Najpierw znajdziemy jakiś ciemny, przyjemny kąt gdzie bedzie można pogadać. A potem...
Zagatkowy uśmieszek pojawia się na jego twarzy, po czym odwraca się i szybko zaczyna iść w kieruku jednej z ciemnych uliczek. Najwyraźniej drogę ucieczki miał przygotowaną wcześniej. W ręce wciąż trzyma sztylet.

W oknie za Wami, na tle płomieni, majaczy postać z kuszą. Nie deliberując za długo nad propozycją zabójcy, jegoż śladem dajecie nura w ciemną alejkę. Kluczycie kilka minut między lepiankami, aż w końcu znajdujecie spokojny kąt w jednej z konstrukcji pozbawionej frontowej ściany. Chowacie się wszyscy w cieniu zadaszenia, tak, by w zasięgu wzroku mieć uliczkę, którą tu przybiegliście. Znad Dziupli widać czerwoną łunę, dochodzą Was stamtąd odległe krzyki. Znajdujecie się teraz niedaleko 'północnej' ściany kanału, prawdopodobnie niedaleko jakiegoś ścieku, gdyż w powietrzu unosi się znajomy trupi smród.
Lena odwraca się do zabójcy
- No, to teraz pogadajmy. Mruknołeś coś o Zakopanej, czy żem siem przesłyszała?

- Hej, czekajta! - Odrzekł Lüthir, nieco zmęczony biegiem, lekko zadyszany. - Jak ty się w ogóle skurlu nazywasz, co? - Popatrzył na niego, prostując się i zawieszając na ramieniu wcześniej dzierżony w ręce plecak. - Raz chcesz nas wrobić w śmierć Tunelowca... - Zdawało się, jakby Fey'Ri dopiero co zdał sobie sprawę z faktu, iż ta postać nie żyje. Zrobił przerwę i rozszerzył powieki, lecz potem z większym spokojem dokończył. - Potem mamy za tobą iść, a teraz nagle zatrzymujesz się i jakbyś czekał na gadkę z naszej strony. - Rozglądnął się wokół, zlepiając w myślach kolejne wyrazy i zdania. - To ostatnie chyba ci się udało. No więc... Jak się nazywasz, śmiałku? - Powiedział, lekko podgardliwie, wyciągając z ostrożnością i spokojem kawałek platyny, który został z jego harpuna.

Bashar: Gdy wszyscy dobiegają na miejsce, nieznajomy nieco zwalnia, dzięki czemu od drużyny dzieli go pare metrów. Najpierw rozgląda się dookoła, wypatrując czegokolwiek podejżanego. Sztylet chowa to buta, ale drugą ręke ma w pobliżu rękojeści miecza zwisającego z boku. Na pytanie Lüthira odpowiada ze spokojem.
-Moje imie? Bashar. Nie wysilaj mózgownicy trepie, jestem pewien żeś o mnie nie słyszał. A jeśli chodzi o gadke... [uśmiecha się iście diabelsko, a jego zepsute zęby zwiększają efekt] Tak jak mówiłem, słyszałem o czym gawędziliście z tym starym skurlem Tunelowcem. Że o Zakopaną Wioskę sie rozpytujecie. I ciekawi mnie, co takiego może szukać tam wasza żałosna trójka?
Spogląda po kolei na każdego, troche dłużej zatrzymując wzrok na Lenie.

Zafon: Bieg, okno, skok, płomień, krzyk Leny. Trep w czerni przystanął, zaśpiewał, stał dalej. Zakopana Wioska? A po co my tam? Markus kazał do Tunelowca, a Tunelowiec w piachu.
- Jakbyśmy zdążyli spytać tamtego skurla, byśmy sami wiedzieli - odpowiedział z sarkazmem Basharowi, jak przedstawił się krwawnik przed nim.
- A czego tam się spodziewać, oprócz ciebie?

Bashar zrobił minę, jakby został zbity z tropu. Szybko odpowiedział opryskliwym głosem.
- Żeś co... co... co...
Powoli odrócił głowę, a na jego twarzy pojawił się szyderczy uśmiech.
- Chcesz powiedzieć, że nie wiecie nawet PO CO tam idziecie? -Spytał z lekkim niedowierzaniem.
- Że NIC nie wiecie? Że jakiś trep powiedział wam że macie tam iść, a wy uwierzyliście mu na słowo? A nie pomyśleliście trepy, że ktoś mógł z was kpić, a teraz zwija sie ze śmiechu? Co wy macie w mózgownicach?
Bashar patrzy teraz na drużynę jakby miał przed sobą bandę nierozgarniętych pierwszaków. Na jego twarzy maluje się coś w rodzaju mściwej satysfakcji i rozbawienia. Nagle wybucha głośnym, niekontrolowanym, ale pozbawionym wesołości śmiechem.

Lüthir, patrząc, jak Bashar kpi z niego i jego towarzyszy, coraz mocniej i mocniej zaciskał trzymany w dłoni kawałek platyny.
- Stul trumnę, skurlony trepie! - W końcu wrzasnął ze złością i nienawiścią. To był naprawdę, *naprawdę* donośny krzyk, przez który mężczyzna natychmiast ucichł. Nie śmiał się ani nawet nie uśmiechał, po prostu stał jak wryty, nieco porażony tym, że mieszaniec szlachetnego pochodzenia w końcu się zezłościł. - Z czego się śmiejesz, porąbańcu? Myślisz, że jak żyjesz w tym mieście od wielu lat, to jesteś niewiadomo jakim śmiałkiem i krwawnikiem? Gnijesz na tym zadupiu i kisisz się wśród tych zasranych bud! - Zrobił małą przerwę, odgarnął włosy za uszy i znów zaczął śpiewać. - Ty parszywy, zaliniały szczurolizie! Spróbuj powiedzieć jeszcze jedną taką nutę do kogokolwiek z nas, zrobię ci ze zwieracza naszyjnik i powieszę go na zwłokach twojej skurlonej matki!
Nastała cisza, nikt nie wiedział, kto co myśli. Jednak Fey'Ri stał wściekły przed Basharem, wpatrując się złowieszczo w mężczyznę. Chwilę później jego oczy zaczęły jaskrzyć się i świecić, a to na czerwono, a to na żółto, pomarańczowo i biało. Jego tęczówki wręcz paliły się... Ale czy tylko w przenośni?

- Dość - zakończył Zafon bezsensowną i denerwującą dyskusję. - Akurat temu trepowi można wierzyć na słowo i iść do Tartaru nawet. Nie pracowałem dla niego pierwszy raz. Szczerze - na jego twarzy pojawił się grymas obrzydzenia i wściekłości - własnej matce mniej ufałem. A teraz skurlu - dorzucił, gestykulując dłonią trzymającą długim nóż - wyjaśnij mi jedno. Kto płacił za Tunelowca?

Bashar niedbałym, ale szybkim ruchem wyciąga niewielki sztylet i z wprawą zaczyna go podrzucać. Poczas przemówienia Lüthira stoi spokojnie, ale w środku cały aż wrze. Uspokaja się jednak trochę i z ledwie wyczuwalną wrogością mówi, ale już bez szyderczego uśmiechu.
- Ten, który za to zapłacił, wyraźnie życzył sobie zachować anonimowość. Dyskrecja sie liczy w moim fachu, więc krwawnik który dał mi zlecenie pozostanie anonimowy. Jak chcecie załatwić to siłą, to lepiej sie pilnujcie trepy, moja kosa jest zabójcza, a zanim mnie zaciupiecie, to zdąże jeszcze wpisać do Księgi Umarłych jednego z was. Jak macie choć troche oleju we łbie, to możemy to załatwić pokojowo.
Ostatnie zdanie mówi prawie z żalem. Milknie na chwilę i wyraźnie się nad czymś zastanawia, nie tracąc czujności. Sztylet trzyma przygotowany do rzutu.

Lüthir: - Myślisz, że dobry argument nam tu postawiłeś? Słuchasz, ale nie słyszysz, trepie. Nas jest *trzech*. Umiesz liczyć, prawda? - Jego oczy powoli zaczęły gasnąć, znów zmieniając kolor, tym razem na jaskrawo-zielony. Poczekał chwilę, pogapił się na Zafona i rzekł. - Ale nad tym rozmarzymy się później, co? Powiedz mi, dlaczego zabiłeś Tunelowca akurat teraz? Pięć minut poczekać nie mogłeś? - Ostrze nagle rozluźniło się w jego rękach, zaczął stukać paznokciem o jego krawędź. - A może po prostu chcesz czegoś od nas, co?

- Dość! - głos Zafona owionął Lüthira wściekłością. - Zamknij jadaczkę! Teraz!
Zacisnął dłoń na nożu i spojrzał na trepa w czerni.
- Prowadź do Zakopanej Wioski. Do Królowej Złodziei.
Zafon miał nadzieję wyczytać coś z reakcji Bashara.

Bashar już ma odpowiedzieć Lüthirowi, gdy Zafon nagle wtrąca się zdecydowanie. Pytanie tego krwawnika sprawia, że zabójca staje jak wryty. Przewraca oczami i zaczyna się intensywnie wpatrywać w Zafona, najwyraźniej nie wiedząć jak zareagować.
- Ty... nie podobasz mi sie trepie. Najpierw gadasz żeś nic nie wiedział, że Tunelowiec miał ci dać informacje. Że krwawnik co ci dał namiar niby taki sprawdzony. A tera nagle udajesz ważnego i poinformowanego, wyskakujesz z gadką żeby cie zaprowadził do samej - tu spluwa- Królowej Złodziei, jakby był zwykłym odźwiernym czy innym trepem. - ostatnie słowa cedzi przez zęby, a w jego oczach zapalają sie ogniki. -I co?! Śpiewaj mi tu wreszcie co wiesz albo sie szpicuj, bo nie mam czasu wysłuchiwać twoich skurlonych kłamstw! -wybucha nagle- A ty lepiej uważaj co gadasz! Jest was troje, i co?! Myślisz, że sie was boje?! Nie takich krwawników wykończyłem! -Zwraca się do Lüthira.
Wygląda na to, że stracił nad sobą panowanie, a jego wzrok zaczyna przypominać wzrok szaleńca. Dłoń ze sztyletem zaczyna sie podnosić, jakby Bashar szykował się do rzutu. Nagle jednak zastyga w bezruchu i po prostu obserwuje drużynę.

- Stulta pyski gieroje.- warczy Lena na chłopaków, którzy ewidentnie zaczynają się przekrzykiwac- Bashar, ja jestem Lena. Chcesz siem nieco zabawic, he? Może nawet zarobic? Jest zadanie. Trza znaleźc Królową. Pomożesz? Bo jak nie chcesz to siem szpicuj od zara. Nie ma czasu na biadolenie. Po drodze siem dowiesz co i jak. He?
Lena odchodzi kawałek i siada pod jakimś budynkiem z wyraźnym westchnieniem ulgi.

Bashar zgrzyta zębami i trochę opanowuje się.
- No dobra. Skoro tak sprawe stawiasz, to moge troche pomóc. Może nawet troche wiencej jak troche? Kto wie, kto wie...
Ciągle jest mocno zdenerwowany, a od czasu do czasu łypie złowieszczo na Zafona i Lüthira, jakby chciał powiedzieć Jeszcze sie z wami policze, trepy. Do Leny zwraca się jednak dość spokojnie.
- Tak, moge pomóc całkiem sporo. Sporo wiem, a moge wiedzieć jeszcze wiencej. Ale nie za darmo, jak pewnie żeście sie domyślili.

Lena: -Dogadamy siem jakoś. A teraz już ruszajmy, nie ma czasu do stracenia.- po chwili odpoczynku kobieta wstaje, otrzepuje rękami tyłek i rusza z wolna w stronę towarzyszy, dodając cicho do Bashara- No i ten... dzięki.

Bashar chowa sztylet, a jego oblicze trochę się rozpogadza, chociaż wciąż chyba jest trochę poddenerwowany.
- No dobra, nie ma czasu do stracenia. Te trepy z dziupli pewnie nas szukają. - wskazuje głową na północną ścianę.- Tam gdzieś jest wejście, o ile mnie pamięć nie myli. Szukajcie otworów ściekowych.
Uśmiecha się szeroko.
- Oczywiście, wy idziecie przodem.

Lüthir: Idąc jako pierwszy, Fey'Ri spogląda co chwila dookoła. Jedyne co jednak widzi, to slumsy. Domki z żelaznych płyt, pokryte starymi szmatami do wycierania. Otrzepał się z wszędobylskiego pyłu, cofnął tak, że szedł w jednej linii z Zafonem oraz Leną, która stała po jego prawej. Dopiero dalej stał Półłeb.
- Słuchaj mnie, panno. - Zniżył ton głosu do szeptu tak, by nikt inny go nie słyszał. Przewrócił włosy na bok i kontynuował. - Jak zaczęłaś mówić, zabrzmiałaś jak dziwka. Potem to przewalanie kurzu z twojego tyłka. Może i niezły z ciebie kawał baby i nie chciałbym z tobą zadzierać... - Podniósł głowę, jak gdyby na znak, iż nie ugiął się pod nią. - ...Ale cóż, *nie podoba* mi się ten Bashar. Nie odstawiaj więcej przy nim takich prostytuckich zagrywek, bo ten ludź mi śmierdzi czymś więcej, niżeli zwykłym kanalarzem z Zakopanej Wioski. - Splunął na bok siarczyście-żółtą śliną. - Dobra? Gość wygląda, jakby zaraz miał się zabrać do wyżymania...
Lüthir, odstępując od Leny, nie dając jej nawet dojść do słowa, cofnął się na sam koniec, idąc niedaleko nowego towarzysza. Ten zdawał się zawarczeć pod nosem. Wyciągnął ze swej torby mały, czarny koralik i zaczął go przewracać w rękach, jak monetę.
- Śmiałku, co cię łączy z Królową Złodziei, co? - Spojrzał na Bashara, tymczasem jego oczy zaczęły zmieniać barwę na zielono-fioletową. Jak gdyby fale Limbo przepływały przez jego źrenice.

Bashar niezbyt zwraca uwagę na poczynania drużyny, ciągle rozgląda się na boki i w tył, jakby obawiał się, że ktoś śledzi grupę. Po chwili podchodzi do niego śmiesznie ubrany półdemon, najwyraźniej najbardziej krzykliwy z drużyny. Pytanie dochodzi do Bashara z opóźnieniem, jakby zajmowało go coś innego. Namyśla sie chwilę nad odpowiedzią, po czym mówi:
- Nawet mi sie nie przedstawiłeś... a nagle chcesz zadawać pytania, hę?
Ogląda się błyskawicznie za ramię, patrząc czy nikogo tam nie ma.

Lüthir: Fey'Ri parsknął z obojętnością.
- Lüthir. Po prostu. - Gdy tylko zwrócił uwagę, iż Bashar z uwagą obserwuje wszystko dookoła, patrzy za siebie, na boki, pod nogi, spostrzegł jego rysy twarzy, które wyglądały na kogoś, kto znajdował się w potrzasku.
Huh? Czego on tam szuka? Miodu? Obejrzał się za siebie, jednak jedyne co widział, to grupki zbieraczy i łachów, którzy wałęsali się bez celu po lepiankach. Lüthir poobracał szklaną, czarną kulką w rękach, aż zaczęła ona zmieniać kolor i odkształcać się. Wyglądała teraz jak kawałek starej, posklejanej gumy.
- Nie popatrzyłeś się jeszcze w górę. - Wnet towarzysz przewrócił głowę nad sobą, jak gdyby uświadamiając sobie jakiś ponury fakt. Szybko jednak zdał sobie sprawę, iż on go tylko nabiera. - To niebezpieczne, nie obserwować tego, co znajduje się najwyżej. Szczególnie niebezpieczne jest to tak nisko w Sigil, śmiałku. Na pewno taki zawodowiec jesteś? - Lüthir patrzył się przed siebie, nie zwracając uwagi na Bashara, a mimo to mówiąc do niego. Wygrzebał sobie jakąś czerwoną, mięsną resztkę z zębów i połknął ją spowrotem, obracając przez chwilę w gębie. - No to może mi pan odpowie? Co łączy twój ogród z ogródkiem Królowej Złodziei, co?

Lena przysłuchuje się wywodowi Lüthira i rośnie w niej gniew oraz obrzydzenie do tego człowieka. Jeszcze większe, niż żywiła do niego dotychczas.
Gdy ten kończy monolog i zwraca się do nowego towarzysza, kobieta próbuje się uspokoic.
Idzie chwilę w ciszy z wolna i- korzystając z momentu gdy Bashar zastanawia się nad odpowiedzią- chwyta Lüthira za kudły i szarpie zwinnie do tyłu.
Twarze Fey'Ri i Diabelstwa znajdują się teraz *bardzo* blisko siebie. Kobieta nabiera powietrza w płuca i zaczyna sapac towarzyszowi do ucha:
- Nic Ci do tego kudłaku co i jak robiem- rozpoczyna cicho, nieco sycząc- Musisz siem czepiać o wszystko, nawet o to że strzepuję kurz z tyłka? Tak Ci przeszkadzam, śmieciu?- kobieta zaciska dłoń na ubraniu mężczyzny między barkiem a szyją, przyciągając go lekko do siebie- Ostatnie ostrzeżenie półmóżdży jembecylu. Szpicuj siem, bo nie podoba mi sie to, co mówisz.
Po chwili patrzenia Lüthirowi w oczy, z zaciętą miną i zmrużonymi oczami, kobieta puszcza towarzysza, układając mu odzienie tak jak wyglądało przed szarpięciem.
- A co do dziwczenia się, pozdrów swojo matke- dodaje na odchodne zadzierając głowę z wyraźną miną pełną obrażenia i degustracji.

Wesoło tak sobie gawędząc, podążacie za znajomym smrodem i wnet odnajdujecie swój cel- ściek w ścianie kanału, półtorametrowej średnicy czarną dziurę, z której usunięto kratę. Z wnętrza da się wyczuć nikły ciąg, jakby całe kilometry korytarzy ciągnęły się poza granicami mroku; słychać popiskiwanie szczurów i jakieś odległe zawodzenie, ni to łkanie, ni szaleńczy śmiech, niosące się echem gdzieś daleko, w ciemnościach.
Lüthir, pragnienie, które zaczęło Cię męczyć jeszcze na 'targowisku', zanim zaczęliście śledzić zbieraczy z Dziupli, daje o sobie znać już ze straszliwą mocą. Jest tak silne, że wpływa na Twoją koncentrację. W zasadzie jedyne, co Cię w tym momencie obchodzi, to woda, bełt, kozie mleko, cokolwiek- byle zdatnego do picia. Utrata krwi wręcz zaognia Twój stan. Gardło wyschło Ci na wiór- próby mówienia kończą się atakami kaszlu, rzęzisz przy każdym oddechu. Pić!!!

Bashar po raz ostatni ogląda się za siebie. Najwyraźniej nie zobaczył nic podejżanego, bo wyraźnie się rozluźnił. Wskazuje na otwór.
- Ta, to tu. Tędy można dostać sie do Zakopanej Wioski.
Podchodzi do ścieku i zagląda w głąb.
- Ale jak mamy tam schodzić, to musimy mieć linę.
Spogląda na towarzyszy.
- Macie? A może nasz przyjaciel -zezuje na Lüthira- coś poradzi?

- Dobre pytanie, swoją drogą - dorzucił Zafon - Ten ściek ci odpowiada, trepie?
Wyrównał do Leny, by nie zetknąć się zbyt szybko ze smrodem
- Wiesz coś o tej Królowej? Byłem pewien, że to kolejna miejska legenda...
O mało nie wdepnął w zdychającego z głodu trepa na ulicy... jeśli tak to można nazwać.
- I ciekawi mnie cholernie, kim jest ten jełop. Za dobry na Budy.

Wokół Was przez moment robi się jakoś dziwnie dużo szczurów- zwracacie na nie uwagę, bo ich pisk robi się wręcz donośny. Po chwili rozbiegają się i znikają w mrocznych zakamarkach Bud.
Tymczasem Wy wszyscy stoicie sobie beztrosko przed otworem ściekowym, gdy tymczasem wokoło robi się coraz ciemniej. Odległa o kilkadziesiąt metrów Dziupla Zbieraczy stoi już kompletnie pogrążona w ogniu, widzicie płomienie strzelające ponad dachy slumsów.

- Ciekawe, kogo się tak przestraszyły... - rzucił zdawkowym tonem Zafon, patrząc kątem oka na dławiącego się Lüthira i po raz kolejny naiwnie przeszukując sakwę.
- Liny chyba nie mamy, ale możesz mu wypruć jelita - dodał, wskazując na Fey'Ri w stanie hiperkaca. - I po co nam tak właściwie lina? Aż tak wysoko to tu nie jest chyba...

Lüthir: - Ostatecznie pan Półłeb jest przecież świetnie wyszkolony w obsługiwaniu się nożami, więc czemu by nie miał ześlizgnąć się na dół, jadąc sztyletami po ścianach, co? - Powiedział z pogardą Fey'Ri.
Lüthir znów sięgnął do plecaka, tym razem wydobył z niego małą kulkę, spojrzał w dół ścieku i upuścił ją, chcąc sprawdzić, jak głęboko ta dziura sięga. W międzyczasie zdążył zakaszleć mocno, wypluwając miliony bakterii na leżące niedaleko, martwe, ograbione zwłoki, których chyba nikt nie raczył wynieść na górę po byle trzy miedziaki.

Zafon: - Tymi nożami to ja po się tobie mogę ześlizgnąć, trepie.
Ciężko było zgadnąć, jak głęboko może sięgać ściek, więc też trudno było nawet mówić o skakaniu. Pozostawało czekać na wynik zabaw z kulkami futrzaka... A jego wypięty zad tak prosił się o kopa, gdy nachylał się, by patrzeć w dół...

Tunel ściekowy tylko z zewnątrz wyglądał na kompletnie ciemny. Kiedy już wszyscy zapakowaliście się do środka, a Wasze oczy przyzwyczaiły się do nasycenia światła, okazało się, że nie jest KOMPLETNIE ciemno; dno tunelu, na linii, którą czasem spływały jakieś paskudztwa, porastał jakiś bardzo delikatnie fosforyzujący liszaj. Ów nikle lśniący porost w połączeniu z adaptacyjnymi możliwościami alubiesich oczu całkowicie wystarcza- przynajmniej większości z Was. Półelfie oczy Lüthira widzą praktycznie całkiem normalnie, Bashar zaś nadrabia swymi zręcznymi rękami, kiedy maca ściany brnąc przed siebie. Instruowani przezeń stanęliście nad kanałem odpływowym w drugiej niszy po lewej stronie ścieku; sam ściek rozszerzał się w miarę jak nim pełzliście, także w miejscu w którym jesteście, kilkanaście metrów od wejścia, Lena i Bashar praktycznie mogą się już wyprostować. Zwracacie uwagę na hak i kółko wśrubowane w ścianę obok kanału- koło dwóch mijanych nie było nic takiego. Do kółka przywiązana jest zawilgła lina, której koniec znika gdzieś w dziurze u Waszych stóp.
Teraz nasłuchujecie kulki Lüthira. Dźwięk brzmiał, jakby po chwili lotu zaczęła się po czymś bardzo szybko turlać, potem znowu zanikł, aż wreszcie ledwie usłyszeliście bardzo dalekie 'cyknięcie', gdy o coś uderzyła.
W ciszy, w której nasłuchujecie, słyszycie nagle echem się niosące głosy, gdzieś z okolic wejścia do tunelu. Szczególnie jeden, basowy, znajomy głos zbieracza Krzepkiego: 'Gdzieś tu są, sukinsyny! Moje szczurki widziały ich gdzieś tu, koło ścieku!'. Patrząc wstecz widzicie też ruchomy blask pochodni płonących na zewnątrz tunelu.

Bashar z trudem odnajduje sobie drogę w ciemności. Nikłe światło pochodzące z jakichś porostów nie jest w stanie oświetlić drogi, toteż idzie wolno, sprawdzając ściany rękami. Jego ręka natrafia nagle na pustkę z lewej strony, potej znowu z prawej. Basharowi serce bić nieco szybciej, gdy w miejscu gdzie powinna być ściana znowu natrafia na pustkę. Mimo ciemności zauważa, że stojący obok Lüthir wpatruje się w to miejsce jakby było tam coś interesującego.
- Przeklęte ciemności. Chyba...
Przerywa mu hałas przy wejściu. Najwyraźniej zbieracze odnaleźli ich. Bashar szybko kalkuluje. Mnie nie widzieli... Ale jak znajdą mnie z tymi trepami, to nie będę miał czasu się wytłumaczyć... Mogę uciac w głąb kanału... Zaraz, jakie szczurki?! Po chwili kojarzy stado szczurów sprzed wejścia. Robi wściakłą minę, gdy uświadamia sobie że prawdopodobnie pościg wie o liczebności drużyny. Już ma mimo wszystko popędzić w głąb tunelu, gdy nagle światło z pochodni zbieraczy oświetla coś jakby linę znikającą we wgłębienu obok niego. Na wszystkie demony Otchłani! Róbcie co chcecie, trepy! myśli sobie i nie czekając na reakcję pozostałych członków drużyny chwyta się mocno liny i zaczyna opuszczać się w dół.

Lüthir, prawie nie reagując na podążających za nimi ludzi, podchodzi do wiszącego na ścianie haka, po czym stara się go wyciągnąć. Na nieszczęście, dla niego, broń ułamuje się w połowie, jedyne co teraz trzyma w rękach, to metalowy kij zagięty na końcu, nieco przyrdzewiały. Patrząc na Bashara, także szybko skierował się ku dziurze. Dokładnie zaczepił sznur i zaczął schodzić w dół równie szybko co jego poprzednik, jednocześnie oznajmiawszy:
- Skurle, szybko łapcie się tego rzęcha, jak wam życie miłe. - Jego oczy zabłysły mocno na biały kolor, oświetliły na chwilę całe pomieszczenie, dając wzrok towarzyszom. Jednak to samo światło mogli zobaczyć "ścigacze". - Na Baatezu, jazda!

Gdy oczy Lüthira rozbłysły blaskiem, Zafon na chwilę stracił orientację. Jego czulszy wzrok przygasł pod zasłoną bólu, lecz za chwilę znów ujrzał ściek i coś podobnego do liny, po czym zjechał Bashar. Stwierdził, że z futrzakiem nigdy nie można być pewnym.
- Lena! Za mną! - rzucił, idąc w ślady trepa w czerni. - Na gniew Pani, Bashar, gdzie ty nas prowadzisz! - zaklął jeszcze.

Bashar, zsunąłeś się po linie jakieś trzy metry, po czym orientujesz się, że to tyle- nieoczekiwanie kończy się ona, a Twoje majtające w powietrzu nogi bynajmniej nie wyczuwają żadnego podłoża. Zanim zdążyłeś się podciągnąć z powrotem, nad głową zawisł Ci Lüthir. Wilgotna lina jakby się trochę wyciągnęła, czujesz spływające Ci po rękach strużki wody. Trzymasz się siłą samych palców, a powróz jest zawilgły; jeszcze kilka uderzeń serca i...
Lüthir, dokładnie w momencie, kiedy powyżej Ciebie Zafon zawisa na linie, naprzeciw Twoich oczu jedno z jej włókien pęka opryskując Ci nos cieczą o zapachu zbutwiałej słomy. Dociera do ciebie niemiła prawda...
Leno, w końcu korytarza widzisz nagle jasny rozbłysk ognia, a po chwili słyszysz ryk:
- Tam są!!!

Bashar uświadamia sobie, że znalazł się w sytuacji niemal bez wyjścia. W myśleniu przezszkadza mu nowe uczucie: strach. Gdy pod nogami nic nie wyczuwa, palce zaczynają ześlizgiwać się z liny, a ta zaczyna pękać, rozpaczliwie zaczyna machać nogami na boki, mając nadzieję, że natrafi na jakąś ścianę. Jednocześnie mruczy coś do siebie w dziwnym języku, a słowa te prawdopodobnie nie są cenzuralne. Po ułamku sekundy krzyczy na cały głos do Lüthira:
- Czy coś widzisz?! Patrz w dół, widzisz coś?! PATRZ W DÓŁ!!!
Sam też próbuje przeniknąć ciemności na dole, machając nogami na boki w nadziei na jakiekolwiek oparcie.

Zafon, orientując się błyskawicznie co się dzieje, jedną ręką puścił się liny i złapał za krawędź kanału- los chciał, że znajdowała się tam akurat stopa Leny, a że dno ścieku było wilgotne i porośnięte liszajem, ześlizgnęła się ona wprost na niego; czepiając się kurczowo czego tylko się dało- kurty, pasa, czy co tam się znalazło pod jej ręką, dziewczyna dosłownie zawisła na towarzyszu.
Niemalże w tej samej chwili, znajdujący się Lüthira pod nimi Bashar zaczął wierzgać nogami i krzyczeć. W rozbłysku oczu Lüthira i przy akompaniamencie soczystego przekleństwa Zafona lina pęka i cała Wasza kompania spada. Szczęśliwie kanał nie leci pionowo w dół, lecz zmienia nieco kąt; krzesząc iskry sztyletami, którymi próbujecie się o coś zahaczyć- prócz Lüthira, który po prostu czepia się Bashara- zjeżdżacie wywrzaskując klątwy gdzieś w dół, w ciemność.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 8:32 pm  

Rozdział Drugi
Ludzie Spośród Cieni

Bashar i Lüthir, lądujecie na czymś, co przypomina wielką poduszkę; w momencie uderzenia rozlega się makabryczny odgłos pierdnięcia i trzask pękającej skóry. Na głowę zaś spadają wam Lena z Zafonem. Natychmiastowo otacza otacza Was obezwładniający smród, jak na komendę wszyscy, oprócz Lüthira, który po prostu fizycznie nie ma już czym, wymiotujecie; jednak nawet pod fey'ri uginają się nogi. Dookoła rozlegają się piski uciekających szczurów.
Lüthir rozjarza swe demoniczne oczy i orientujecie się w tym koszmarze- spadliście na stos, składający się z trzech ciał w stanie początkowego rozkładu. Powykręcane przy upadku, nadjedzone przez szczury i robactwo członki, a także zwój naderwanej liny, najwyraźniej druga cześć tej, która Was tu sprowadziła, zdradzają co tu się stało- Waszych poprzedników najwyraźniej spotkało to samo co Was, jednak nie mieli na co upaść. Uratowały Was poduszki z ciał umarłych wezbranych gazem, Gazem, w którym teraz toniecie, który wchłaniacie z każdym oddechem, który zmusza Was do wymiotowania- odrażającej mieszanki amoniaku, zgniłego mięsa i karbidu. Znajdujecie się w podobnym do tego gdzieś nad Wami, tunelu ściekowym, tyle, że nieco szerszym. Czepiając się jedno drugiego, z załzawionymi oczami, wstrząsani wymiotnymi odruchami podążacie za Basharem, który rusza na wschód, mamrocząc coś w stylu 'tam, tam, bleee...'.
Nie wylądowaliście tak zupełnie komfortowo- Lena lekko utyka na lewą nogę, Bashar ma bark obity tak, że o machaniu prawicą zapomnij. Lüthirowi spod bandaża krew leje się strumieniem za kołnierz- chyba rana się otworzyła, w dodatku niemiłosiernie pali. Zafon, nadrabiając miną, kroczy krokiem kawalerzysty- nogi daleko od siebie. Niemiłosierny ból w pachwinie każe mu zrewidować pomysł noszenia tylu noży w każdym zakamarku ubrania; dobrze przynajmniej, że ten był w pochwie, ale jakiś z tańca będą nici.
Po kilkunastu metrach dostrzegacie przed sobą delikatny blask sinego światła, jeszcze kilka kroków, i w Wasze nozdrza uderza pospolity smród kanałów, szczurów i stęchlizny- niczym najprzedniejszy aromat, w porównaniu z tym, który przed momentem Was owiewał. Głęboko oddychacie przez usta, starając się oczyścić płuca z tamtego strasznego, zepsutego powietrza, niejednemu z Was jeszcze się odbija żółcią.
Światło pada z wyłomu w ścianie tunelu, którym podążacie. Zaglądając weń ostrożnie orientujecie się, że spoglądacie z góry na obszerną, okrągłego kształtu kryptę. W ściany, niegdyś zapewne pokryte freskami- dziś pokryte mchem i liszajami- gdzieniegdzie wmurowane są kryształy, rzucające blady blask. Sarkofag na środku pomieszczenia, potężna, kamienna skrzynia, został najwyraźniej splądrowany wieki temu; elementy strzaskanego wieka walają się po pomieszczeniu. Dziura, przez którą baczycie, znajduje się w miejscu gdzie ściana łączy się z sufitem, w 'południowej' części pomieszczenia. Otwarte szeroko wrota krypty, które widzicie stąd, znajdują się po 'wschodniej' stronie. Od krawędzi dziury do podłogi jest koło czterech metrów, ale nie to jest problemem- tuż obok Was czeka ustawiona tu przez kogoś, przezornie metalowa, przywiązana drutami do prętów wystających spomiędzy kamieni na krawędzi dziury, drabina. Problemem jest miotający się po krypcie, na oko czterometrowy, trokopotaka.
('Rozmiar obrazka był niemożliwy do rozpoznania')

Lüthir: Fey'Ri, nie zamulony wymiocinami jak inni, prawdopodobnie jako pierwszy dostrzegł okrążającego ich powoli, długiego i wielkiego Trokopotakę, była to biało-szara bestia z zębami jak sztylety.
- Osz cholera!... - Przerwał krzyk, gdy tylko potwór zareagował agresywniej, wyszczerzając swoje mocarne kły i podnosząc łapę, następnie uderzając ją o kamienie, wywołując przy okazji głośny, wszędobylski szum.
Lüthir, błyskawicznie ściągając plecak z ramienia, wyjął z małej, bocznej kieszonki parę żelaznych, zardzewiałych śrub, bardzo dużych. Każda ważyła nawet do pół kilograma. Popatrzył się bestii w oczy, a następnie rzucił jej pod nogi metal, łamiąc czaszki, po których chodziła. Trokopotaka wywrócił się, a potem jeszcze poślizgnął, co dało dosyć zabawny efekt, gdyby nie fakt, iż to coś było niebezpieczne.
- Szybko! - Wrzasnął, jednak sam nie wiedział co robić. Stał jak wryty i czekał na posunięcie któregokolwiek z towarzyszy.

Lena: Kobieta po sesji wymiocin, zadławieniu się i napadzie obrzydliwego kaszlu wreszcie pojęła położenie drużyny. Cóż, nie wyglądało to najprzyjemniej.
Gdy tylko jej wzrok padł na stwora, szybkim (od)ruchem uskoczyła pod ścianę, przypierając do niej plecami.
Wysunęła na dłonie sztylety i spojrzała przerażonym wzrokiem na towarzyszy.
-Ta potwora od dziecka nawiedza mnie w snach! Brr!- wykrztusiła z siebie Lena z miną tak wykrzywioną, że aż nienaturalną- Kroimy zwierza! Jacyś chętni?- rzuca w zapyziałą, zatęchłą przestrzeń.

Zafon z coraz bardziej tęgą miną powłóczył nogami, zasłaniając usta i nos ramieniem. Smród powalał z nóg, ból także nie był miły, mimo iż wyskakał się na piętach. Szedł niemrawo, wściekły na siebie samego za tę wyprawę, za resztą grupy. Nagle odór zelżał, do płuc dostało się więcej powietrza - a oczom ukazał się oświetlony lekko wylot tunelu. Prawa ręka opadła do pasa, odruchowo dotykając opuszkami palców głowicy noża. Nogi mimo bólu spróbował ustawić się w krok szermierczy, starając się nie potknąć o kamienie, trupy i inne ścierwo, o którym lepiej za dużo nie wiedzieć.
Zastanawiał się też, ile trupów zabitych przez niego mogło spłynąć jakoś w ten ściek.
Ryk trokopotaki przerwał mu te interesujące rozmyślania, każąc mu się natomiast zastanowić nad sensownym sposobem ominięcia bądź zgładzenia stwora. Drzwi wydawały się zbyt odległe, by ominąć zmutowanego krokodyla.
Krzyk Leny.
- Sami chętni, ale pierw wymyśl, jak chcesz to zrobić - odpowiedział kobiecie.
- Ale... Jeśli nam się uda, robię linę z jej jelit.

Jeżeli któreś z Was miało w głowie plan załatwienia potwora zawadzający o element zaskoczenia, Lüthir skutecznie rozwiał te wymysły- rzucona przezeń niemal półkilogramowa śruba gruchnęła trokopotakę w łeb; bestia zauważyła Was, do tej pory ukrytych w dziurze powyżej, i porykując wściekle zaczęła krążyć u stóp drabiny. Na szczęście ci, którzy wyznaczali tędy szlak, przezornie przywiązali ją drutem do prętów, wystających z postrzępionej krawędzi wyłomu- potwór trąca ją co rusz, i gdyby nie ów drut, jako dodatkowa atrakcja czekałyby Was kilkumetrowe skoki na trokopotakę. W każdym razie na to, że potwór znudzi się pustą kryptą i sobie pójdzie, nie macie już co liczyć.

- Lüthir! - ryknął wnerwiony Zafon, prostując się i niemal zapominając o bólu. - Idioto! Mogliśmy tam przejść - tu wskazał ostrzem dobytego noża na drzwi - ale musiałeś zatrząść jego kryptą! Musiałeś rzucić te cholerne śruby!
Uspokoił oddech, zniżył na chwilę głowę, nie spuszczając jednak Fey'Ri z oka.
- Mam ochotę wsadzić ci ten złom w dupę... Ale... - uśmiecha siędiabelnie - ...mam lepszy pomysł.
Tu znów podniósł głowę, lewe oko pulsowało krwistą czerwienią.
- Idziesz tam. Na dół. Odciągniesz gada, a my przejdziemy się do drzwi.
Nóż wciąż był w dłoni, w pozycji zdatnej do rzutu, jak i do ataku.

Bashar przez dłuższy czas nie mógł się skoncentrować, z powodu straszliwego smrodu, odruchów wymiotnych i bólu w prawym barku. Otrzeźwiał trochę dopiero przy wejściu do krypty, a wielka była w tym zasługa trokopotaki, na którego widok Bashar zapomniał na chwilę o swoich problemach.
- A niech to. Tego nie przewidziałem. -Syknął do siebie.
Nie spuszczając potwora z oczu, spróbował pomachać prawą ręką. Ból tylko się nasilił, więc szybko z tego zrezygnował. W międzyczasie Lüthir zwrócił uwagę trokopotaki na drużynę, przez co szansa na przejście niezauważonym zmalała do zera. Bashara jednak niezbyt to zmartwiło. Już miał coś powiedziać, gdy do głowy wpadł mu nowy pomysł. Podkradł się od tyłu do Lüthira, gdy ten słuchał Zafona. Z uśmiechem wyrażającym satysfakcję i zadowolenie podjął próbę pchnięcia Lüthira lewą ręką tak, żeby ten spadł do krypty i odwrócił uwagę wielkiego krokodyla.

Próba Bashara kończy się powodzeniem- Lüthir rozpaczliwie machając rękami spada prosto na trokopotakę. Bestia ryczy ze złością, fey'ri ląduje na posadzce krypty w okolicach jej ogona; zrywa się szybko i odskakuje za sarkofag. W trupiosinym blasku kryształów w ścianach, rozpoczyna się jakaś straszliwa wersja gry w kotka i myszkę- trokopotaka nie jest zbyt zwinny, ale dość szybki; Lüthir krąży dookoła sarkofagu- jego krawędź sięga mu do piersi- naprzeciw siebie, po drugiej stronie kamiennej skrzyni mając potwora, który krótkimi zrywami próbuje go dopaść. Szczęśliwie, ma problemy ze skrętnością swego cielska, więc fey'ri trzyma go na odległość bez większych problemów; próba jednakże pokonania tych kilku metrów po prostej, by dopaść wrót krypty, mogłaby mieć dla Lüthira opłakane konsekwencje.
Lüthir, cały jesteś mokry, i to nie od potu. Najpierw upadek w ścieku, teraz ten na trokopotakę- krew sączy się przez bandaż i cieknie Ci za kołnierz. Limlimowa skóra nie przemaka, ale czujesz wilgoć na brzuchu i udach; przed oczami zaczynają Ci się pojawiać niepokojące czarne plamki, adrenalina szaleje, światła krypty zaczynają wirować wraz z czarnymi plamkami w jakimś szalonym tańcu w Twojej głowie. Tak przy okazji, w sarkofagu widzisz zwłoki, i to co najwyżej kilkudniowe. Trup odziany w czerń, z kapturem nasuniętym głęboko na twarz, tuli do siebie niebrzydki kord, na jego podołku zaś leży otwarta manierka; w Twojej głowie pojawia się jakaś straszna wizja człowieka, który wskoczył do tego sarkofagu- do którego niski trokopotaka nie miałby jak zajrzeć- i umarł w nim z wyczerpania, pilnowany przez krążącą wokół bestię.

Zafon: - Odciągnij go od drzwi! - krzyknął do Lüthira, mając nadzieję, że trokopotaka i tak zajmie się nim, a nie źródłem dźwięku.
Spojrzał na Lenę i Bashara dość poważnym wzrokiem.
- My pójdziemy pojedynczo. Rzucamy brzdękiem czy ktoś na ochotnika idzie pierwszy?

- Ja ide w środku- odpowiada natychmiast Bashar, pozornie nie zwracając uwagi na to, co się dzieje na dole. Po czym z ironicznym uśmiechem mówi do Leny.
- Chciałaś kroić zwierza? No to prosze bardzo. Panie przodem, jak to mówią.
Wskazuje jej drabinkę, jednocześnie przysuwając lewą dłoń do miecza.

Lena ukradkiem pokazuje język Basharowi, krzywi się nieco, po czym spogląda w dół. Nie obraca się tyłem, lecz przodem do komnaty stara się najciszej i najzwinniej zejść po drabince, obżydliwie pokrytej jakimś szlamem czy posoką. Co chwila ślizgają się jej podeszwy butów, ale stara się zachować równowagę. Nagle jej wzrok przykuwa Lüthir zmagający się ze zwierzem.
Biedny skurl, zara padnie na pysk. Ino beknie...
-Chłopaki, co z nim zrobimy jak przeżyjemy?- szepcze do towarzyszy wychylając nieco głowę do tyłu, aby mogli ją lepiej usłyszeć.

Lüthir: Z wielkim impetem, Fey'Ri uderzył swoją pięścią w leżącą przy ścianie, stalową, lekką i olbrzymią płytę. Dźwięk, jaki rozniósł się po pomieszczeniu, był chyba najgłośniejszą rzeczą, jaką Lüthir kiedykolwiek słyszał, aż poczuł ból w uszach. Metal się zgiął wpół, a trokopotaka cofnął się z cierpienia płynącego z uszu, po czym wpadł brzuchem do góry w brudną kałużę. Fey'Ri szybko skorzystał z okazji, by podbiec do swego plecaka, który spadł mu z ramienia, gdy uderzył o posadzkę krypty. Natychmiastowo wyjął z niego wyjątkowo długą, zardzewiałą, złamaną w końcówke śrubę.
Skurlony krokodyl!
Lüthir rzucił się na trokopotakę, z nadzieją, iż wbije kawałek twardego żelaza w brzuch, pysk, oczy lub jaja, jeśli ta bestia je posiada.

- Nie ma czasu na gadke, leź!- Odwarknął Bashar Lenie, obserwując uważnie Lüthira. Twarz mu spoważniała, a zły uśmieszek zniknął. Najwyraźniej koncentrowal się maksymalnie przed tym, co za chwilę miało się stać. Odwrócił się do Zafona.
- Nie zwracamy uwagi na trepa, wychodzimy cichcem z krypty. Jak już wyjdziemy, to będziesz obstawiał tył. Ja poprowadzę.
Chciał jeszcze coś dodać, ale w tym momencie Lüthir zrobił straszny raban na dole. Bashar patrzył jak Fey'Ri próbuje rzucić czymś w trokopotakę, jednocześnie obserwując zchodzącą na dół Lenę.

Zafon: - Zgoda, idziemy - odpowiedział, gdy Bashar zaproponował kolejność marszu samobójców.
Wypatrywał od tego czasu jakichkolwiek oznak słabości trokopotaki, które można by było wykorzystać przeciw stworowi. Co prawda nie miał już zbyt wielkich nadziei na ocalenie towarzysza - jednak czuł, iż coś należy zrobić. Lub chociaż spróbować.
Czekając, aż Lena dotrze na dół, sprawdził ułożenie wszystkich noży, by znowu nie obić sobie nabiału.
Oprócz tego wciąż patrzył i patrzył... i chyba wypatrzył...
- Co błyszczy w tym sarkofagu? - zapytał zdawkowo Bashara. - Wydaje się dość wysoki... i otwarty... Lüthir! - krzyknął. Sarkofag!

Niestety! Między Lüthirem a sarkofagiem już stoi trokopotaka. Fey'ri powoli obraca się i stojąc plecami do wrót krypty patrzy prosto w paszczę potwora; już się nie rusza, nie podskakuje, nie szuka śrub po kieszeniach- to jest koniec. Bestia warczy z cicha, ale nie ani drgnie; i wtedy orientujecie się, że w mroku za plecami Lüthira też coś warczy i sapie...
Powoli, krok za krokiem, w krąg sinych świateł krypty wchodzi drugi trokopotaka, chyba jeszcze większy. Gdzieś w głębi gardzieli pierwszego potwora przetacza się pomruk niezadowolenia. Nowo przybyła bestia też warczy coraz głośniej, a w warkocie tym nie słychać nut miłości.
W tejże chwili, czy to z wrażenia, czy z nadmiaru emocji, które wypompowały z niego resztki sił, Lüthir zatacza się ciężko i upada, schodząc z linii między trokopotakami- natychmiastowo dwa potwory ryczą niczym jakieś gargantuiczne rozstrojone kontrabasy, a głośno tak, że aż Wam w uszach dzwoni, i nie zwracając na nic uwagi rzucają się na siebie z impetem! Kłąb zębów, pazurów i łusek przetacza się po krypcie, posadzka w okamgnieniu spływa posoką, grube niczym udo Ysgardzkiego wojownika ogony chlaszczą niby bicze!
Najwyraźniej ryk, który jakiś czas temu Lüthir wywołał z bestii za pomocą śruby, poinformował o zaistniałej sytuacji jakąś jego konkurencję krążącą w okolicy- i ta przybyła zobaczyć, czy nie da się uszczknąć czegoś dla siebie. Cóż, może nie najzacniejszą śpiewką dnia jest dla Was informacja, że w pobliżu może być jeszcze więcej trokopotak, ale tak czy siak starcie bestii jest w tych okolicznościach łutem szczęścia.
Lüthir jest już półprzytomny, próbuje się pozbierać, ale upada ponownie.

Lena: Kobieta zdążyła już zejść z drabinki. Widząc drugiego potwora czuje, że słabnie ze strachu. To już za wiele jak na jedną noc, jeden ściek i jedną Lenę.
Diabelstwo zaciska pieść i stara się sobie wbić paznokcie w skórę, aby poczuć cokolwiek.... cokolwiek innego niż strach. Może być nawet ból.
Kujące uczucie w delikatnym zagłębieniu dłoni, bolesne mrowienie, które rozprzestrzenia się aż na przegub. I skok adrenaliny. Kobieta łapczywie chwyta powietrze, aby nie paść podczas gdy nieopodal niej na ziemię pada Lüthir. Pierwsza myśl- Wreszcie.
Po chwili jednak tak krótkiej ale tak treściwej, gdy w głowie ułożył się jej już idealny plan ucieczki, wzbiera w niej uczucie, które starała się w sobie od wielu lat zabić. Jedno z największych ułomności, emocja która jest źródłem największych porażek a zarazem największej chwały- idąc łeb w łeb z nadzieją.
To litość. Litość do ścierwa jest hańbiąca, ale nie w przypadku gdy czujesz się za kogoś odpowiedzialnym. Zatem po tej krótkiej chwili namysłu Lena zaczyna robić to, co przeraża ją jeszcze bardziej- litować się nad *kumplem*.
Kuca, klęka, a następnie cichaczem jak skradający się kot stara się przybliżyć do pół-żywego Lüthira. Technikę zlewania się z cieniem opanowała już jako dziecko. Sprzyjający jest brak zbytniego światła w komnacie. Z resztą, czy Troko w ogóle widzą? Tego Lena nie wie. Stara się zajść całą sytuację- dziejącą się niczym na arenie- od tyłu, by w końcu silnym, ale wolnym posuwistym szarpnięciem wyciągnąć kumpla z gówna, w jakie został wpakowany.
Diabelstwo zerka porozumiewawczo na towarzyszy i kiwa na nich głową. Lüthir to cielsko, pełne noży i nawet Moce nie wiedzą czego jeszcze. Daleko go nie zawlecze.

Bashar wygląda na wściekłego.
-Co ona robi? - warczy do Zafona, nie podnosząc głosu.- powinna się przekraść obok tych jaszurów i poczkać na nas, a nie pomagać temu skurlowi!
Wacha się przez chwilę, wyraźnie nie wie co ma robić. W końcu podejmuje decuzję.
- Schodzę. Tam na dole przyda się ktoś z głową. A ty patrz, czy nikt za nami nie polazł -mówi do Zafona, wskazując na tunel w którym stali.
Po chwili zaczyna schodzić po drabince, obserwując jednocześnie walczące bestie. Nie jest to trudne, gdyż wydają one z siebie potworne odgłosy.

Lüthir: Podczas gdy dwa przerośnięte krokodyle uporczywie starały się wgryźć w którykolwiek członek ciała przeciwnika, Lena zaczęła mocno ciągnąć Lüthira, by ten wstał i zaczął zmierzać ku wyjściu. Jeszcze chwilę temu Fey'Ri był naładowany adrenaliną tak, że miał gdzieś to, iż z szyi traci hektolitry krwi, które brudzą posadzkę. Teraz jednak uczucie ekstremalności minęło, a on sam mdleje na lodowato zimnej, kamiennej podłodze, szturchany beznamiętnie i bez skutku przez białowłosą kobietę.
Eee... Ar... Nie był on nawet w stanie trzeźwo myśleć. Po prostu pochłaniała go czerń i ziemia coraz to bardziej go przyciągała. Gdy tylko Lena próbowała go ustawić w pozycji stojącej, ten przewracał się raz po raz, a z jego oczu zaczął sączyć się niebieski, ochydny i lepki płyn, który zalewał jego twarz. Czyżby skutek odniesionych ran połączonych z wypitym wcześniej w barze trunkiem? Raczej nie. Może to Bashar mu wbił coś w łeb, gdy wypchnął go na dół, wprost w paszczę trokopotaki? Nie był w stanie nawet sklecić poprawnego zdania w swojej głowie, a co dopiero analizować cokolwiek.
W końcu jednak spadł z ciężarem, bolącym, krwawiącym karkiem i łzawiącymi niebieskim płynem oczami w kałużę. Nie zostało mu dużo krwi, ale teraz nawet nie miał sił i świadomości, niczym kontraktowi Prochów...

Zafon z niepokojem obserwował poczynania kobiety. Skurl, którego próbowała ratować, niczym raz po raz trafiany ręką boską padał na zasyfioną glebę, zapewne jeszcze bardziej brudząc ranę w szyi. Oj, ciężko będzie go z tego wyciągnąć żywego...
Posłuchał też polecenia Bashara i nasłuchiwał - gdyż przy poblasku bijącym z komnaty niewiele mógł w kanale zobaczyć - ewentualnego przyjścia niespodziewanych gości. Miał wrażenie, że coś - lub ktoś - naprawdę czai się z tyłu, jednak miał nadzieję, iż to tylko wyobraźnia. Zwrócił się prawą stroną w stronę tunelu, by lepiej słyszeć, móc wyczuć oddech i łapać wykrywalne zmiany zapachu - czy też odoru.
Nie było to łatwe, zważywszy na potworny ból w kroczu. Prawa dłoń, skryta, tak jak i lewa, w rękawicy, kurczowo zacisnęła się w pięść, wciąż jednak błądziła blisko ostrzy za pasem.
Co mogli teraz zrobić?
1. Zdechnąć z głodu.
2. Zdechnąć z pragnienia.
3. Zdechnąć z wyczerpania.
4. Dać się zagryźć.
5. Poczekać na "odsiecz" z Bud.
6. Spróbować uciec wzdłuż ściany.
7. Pomóc Lenie.
Jakoś ostatnie dwa pomysły wydały się Zafonowi najlepsze, choć ni biesa nie wiedział, jak je wykonać. Skoczyć Trokopotace na kark...?

- Może byś mi pomógł, trepie?!- Lena syczy na Zafona, wciąż próbując utrzymać Lüthira w jakiejkolwiek innej pozycji niż leżąca. Co chwila wali go po pysku z otwartej dłoni, aby ten jak najdłużej pozostał przytomny.
-Na Moce, nie możemy go tu zostawić. Skond żeście się skurle urwali?!- diabelstwo zaczyna warczeć na towarzyszy, przy czym czerwienieje na twarzy ze złości, strachu, agresji. Co chwila obnaża ostre zęby, rozglądając się nerwowo po komnacie świadoma, iż nie mają dużo czasu.

Usłyszawszy wściekły krzyk Leny, Zafon ruszył pędem ku drabinie i spróbował ześlizgnąć się po niej. Miał nadzieję, że potwory będą zbyt zajęte sobą nawzajem, by go zauważyć i że zdąży chwycić Lüthira z drugiej strony. Już ze skarpy widział, że Fey'Ri dosłownie przelewa się przez palce, miał więc nadzieję zdążyć. W biegu zdążył się jeszcze zastanowić, gdzie wcięło Bashara.

Bashar tymczasem stał wciśnięty w ścianę tuż obok drabinki, uważnie obserwując walczące trokopotaki i kalkulując szanse dotarcia niezauważonym do wyjścia z krypty. Widząc, co wyprawia Lena, cichutko ruszył w jej kierunku. Głupia... Naraża siebie i nas... pomyślał.
- Jak chcesz pomóc temu skurlowi, to lepiej przestań go szarpać i zatamuj krwawienie- powiedział lodowatym tonem, jakby chciał odciąć się od działań Leny.
-Nie mamy czasu, zaraz potworki nas rozszarpią.
Jeszce raz spojrzał na przestrzeń dzielącą trokopotaki od wyjścia, zastanawiając się nad sensem taszczenia z sobą Lüthira, i czy w takim wypadku zdołają wymknąć się niepostrzeżenie.

- Czyś Ty zdurniał, jembecylu?!- wrzasnęła Lena na Bashara- Jak sam żeś raczył zobaczyć, stwory zara nas zeżrą! Wienc rusz to tchórzliwe dupsko, weź tego kudłaka i spadajmy stond!- Lena dyszy ze złości- Nawet jakby miał zemrzec w drodze do wyjścia, nie zasługuje na bycie żołądkową posoką tego grobojada! Jak stond wyjdziem, to zatamuje co trza. A teraz sie zamknij i pomóż mi trepie!

Lüthir: Fey'Ri zdążył zobaczyć biegnącego w jego stronę Zafona, który rozglądał się z głupią miną wokół. Lüthira nawet to trochę rozbawiło, zaczął się śmiać i szamotać, jeszcze bardziej utrudniając Lenie podniesienie go z podłogi. Chyba tracił świadomość, co się wokół niego dzieje, gdzie i kim jest. Zapomniał? Albo to jakaś patologia, guz w mózgu? Ale chowając się tak przez lata? Nie, to nie to... Zresztą, kto by się nad tym zastanawiał w tej, delikatnie mówiąc, nietypowej sytuacji? Leżał i kwiczał, wyjąc ze śmiechu, patrząc się srebrnymi oczami o metalicznym połysku na wszystkich wokół. Najwyraźniej go to śmieszyło, zaczął jęczeć na całą kryptę, nawet mógł zwrócić uwagę trokopotaki. Tym bardziej przeszkadzał w podniesieniu się, bo coś go ciągnęło ku ziemi. Prawda, grawitacja, ale on sam chciał spaść, pchało go do dołu, czegoś szukał, coś chciał znaleźć, bądź po prostu jego mózg miał jakieś dziwne urojenia.
Chyba zmieniał się w warzywo.

Trokopotaki wciąż walczą, po przeciwnej niż drabinka stronie sarkofagu, nie zwracając uwagi na nic wokoło- wyjście z krypty stoi przed Wami otworem. Jedna z bestii w którymś momencie ryczy, a w ryku tym słychać ból- nie przerywają jednak walki. Ktoś inny odpowiedział jednak na trokopotacze wycie- szeleszcząc mięsistymi, nietoperzowatymi skrzydłami, do krypty wpada wargulec; zatoczywszy krąg nad ścierającymi się bestiami- i nad Wami- odlatuje, wrzeszcząc dziko. Macie jakieś dziwne wrażenie, że wrzask ów brzmi jak zew, skierowany, rzecz jasna, do jego latających pobratymców. Nie oszukujecie się- gdzie jeden wargulec, tam tylko patrzeć dwudziestu następnych. I, choć ów 'zwiadowca' najwyraźniej woła innych na posiłek z umierającego trokopotaki, jest raczej mała szansa, że pogardzą okazyjną bandą ludzi i alubiesów- tak pod kątem gastronomii, jak i powiększenia stada. Stada, które zaraz tu będzie...

Zafon: - Cudownie - rzekł z powagą i uznaniem w głosie. - Dokładnie o tym marzyłem całe moje życie. Wpaść z trokopotaki na wargulca. Turlu turlu, głupi skurlu! - dodał do siebie, schylając się przed wargulcem, w przypływie adrenaliny nie wiedząc nawet, czy unik się udał.
Decydować nie było nawet i co, toteż nie zatrzymał się choćby na chwilę. Lüthir za lekki co prawda nie był, lecz perspektywa śmierci nie była weselsza.
- Bashar, skurlu! Pomógłbyś!

Bashar łapie się za głowę. Wygląda na wściekłego i zaskoczonego.
- Jak chcecie zginąć za kudłacza, to wam przeszkadzać nie będe. Przestańcie być, na Baator, sentymentalni, trzeba sie ratować!
Robi kilka kroków w kierunku wyjścia. Nagle staje i obraca się. Powstrzymując gniew mówi:
- Chodzcie zanim przylecą wargulce...Z nim na plecach - wskazuje na Lüthira - możemy nie zdążyć...
Obserwuje uważnie twarze Leny i Zafona, próbując wyczytać ich reakcje.

Lena wie, że Bashar ma rację. Przytomny Kudłak jest wrzodem na dupie, a dopiero co teraz...
Jednakże on żyje, a Lena jako członkini tej całej wyprawy czuje się poniekąd odpowiedzialna za jego życie. Wie doskonale, że uratowanie Lüthira nic nie zmieni. Dalej będzie pryskliwym, nieznośnym zmierźluchem.
Ale. Do wyjścia jest niedaleko i Zafon już się wziął za kumpla. Nie ma co, trzeba się wydostać razem z Fey'Ri.

Bashar robi pogardliwą minę. Sentymentalni... dziw, że jeszcze żyją. Głupcy Ale za was do księgi umarłych nie trafie, trepy. Odwraca się i idzie do wyjścia. Po pary krokach jednak zatrzymuje się. Głupcy nie głupcy- są mi potrzebni... Niech to...
- Poradzicie sobie z taszczeniem kudłacza? Póje przodem, jakby jeszcze jakiś gad przylazł, to będziecie mieli czas sie przygotować.
Sprawdza, czy jego prawica wróciła jako tako do stanu użyteczności.

Za wrotami krypty kilka schodków w dół prowadzi na dno elegancko sklepionego tunelu Katakumb. Ciągnie się on w lewo i prawo- lub inaczej, na północ i południe- środkiem zaś płynie strużka wody. Śmierdzi pleśnią z lekką domieszką trupa; w zielonkawym świetle porośniętych liszajem i mchem, fosforyzujących kryształów wbudowanych co kilka metrów w sklepienie, dostrzegacie walające się fragmenty kamiennych płyt, strzaskanych skrzyń i kości. W ścianach korytarza zieją otwory splądrowanych nisz, w których kiedyś prawdopodobnie spoczywali zmarli. Prawy koniec tunelu kończy się jakąś większą salą, której szczegółów, poza kilkoma katafalkami, nie da się stąd dostrzec; lewa odnoga korytarza po kilku metrach odbija w prawo pod kątem czterdziestu pięciu stopni, mija wielką, zardzewiałą bramę, której jedno skrzydło jest delikatnie uchylone, i ponownie zakręca pod tym samym kątem w prawo, obierając kierunek wschodni. Dalsza jego część jest poza zasięgiem Waszego wzroku.
Bashar, stoisz na schodkach i próbujesz nasłuchiwać przez hałasy trokopotak z tyłu; miałeś wrażenie, że odebrałeś echo wrzasku wielu wargulczych paszcz gdzieś od strony owej sali z katafalkami. Wiesz jednak, że echo może być mylące... Nie masz czasu się nad tym zastanowić, bo Zafon i Lena targający omdlewającego fey'ri stają przy Tobie świdrując Cię pytającymi spojrzeniami. A bark nadal boli jak bolał.

Bashar chwilę nasłuchuje. Patrzy najpierw na lewy, a potem na prawy korytarz. Potem nie namyślając się długo wybiera lewą odnogę. Głową wskazuje reszcie, żeby poszli za nim. Jednocześnie wyciąga lewą ręką miecz, zdając sobie sprawę, że w walce z hordą szybkich i zwrotnych wargulców sam nie będzie miał szans. Po raz kolejny przeklina w myślach kompanów, którzy zdecydowali się ratować Lüthira.

Bashar, mijając uchylone wrota na zakręcie orientujesz się, że panuje za nimi kompletna ciemność, ciemność tak gęsta, że niemalże lepka i falująca... Gdzieś z jej głębi dobiega Cię niezrozumiały szept, echo jakiegoś kwilenia, kapanie wody... Przystajesz w oczekiwaniu na resztę drużyny i wtedy dostrzegasz również, że w niszy naprzeciwko owych wrót, w ścianie korytarza wyrzeźbiona jest ogromna kamienna twarz. Czas i spływające po niej strużki wody zatarły już nieco jej rysy, nie tknęły jednak wielkich, zimnych, wyrazistych, kamiennych oczu, które jakby patrzą na Ciebie... Masz problem z podzieleniem uwagi między oczy glifu, a ciemność za wrotami naprzeciw niego...

- Co do... - warczy Bashar na widok ciemności. Nagle zauważa dziwną twarz wykutą w ścianie. Napawa go ona dziwnym niepokojem. To już za wiele... myśli i spogląda na nią jakby chciał wywiercić w niej dziurę wzrokiem. Kiedy chce zerknąć na ową dziwną ciemność, która rozpościera się za wrotami, orientuje się, że jest to niemal niemożliwe. Coś przyciąga jego wzrok do tej twarzy, a Bashar zaczyna mieć wrażenie, że twarz odwzajemnie mu spojrzenie... Nie namyślając się długo, zaczyna iść ku niej ze wzniesonym mieczem, chociaż przez głowę przewija mu się myśl, że nawet gdyby ktoś go zaatakował, to nie zdąży się obronić będąc wpatrzonym w ta dziwną twarz wykutą w kamieniu. Ale idzie.
-No to do dzieła, trza sprawdzić co to za dziwadło- mówi na głos.

- Bashar, prowadź. Powinieneś wiedzieć, gdzie jesteśmy - głos Zafona przebił się z trudem przez zmęczenie.
Długa droga, pomyślał człowiek.
- No to jak, co możesz nam powiedzieć o Królowej Złodziei? Mam nadzieję że nie jest wargulcem?
Spojrzał na Fey'Ri.
- Mamy go czym opatrzyć? Zaraz nas te konusy ze skrzydłami wyczują, musi mocno śmierdzieć krwią.

Bashar zatrzymuje się i odwraca.
-Taak... opatrz go. Ja zajmę się tą twarzą.
Znowu zaczyna iść w kierunku wykutej twarzy, z zamiarem zbadania jej.

Bashar- glif to po prostu wielka, niemalże dwumetrowej średnicy, kamienna twarz, nic więcej. Tylko te oczy... Choć nieruchome, w jakiś dziwny sposób zdają się nie odrywać od Ciebie wzroku.
Leno, Zafonie, dołączacie do Bashara, który wpatruje się w płaskorzeźbę; zagadnięty, odpowiada niewyraźnie, jakby był śpiący, jego zaś spojrzenie, kiedy na moment odwrócił je od glifu, jest nieobecne. Dziwnie się zachowuje.
Tymczasem Waszym oczom ukazał się dalszy fragment katakumb; prowadzący na wschód korytarz, który kończy się jakąś większą salą. W połowie drogi widzicie dwie pary schodów, leżących naprzeciw siebie. Na dolnych stopniach po lewej leży bezgłowy, na wpół zjedzony trup; jedyne co się na nim uchowało w jednym kawałku to porządne, wysokie buty i solidny, skórzany pas do którego przytroczony jest jakiegoś rodzaju zasobnik. Kilka stóp dalej na posadzce leży pęknięty miecz.

Zafon niewiele myśląc, patrząc na krwawiącego Lüthira oderwał dwa kawałki rękawa z koszuli - jeden zwinął , drugim chciał go przywiązać do karku... Spojrzał jednak na trupa.
- Pas... - rzucił do siebie, mając nadzieję znaleźć bandaże czy choćby jakiś bimber, by zdezynfekować ranę Lüthira.

Zafon- po doświadczeniach z ciałami w ścieku powyżej Krypty Trupich Świateł, woń karbidu roztaczana przez przeszukiwane przez Ciebie ciało jest niemal niezauważalna. Zwłoki prawdopodobnie należały do alubiesa, jak stwierdzasz, dostrzegając resztki szponiastej dłoni.
W skórzanym zasobniku, z wydzielonymi komorami wewnątrz, znajdujesz coś jak- w danych cyrkumstancjach- prezent od Pani- trzy jakby zaschnięte, duże krople- dwie bledsze, i jedną w pełni krwistoczerwoną; są to dwa znane Ci amulety skrzepu i jeden amulet krwi, uniwersalne, magiczne środki leczące. Zasobnik zawiera również siedemnaście miedziaków.
Przeszukując trupa orientujesz się, że u szczytu schodów znajdują się wrota, podobne do tych, przez które przeszliście kilka minut temu; prawdopodobnie prowadzą do innej krypty. Jedno skrzydło jest uchylone, pada zza niego krwistoczerwony blask. Gdy odruchowo sprawdzasz szczyt schodów po przeciwnej- południowej- stronie tunelu, Twój wzrok napotyka gęstą ciemność.
Lena, Zafon doskoczył do trupa, pozostawiając Ci w opiece omdlewającego fey'ri. Dzielisz uwagę między niego, przeszukującego zwłoki Zafona, a Bashara, który wciąż wpatruje się w glif. Jego zachowanie wydaje Ci się już BARDZO nienormalne.
Bashar, nie możesz drgnąć... Jak zahipnotyzowany wpatrujesz się w kamienne oczy, ani myśląc oderwać od nich wzrok.

Lena, kucając nad Lüthirem, co chwila szarpie go za włosy jakby chciała by ten czuł cokolwiek ze świata zewnętrznego.
Za chwilę jednak dostrzega Bashara, który zachowuje się podejrzanie dziwnie. Kobieta mruży oczy z zaciekawieniem, po czym nabiera powietrze w usta i mówi podniesionym tonem do mężczyzny, a towarzyszy temu echo rozbrzmiewające w korytarzach Katakumb:
-Te, trepie! Co sie tak gapisz jak sroka w gnat w te wielkom morde z kamienia? Czyś Ty już całkiem zdurniał, kozi zadzie?- odchrząkuje nieco, po czym kontynuuje-Nie zachowuj się jak większy półmózg niż ten, którym jesteś i chodź że tu, trza by pomyśleć gdzie dalej iść.
Diabelstwo siada na zimnej, oślizgłej "posadzce" z miną wyrażającą ewidentne obrzydzenie. Rozgląda się dookoła, widzi całkiem nieźle pomimo ciemności tu panujących. Spostrzega Zafona, robiącego coś przy zwłokach.
-Zafon, coś tam wygrzebał?
Jeszcze jeden plaskacz w pysk Fei'Ri. Chyba się szybko nie dobudzi.

Grzebiąc w truchle za czymkolwiek przydatnym, Zafon natrafił wreszcie na trzy krwiste krople... i coś jeszcze, przy czym zatrzymał wzrok na dłużej. Schował to zaraz za pazuchę i odkrzyknął kobiecie:
- Leki!
Podbiegł czym prędzej do Fey'Ri i spróbował ocenić jego stan. Futrzasty nie wyglądał za dobrze, zalany krwią i nieprzytomny.
- No dobra - mruknął pod nosem, po czym spróbował rozewrzeć Lüthirowi szczękę, by położyć na jego języku amulet krwi. Bashara i dziwną ciemność chwilowo ignorował.

Lena: W momencie gdy Zafon podchodził z lekiem, kobieta podniosła głowę Lüthira by ten nie zadławił się lekiem.
-Oby zadziałało, bo nie będę go dalej wlekła nieprzytomnego po tych skurlonych kryptach...

Lüthir, powoli otwierasz oczy. Zanim jeszcze dociera do ciebie potworny ból w szyi, niemal wzdrygasz się, zaskoczony pochylająca się tuż nad Tobą para zmrużonych oczu otoczonych aureolą białych włosów.
Bashar, głos Leny odciągnął Twoją uwagę od glifu. Zmuszasz się do tego, ale udaje Ci się odwrócić do niego plecami i odejść kilka kroków; jakby pękały jakieś niewidzialne więzy, z każdym krokiem czujesz coraz mniejsza chęć powrotu przed kamienne oblicze. Podchodzisz do reszty drużyny akurat w momencie, gdy fey'ri powoli staje na nogi.

Bashar powoli otrząsa się z dziwnego odrętwienia, w jakie popadł wpatrując się w glif. Co... co to było? Na pewno nic dobrego, o tak. Odwraca się w kierunku drużyny. Ze zdziwieniem stwierdza, że Lüthir doszedł już do siebie, prawdopodobnie po jakimś magicznym medykamencie. A więc nasz skurlony kudłacz dalej będzie wnerwiał ludzi, hę? Następnym razem następnym razem zrzucę go razem z kosą w plecach.
- Zbierajcie sie- rzuca szorstko- to jeszcze nie koniec.

Lüthir otworzył oczy, ujawniając swoje blado-zielone tęczówki, lekko połyskujące we własnym świetle. Gdy chyliła się nad nim Lena, ten zaczął patrzyć na nią, przeginając głowę na boki. Leżał tak parę sekund, aż poczuł ból w głębi karku. Jęknął grubym głosem, kuląc się na podłodze. W końcu jednak cierpienie ustąpiło, tak, jakby jego organizm dawał mu święty spokój, wiedząc, że nie ma już siły na agonię.
Podparł się ramionami o posadzkę i wsłuchał się w głosy towarzyszy, dyskutujących o nim. W chwili, gdy doszedł do siebie, natychmiast znalazł się na równych nogach, nadal nieco wstrząśnięty tym wszystkim.
Lena wyglądała, jakby chciała coś powiedzieć do Fey'Ri, jednak ten czym prędzej oddalił się od nich w stronę glifu, na który przed chwilą patrzył Bashar. Lüthir oparł się o ścianę, by rzec:
- Co... Tam jest? - Pomyślał chwilę, podrapał się po włosach i sięgnął po plecak, który leżał niedaleko. - I jak... Ja?...

-Ani dziękuję, ani "skurl sie". Eh, jak żeś sie tempym chamem urodził to i takim umrzesz- westchnęła Lena bez nutki nawet rozczarowania czy zdziwienia- Co wy widzicie w tej gembie ogromnej?- rzuciła kobieta i poczęła podchodzic w stronę ściany, dołączając tym samym do towarzyszy.

Lüthir: Gdy tylko Lena podsunęła się dostatecznie blisko miejsca, w którym stał Fey'Ri, ten lekko przechylił się w jej stronę, odgarnął włosy i rzekł szeptem:
- Dlaczego to zrobiłaś? - Nadal wpatrzony w Glif...

- Zamknij jadaczkę - rzucił szorstko Zafon w bliżej nieokreślonym kierunku, z całą pewnością jednak do Lüthira. Gryzło go, że trep, którego sam zamierzał skopać z przepaści, zawdzięczał mu życie. I że ryj z kamienia zatrzymał Bashara w letargu. I ta cholerna ciemność. Nawet opowiadaczka z Ula by czegoś takiego nie wymyśliła.
- Idziemy do tych katafalków.

W momencie kiedy Zafon rzuca swoją propozycję, od 'strony katafalków' Waszych uszu dochodzi wrzask wielu wargulców. Tymczasem stoicie za zakrętem korytarza, ale jakoś dziwnie nikomu z Was nie przychodzi ochota wystawić głowy za ów róg, który Was skrywa...
Leno, Lüthirze, kiedy tak stoicie przed nim ramię w ramię, glif nie robi na Was większego wrażenia.
Lüthir, odzyskałeś nieco sił witalnych, ale na wesele jeszcze się nie kwalifikujesz. Twoja rana jakiś czas temu przestała krwawić, bo nie miała już czym- nie znaczy to jednak, że nie wymaga pewnej uwagi. Dociera to nawet do Ciebie.
Bashar, patrząc na fey'ri i diabelstwo stających przed glifem, w Twojej głowie rozlega się alarmujący zew. Nie robią oni nic dobrego.
Tymczasem wszyscy, jak stoicie, słyszycie zza tego samego zakrętu, zza którego słychać wargulce, triumfalny ryk jednego z trokopotak- najwyraźniej zwycięzca pojedynku bestii został wyłoniony; już wkrótce, jeżeli nie latające głowy, to coś innego zacznie Was szukać.
A piasek w klepsydrze przesypuje się...


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 8:49 pm  

Bashar: - Ekhem! Może jak żeście skończyli już czułości, to wreszcie ruszycie tyłki?
Spogląda po kolei na wszystkich.
- No co? Już nie macie sił, trepy? Idziemy!
Ignorując glif, ciemną bramę a także krzyk wargulców zza załomu korytarza rusza pewnym krokiem przed siebie. Chowa też miecz, który trzymał w lewj ręce.

-Spieprzamy!- warczy Lena po czym zaczyna się z początku powoli, a następnie coraz szybciej oddalać od kierunku, z którego dochodzą odgłosy.
-Mówię wam, uciekajmy, bo i tak nie mamy szans- kobieta ma rozbiegany po towarzyszach wzrok- Wrócimy do tego- rzuca na koniec w stronę Lüthira.

Zafon pomógł Lüthirowi oderwać się od kamiennej twarzy. Również nie marzył o bliskim spotkaniu z wargulcami, więc narzucił tempo. Spojrzał jeszcze za siebie, upewniając się, czy stwory nie lecą, lecz znów wszystko pociemniało.
- Też to widzicie?

Lüthir: - To? To znaczy co? - Powiedział Fey'Ri, patrząc w tę samą stronę co Półłeb.
Widział jedynie ciemność, narastającą i narastającą, krzyki, czy raczej skowyty, wargulców nasilały się, dając o sobie znać w bębenkach usznych.
- Nie ma czasu, uciekajmy! - Krzyknął, z nadzieją, iż któryś z towarzyszy pójdzie pierwszy.

Bashar spogląda na Lüthira z irytacją.
-Czyś ty zdurniał do reszty trepie?! Uciekać? Przed czym? Wargulce są zajęte bestyjką, na razie jesteśmy bezpieczni.
Patrzy na Lenę i Zafona, sprawdzając czy przypadkiem nie odpowiedzieli na bezsensowny odzew i dalej idą za nim.
-Ale możemy trochę przyspieszyć, nie? To już niedaleko, jak sądzę.
Po tych słowach rzeczywiście przyspiesza kroku.

Zostawiacie za sobą rozfalowaną ciemność, glif i krwawy blask, i podążacie korytarzem do końca; zatrzymujecie się na najwyższej kondygnacji galerii, otaczającej spory, okrągły dziedziniec. Nad Waszymi głowami potężne stalowe łuki schodzą się promieniście od góry zamykając pomieszczenie półkolistą kopułą. Galerię otacza kamienna, omszała balustrada, przy której właśnie stoicie spoglądając w dół; cztery poziomy niżej, w zielonkawym lub sinym blasku fosforyzujących kryształów wbudowanych tu i ówdzie w filary arkad, widzicie włóczących się po placu nieumarłych. Na środku owego trupiego spacerniaka znajduje się coś na kształt sadzawki, w której spoczywa kilka ciał.
Tak czy owak, Waszym zmartwieniem jest poziom, na którym się znajdujecie, a nie jakieś zombiaki cztery piętra poniżej. Galeria jest szeroka może na półtora- dwa metry, więc nie macie się co przejmować ewentualnym pościgiem ze strony trokopotaki; inna sprawa, oprócz korytarza którym nadeszliście, jeszcze pięć innych wychodzi stąd w pięciu różnych kierunkach- jeden naprzeciw Was, po dwa inne po bokach.

Całość pomieszczenia, do którego wszedł teraz Bashar, prezentuje swoistego rodzaju urok, który potęgują zombie spacerujące sobie na niższych poziomach. Jednak nie ma on czasu go podziwiać. Za dużo czasu straciliśmy. Kudłacz pewnie sie podnieci zombiakami- pasują do niego, ale nie dam mu do tego okazji okazji myśli sobie.
- Idziemy prosto! -mówi głośno, żeby wszyscy go usłyszeli, nawet się nie oglądając. Obchodząc galerię wybiera lewą stronę. Ciągle trzyma szybkie tempo, zastanawiając się, czy świeżo przywrócony do zdrowia Lüthir za nim nadąży.

Rozmach pomieszczenia zrobił na Zafonie niemałe wrażenie; takie komnaty zakopane pod Sigil...? A może, jak pewne miasto, o którym opowiadała mu matka, Klatka jest zbudowana na ruinach samej siebie? Nie rozmyślał jednak na tym zbyt długo, gdyż Bashar ruszył naprzód. Cóż, on zna te tereny...
- Trepie, ty przede mną - wyartykułował powoli i zrozumiale do Lüthira, wyciągając długie ostrze przed siebie. - Żadnych głupich numerów, świrze.
Cały czas, jako ostatni, zerkał w tył, wypatrując ogona.

Lena idzie w milczeniu między mężczyznami, rozglądając się z zaciekawieniem dookoła. Zastanawia się przez chwilę czy świecidełka na ścianach byłyby cokolwiek warte na którymś z targów w Sigil. Na pewno jakiemuś łachudrze kupcowi dałoby się wcisnąć taki kamyk jako niezwykły okaz przedziwnej natury Arborei. Jednakże ciągłości myśli kobiety zostaje przerwana przez Zafona, który próbuje coś wyperswadować niedoszłemu umarlakowi.
Racja. Ten głupi trep pewnie znowu bedzie siem chciał rzucać z kijaszkiem na wszystko co się rusza- pomyślała, po czym postanowiła zająć Lüthira rozmową, aby odciągnąć ich od głupich masochistycznych myśli o zabijaniu dziś czegokolwiek.
-Pst, trepie...- zaczęła cichaczem, podchodząc do kudłaka - Co żem zrobiła to tylko dlatego, żeś jest jednym z nas. Nikt nie chciałby zostać rozerwany przez takie kupy tłuszczu jak Troko, bo to śmierć głupia i haniebna jest. Tia?- szła powoli, miarowo, cały czas patrząc przed siebie i zerkając na Bashara w nadziei, że ten wie dokąd zmierza.

Lüthir: Piękne... Przepiękne... - Fey'Ri był całkowicie pochłoniony żywymi truposzami spacerującymi na dole.
- Zupełnie jakby... - Odezwał się na głos, podziwiając istoty parę metrów pod nim. - Osiągnęły jakiś stopień koegzystencji... Jakby... - Wszyscy z drużyny patrzyli na jego dziwaczny wyraz twarzy i słuchali jego słów. Od strony Bashara wydawało się nawet słyszeć klątwy od świrów czy psychopatów, jednak wszyscy przerażeni tym zachowaniem aż stanęli, by go pilnować. - ...Jakby się połączyli, stworzyli... Jedność.
Lüthir stał nad wielką przepaścią, dokładnie obserwując każdy ruch, wydawał się być kompletnie inny niż przedtem, a jego jaskrawe oczy zaczęły pulsować raz na zielono, a raz na seledynowo. Po chwili usiadł przy krawędzi, trzymając się kurczowo podłogi i uważając, by nie spaść. Patrzył swoimi wielkimi ślepiami na zombiaków i... Podziwiał ich. Chwilę później uniósł w ręce kamień...

Bashar postanowił nie odwracać się, ignorując Lüthira. Nie wytrzymał jednak i spojrzał za siebie. Zobaczył, że fey'ri podszedł bardzo blisko dziury. Gdyby tylko nie ta balustrada...
- Te, kudłacz, nie prowokuj losu, bo możesz sie doigrać. Idziemy.
Daje znak Zafonowi i Lenie, żeby szli za nim. Po czym odwraca się i zmierza do przejścia po drugiej stronie.

Lena zwinnie podchodzi od tyłu do Lüthira, po czym wyrywa mu z ręki kamień. Ciągnie go za kudły, odchylając tym samym głowę mężczyzny do góry tak, aby ten spojrzał jej w oczy.
-Jeszcze jeden taki numer i wrócisz do krypty z Troko...- zawarczała gniewnie, szczerząc zęby i układając oczy w maleńkie szparki. Z każdym słowem szarpie go coraz mocniej- Wstawaj głupi skurlu, nie po to żeźmy sie tyle z Tobom męczyli, żeby teraz zginać za Twoją głupote. Uszanowałbyś chociaż co dla Ciebie zrobiliśmy, skoro nie umisz tego docenić- Lena gotuje się ze złości, sapiąc nad twarzą zaskoczonego Lüthira. Ustawia nogi jakby miała walczyć, opierając ciężar ciała na tej wysuniętej bardziej z przodu i ma cholerną ochotę walnąć, trzymanym w drugiej ręce kamieniem, mężczyznę tak, żeby ten spadł między głodne zombie. Nie przestaje go szarpać.

Lüthir: Gdy Lena w końcu puszcza Fey'Ri, ten odzywa się, cały rozbawiony czymś nieokreślonym.
- I za takie coś to zrobiłaś? Pytam się raz jeszcze. Dlaczego? - Tym razem zniża ton, by tylko ona usłyszała.

Lena: - A Ty co, jeden z tempaków? Przeca Ci powiedziałam zanim żeś usiadł. Słuchasz Ty mnie w ogóle?- mruczy, patrząc ironicznie na kolegę. Wykrzywia usta w szyderczym pół-uśmiechu. Poprawia włosy.

Lüthir, podchodząc jak najbliżej Leny, przejechał swoją ręką po twarzy, przetarł ją z pyłu i podsunął usta do ucha dziewczyny.
- Nikt nie ratuje kogoś, kogo nie zna i może dodatkowo nie raz zagrozić życiu. - Fey'Ri mówił półgłosem, nie dając po sobie rozpoznać emocji podczas gadki. - Nie jestem jednym z was, łączy nas tylko wspólna robota, a jak dotąd byłem według ciebie tylko ciężarem. - Odsunął się od niej, łapiąc przy okazji kamień, który wcześniej podniósł, a ona mu go odebrała. Gdy odszedł nieco dalej, odwrócił się jeszcze w jej kierunku, podrzucając spokojnie małym głazem. - Chyba, że myślisz coś innego, że nim nie jestem.
Chodząc wokół, rozglądając się po wszelkich korytarzach i zaglądając wgłąb dziury pośrodku pomieszczenia, Lüthir, nieco zaciekawiony, zaczął obmacywać wszystko wokół, a jego tęczówki przybrały świetlany, ciepły odcień turkusu.
- Którędy idziemy? - Rzekł nieco ironicznym głosem, patrząc na Bashara, który zmierzał ku przeciwnej odnęce względem tej, którą przyszli. - Tamtędy unosi się zapach zwłok, sam zdecyduj, czy to dobry omen.

Lena już ma ochotę się odsunąć od Lüthira gdy ten podchodzi bliżej, ale powstrzymuje się gdy poczyna on mówić. W trakcie jego gadki kobieta oddycha głęboko, wypuszczając ze świstem powietrze, jakby w złości. Zmienność nastrojów tego mężczyzny jest przytłaczająca.
-Myśle, że jesteś w porządku- wyrzuca z siebie w końcu zanim Lüthir na dobre rozpocznie rozmowę z Basharem. Szybko urywa temat i dołącza się do reszty drużyny, nasłuchując co odrzeknie chwilowy prowadzący.

Podążacie za Basharem w korytarz po przeciwnej stronie galerii, po drodze mijając dwie odnogi w lewo; w pierwszej, przelotnie widzicie schody prowadzące gdzieś wgłąb katakumb, w drugiej ciągnie się korytarz podobny do tego, którym przyszliście.
Pod przewodnictwem zabójcy wybieracie jednak kierunek zachodni; korytarz jest bardzo przyzwoicie oświetlony, pod ścianami leży sporo owych fosforyzujących kryształów, jak gdyby ktoś umyślnie je tu poznosił. Kilka metrów wgłąb, analogicznie jak w poprzednim korytarzu, dwie pary schodów leżących naprzeciwko siebie rozchodzą się na boki. U szczytu tych po lewej dostrzegacie otwarte wrota i bijący zza nich zielonkawy, jadowity blask, podobnie z tymi z prawej- tyle, że światło jest niebieskawe i raczej miłe dla oka.
Parę stóp za schodami zaś, korytarz przecina solidnie wyglądające przepierzenie skonstruowane z jakiś sztab, blach i nitów. W środku owej ścianki widnieją niskie i wąskie, solidne drzwi zaopatrzone w sporą kołatkę.
Bashar, po Twojej minie można wywnioskować, że czujesz się nieco zaskoczony. I jako żywo, jesteś. Co to za drzwi? Kołatka?!?
Kiedy tak stoicie u stóp schodów do krypt, patrząc na przeszkodę, dobiegają was jakieś głosy i śpiew. Zdaje się, że za owymi drzwiami toczy się jakaś rozmowa. Co ciekawe jednak, śpiew dobiega raczej jakby z.. niebiesko oświetlonej krypty.
Lüthir, Twoja szyja jest sztywna jak kołek. Wciąż jesteś bardzo osłabiony, a rana jest ledwie zakrzepła, nie wspominając nieznośnego pieczenia. Poniekąd czujesz się jakbyś miał na sobie obrożę, z szyją owiniętą przesiąkniętym zakrzepniętą krwią bandażem; i wciąż strasznie chce Ci się pić.

Lüthir: - Daj mi coś na zmoczenie gardła. - Powiedział Fey'Ri do Półłba z nadzieją, iż ten znajdzie przy sobie jakiś płyn, zdatny do wypicia. O dziwo nie użył przekleństwa, nie obraził go... Po prostu poprosił o wodę, jak gdyby coś się zmieniło.
Chwilę potem, gdy usłyszał dźwięki, podobne do śpiewu, dochodzące z pomieszczenia za schodami, przysunął palec do ust i wskazał, by wszyscy byli cicho, po czym wziął do ręki mały, świecący kryształ, chował go do kieszeni i zaczął podążać ku wrotom.

Bashar stoi dość zaskoczony, nie wiedząc za bardzo co robić. Widok drzwi mocno go zaskoczył. Próbuje skoncentrować się i pomyśleć, ale nic sensownego nie przychodzi mu do głowy. Ostatecznie może zapukać do drzwi, ale czuje, że nie jest to najlepszy pomysł, zwłaszcze że najwyraźniej za drzwiami ktoś jest. Wtedy słyszy też inny dźwięk- śpiew. Jest to jedna z ostatnich rzeczy, jakich się spodziewał, więc przez moment myśli, że ma jakieś urojenia. Dopiero po chwili orienjuje się, że śpiew jest jak najbardziej realny, i dobiega chyba z niebieskiej krypty. Znowu zastanawia się nad jakimś rozwiązaniem, obserwując jak Lüthir podąża ku drzwiom. Ci, którzy śpiewają, rzadziej chcą wsadzić człekowi kosę w plecy. Ten niebieski wydaje się taki... przyjazny. Pomyślawszy to, powoli rusza w kierunku błękitnej krypty, ostrożnie zaglądając do środka.

Leno, Zafonie, obserwujecie fey'ri i zabójcę, jak ostrożnie wchodzą na schody prowadzące do krypty, z której dobiega cichy śpiew. Patrzycie na siebie w niemym porozumieniu względem podziału obowiązków i bezgłośnie podkradacie się do drzwi przed Wami. W miarę jak się zbliżacie, stłumione grubym żelastwem głosy robią się coraz wyraźniejsze, aż wreszcie możecie je bez problemu rozróżnić i wsłuchać się w toczącą się za drzwiami rozmowę.
- ...mózgoszkodnik jest mondrzejszy od was! Krótkiego?- Krzyczy poważny, basowy głos
- Na niego padło! Losowalimy! Prawda chopaki?- Skrzypiący głos, po nim potwierdzający pomruk, przynajmniej ze 3 osoby
- No i..?- Bas
- Polaz z kronosa temu. Ale nie wiem, jak to bedzie, słyszelimy tu wyraźnie jak troko ryczoł gdzieś za koloseum. A krótki nie wraca...
- Durne trepy! Skond ja teraz wyczasne drugiego takiego szczurka na robote?
- Szefie, toć ja sie wcale nie ciesze! Sami dzisiaj mamy na Urzendniczej łupać...
- Dobra, dobra- Przerywa bas- Usłyszeliśta troko iście go posłali, znam was... Wasz problem, a jak sie reszta wywie, nikt z wami nie bedzie chciał robić! A goście?
- Nikogo nie było- Do rozmowy dołącza kolejny głos, delikatny choć męski- Szefie, dałbyś nam iść się przespać, po wiecu mamy akcję.. W tunelach troko szaleją, nikt już dziś nie przyjdzie.
- Tu sie kimnij, jakeś zmenczony, zamiast w kości grać i chlać! Do przeciwszczytu warujecie!
- Dobra, dobra...- Niechętny pomruk zgody, oddalające się kroki, trzaśnięcie jakiś drzwi.
- Szpicowany trep...- Mówi kolejny, zgrzytliwy- Żeby go Pani na ostrza wzieła...
- Zawrzyj jadaczke!- Przerywa skrzypiący ściszonym głosem- Pewnikiem nasłuchuje jeszcze pod dżwiami, a ja nie mam ochoty warować tu nastempne czy dni! Dawaj te kości...
Bashar, powoli wspinasz się na schody do krypty, wciąż zastanawiając się nad przepierzeniem i drzwiami; najwyraźniej ktoś postawił je całkiem niedawno, być może wiedziony aktywnością wargulców czy jakiś innych stworów w okolicy. A Wasz cel tuż za nimi... U szczytu schodów wyprzedzasz o dwa kroki Lüthira, przesadnie skradającego się i ściskającego w reku fosforyzujący kryształ, którego blask zanika wobec światła w pomieszczeniu przed Wami.
Tymczasem jednak osiągasz górne stopnie i ostrożnie rzucasz okiem do wnętrza krypty. Z Twoich ust wyrywa się pełne zachwytu 'aaachh...'
Jakbyś nagle znalazł się na szczycie jakiejś wieży w Twym rodzinnym Faerunie... W doskonałym blasku nie tkniętych liszajem kryształów oglądasz rozciągające się nad Tobą sklepienie niebieskie. Perfekcyjne, mistrzowskie freski pokrywające otaczające Cię ściany i kopułę krypty z całą wyrazistością oddają nieskończoność niebiańskiego błękitu rozciągającą się wokół Ciebie. Tu i ówdzie, ręka nieznanego mistrza pokryła niebo delikatnymi, zwiewnymi barankami obłoków, które zdają się powoli poruszać i zmieniać kształty... Niemal masz wrażenie, że w Twoją twarz uderzył podmuch wiatru, niosący zapach drzew nieodległego lasu, niemal słyszysz krzyk sokoła, zataczającego kręgi gdzieś w bezmiarze tego niesamowitego błękitu, wysoko, wysoko nad Tobą... Ani się zorientowałeś, a już wlazłeś do krypty zapatrzony w górę; póki nie ujrzałeś tego niesamowitego malowidła, nigdy, od kiedy jesteś w Sigil, nie poruszyła się w Tobie żadna z tych strun, które teraz grają gdzieś w Twoim czarnym sercu. To jest nieboskłon, pod którym się narodziłeś i powinieneś umrzeć, nie ten obrzydliwy, nienaturalny, czerwonawy blask w jakim teraz egzystujesz. Kiedy w Twoim oku zaczyna zbierać się łza, natychmiast otrząsasz się ze złością- i dostrzegasz siedzącego pod ścianą naprzeciwko, dopóki nie wlazłeś do krypty ukrytego za filigranowym, białym sarkofagiem, karła.
Ów trzyma w ręku spora glinianą flaszkę, głowę ma pijacko zwieszona na piersi, a z jego zarośniętej brodą paszczy dobiegają Cię bełkotliwe słowa piosenki:
Los nam daje na frasunek, baby śmiech i trunek,
Bije wroga król nasz pan, spija słodkie wina,
A nam jeno piwa dzban, dziewka i pierzyna...
Przyglądasz mu się chwilę, po czym chrząkasz znacząco. Karzeł powoli podnosi głowę i spogląda na Ciebie nieprzytomnie. Nagle jakby coś do niego dotarło, zrywa się z błyskiem przerażenia w oczach i siłą rozpędu wali potylicą w mur za nim. Rozlega się solidne trzaśnięcie, po czym knypel pada na pysk.

Lüthir: - Jasny gwint! - Krzyknął Fey'Ri, szybko manewrując przez drzwi i dostając się do środka.
Gdy chwycił Bashara za ramię, ten, nadal nieco wpatrzony w nieskazitelny, perfekcyjny błękit, nagle skierował oczy ku Lüthirowi.
- Wiej, trepie! - Ciągnął go za prawą rękę w kierunku drzwi, robiąc głupawą, przerażoną minę skierowaną ku leżącemu na ziemi, nieprzytomnemu karłowi. - Nie trzeba tu było wchodzić! Wtem, jedna z jego zakrzepłych dziur w szyi otworzyła się, przerwała ze zbytniego napięcia. Nie był to duży otwór, jednak prowadził wprost na pobliski nerw, który niemiłosiernie zrywał się z braku oparcia na skórze, i jednocześnie sklepiał, czego efektem był wcześniejszy amulet. Nie było to szczególnie niebezpieczne, jednak... Cholernie boli! Lüthir, bez zastanowienia, rwał Bashara w kierunku drzwi, być może po to, by w razie starcia mieli większe szanse na przeżycie.
Może nawet w całości...

Bashar przez chwilę stoi w miejscu, podziwiając malowidło. Przypominają mu się lata spędzone w Faerunie... Po czym otrząsa się, wściekły na chwilę słabości. Wspomnienia jednak wracają, doprowadzając go do furii... Nagle jakiś karzeł, najwyraźniej pijany, próbując uciekać uderza się o ścianę, wyrywając Bashara z wewnętrznej walki. Zabójca potrzebuje kogoś, na kim mógłby wyładować wściekłość. Spogląda na karła i zaczyna iść w jego kierunku. Nagle przeszkadza mu Lüthir, rzucając się na niego, bełkodząc coś niezrozumiale i ciągnąc Bashara w kierunku wyjścia. Wściekłość powoli zamienia się w szaleństwo... Bashar zbiera wszystkie siły na jeden potężny ruch, żeby wyrwać się Lüthirowi, wrzeszcząc przy tym:
- ZOSTAW MNIE TY SKURLONY TREPIE!

Lüthir, niezwykle potrząśnięty zachowaniem Bashara, któremu w oczach zapaliły się płomienie wściekłości, puszcza go, robiąc kapryśną minę. Co ten skurl... Najwidoczniej śmiałek ma już dość uciekania, chcąc w końcu stanąć z przeciwnikiem twarzą w twarz, co wyzwoliło w nim... Jakiegoś rodzaju furię, grymas duszy, czy jak to tylko można było nazwać. W mgnieniu oka sięgnął po jakieś trzy, ostre gwoździe, mniej więcej tej samej długości, by wsadzić je sobie pomiędzy palce, co, najwidoczniej, miało służyć za swego rodzaju improwizowany kastet.
- Dobra Bashar, strzelaj. - Już go nie zaciągnę... Stanął w jakiejś bojowej pozie z gwoździami w jednej ręce i podrdzewiałym, podłużnym kawałkiem metalu, który oderwał się od framugi drzwi. Kruchy i delikatny, ale... Może starczy na raz...

Lena stoi pod drzwiami i stara się wytężyć słuch. Gdy w końcu udaje jej się usłyszeć rozmowę, diabelstwo już wie co jest grane.
Skurlone grobołazy, rozkradają katakumby...
-Pewno pracują dla Królowej- rzuca bardzo cicho do Zafona.
Nagle jednak, spośród stłumionych odgłosów rozmowy za drzwiami, zdaje jej się że słyszy Lüthira. Wrzeszczy coś bez sensu nieopodal.
Kobieta podchodzi do wejścia niebieskiej krypty i staje jak wryta.
Jej oczom bowiem ukazuje się dość niecodzienny obraz: sapiący ze złości, przepełniony chęcią mordu Bashar oraz nieco oszołomiony Lüthir, który stoi obok z dość zrezygnowaną, obojętną miną.
No i gwóźdź programu: w samym centrum zapity w capa karzeł, leżący pyskiem na posadzce.
W jednej sekundzie kobiecie do oczu napływają łzy i zasłania ona usta dłonią. Przymyka powieki, zaczyna się trząść w barkach, kosmyki włosów opadają jej na twarz. Drugą ręką łapie się za brzuch. Trwa to parę sekund, a kiedy mija i ręce kobiety opadają luźno wzdłuż ciała widać, że usta ma wykrzywione w bezgłośnym śmiechu. Lena wbija sobie paznokcie w dłoń, aby bólem złagodzić rozbawienie. Zapłakane, czerwone policzki kobiety nadal trzęsą się lekko, gdy ta stara się głęboko i spokojnie oddychać.
-Co na Moce...- parsknięcie- Robi tu ten karzeł?!

Zafon, stoisz u stóp schodów, kiedy z krypty dobiega Cię ryk Bashara. Trzy sekundy później drzwi obok Ciebie otwierają się z trzaskiem i pojawiają się w nich, figurujące na czterech zakazanych mordach, cztery pary wpatrzonych w Ciebie oczu. Byłoby ich pięć, ale ten podskakujący z tyłu i próbujący coś zobaczyć przez stłoczonych w drzwiach kolegów po prostu się nie zmieścił we framudze.
- Co na moce..?- Mówi skrzypiącym głosem wychudzony jak szkielet trep gapiąc się na Zafona
- Kimżeś?- Pyta zgrzytliwym tonem drugi, właściciel solidnej blizny w poprzek twarzy (od razu poczułeś doń nić sympatii)
- Co to za wrzaski?- Dodaje delikatnie szczupły, długowłosy alubies z czerwoną szarfą owiniętą wokół głowy
Czwarty, łysy, z oczami jak węgielki, po prostu patrzy na Ciebie podejrzliwie.
W zasadzie masz ochotę się roześmiać, cała ta sytuacja, głosy, ściśnięte w drzwiach trepy- przypomina Ci to jakieś komediowe przedstawienie. Mniej śmiesznie wyglądają jednak ich kindżały, no i fakt, że kilku ich jednak jest.

- Psia kupa - rzucił Zafon z ironicznym uśmiechem pod nosem. Cofnął się trzy metry - odległość rzutu - za róg korytarza prowadzącego do błękitnej komnaty i dobył dwa krótkie noże. Tym trzymanym w lewej dłoni przejechał znacząco po kamieniach - czterech trepów i tak już o nim wie, a towarzyszy jakoś trzeba zawiadomić.
Na cholerę Lüthir się tak darł? Czemu Bashar nie mógł zawrzeć japy, choć odrobinę? Czemu Zafon został tutaj?
I czemu chowa się przed czterema zalanymi skurlami?
Tak czy siak stał z dwoma nożami do rzucania, mając wielką - i zapewne zgubną nadzieję - że w razie czego zdąży dobyć miecza. Albo Bashar przyleci na skrzydłach furii, by go ocalić.

- Ja cię znam- Stwierdza ten łysy, wpatrując się w Zafona swymi błyszczącymi czarnymi oczkami- Tyś jest Półpysk, czy jakoś tak, z Ula. Po cholerę wyjąłeś te kosy?
- Ooo- Wzdycha ten z delikatnym głosem- Czyżby W KOŃCU zdarzyło się, że nie gniliśmy tu bez sensu?- Odwraca się do Zafona obojętnie plecami i znika w pomieszczeniu wewnątrz. Napięcie znika z twarzy pozostałych. Ten który przedtem próbował Ci się przyjrzeć za pleców towarzyszy przeciska się do przodu
- A ni widzioł ty gdzie po drodze knypla?- Pyta
- Czekaj, czekaj, o tym zaraz.- Przerywa mu łysy- No, trepie, mów z czym tu przychodzisz.- Zwraca się do Półłba

Zafon z lekkim niedowierzaniem wsunął ostrza w odpowiednie miejsca, będąc jednak gotowym na rychłe ich dobycie. Skinął głową, gdy łysol próbował go nazwać po imieniu. Zastanawiał się równocześnie, czemu jeszcze go nie zarżnęli. Pytanie.
- Spieprzam do jak najgłębszej krypty przed bandą narwanych zbieraczy - odparł. Wręcz wypluł ostatnie słowo. - Te trepy w komnacie - kontynuował, wskazując ruchem głowy - są ze mną. Co tu robicie?
Wciąż myślał nad sensownym fortelem, zasadzką, kuszą wałową czy czymkolwiek, co pozwoli im wyjść stąd cało.

- Nas tu odźwiernymi, tfu, ustanowili- Spluwa łysy. Chwilę się jakby zastanawia- A, pies to trącał... Siadaj z nami tu, w naszej, tfu, strażnicy, jest bełt i są kości. Nie wiem, czy wiesz co jest dalej, więc Cię nie mogę przepuścić, chyba, żeś zaproszony. A jak nie wiesz, o czym mówię, to chcąc nie chcąc musisz z nami posiedzieć, dopóki ktoś na górze nie zdecyduje, co z tobą zrobić. Kogo tam masz, w tej krypcie?
Daje subtelny znak ręką, i jego towarzysze w pomieszczeniu za drzwiami dobywają jakiś cięższych narzędzi, Przelotnie mignęła Ci wekiera Baatezu, słyszysz też charakterystyczny stukot naciąganej kuszy
- To nie na ciebie- Uspokajająco mówi łysy- Ale musimy tu pilnować interesu, czaisz...- Obraca się- Skocz no tam który po jakiego czarnego!- Rozkazuje; dobiega Cię odgłos oddalających się kroków i trzaśnięcie drzwi. Łysy wraca spojrzeniem do Ciebie- No, to kto tam z tobą jest? Od razu ostrzegę, że nie warto szukać tu jazdy...

- Przyjaciele - odpowiedział Zafon - Mnie też nie zależy na jatce, a mówiłeś coś o bełcie?
- Możecie przyjść na moment? - krzyknął przez ramię, próbując cofnąć się o krok. Przepity ryj był mało atrakcyjny.

Co do...
- Lena zastanawia się nad zasłyszaną przed chwilą rozmową. Jakieś głosy, coś o... nie-przepuszczaniu dalej.Niezbyt dobrze.
Wychodzi zza rogu i staje jak wryta. Instynktownie łapie za broń, nie wciąga jej jednak, patrząc porozumiewawczo na Zafona. Mruży oczy i szczerzy kły na widok obcego.

Na widok Leny łysy uśmiecha się szeroko
- Ooo, witamy! Nareszcie jakiś miły oku gość zawitał w nasze skromne progi! Prosiemy, prosiemy... Nie ma co tam zębiszczami łyskać...- Zwraca się do Zafona- Takich towarzyszy to ja rozumiem- Mruga porozumiewawczo- Dużo was tam jest?
Jego radość wygląda szczerze. Pozostali, w pomieszczeniu za plecami łysego, niby mimochodem poustawiali się tak, żeby widzieć Lenę i zerkają na nią z zaciekawieniem.

- Czterech śmiałków. - Odrzekł Lüthir, wracając do korytarza wcześniej przez drzwi, zostawiając Bashara z karłem. - Wielkoduszna białowłosa. - Rzekł, patrząc na Lenę, w myślach wycinając jej włosy. On ich nie lubił, tam, skąd pochodził, takie zwyczaje były nie do przyjęcia. Kobiety miały określone kolory sierści, których nie wolno im było lekceważyć, a siwiznę się ścinało. Mimo przyzwyczajenia do warunków Sigil, nadal nie podobały mu się jej owłosienia. - Półłysy jednopowieki. - Wskazał na Zafona, nie rozczulając się zbytnio nad jego osobą. - Urodzony morderca. - Wskazał z dozą tajemniczości na komnatę za nim. Ci ludzie nie mogli patrzeć przez ściany, tak więc i poczuli się jakoś dziwnie, słysząc donośny ton Fey'Ri. - I ja, pół-demon z Arborei. - Te słowa zabrzmiały najgroźniej. Jego czerwone oczy zaczęły świecić, zupełnie tak, jakby kontrolował ich kolor. Mocne, ostre, wyrastające z ramion i ud ostrza zalśniły przez blask bijący z Krypty Błękitu.
Lüthir, ze świecącym kamieniem w rękach, zaczął się powoli drapać po włosach, chcąc sięgnąć gdzieś głęboko włosy, jednak jego, scalone niczym dredy, kłaki, nie pozwalały na dostanie się do głowy.
- A wasze ogrody? Co w takim gównie jak to, robi ktoś taki jak wy?

Po tym, jak Lüthir puścił Bashara, ten stał dłuższą chwilę patrząc na fey'ri ze wściekłością. Już miał wyjąć miecz, gdy usłyszał hałasy na korytarzu. Najwyrażnej odgłosy szamotaniny przyciągnęły jakichś trepów. Bashar przysłuchiwał się rozmowie, jaką Zafon prowadzi z owymi trepami z rosnącym zaciekawieniem. Pewne myśli zaczęły mu świtać w głowie. Powoli zaczął domyślać się, kim są nieznajomi na korytarzu. A właściwie dla kogo pracują. Prawie całkowicie zapomniał o Lüthirze, którego miał przed chwilą ochotę rozerwać na strzępy, i o karle, na którym chciał wyładować wściekłość. Zrobił kilka kroków w kierunku wyjścia. Wtem Lüthir, który najwyraźniej również stracił zainteresowanie Basharem szybko wyszedł z krypty, gadając jakieś niedorzeczności do owych nieznanych wartowników. Jednak część jego wypowiedzi szczególnie zaciekawia Bashara. Urodzony morderca... Taa... Wspomnienia znowu wracają i Bashar ze wściekłością walczy z samym sobą. Żeby nie zwariować, wychodzi zaraz za Lüthirem.
-Mów za siebie, trepie - rzuca do półbiesa.
Po czym odwraca się do wspomnianych trepów. Niedawna walka ze wspomnieniami i wybuch wściekłości sprawiły, że zachowuje się jak pijany. Co więcej, jego wygląd- błędne spojrzenie, chwiejny chód i rozszerzone źrenice jest pewnie widoczny dla innych. Skupia się jednak na tyle, żeby wydusić z siebie przywitanie.
- Witajcie, witajcie. Jestem Bashar, morderca, jak zauważył ten skurl- rzuca szybkie spojrzenie na Lüthira.
- A wy? Kim jesteście, co tu robicie? - pyta, chociaż znakomicie zna odpowiedź. Brzmi to dość nieprzekonywująco ze względu na jego stan i wygląd.

- No dobra - rzucił Zafon, stając w szeregu z kompanami. - Skoro już wszyscy obecni, pora na was. Kim jesteście?

Na widok pozostałych członków drużyny łysy wydaje się nieco zawiedziony. Gestem zaprasza Was do pomieszczenia za przepierzeniem, wskazuje zydle, a sam zasiada naprzeciw bawiąc się shurikenem. Na pierwszy rzut oka po sztuczkach, jakie nim wykonuje widać, że jest nad wyraz zręczny.
Salka do której wchodzicie jest wielkości przeciętnej krypty, tyle, że ma kształt ośmiokąta. W ścianach północnej i wschodniej figurują takie same przepierzenia i drzwi jak te, które właśnie pokonaliście. W południowym kierunku kilka szerokich schodów prowadzi do sporych, starożytnych wrót. Pachnie swojsko tytoniem i bełtem, zresztą dwie fajki i kapciuch leżą na pooranym blacie stołu, między glinianymi flaszkami, kośćmi do gry i drobnymi monetami.
Obliźniony i chudzielec, kamraci łysego, obaj dzierżąc kusze, ustawili się pod ścianami koło przepierzeń. Przystojniaczek z czerwoną chustą na głowie zawarł za Wami drzwi i siadł na końcu stołu po lewicy swego bezwłosego kompana. Nie ma żadnej widocznej broni, a porusza się jakby ostrożnie i wielką gracją, jak tancerz. Co ciekawe, każde z Was ma wrażenie, że jest najniebezpieczniejszy z całej grupy.
- No- Zaczyna łysy- Żeśmy z tej samej niszy zawodowej- Tu kiwa głową Basharowi- to nietrudno zauważyć. Na oprowadzaczy raczej nie wyglądacie, po cmentarzu chyba. Co zaś do odpowiedzi, to najpierw chciałbym usłyszeć wasze. Od strony, od której żeście przyszli, nikt nie przychodzi tu przypadkiem. W ogóle, nikt tu nie przychodzi, może jaki umarlak. No a teraz zwaliliście mi sie tu całą hanzą. Jeżeli nie wiecie, po co tu przyszliście, to musi być cholernie wielki przypadek. Możecie więc usiąść i spokojnie poczekać, bo nijak nie moge was puścić w żadną stronę dopóki ktoś ważniejszy nie podejmie decyzji. Jeżeli wiecie, po co tu jesteście, to możecie zacząć gadać. Prędzej czy później i tak powiecie, to wam moge obiecać.- Nie brzmi to jak groźba, raczej jak szczera propozycja. Moglibyście powiedzieć, że gdyby nie uważne spojrzenie, jakim Was obczaja, łysy jest wręcz znudzony- Do tego momentu i tak nie mogę dać wam żadnych odpowiedzi...
- A tak na boczku- Wtrąca przystojniaczek bawiąc się zwojem pergaminu, który nagle rozpada mu się w rękach w pył. Chyba właśnie rzucił jakieś zaklęcie- Nie widzieliście gdzieś tam po drodze karła? Albo jego resztek?

Lena zatrzymuje wzrok przez dłuższą chwilę na mężczyźnie w czerwonej chuście. Uśmiecha się kątem ust, gdyż kogoś jej strasznie przypomina, kogoś z odległej przeszłości, ale nie pamięta jak śmiałka wtedy wołali.
-Królowa Złodziei...- mruczy pod nosem, jakby chciała, by nikt tego nie usłyszał i nie poznał celu ich wyprawy. Jednakże trzeba ją odnaleźć, a oni mogą być jedyną nadzieją- Ekhm... Królowa Złodziei- powtarza głośniej- Mówi wam to coś?
Diabelstwo siada na blacie stołu, bawi się kostkami do gry i wnikliwie obserwuje miny, jakie goszczą na twarzach nowo poznanych.
-Macie tu co mocnego do picia?- rzuca po chwili ciszy dla rozluźnienia i tak mocno napiętej sytuacji, uśmiecha się szeroko.

Lüthir: Fey'Ri rozciągnął się leniwie, po czym, dodając do słów Leny, rzekł:
- Zna się ktoś może na lekarzeniu? - Parsknął, odsłaniając swoją zaschłą ranę na szyi. Wyciekał z niej jakiś żółto-biały płyn, kropelka po kropelce, niemalże jakby tracił tłuszcz nagromadzony w tej części ciała. Cholerne ciule... Powtarzał sobie w umyśle jakieś obelgi względem tych trepów, co chwila wypluwając w głowie jakieś słowo. Oszczane łachudry, pewnie mają tu nadmiar doktorków, ale ni jeden mi nie zszyje tego za darmo...

Bashar zdążył się już uspokoić, chociał krypta błękitu ciągle krąży gdzieś na krańcu jego świadomości. Rozgląda się po pomieszczeniu z ledwo zauważalnym niezadowoleniem. Trepy, które go powitały, niezbyt przypadły mu do gustu. Chciałby ruszać już dalej nie tracąc czasu, a już z pewnością nie ma ochoty odpowiadać na pytania jakiemuś łysemu skurlowi pilnującemu drzwi. Zwłaszcza że to tylko pachołek. Ma nadzieję, że towarzysze go wyręczą. Nagle jego uwagę przykuwa shurikan, którym bawi się ten łysy. Wydaje ci się trepie, żeś w tym dobry? Nie trafiłbyłś kulawego bariaura, łysku myśli sobie, uśmiechając się do siebie.

- Aaach, nareszcie dochodzimy do jakiś konkretów!- Uśmiecha się łysy na słowa Leny- Tak więc wiemy już, że nie trafiliście tu przypadkiem; wiedzcie jednak, że poruszacie się po bardzo niebezpiecznym terenie. Jeszcze tylko jedna drobna sprawa, coby formalnościom stało się zadość, i drzwi- macha ręką w kierunku wrót za swoimi plecami- stoją przed wami otworem: kto was tu przysłał?
Tymczasem przystojniaczek patrzy na fey'ri; na widok odsłoniętej szyi podnosi się.
- Ulala, piękny kołnierz, śmiałku.. Daj no mi na to zerknąć- Wskazuje Lüthirowi trójnogi kozioł, samemu idąc w stronę skrzyni pod ścianą opodal; dobywa z niej spory, opleciony cienkim drutem gąsior, i jakieś zawiniątko- No, to jak z tym karłem?
Lüthir, tymczasem Ty, cały czas podejrzliwy, zasiadasz na wskazanym zydlu. Mężczyzna sprawnie, choć delikatnie, odsłania Twoją szyję i odkorkowuje gąsior; gorzki zapach spirytusu rozchodzi się w powietrzu. Przystojniaczek najpierw napełnia stojący przed Tobą kubek i trąca Cię zachęcająco, po czym odwija zawiniątko; kątem oka dostrzegasz skalpel, igły, kilka drobnych amuletów i wyjałowione bandaże, z których jeden zostaje właśnie nasączony alkoholem. 'Zaboli', mruczy trep, i zaczyna oczyszczać Ci ranę. Syczysz, kiedy czujesz palący ból i coś jeszcze... Coś, na co właśnie zwrócił uwagę także i Twój 'pielęgniarz'. 'Ulala...', słyszysz, jak mówi sam do siebie, po czym sięga do zawiniątka po drobne szczypce i zaczyna coś majstrować przy ranie. Po chwili ból narasta, ale tylko po to, żeby po chwili dać się zastąpić uczuciu ulgi, jakby jakieś obce ciało właśnie opuściło Twoje własne- i rzeczywiście, przystojniaczek podstawia Ci pod nos pincetę, w której trzyma niemalże calowy, ułamany, brudny pazur, najwyraźniej do tej pory tkwiący w Twoim ciele. Gdybyś miał czym, chyba byś zwymiotował. Przed oczami staje ci ów grobojad, który Cię chlasnął, oczyma wyobraźni widzisz, jak rozgrzebuje gnijące, trupie ciało tymi pazurami. Tymczasem Przystojniaczek wydobywa z Twojego ciała jeszcze dwa podobne odłamki, przemywa ranę i bierze się do szycia.
- Bierz, to uzupełni straconą krew- Kładzie przed Tobą amulet w kształcie purpurowej kropli- Rozpuść to na języku. Twoja rana prawie na pewno jest zakażona- niestety nie mam tu nic, czym mógłbym ci pomóc. W ciągu kilku godzin wda się jakiś syf, chyba że odwiedzisz poważniejszego uzdrawiacza, który będzie dysponował odpowiednim amuletem, bądź zaklęciem- Mówi, szyjąc; Łysy przygląda się znudzonym wzrokiem całemu zajściu
- Kiedy już skończysz bawić się w szpicowanego znachora...- Zaczyna, patrząc na przystojniaczka
- Skurl się, nie chce mi się znowu kłapać na ten temat. Nawet jeżeli będziemy się tu zaraz kroili, nie mogłem go tak zostawić- Odpowiada tamten wciąż zajęty raną. Łysy zrezygnowany kręci głową. Wygląda jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale odpuszcza i z powrotem zwraca się ku Lenia, Zafonowi i Basharowi. Napełnia spirytusem i podsuwa zasiadłej opodal kobiecie kubek- Wracając do pytania...
- I karzeł- Półgębkiem dorzuca z boku przystojniaczek.
Lüthir, rozpuszczasz amulet na języku i po chwili czujesz, jak żywotność wraca do twego ciała; dopiero teraz orientujesz się, jak osłabiony byłeś! Masz ochotę podskoczyć, ale nawet Ty masz tyle rozsądku, żeby poczekać, aż Twój dziwny pielęgniarz skończy szyć.

- Karzeł, karzeł...- mruczy Lena pod nosem, uśmiechając się odruchowo na wspomnienie wydarzenia z błękitnej krypty- Wasz karzeł leży zalany w trupa w niebieskim pomieszczeniu obok. No, panowie, dajta coś do picia, bo zaraz zwariuje- kobieta usadawia się na stole wygodnie i patrzy z zaciekawieniem na wszystkich. Wydaje się byc szcześliwa, czuje się jak pośród swoich.
Ukradkiem zerka co tam się dzieje z Lüthirem, czując ulgę, ze wszystko skończyło się dobrze.

- Doprawdy?- Przystojniaczek śmiejąc się unosi głowę znad rany Lüthira- Kamień spadł mi z serca... No i gotowe...- Dokańcza szew i ucina nitkę szybkim ruchem kindżału. Lüthir, delikatnie wzdragasz się, gdy ostrze muska Twoją szyję. Tymczasem tamten zdejmuje zasuwę z drzwi i ze słowami 'zaraz wracam' znika w korytarzu.
Tymczasem łysy patrzy z uśmieszkiem na Lenę, jakby trawiąc jej pytanie. Wreszcie wycelowuje palec w pełen kubek, który postawił przed nią gdy tylko dosiadła się do stołu.
- No, tutaj...- Mówi z uwagą, jakby tłumaczył coś komuś po raz trzeci tego samego dnia. Potem przenosi wzrok na Zafona i Bashara. Westchnienie.
- Siadajcież, bo mnie już szyja boli od zadzierania łba... Dogadajmy to w końcu...- Wychyla swój kubek i natychmiast napełnia go ponownie, zerkając, czy Lena nie potrzebuje tego samego- To kto was tu skierował? Zaproszenia w oczywisty sposób nie macie, bobym wiedział, żeby was oczekiwać... Ale sporo trepów ściąga tu dzisiaj bez zaproszenia, powinniśta wiedzieć o czym gadam... Kto dał wam cynk?

Siadł więc Zafon na swej ciężkiej a obolałej po trudach dnia powszedniego dupie.
- A wyjaśnisz nam może napierw, o co chodzi? Jakie trepy? My wiemy tyle, że może dać nam robotę, a wy tu siedzicie, jakbyśmy chcieli ją ściąć i wrzucić w Astral. Też bym się napił.

Bashar tymczasem rozmyśla o kompanach, z jakimi przyszło mu podróżować. Spogląda na Lüthira, który właśnie został podleczony przez jakiegoś dziwnego przystojnego fircyka. Ten Fey'ri to świr. Będę musiał na niego uważać, żeby nie narozrabiał. Najłatwiej byłoby wsadzić mu kosę w plecy. Zastanawia się chwilę. Na razie nic nie będę robił. Jak zacznie zagrażać misji, to go zlikwiduję. Uśmiecha się lekko na tę myśl. Jego wzrok zahacza o Lenę. To diabelstwo jest całkiem niezłe, tylko za litościwe. Może jej braknąć zimnej krwi kiedy trzeba będzie zarżnąć jakiegoś skurla. Ale może być przydatna. Przez moment zastanawia się nad przydatnością Leny. Nagle jego uwagę zwraca pytanie, z jakim zwraca się łysy do Zafona. Kto dał im cynk. Bashar nie ma pojęcia, kto dał drużynie cynk, więc liczy na szybką odpowiedź towarzysza. Ten Zafon wygląda na najbardziej zrównoważonego z ekipy myśli. Można na niego liczyć w razie czego, mam tylko nadzieję że nie da się namówić Lenie na jakieś śmieszne dobrocie i będzie się zachowywał normalnie. Chociaż 'normalne' zachowanie zadaniem Bashara na pewno nie pokrywa się z normalnym zachowaniem według Harmonium... W tym momencie zrównoważony towarzysz, zamiast oddalić niepokój Bashara i po prostu odpowiedzieć łysemu, zaczyna coś chrzanić. Bashar zastyga w bezruchu. Żeby tylko teraz mnie nie zapytał przelatuje mu przez głowę. Nie ma ochoty zmyślać przed łysym żeby ukryć swoją niewiedzę. Rzuca Zafonowi piorunujące spojrzenie, po czym odwraca się do Lüthira i stara zachowywać normalnie.

Zafon pochwycił morderczy wzrok Bashara. Cóż, skoro gramy w otwarte karty...
- Wiemy od barmana z Guwernanta.

Łysy przez chwilę uważnie wpatruje się w Zafona, a raczej w coś jakby OBOK niego, po czym prostuje się z westchnieniem.
- No narrreszcie!- Mówi z ulgą- Krwawniki od Jednookiego!
Delikatne napięcie, które unosiło się w powietrzu od kiedy weszliście do pomieszczenia, natychmiast się rozmywa. Trepy opuszczają kusze, odstawiają je pod ściany, łysy odkłada shurikena, sięga po kapciuch z tytoniem i zaczyna nabijać fajkę.
- Ech, te gierki...- Kręci głową- Nie znoszę tego... Ale cóż, tak trzeba, tak trzeba... Zaproponowałbym wam partyjkę, ale nie sądzę, żebyście chcieli siedzieć z nami w tej dziurze. Ja bym nie chciał. Do przeciwszczytu jeszcze z półtorej godziny, także czasu macie po uszy...- Przerywa, gdyż przystojniaczek właśnie wraca, z rumorem ciągnąc nieprzytomnego karła przez drzwi do katakumb. Większość mężczyzn wybucha śmiechem, jeden z niedoszłych kuszników właśnie napełnia sobie kubek samogonem, drugi rozwija spłachetek skóry zawierający solone mięso i zasiada z Wami przy stole częstując.
- Jak mówili- Stwierdza wesoło- Zalany w trupa... Ot, szpicowany konus, ciekawym ile razy już nam taki numer wywinął, zamiast przepatrzyć tunel...
Ten z gąsiorem upewnia się, że wszyscy spragnieni mają pełne kubki, wyciąga jeden ku Basharowi
- Pij, śmiałku, bo coś blady jesteś. Już możesz odetchnąć, jesteś miedzy swoimi...
Tymczasem fircyk układa karła pod ścianą i siada z Wami, pakuje sobie do ust kawałek mięsa, po czym przygląda się wszystkim uważnie.
- No, ciekawe co to się podzieje...- Stwierdza- Sam bym na to zlecenie reflektował, ale już mamy inną robotę namanioną. Ech, cholerny knypel- Tu zerka na karła- Ale mnie wystraszył, bez niego byłoby niewesoło...
- Dobra dobra- Przerywa mu łysy, najwyraźniej szczegóły pragnąc mimo wszystko przemilczeć- Ty się nie rozsiadaj, tylko zaprowadź naszych gości gdziekolwiek sobie tego zażyczą. Oczywiście, jakby co, nasza skromna, tfu, strażnica stoi dla Was otworem.- Śmieje się
Przystojniaczek wychyla kubek jednym haustem- nawet nie mrugnął- i odwraca się do Was.
- To jak? Pewnie wolicie zobaczyć słynną Zakopaną Wioskę? Speluna tej zgrzybiałej kutwy Radine jest otwarta, może nawet znajdziecie jakieś sklepy, jeśli wam czegoś trzeba... Zanim jednak pójdziemy, jest kilka rzeczy, które musicie wiedzieć: Nie mówcie nigdy nikomu o 'zakopanej wiosce', nawet nie używajcie tej nazwy w rozmowach.. Nie muszę chyba tłumaczyć, że ściany miewają uszy tam, gdzie się tego najmniej spodziewacie. My generalnie mówimy o 'ulicy Wiejskiej' i każdy kto ma wiedzieć, wie o co chodzi. Nie wiem, ile wejść poznacie, ale nigdy nikomu nie zdradzajcie żadnego. To się tyczy w zasadzie wszystkiego, mieszkańców, królowej, zwanej po prostu 'Szefową', i tak dalej. Łamanie zasad jest karane na zasadzie sznurowej, od nitki po kłębek każdy dostaje kosę. Wkrótce poznacie Ludzi-Z-Cienia, bez porozumienia z nimi nie macie prawa wprowadzić tu nikogo z zewnątrz.- Przez chwile patrzy na Wasze zdziwione spojrzenia- Niee, my nie należymy jeszcze do organizacji- Tłumaczy- Ale pracujemy nad tym i powoli idziemy w górę lokalnej hierarchii. Co prawda teraz odbębniamy przydział karny w tej zasranej dziurze...- Tu zerka gniewnie na łysego
- Dobra dobra- Mruczy łysy uspokajająco- Jeszcze tylko dziś. Szczegóły ich nie interesują...- Chowa twarz w kubku nie patrząc fircykowi w oczy
- Na czym stanąłem..?- Wraca tamten do tematu- Aha, Cienie... Zlecenie to w sumie będzie świetnym sposobem, żeby się pokazać, gdyby marzyła wam się kariera w organizacji. Dobry brzęk, pewne leże... Jak już was tu zaproszono, to w sumie pewnie i tak o tym pomyślicie...
- Chyba mają swój rozum- Przerywa mu łysy- Miałeś coś zrobić, nieprawdaż?
Chwilę mierzą się ostrymi spojrzeniami, ale w końcu fircyk wychyliwszy jeszcze jeden kubek wstaje.
- No to co, gotowi zobaczyć na własne oczy Klatkową legendę, czy może macie jakieś pytania?

Lena wychyla kubek z napojem, po czym energicznie wstaje.
-Jedno pytanie. Czego sie możem spodziewac po tej... Szefowej?- Lena zerka podejrzliwie na łysego.

- Czego? Jak czego? Zobaczy się, Białowłosa. - Odchrząknął miękko Lüthir, powstając z krzesła i rozciągając się. Jego kości aż zaczęły strzelać, wszystko w środku poczęło dziwnie prychać i krztychać, a ostrza na kończynach zdawały się falować. Zupełnie jakby coś wróciło na miejsce. Oczy błysnęły na różowo, a on sam jeszcze raz przebadał wzrokiem wszystkich wokół. - No to jak? Wybieramy się do tej Wiejskiej Ulicy, panowie?
Przystojniaczek. Miły facet, pewnie jedna z milszych osób, jakie Lüthir spotkał w całym swoim życiu. Przychylniejsze bywały chyba tylko słodkie dzieci na ulicach, nie chcące być zarżnięte nożem, bądź kurtyzany, które poznawał w wędrówkach po Dzielnicy Niższej bądź Wielkim Targu. Sovia, ona szczególnie utknęła mu w pamięci... Sovia... Cholera, doświadczę tego, a potem zobaczę co jest dalej. Kiedyś do ciebie dotrę... Nagle coś go przygasiło. Stał jak wryty, patrząc się w podłogę, niby czegoś szukając, pogrążony w myślach... Sovia...

Zafon na szczęście wyłapał spojrzenie Bashara i nie przedłużał już pobytu w strażnicy. Łysy objaśniał szczegóły, ale Bashar już nie słuchał. Bezwiednie chwycił kubek i zaczął pić, czując narastające podniecenie. A więc nareszczcie... Robota dla samej Królowej Złodziei. Sam się nie spodziewałem, że wszystko będzie takie proste. Ale udało się, udało! Radośc ogarnia Bashara, wyrzucając mroczne myśli. Nawet Lüthir wydaje mu się mniej denerwujący. Przymyka na chwilę oczy, a gdy je otwiera, spogląda na wszystkich o wiele przyjaźniejszym spojrzeniem niż do tej pory. Wygląda na to, że po osiągnięciu celu zapomniał o wcześniejszych zgrzytach. A więc zobaczmy, cóż takiego można się spodziewać po Królowej. Praca dla niej powinna być ekscytującym przeżyciem myśli sobie ucieszony. Odkłada pusty kubek, po czym wstaje.
-Nie ma co zwlekać, chodźmy.

Przystojniaczek poprawia kubrak prowadząc Was ku wyjściu
- Niewiele mogę Ci rzec o Królowej- Zwraca się do Leny- Widzieliśmy ją raz i to z daleka... Tylko Ludzie-Z-Cienia utrzymują z nią bliższe stosunki, chyba że ona sama ma inny kaprys... Wiesz, to w sumie niegłupie, im mniej osób wie cokolwiek, tym lepiej dla niej... Nawet Ty mogłabyś nią być, a ja nie miałbym o tym pojęcia!- Śmieje się, po czym uchyla wrota w południowej ścianie i opuszczacie 'strażnicę' żegnani pozdrowieniami jej 'załogi'.
Chwilę wędrujecie schodami w górę, po drodze przechodząc przez podobnej wielkości co ta na dole framugę; jej krawędź jest stopiona, prawdopodobnie jakimś zaklęciem, ze skrzydeł wrót nie zostało nic. Za wrotami inne schody odbijają w dół, w mrok, z którego słyszycie dalekie łkanie. 'To droga do Katakumb Łkających Kamieni', objaśnia uprzejmie fircyk, 'niebezpieczne miejsce... Ale dużo bogatych krypt', dodaje chichocząc znacząco. Jeszcze kilkadziesiąt stopni i stajecie na czymś w rodzaju mostu, pod którym zieje mroczna czeluść. U jego przeciwnego końca stoi coś na kształt barbakanu, tyle że kiedy zbliżacie się, orientujecie się, że to pojedyncza płaska ściana z ziejącym w niej otworem bramnym. Bramę stanowi naprawdę solidna krata, teraz otwarta na oścież. A za bramą rozciąga się legendarna Zakopana Wioska.
Niczym gigantyczna grota, ukryta we wnętrzu góry sprasowanych śmieci, której strop ginie w mroku, rzeczywiście znajduje się tu cała eliptyczna ulica, odcięta od zewnętrznego świata. W jej środku, jak i wzdłuż krawędzi, stoją rozliczne domki- niektóre nawet piętrowe- oświetlone bladozielonkawym blaskiem setek latarń wiszących wszędzie gdzie się da. Domyślacie się, że lampy pełne są fosforyzujących kamieni, nie świec czy oliwy. Tu i ówdzie między domami, stoją okrągłe lepianki, w jakże Wam dobrze znanym, Ulowym stylu. Przed niektórymi palą się ogniska, więc najwyraźniej gdzieś w ciemnościach nad Waszymi głowami muszą znajdować się otwory doprowadzające powietrze; wokół unosi się woń pieczonego mięsa, tytoniu i cebuli. Mijacie podejrzanie wyglądających osobników i ladacznice, które często pozdrawiają Waszego przewodnika.
Po wejściu do Zakopanej Wioski przystojniaczek poprowadził Was w lewo, cały czas gadając.
("Rozmiar obrazka był niemożliwy do określenia.")
- Wiejską podobno odkrył dawno temu jakiś zbieracz imieniem Farod Odkrywca; służyła ona jemu i jego bandzie jako baza wypadowa do Katakumb Łkających Kamieni, gdzie złupili wiele krypt i skąd porwali wiele ciał... To musiała być istna żyła miedzi. Tu o, proszę- wskazuje na pierwszy budynek po lewej- macie sklepik niejakiego Wyrwizęba (8), naszego specjalisty, tfu, od uzdrawiania i poniekąd alchemika. Może znajdziesz u niego coś na zakażenie- Zwraca się do fey'ri i wraca do opowieści- Wkrótce po tym, jak Farod zarobił kosę, wejście przez Stare Śmieciowisko zamknęły od zewnątrz dabusy, prawdopodobnie przypadkowo, a może nawet nie dabusy, cholera wie, w każdym razie mieszkańcy zostali uwięzieni... Niektórzy próbowali znaleźć drogę przez katakumby i nigdy nie wrócili, inni żyli tu jak podziemne robactwo, dopóki wioska nie została przypadkiem ponownie odkryta przez bandę łupieżców grobów... Coś więcej pewnie mogłaby powiedzieć wam o tym stara Radine, chyba ostatnia żyjąca z czasów tego całego Faroda. Teraz prowadzi tu swój lokal- wskazuje na mijany budynek po prawej, przed którym siedzi kilka osób z kuflami w rękach (7)- wstrętna, chciwa rura... Nie wiem, czemu ją Królowa toleruje, no ale nie mnie tym sobie głowę zawracać... Budynek obok- wskazuje piętrową konstrukcję w kształcie litery L (6)- zwany jest Domem Oja, choć jako żywo żadnego Oja w wiosce nie widziałem, ani nawet o takowym nie słyszałem... Tam dzisiaj odbędzie się wiec. Nie spóźnijcie się, bo was nie wpuszczą. W ogóle ładny ten dom, nie? Ponoć pierwsi z organizacji, zaraz po tym jak usłyszeli o tym miejscu od owych łupieżców i wyrżnęli ich, jak przypuszczam, w pień, uprowadzili jakiegoś dabusa i zmusili do niewolniczej pracy, żeby im to miejsce uporządkował... Oczywiście zarżnęli potem i jego, żeby Pani- tu kreśli łuk nad sercem- się nie dowiedziała o tym miejscu. Ale ja myślę, że ona i tak wie, tylko ma to w nosie.
Za zakrętem, na uboczu, przy zachodniej ścianie 'groty', stoi przedziwny dom (5). Choć parterowy, jest wielki jak stodoła, ale nie to zwraca uwagę, a oplatające go, potężne pnącza, niby kolczoliść, tyle że o łodygach grubości drzewa. Kolce, wielkie jak ostrza toporów, jeżą się we wszystkie strony, czarne okna spoglądają ponuro spomiędzy ciemnozielonych splotów. Każde z Was pierwszy raz w życiu widzi coś takiego.
- Nawet nie pytajcie- Nawija bez mrugnięcia okiem fircyk prowadząc Was dalej- Mówią na to Dom Szwaczki, co nazwa to lepsza swoją drogą, ale dlaczego, Pani jedna wie. Nikt tam nie mieszka i nikt tam nie zagląda, podobno miejsce jest nawiedzone, czy coś. Jakkolwiek słyszałem plotki, że widziano Królową, która skrycie odwiedzała to miejsce... O, spójrzcie tam- wskazuje na małą uliczkę ciągnącą na północny zachód paręnaście metrów za Domem Szwaczki. Uliczkę zamyka coś na kształt wieży, której górne kondygnacje znikają w śmieciach (4)- Tą wieżą można było kiedyś dojść do Ula. Teraz przez jej szczyt można dostać się do Tuneli Starego Śmieciowiska, odciętych od świata jak to miejsce... Opanowały je, jak słyszałem, mózgoszkodniki... Może któregoś dnia zdecyduję się je zwiedzić... -Przeciskacie się miedzy kilkoma lepiankami, przed którymi migoczą ogniska; przy niektórych siedzą mroczne postacie, jedni palą fajki, inni pieką na patykach jakieś mięso, szczurze, po zapachu sądząc; a znacie ten zapach. I smak też, swoją drogą.
- Tam- Fircyk wskazuje największy spośród tych pod północną ścianą, piętrowy dom (3)- Pomieszkuje i kradnie, przepraszam, HANDLARZY niejaki Eben, taki lokalny magik... Jakieś zaklęcia, drobne magiczne przedmioty, to jego specjalność; a dom dalej, o, tam (2) żelastwem zajmuje się Wytrzeszcz. Czy to noże, czy pierścionki, okradnie... Eee, kupi wszystko. Sprzedać też sprzeda. Obaj zresztą z Ebenem warci siebie nawzajem, bandyci nie kupcy, jakby tyle miedzi wyciągali z jeleni w Klatce co z nas tutaj, byliby prawą i lewą ręką Szefowej. No, ale podaż, popyt, i tak dalej...- Mijacie domy kupców, za którymi kolejna uliczka, tym razem w północno wschodnim kierunku, prowadzi do olbrzymiego budynku, prawdopodobnie jakiejś świątyni czy czegoś w tym stylu, która cała, poza fasadą, ginie w śmieciach (9); przed wejściem krąży kilku uzbrojonych trepów. Widząc Wasze spojrzenia fircyk spieszy z wyjaśnieniem- To Dwór Złych Wiatrów, niegdyś leże owego Faroda, dziś zaanektowane przez Szefową... Wiele więcej nie mogę wam rzec, bo niewiele wiem... No, dotarliśmy do punktu wyjścia- Śmieje się. Rzeczywiście, zatoczyliście pełen okrąg i znów stoicie przed 'ścianą bramną'. Cała 'wycieczka' zabrała może z dziesięć minut.
- Wiecie już gdzie, co i jak- Stwierdza Przystojniaczek- Macie godzinę do wiecu w Domu Oja. Na mnie już czas, muszę jeszcze odwiedzić Radine i uzupełnić zapasy- Mruga do Was porozumiewawczo- Powodzenia! Może się jeszcze spotkamy.
Uśmiecha się, skłania delikatnie i odchodzi rześkim krokiem w kierunku gospody, zostawiając Waszą grupkę przed jakimś domem. Na rogu stoi kilku bandytów obcinając Was drapieżnie. Mijające Was ladacznice rzucają przeciągłe spojrzenia Lüthirowi, Basharowi i Zafonowi, na Lenę zaś spoglądają z niechęcią.
Uroki Zakopanej Wioski czekają.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 9:34 pm  

- Ha! - Uśmiechnął się Lüthir, gdy fircyk odszedł w stronę lokalu rzekomej Radine. Natychmiast objechał spojrzeniem towarzyszy, nadal lekko pogrążonych w... Unikalnym wyglądzie miasteczka, ujawniając swe blado-niebieskie oczy, co chwilą mrugające na jakiś ciemny odcień beżu. - Nie wiem jak wy, ja bym...
Wtem Fey'Ri spostrzegł grupkę bandytów, bacznie wpijających się gałami w całą grupkę. Albo robili to nieudolnie, albo zyskał jakieś nowe zdolności spostrzegawcze. Ale życie w Sigil takie łaskawe nie jest. I koniec skórowania... Cała drużyna gapiła się na niego, nie wiedząc o co chodzi pół-biesowi. Ten jednak przejechał ubrudzonym paznokciem po ostrzach lewej nowy i skinął lekko głową w kierunku przystojniaczków.
- Wy coś zaproponujcie...

- Nawet o tym nie myśl trepie- Lena doskakuje do Lüthira, sycząc mu do ucha i rozglądając się energicznie- Nie urzondzisz tu jatki, jasne?- szarpnęla go lekko za kłaki potylicy, przewrażliwiona na punkcie głupich pomysłów i zapędów towarzysza.
-No, Panowie- zwraca się głośniej do całej grupy- Ja to bym sobie gdzieś tu leże zrobiła chwilowo, trzeba by co zjeść, nie?

- Trza coś zjeść, zaiste, i porobić jakiekolwiek zapasy. Przeca my nawet wody czy bełtu nie mamy - tu Zafon wyraźnie rzucił aluzją do rannego Lüthira, którego nijak nie mogli opatrzyć, czy choćby oczyścić rany.
Zaczął się rozglądać wokół, szukając czegoś interesującego w śmieciach - tfu, w Wiosce.
- Musimy zajść do tego Ebena i Wytrzeszcza...
Coś mu się nasunęło; znów spojrzał na ranę Lüthira.
- Dom Szwaczki. Myślicie, że znajdziemy tam igłę i nici?

-Czyś zdurniał? Nie słyszałeś jak ten fircyk mówił, że to nawiedzona chałupa?- Lena cicho warczy do Zafona mając przerażoną minę- Po tym co żeśmy przeszli życie Ci jeszcze nie miłe?

Lüthir: - Nie wiem jak ty... - Odchrząknął do Leny, poprawiając ubiór. - Ale ja myślę, że nawiedzone chałupy są po to... Żeby je odwiedzić, co? - Uśmiechnął się do swojego, wszakże nawet niezbyt zabawnego, kawału i kontynuował. - Lepiej stracić roślinkę z ogrodu teraz, niż tuż przed wiecem.
Lüthir stał wyprostowany na jakimś potrzaskanym, spękanym kawałku chodnika wyrwanego najpewniej z wyższego Placu Szmaciarzy. Wgapiony w fragment bruku zabijał czas, czekając, aż trepy sobie pójdą. Ale czym dłużej czekał, tym bardziej oni tam byli...

Widząc przerażony wzrok Leny Zafon odpuścił. Wzruszył ramionami i poprowadził grupkę w kierunku domu z przybudówką.
- To co, do Ebena, radosna kompanio?

Lena: -Brr... nie widzi mi sie wchodzić do tego walącego siem domu strachów... A jak tam ta stara wiedźma dalej siedzi i wypruwa flaki wszystkim, którzy odważą się przekroczyć próg jej chałupy? A potem nas pokroi na kawałki, zrobi sobie zupe, a nasze rzeczy sprzeda jakimś mecherom... - Lena mruczy coś w kółko pod nosem jak mantrę.
-Idźmy w jakieś bezpieczne miejsce zjeść coś, napić sie przyzwoitego bełta, przespać może...- zwraca się do Zafona cicho, nie wkładając żadnego wysiłku w wypowiedź, gdyż sił już raczej nie ma.

Rzeczywiście, choć blada z natury, Lena teraz powoli zaczyna przybierać kolor kredowy...
Ostatni posiłek, jaki sobie przypominasz, Leno, miał miejsce wczoraj wieczorem. U Markusa też siedziałaś kombinując nad kolacją.
Zresztą, choć brzuchy Wasze do pustki nawykłe, tyczy się to wszystkich z Was- za wyjątkiem Bashara, który głodu nie czuje. Lüthira, choć krew jego magicznie uzupełniono, wciąż suszy.
Pomysł, ażeby kłaść się spać chwilę przed wiecem chyba nie należy do najtrafniejszych, aczkolwiek zorganizowanie sobie leża na potem wydaje się być niegłupią ideą.
Poza tym, stoicie na środku ulicy już z piętnaście minut. Generalnie, obcinają Was wszyscy w okolicy- i nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jesteście gdzie jesteście (i Waszych aparycji), zachowujecie się jak stado zagubionych jeleni. Trzeba by coś z tym zrobić.

Lüthir: - Dobra ludzie, wyglądamy jak tępaki. Nie wiem jak wy... - Przerwał, uświadamiając sobie, iż użył tego zwrotu trzy razy, co dobrym omenem nie było, a on mocno wystrzegał się reguły trójek... - Ja idę do tego całego Wyrwizęba. Skubnijcie no jakieś żarło i leże, ja sprawię coś na nasze przyszłe bóle głowy. - Rzekł Lüthir, odwracając się na pięcie w kierunku małego sklepiku koło wejścia do Zakopanej. Spoglądał także w stronę "nawiedzonej" rudery, już nie mogąc się doczekać co tam znajdzie. Trepy, tchórze. Ja wam pokażę. Założę się, że siedzi tam jakiś głodny trep co to nie miał domu, więc wymyślił historyjkę o lokalu pełnym duchów, phi! Jeszcze czego, już ja jestem bardziej martwy niż te zjawy.
Idąc przed siebie, nagle spojrzał na małą stertę śmieci, parę belek szmat i metalowe płyty. Spadły "piętro" niżej, potykając się o szpiczasty dach domostwa, a następnie ułożyły się na powrót w tej samej pozycji, napotykając małą platformę z drewna, zawieszoną na ścianie konstrukcji. Ta wioska to gruz, waliła się od dawien dawna i pewnie niedługo może się zapaść. Korozja, złamania i wszystko to, co działało na szkodę Zakopanej Wioski... Popatrzył na ruiny i westchnął cicho, kiwając głową.
- Jest tu kto? Hejże halo! - Rozgłosił swoją obecność, patrząc w czarne pomieszczenie, a następnie drewniane drzwi na końcu korytarza. Cholera, znów ciemności. Myślałem, że chociaż teraz mi to oszczędzi mroku... Wstrzymując powietrze skierował się ku wejściu...

Bashar stał brzez chwilę, wdychając miły smrodek Zakopanej Wioski. Podczas gdy jego kompani dyskutowali o czymś, on rozglądał się po okolicy z zainteresowaniem. Odszedł parę kroków od reszty, zapamiętując każdy kąt i każdą kupę śmieci. Chciał mieć dobre rozeznanie w terenie który bądź co bądz będzie stanowił bazę wypadową drużyny. Jego uwagę zwrócili mieszkańcy tego dziwnego miejsca. Twarde krwawniki... zupełnie jak my pomyślał, odwracając się do drużyny, zaciekle nad czymś dyskutującej. Wyglądają jak banda jeleni... stwierdził z zażenowaniem. Podszedł do Leny i Zafona w momencie gdy Lüthir zaczął gadać do siebie przy jednym z domów.
- Chodźcie do owej Radine, którą nasz oprowadzacz raczył nazwać starą rurą. Jeśli rzeczywiście jest tak stara, to na pewno wie, co się dzieje i działo w Zakop... tfu, na Wiejskiej. No i bełt jeszcze nikomu nie zaszkodził.
Robi parę kroków, po czym odwraca się i uśmiecha lekko.
-No co tak stoicie? Chodźcie. Wyglądacie jak banda jeleni, wiecie?
Obrzuca spojrzeniem Lüthira, gadającego do sterty śmieci.
- Nic mu nie będzie... chyba - mruczy do siebie, zmierzając w stronę bełciarni Radine.

Zafon: - No to idziem do tej ich rury. Przy okazji zajrzymy do tego baru i idziem na wiec.

Podczas gdy Lüthir rozmawia z kupą śmieci koło domu Wyrwizęba, reszta drużyny kieruje swe kroki ku lokalnemu barowi.
Przed sporym, nieładnym domiszczem, z daleka śmierdząc kiepskim bełtem, krąży spora grupa ludzi i sferotknietych. Niektórzy piją, inni śpią, przysiadłszy na drewnianych belach leżących wzdłuż ścian, dzierżąc drewniane lub cynowe kufle i oblewając się resztką ich zawartości. Pośród pijanych krąży kilka ladacznic reklamując swe wątpliwe wdzięki. W miarę jak zbliżacie się ku wejściu, czujecie narastający smród wymiocin, potu, ciężkiego tytoniu i fermentującego czegoś- czego jednak, nie potraficie określić; lokal wygląda, jakby bez najmniejszego problemu można było w nim nabyć bimber na zacierze ze zdechłego mózgoszkodnika. Nie można jednak powiedzieć, że klientela to jakieś skurle z Placu Szmaciarzy- choć w większości przypadków niechlujni, pijani i brudni, ubrani są całkiem porządnie, po zakazanych mordach zaś widać, że nie są to byle zbieracze, a raczej Ulowe oprychy oddające się rozkoszom dnia wolnego.
Wspinacie się po kilku schodkach i zagłębiacie w półmrocznym wnętrzu; gdyby któreś z Was naprawdę dobrze się przyjrzało, mogłoby dostrzec ledwo widoczny, bury i ociekający napis nad wejściem- Pod Numerem. Ochrony nie ma. Spora sala pełna jest ław, stołów, stolików i zasiadających przy nich trepów. W dymie i smrodzie rozlegają się śmiechy, wrzaski i piski ladacznic, słychać stukot kości i pijackie przyśpiewki; nikt nie zwraca na Was najmniejszej uwagi, za to wszyscy piją w niezwykłym tempie, zupełnie jakby od jutra Pani miała zakazać wyszynku w Klatce. W dalekim, prawym rogu majaczą Wam schody na piętro, naprzeciw zaś Was stoi długi bar. Krąży za nim dość żwawo jakaś starucha, cały czas mamlając wargami, zza których miga kilka butwiejących pieńków zębów; kobiecie tej coś dziwnego dzieje się ze skórą. Kiedy podchodzicie bliżej dostrzegacie co- cała pokryta jest tatuażami, twarz, szyja, dłonie i prawdopodobnie reszta, skryta pod burymi szmatami, w które jest przyodziana; tatuaże przedstawiają numery, cyfry, wzory i ich kombinacje, są różnej wielkości, nakładają się na siebie- jedne już blakną, inne są całkiem świeże.
Dopychacie się do samego baru, otoczeni bełkotliwymi okrzykami w stylu 'Radine, jeszcze dwa!', albo 'Radine polewaj, a żywo!'. Starucha do nikogo się nie odzywa, wypełnia tylko polecenia i odbiera należność szponiasta dłonią. Kiedy mija Was kilkakrotnie, krążąc od jednego końca baru do drugiego, Waszych uszu dobiegają strzępy jakiejś mantry, którą do siebie mamrocze- coś o numerach, złodziejach, cieple, bezpieczeństwie, bliznach i jakimś "Ku'u Yin", ale czy to miejsce, osoba czy też przedmiot, stwierdzić nie możecie. Pewnikiem jej numerolog.
Bashar, czujesz nagle ciepło ogarniające Twój prawy bok i ramię w słodkim zapachu perfum- na ramieniu zawiesza Ci się młodziutka, śliczniutka dziewczyna. W jej otoczonej ognistorudą grzywą twarzy błyszczy dwoje ogromnych, wpatrzonych w Ciebie, szmaragdowych oczu. Co jak co, ale takie dziewoje to po Ulu nie paradują.
- Witaj śmiałku- Mruczy Ci do ucha konfidencjonalnie; ma delikatny i bardzo melodyjny głos- Kim jesteś? Widzę cię tu pierwszy raz... Mam na imię Ornella i, jeśli nie przeszkadzam, chciałabym z Tobą o czymś porozmawiać...- Przerywa, kiedy wpada na nią jakiś pijany, barczysty półbies, którego bezceremonialnie odpycha, aż tamten się zatacza- Czy moglibyśmy wyjść na zewnątrz?- Patrzy na Ciebie z nadzieją- Siedzę tu cały dzień, odganiając tych śmierdzących, miejscowych skurli i czekam na kogoś właściwego... Proszę..?- Uśmiecha się dosłownie ZNIEWALAJĄCO; aż nogi się pod Tobą ugięły. Jej ciepło i zapach w jakiś niezwykły sposób relaksują Cię i wprawiają w dobry nastrój; masz niemal wrażenie, że na zewnątrz tej śmierdzącej rudery, w której właśnie zaczepiła Cię ta nierealna piękność, świeci słońce.
Leno, widzisz jakąś piękną dziewczynę zaczepiająca Bashara i szepczącą mu coś na ucho; nieoczekiwanie czujesz w sercu ukłucie zawiści, zaś do owej dziewczyny po prostu czystą niechęć. Nie Ty jedna, zdaje się- od razu dostrzegasz pełne zazdrości i jawnej nienawiści spojrzenia krążących po sali ladacznic; aż Cię zatrzęsło, kiedy Twój nos musnęła nutka zapachu tego ślicznego rudzielca.
Zafon, obserwujesz z boku całą sytuację i ze zdziwieniem dostrzegasz jak, wyraźnie jak na dłoni, twarz Leny przyjmuje nieprzyjemny wyraz, zaś Bashar, słuchając szeptu obcej piękności, wpada w rozanielenie. W tym momencie ktoś trąca Cię w ramię; obracasz się i widzisz rogatego chudzielca wpatrzonego pożądliwie w bar
- No, zamawiajże brachu albo odbij od blatu, bo suszy- Szczerzy żółte zębiszcza w porozumiewawczym uśmiechu.

Lena: - Widzisz? Ta, o... ta dziewka słodka co się przykleja do naszego kolegi- mówi z przekąsem do Zafona- Podejrzanie wygląda to dziewuszysko- Lena szczerzy zęby węsząc coś niedobrego. Takie kobiety zawsze wróżą problemy. Pojawiają się nagle i sieją zamęt.
-Trza nam się dowiedzieć o co jej może chodzić. Jak co knuje, to obiecujem że bedzie cienko piszczeć jak w nią wbije pazury...

- O brzdęk, słonko - odparł z ciężkim uśmiechem Zafon, odsuwając się od lady. - I mam nadzieję, że o nic więcej, bo akurat tego nasz przewodnik za dużo pewnie nie ma. - Zamilkł na chwilę, konstatując Bashara rozbierającego rudą wzrokiem... i nie tylko. - Inaczej nie plątałby się z nami po takich dziurach, czyż nie?
Namyślił się dłuższą chwilę, po czym rzekł:
- Musimy znaleźć jakąś studnię, wody nie mamy. I trzeba kupić jakąś mocniejszą flachę, będzie czym swoje chwalebne blizny czyścić - splunął z dziwnym grymasem na uświnioną podłogę. Jak w chlewie... Już w Ulu bywa czyściej...
Powrócił do baru, odstawszy swoje w kolejce. Na wprost miał tę Radine; Kobieta-numerek, heh, ciekawe czy dorabia po pracy - jeśli tak, chowamy Bashara i w długą.
- Coś mocnego, jeśli można to z butelką.

- Flachę powiadasz...- mruczy Lena, lustrując przybyszkę wzrokiem, który byłby w stanie zabić- Flachę to by się przydało tera obrócić, o tia- dodaje głośniej odwracając się do Zafona.
-Radine, tia? Tak Cię tu chyba zwą. Daj no co, a byle mocne było. Tak na raz.- zwraca się zmęczonym głosem do staruszki, po czym wypija szybkim ruchem to, co kobiecina nalała. Podpiera głowę ręką opartą łokciem o blat baru, myśląc nad sensem pakowania się w to wszystko. Skoro jednak zaszła tak daleko, nie warto byłoby rezygnować z przygody i możliwości poznania samej Królowej.
Na myśl o tej tajemniczej postaci włosy na rękach Leny jeżą się z podekscytowania.

Bashar wchodzi do środka, rozglądając się dookoła. Wewnątrz knajpy jest dokładnie tak, ja możnaby się tego spodziewać. Trepy, skurle i pijaki- jak wszędzie w Ulu myśli. Spostrzega że Lüthir nie poszedł za nimi. Same kłopoty z nim. Warto sprawdzić co się z nim dzieje, tak na wszelki wypadek mruczy do siebie. W tym momencie Bashar czuje, że ktoś uwiesza mu się na ramieniu. Odwraca się zaskaczony, i wtedy w nozdrza uderza mu zapach perfum, a on sam widzi najpiękniejszą istotę jaką kiedykojwiek spotkał. Zawodowy zabójca, zawsze czujny, teraz czuje sie jakby połknął język, a nogi drżą mu jakby były z galarety. Urzeczony słucha głosu tej wspaniałej istoty, który wydaje mu się najpiękniejszyw dźwiękiem w wieloświecie. Przechodzi mu przez głowę myśl, co ktoś taki jak ona może robić w tej dziurze, ale Bashar szybko przestaje myśleć nad czymkolwiek, wpatrując się w ową Ornellę jak urzeczony. Jej proźba dochodzi do niego z pewnym opóźnieniem. Gdy już dociera do niego treść wypowiedzi dziewczyny, Bashar nie wacha się ani chwili. Wydaje mu się, że skoro ona o coś prosi, jego OBOWIĄZKIEM jest tę prośbę spełnić.
- O-oczywiście.
Głos lekko załamuje mu się. Bashar bierze oddech, uspokaja się, wyszczerza jak idiota i kontunuuje.
- Chodźmy. Dziewczyna taka jak ty nie powinna siedzieć w takiej dziurze.
Obrzuca knajpę niewidzącym spojrzeniem, po czyw znów wgapia się w Ornellę.

Bashar, cały w skowronkach, i ślicznotka każąca nazywać się Ornellą zmierzają ku wyjściu. Nim którekolwiek z pozostałych członków drużyny ma czas zareagować, na drodze naszej parki staję trzech mężczyzn. Pojawili się niemalże znikąd, tylko złodziejskie doświadczenie pozwala Wam stwierdzić, że siedzieli gdzieś w pobliżu drzwi, w mroku- dla zwykłego trepa wyglądałoby to, jakby cienie nagle zmaterializowały się i nabrały kształtów. Czujecie ukłucie zazdrości- na tle profesjonalnym- uświadamiając sobie, jak zręcznie się poruszają; a także jak się prezentują. Wszyscy trzej noszą czarne jak noc, matowe uniformy, dopasowywane indywidualnie do kształtów ich ciał i wysokie, miękkie buty na pierwszacką elfią modłę; żadna sprzączka i klamerka w ich strojach nie rzuca najmniejszego blasku- wszystkie są wykonane z jakiegoś czarnego metalu i starannie zmatowione- podobnie jak rękojeści ich widocznej broni. Żadnej biżuterii- jedyną widoczna ozdobą, jaką nosi jeden z mężczyzn, jest sieć misternego tatuażu pokrywająca jego twarz; odnosicie jednak wrażenie, że nawet to nie jest po prostu ozdoba, a raczej narzędzie ułatwiające kamuflaż w mroku. Są czyści i ogoleni, co w miejscu, w którym się znajdujecie, rzuca się w oczy. Instynktownie wiecie, kim oni są. Ludzie-Z-Cienia.
Środkowy staje na drodze Ornelli i patrzy na nią z grymasem;
- No, panno Ornello, wybieramy się gdzieś z tym śmiałkiem?- Pyta. Z ust dziewczyny dobiega zrezygnowane jęknięcie.
- Wydaje mi się, że ustaliliśmy zasady, na jakich wolno ci pozostać na Wiejskiej- Kontynuuje tamten
- Oj zlituj że się- Uśmiecha się przymilnie dziewczyna- Tylu ich tu dzisiaj ściąga, co ci za różnica...
- Warunki swojego azylu nie ze mną ci dyskutować, a z Szefową- Przerywa jej- A jak nie możesz zdzierżyć, w tunelach...
- Nie zwykłam żywić się mózgoszkodnikami!- Ornella z kolei przerywa mężczyźnie, gniewnie tupiąc zgrabną nóżką- Ani wysysać szpiku z zombiaków!- Bierze głęboki wdech i uspokaja się. Chwile patrzy w podłogę, potem w oczy Człeka-Z-Cienia, a wreszcie odwraca się do niego plecami, zarzucając ręce na ramiona Bashara, przysłuchującego się w osłupieniu całej tej rozmowie; przysuwa usta tuż-tuż do jego ust i długo patrzy mu w oczy
- Wierzysz w Regułę Okręgów?- Pyta cichutko, nie czeka jednak na odpowiedź- Więc pewnie jeszcze się spotkamy...
Czujesz delikatne muśnięcie różanych warg, cień słodyczy... Ornella zwiewnie mija Ludzi-Z-Cienia, niczym muślin niesiony wiatrem zbiega po schodkach przed lokalem i już jej nie ma. Bashar, masz wrażenie, jakbyś się, obudził ze snu.
Ten, który rozmawiał z Twoją niedoszłą przyjaciółką, przez chwile uważnie Ci się przygląda.
- Pilnuj się- Uśmiecha się i wraz z towarzyszami wracają do swojego ciemnego kąta
Lena, Zafon, spoglądacie po sobie, próbując zrozumieć o co tu chodziło. W momencie kiedy Radine trąca Zafona stawiając przed nim glinianą, zakorkowaną butlę i gestem pokazując '3', z brzucha Leny dobiega donośne burczenie.
Lüthir - Ty tymczasem zagłębiasz się w półmroku sklepiku. Choć dom z zewnątrz wydaje się dość przestronny, część sklepowa jest zaskakująco mała; ściany pokryte są girlandami ziół i korali, na półkach między zalegającymi je tomiszczami poupychane są jakieś flakony, alembiki i zaśniedziałe retorty, kości czy zmumifikowane części ciał, ludzkich czy innych, tego stwierdzić nie możesz. Niemalże nabijasz się okiem na szpon nietoperza podwieszonego pod sufitem w towarzystwie podobnych mu, zasuszonych bądź wypchanych ryb, ptaszków i inszych przedstawicieli przyrody-już-nieożywionej; zastanawiasz się, po grzyba komuś suszony nietoperz, kiedy pod stropem piętro wyżej prawdopodobnie wisi dwadzieścia żywych. Za blatem, w blasku solidnego lichtarza siedzi jakiś humanoidalny kształt. Przez moment zastanawiasz się, czy to aby nie kolejny ze sklepowych eksponatów, tudzież trup przywleczony tu celem przerobienia na komponenty- wątpliwości jednak rozwiewa sam podmiot twych rozmyślań, podrywający się na nogi i wyprężający jak struna tak nieoczekiwanie, że aż podskoczyłeś
- Witam panicza, witam!- Skłania służalczo głowę- W czym może pomóc stary Wyrwiząb? Czego potrzeba paniczowi? Może niezawodna mikstura lecząca najstraszliwszego kaca, za jedyne dwadzieścia miedziaczków? Niezawodna maść na liszaję za trzydziesci? Amulecik Nieskończonego Wzwodu? - Mruga znacząco- Prawdziwa okazja, śmieszne dwie stówy! Stary Wyrwiząb ma wszystko!
Przyglądasz się alchemikowi-renegatowi z zainteresowaniem; wysoki i długi, ale chudy jak tyczka, ubrany jest w jakąś chlamidę, która kiedyś mogła należeć do prawdziwego czaromiotacza, jednakże brudną i poplamiona do tego stopnia, że nie zdołałbyś odcyfrować deseniu nawet w świetle szczytu. Wrażenia 'pociągłości' całej jego postaci dopełniają długie, cienkie wąsy zwisające niemalże do jego brzucha. Głos ma skrzypliwy jak stare koślawe krzesło, a pomarszczony jest jak suszona śliwka. Nienaturalny błysk jego oczu każe Ci przypuszczać, że znajduje się pod wpływem jakowegoś własnego specyfiku- to jednak akurat bardziej Cię uspokaja niż niepokoi; jeżeli zażywa to, co produkuje i żyje, powinien być godzien zaufania jako alchemik.
Owymi błyszczącymi oczami spogląda na Ciebie wyczekująco.

- Łoo-ho! - Lüthir podskoczył do góry gdy okazało się, że wcześniej wyglądające na martwe truchło ciało poruszyło się i poczęło monolog.
Cichy sklepik, naprawdę cichy. Nieco ponure i melancholijne przedmioty na półkach i szafkach odstraszały mówiąc o jakiejś wiedźmie zamieszkującej to. Wywary nie wywary, części dziwnych zwierząt, kto to trzyma? Z drugiej jednak strony mężczyzna przed nim zdawał się być mocno obeznany w temacie. Już tylko patrząc na niego mógłby dać mu ratować swoje życie.
- Witam pana ogrodnika, otóż... - Powstrzymał się na chwilę przed dalszymi słowami przeciągając ostatnie i sprawdzając sakiewkę. Gdy dostrzegł, że wszystkie jego pieniądze to ledwie dwadzieścia miedziaków i różnego rodzaju ozdóbki, znów rozpoczął zdanie. - Chciałem oznajmić, iż intryguje mnie jakiś mocny trunek. Nie dla mnie, raczej dla pewnego niewygodnego jegomościa. W miarę tani, może to być nawet smarowidło na broń z jadem, byle działało. - Fey'Ri spojrzał na sprzedawcę porozumiewawczo, mając nadzieję na odpowiednie odgadnięcie jego intencji bez pytań natury osobistej a może jedynie technicznej. Może by mu tak coś podwędzić? Zobaczymy jaki zdrowy jest ten chłopak

Bashar stoi przez chwilę z dosyć głupią miną. Nie wie co o tej sprawie myśleć, zwłaszcza że wszystki potoczyło się tak szybko. W głowie zostaje mu ostatnie zdanie Ornelli. Reguła Okręgów? Sporo trepów wierzy w takie bzdury. Prawda jest taka, że jeśli wymyślisz jakąś regułę, to na pewno znajdziesz sporo przypadków ją potwierdzających. Dopiero po chwili zdaje sobie sprawę jak nieostrożnie się zachował. Ornella mogła równie dobrze wbić mu sztylet w plecy! Postanawia w przyszłości bardziej uważać na kobiety. Nigdy nie wiadomo, kiedy cie taka zachwyci, zauroczy, a potem ani się obejrzysz i zarobisz kosę. Jest pare osób które chętnie by mnie uciszyły, a taki sposób zabójstwa zdaje się być skuteczny. Zdając sobie sprawę z tego, że jest obserwowany, stara się zachowywać tak jakby to zdarzenie mało go przejęło i stanowiło niewielkie urozmaicenie dnia. Uśmiecha się lekko, spogląda na drzwi którymi wyszła Ornella, wzrusza ramionami po czym odwraca się do Zafona i Leny. Zapesza się lekko, widząc że oboje bacznie mu się przyglądają. Nagle do głowy uderza mu zapomniana gdzieś myśl- Lüthir! Gdzie on sie podziewa?! Jak sie wplątał w jakieś kłopoty... Miałem go poszukać! myśli lekko przerażony. Natychmiast też odwraca się do drzwi i zaczyna spiesznie iść w ich kierunku.

Spychając Bashara, trepów i resztę tałatajstwa na brzeg podświadomości, Zafon myślał intensywnie. Co to za butelka? Jakie "trzy"?
Szeptem i półgębkiem - to ostatnie niepotrzebnie, w tym mroku i tak dupy własnej nie widać - zwrócił się do Leny:
- Myślisz, że chodziło o tego... Ebena? - Na wypadek, gdyby nie zrozumiała, pokazał trzy palce. Butelka już dawno wylądowała w bezpiecznym miejscu, na dnie torby między ziołami i szmatami. Podrapał się po spalonej stronie łba, spaloną ręką.
Myśli wracają na swoje miejsce.
- A gdzie ten patafian koziogłowy? Trza znaleźć skurla, zanim se krzywdę zrobi! - Wzrok Bashara wyrażał jednoznaczną aprobatę.
Bogatszy o nowe znajomości, nowe pytania bez odpowiedzi i butelkę Pani raczy wiedzieć czego, Zafon skierował się w stronę drzwi.

- E, Ty, rabogęby!- Rozlega się skrzek Radine, najwyraźniej skierowany do Zafona- Trzy miedziaki, cwaniaczku!
Towarzystwo wokoło spogląda na Półłba z dezaprobatą
- "Cosik mocnego" się chce, ale płacić to już nie ma komu- Warczy stara- Nie ze starą Radine te numery, na numerach to Radine się zna! Płać!
Bashar, tymczasem stajesz w drzwiach speluny i toczysz wzrokiem po okolicy - Lüthira niestety nigdzie nie widzisz.
Lena, z przerażeniem obserwujesz towarzyszy, którzy najwyraźniej serio zbierają się do wyjścia. Masz wrażenie, jakby Twoje wnętrzności skręciły się na kształt wyżymanej szmaty, do ust powoli napływa ślina z delikatną nutką żółci. To jest Głód przez duże 'G'.
Lüthir, Ty tymczasem oddajesz się rozkoszom handlu. Wyrwiząb roztoczył przed Tobą wizję nawet szerszą, niż się spodziewałeś
- Na osobnika, powiada panicz? Znajdzie się i trunek, i smarowidełko... Życzy sobie panicz jegomościa uśpić czasowo czy permanentnie? Za odpowiednią cenę można go nawet sparaliżować, tak, żeby wciąż czuł, a paluszkiem nie ruszył, doskonałe, kiedy chcemy kogoś odrobinkę potorturować- Mruga- Na ostrze krem, żaden problem, ale w walce różnie bywa, ale stary Wyrwiząb dba o klienta, dobrą radą posłuży... Nie bezpieczniej grot do kuszy, na ten przykład? Ale to wciąż mało subtelne... Bezbarwna, bezzapachowa forma doskonała, żeby podać to posiłku... Od kuchni jednak czasem trudno się dostać, wie panicz, za to dziewuchę każdy weźmie, jak sama przyjdzie- może więc uformować pomadkę, usta takiej nasmarować i wrogu podstawić? Chyba, że panicz na dziewuchę właśnie szuka specyfiku, to możemy i perfumki podstępne obmyśleć, albo kwiatek nasączyć, niech jeno powącha... Co tam paniczowi po głowie chodzi, niech panicz mówi śmiało, u mnie tajemnica zawodowa obowiązuje, a poradzę tylko lepiej.. Ja wiem, że panicz tu pierwszy raz, widzę przecie, nieufny jeszcze, ale stary Wyrwiząb wie, jak sprawić żeby klient do niego wrócił... Wystarczy klienta zadowolić, czyż nie?- Znowu mruga.

Lüthir: - No, widzę przed sobą prawdziwego magistra w sztuce alchemii. - Rzekł pół-elf, obracając się na pięcie o sto osiemdziesiąt stopni, po czym bez pośpiechu podszedł do jakiejś małej półeczki z wywarami. - Czy pan się tutaj aby nie marnuje? W Ulu trudno o tak wyrafinowaną obsługę, a co dopiero w podziemiach dawno zakopanych przez unoszących się nad ziemią. - Przeczytawszy napis na małej plakietce koło jednego z wywarów głoszącą "mocz wargulca", szybko odsunął się i znów spojrzał na sprzedawcę. - Myślę, że szukam czegoś... Paraliżującego. Z ustępującym efektem, lecz powoli. Poza tym, obezwładniający zapach nie pozostawi po mnie kłamstwa ofierze, nieprawdaż? - Lüthir uśmiechnął się złowieszczo, wlepiając swe lustrzane ślepia w alchemika. Niezły jest, naprawdę dobry...

Lena bacznie przygląda się całej scence, która zaszła między Basharem, a tymi podejrzanymi typami.
Patrzy spode łba mrużąc oczy, analizując sobie wszystko: wygląd, zachowanie i gadkę tych gości.
Dochodzi do jednego wniosku: oni znają drogę do Królowej.
-Zafon... Chyba musimy wybrac czy szukac tego zawszałego trepa Lüthira, czy szukac kłopotów. Bo widzisz Zafon, kłopoty zaprowadzą nas do Niej...- tu Lena ścisza znacząco głos, przenosząc pełen fascynacji wzrok na towarzysza- Te skurle co sie ciulać chciały z Basharem muszom Ją znac.

Bashar przetoczył wzrokiem po ulicy, nigdzie jednak nie dostrzegł Lüthira. Gdzie też tego trepa wcięło... zastanawia się. Po chwili namysłu postanawia poszukać pod domem, pod którym ostatnio widział półbiesa gdy ten gadał sam do siebie. Idąc w jego kierunku, próbuje oszacować, ile czasu pozostało jeszcze do przeciwszczytu i spotkania.

Wysłuchawszy śpiewki baby, która zapewne byłą jednocześnie karczmarzem, dziwką i burdelmamą, Zafon wcisnął jej w rękę trzy miedziaki. No to rozwiązała się zagadka. Zaraz naciągnął kaptur na półłeb i ruszył zdecydowanie ku drzwiom.
- ...zaprowadzą nas do niej...
Słysząc słowa Leny przystanął; obejrzał się na nią.
- No dobra, to jaki masz plan?

- Jako żywo, paniczu, niech mnie mózgoszkodniki zagryzą jeśli wiem, co masz na myśli- Odpowiada Ci, Lüthirze, alchemik, najwyraźniej mając na myśli twoje ostatnie zdanie- Ale co trzeba, znajdziemy. Niech panicz poczeka momencik, miedziaczki przygotuje, a ja podskoczę do składziku- rozumie panicz, specyfiki trzeba przechowywać w odpowiednich warunkach...
Wyrwiząb znika na zapleczu, zostawiając Cię samego.
Bashar, dojście z 'Pod Numerem' do sklepu Wyrwizęba zajmuje Ci może minutę, wliczając w to przyuważenie znajdującego się w środku Lüthira. Zupełnie nieoczekiwanie wygląda na to, że tym razem nie halucynuje, nie gada sam do siebie ani nic w tym guście; całkiem jakby... najzwyczajniej w sferach robił zakupy! Niesłychane.
Do przeciwszczytu zaś, jak szacujesz podle swego wyczulonego biologicznego zegara, pozostało Wam nie więcej niż pół godziny. A choć oznaką klasy jest pojawić się na przyjęciu już po jego oficjalnym rozpoczęciu, wspominasz słowa Przystojniaczka, który oprowadził Was po Zakopanej Wiosce- spóźnienie nie jest wskazane. I pomimo faktu, że Dom Oja oddalony jest o kilkadziesiąt stóp, masz dziwne wrażenie, że Waszej kompani trasa ta może zająć całkiem sporo czasu. Pod wpływem owych myśli na ustach majaczy Ci nieświadomy, złośliwy uśmieszek. Gdy tak spoglądasz z daleka na budynek, w którym ma odbyć się wiec, Twoją uwagę zwraca niemały tłumek przed nim, i powoli ściągające w tamtą stronę malownicze towarzystwo o podejrzanych aparycjach, jakieś alubiesy, półelfy, półorki i wszelakie inne metyskie rasy, sporo ludzi, a nawet dwa bariaury. Na Twoich oczach w jednym z okolicznych zaułków mrok zostaje rozświetlony błękitnym blaskiem portalu, z którego wychodzi trzyosobowa drużyna zakapturzonych postaci; rozglądają się i podążają w kierunku zebranej przed Domem Oja około trzydziestoosobowej grupy. Domyślasz się, że wszystko to Wasi konkurenci.

- Czarująco. - Rzekł do siebie z cicha Lüthir, pozostawiając w spokoju szafeczkę z wywarami ze zwierza.
Podszedł natomiast do małego regału naprzeciw wejścia do zaplecza i zaczął z wolna przyglądać się miksturkom, wywarom i eliksirom nań stojącym. Takie chrzty jak "Paszczak", "Kulawe oko Trokopotaki" czy "Jeżyna" tylko utwierdziły go w przekonaniu, że Wyrwiząb nie jest byle kupcem. W końcu ktoś z takim zaopatrzeniem, trzymający mocne produkty na składzie nie może nie być przygotowany na kradzież. Na pewno nie w takim miejscu jak Wiejska Ulica. Oprychy, bandyci, gnoje same, a jakiś tam Fey'Ri z doświadczeniem nabranym w Ulu? Trzeba być obiektywnym, to nie może się udać.
- Kurwa... - Przeklnął, widząc Bashara zbliżającego się chodem do sklepiku. Deptał po śmieciach niemal tak głośno, jakby chciał by coś go przygniotło. Co prawda wokół nie było nikogo, ale nie zmieniało to faktu, iż prowokował los, przyglądając się zgromadzeniu przy Domu Oja. Czego znów może chcieć twój ogródek? Podlania do szpicu?...

- Najsampierw wyjdziem stond- rzuca Lena zabierając się do wyjścia- Musimy znaleźc tych trzech trepów, oni coś wiedzą. Widziałeś jak wyglądali? Takich spotyka sie raz na ile. Idziemy poszukac reszty, trza nam jeszcze zaliczyc zebranie...

Bashar uspokaja się nieco, widząc że Lüthir nieco znormalniał. Nie podoba mu się jedynie spojrzenie jakim półbies obrzuca półki- zupełnie jakby oceniał szanse kradzieży. Bashar wątpi żeby odważył się on na coś takiego- w końcu kupcy tutaj muszą być pod opieką Królowej, ale mimo wszystko postanawia wejść do środka, tak na wszelki wypadek. Ma nadzieję na to, że Zafon i Lena nie wplączą się po drodze w żadne tarapaty To Lüthir zawsze komplikuje sytuację. Ten trep jest zdolny do wszystkiego mruczy do siebie. A właściwie... to ile razy już mówiłem o nim 'trep'? Cały czas. I pewnie cały czas będę mówił. Trep, trep, trep. Dorzuca jeszcze na głos przekleństwo w pierwszackim języku. Nie tracąc czasu wchodzi do domu kupca, rzucając jeszcze wzrokiem na tłumek pod domem Oja i drzwi tawerny.

Lüthir: Bashar wlazł do ciemnego pomieszczenia, otwierając drzwi i nic nie mówiąc spojrzawszy na Fey'Ri. Obaj badali się tak wzrokiem przez może minutę, aż Lüthir rzucił z lekką nutką groźby.
- Czego? Spokojnie nie mogę zakupów zrobić? Ledwo wlazłem a ty już za mną. - Jego oczy zalśniły na ciemny odcień pomarańczy. Wydusił z siebie cichy jęk politowania i kontynuował. - Radziłbym ci obczaić tych skurli co wyszli z portalu, ptaszku...

Lüthir, alchemik-renegat wraca ze szczelnie zamkniętym garnuszkiem pod pachą
- Już wracam, paniczu, już jestem- Zwraca się do Ciebie szczerząc pożółkłe zębiszcza- Paraliżujący, jak panicz sobie życzył! Z jadu najczerwieńszych, Baatoriańskich centypedów... Działa około półtorej godziny...
Nagle dostrzega Bashara
- Nowy klient!- Uśmiecha się szeroko- Witam, witam, już służę, jeno dokończę z tym tutaj paniczem!- Wskazuje na fey'ri, po czym wraca do przerwanej z nim rozmowy
- To jest koncentrat- Tłumaczy otwierając pojemnik i prezentując zawartość, przezroczystą, pomarańczową maść, przypominającą biesi glut- Można nałożyć na ostrze, lub rozcieńczyć w najzwyklejszej wodzie i podać w dowolny sposób. No, to ile panicz zamierza wydać..?- Kończy, ustawiając na środku lady misterną wagę i skalując ją starannie, a w oczach jego płonie dobrze Ci znany blask miedzi.

Lüthir: - Trzy po pięć starczy. - Odrzekł, kładąc miedziaki na stole koło wagi.
W zupie mikstury pływało parę gęstszych glutów, niemal przyprawiających o mdłości. Wyglądały okropnie, szczególnie z ich brzydkim kolorem, pogłębiającym uczucie patrzenia na śpik Abishai. Ale skoro miało działać...
W ten sam czas Bashar gapił się jakby z fascynacją i z przerażeniem na maź w metalowym garncu, spoglądając a to na wywar, a to na Fey'Ri.
- To krupnik.

Lüthir, przyglądasz się Wyrwizębowi, który zręcznie odważa mniej więcej dużą łyżkę galarety- ilość która wystarczy mniej więcej na pokrycie ostrza miecza. Lub dwóch, trzech sztyletów.
- Proszę bardzo- Mruczy do siebie starzec- Pełne działanie, dawka dla dwóch zdrowych, rosłych ludzi. Lub, relatywnie krótsza, dla kilku mniejszych- Mruga, napełniając mazią malutkie, drewniane pudełeczko. Nie jest to najczystsze pudełeczko jakie w życiu widziałeś, ale z drugiej strony, zawartość to nie batystowa bielizna. Wyrwiząb odwraca się do Bashara zacierając ręce
- Już jestem do dyspozycji szanownego klienta- Uśmiecha się szeroko- Czego szanowny klient sobie życzy? Może niezawodna mikstura lecząca najstraszliwszego kaca, za jedyne dwadzieścia miedziaczków? Niezawodna maść na liszaję za trzydziesci? Amulecik Nieskończonego Wzwodu? - Mruga znacząco- Prawdziwa okazja, śmieszne dwie stówy!- Recytuje swoją formułkę- W czym może pomóc stary Wyrwiząb?
Zafon, Ty tymczasem wciąż czekasz na Lenę zbierającą się do wyjścia.

- Dzięki, nie tym razem. Przyszedłem tu po towarzysza- Bashar rzuca niechętne spojrzenie na Luhira po czym kontynuuje- Jak będę czegoś potrzebował w przyszości to chętnie tutaj wstąpię. Widać, że asortyment jest bogaty.
Po tych słowach zabójca momentalnie przestaje zwracać uwagę na sprzedawcę i zwraca się do Lüthira.
- Zbieraj się trepie. Niedługo spotkanie, a musimy jeszce zgarnąć resztę drużyny.
Gdy mówi 'drużyny' w jego głosie pojawia się ledwo wyczuwalna złośliwa ironia.

Korzystając poniekąd z chwili zastoju, jaką właśnie przeżywała Lena, Zafon spróbował wygrzebać interesujące informacje ze słowotoku "oprowadzacza". Nie wiedział zbytnio, czego dokładnie szukają, poza Królową oczywiście. Teraz znajdowali się w karczmie... Karczmie Radine, która miała być ostatnią żyjącą za Faroda osobą w tej dziurze. Czyli jedyną, która widziała przybycie cmentarnych hien. A więc i Królowej. O ile sama nią nie była...
Lawirując między klientami, Zafon podążył z powrotem do lady, samemu nie wiedząc, na ile mu się zda ta eskapada. Zauważywszy ją, podbił do starej Radine i zaczął śpiewkę:
- Pani kochana, można na słówko? - zaczął pokornym, ale zdecydowanym głosem. - Wybaczy pani tamten nietakt, właściwie to ja od razu do pani w sprawie tutaj. - To mówiąc uścisnął jej pomarszczoną dłoń, w której dziwnym trafem znalazło się dziesięć miedziaków. - Czy można na słówko?
Zafon miał wielką nadzieję, iż zajście nie wzbudzi podejrzeń, szczególnie w takim tłumie, mimo to jednak w trakcie rozmowy stopniowo zniżał ton i nachylał się bliżej. Oczywiście, przeprosiny jak najbardziej na miejscu, choć nieznajomy pragnący być sam na sam z szefową... Pani jedna wie, jak to się potoczy. A przecież chciał jeszcze zajść do Ebena, na wiec no i ta stodoła Marty Szwaczki...

Zafon, nie musisz przejmować się manierami- wielu klientów w lokalu rozmawia półgłosem czy też nachyla się ku sobie, czy to by uniknąć nasłuchu ze strony obcych, czy żeby przebić się wokalnie przez harmider panujący wokoło. Radine, obsłużywszy najpierw kilku klientów, znajduje wreszcie moment dla Ciebie; kiedy wciskasz jej miedziaki w dłoń, zadziera głowę
- Więcej bełta..?- Zaczyna skrzekliwie, ale kiedy przerywasz jej wyjaśniając pokrótce o co Ci chodzi, spogląda na Ciebie ni to z rozbawieniem, ni to z politowaniem. Łapie Cię szponiastą łapą za rękę, czujesz monety spadające z powrotem w Twoją garść
- Co ja, wyglądam jak oprowadzaczka?- Mógłbyś przysiąc, że ton jej jest niemalże wesoły- Ja tu ino bełta polewam! Chcesz gadać, gadaj z podobnymi sobie, synu! Na gadki o historii tej dziury nie mam ja czasu, a jak chcesz poplotkować o tej szczeniarze, co ją tu Szefową tytułują, popytaj krwawników z jej bandy... Za tę miedź nakarm lepiej przyjaciółkę...- Klepie Cię w ramię i człapie obsłużyć kolejnych zamawiających. Nie musisz być mądralą ze Skrzydlatej Wieży, żeby wywnioskować z jej tonu, że nie będzie z Tobą gadać nie dlatego, że boi się, czy za mało miedzi zaofiarowałeś- ale dlatego, że po prostu ma to wszystko głęboko w rzyci. Ona tu ino bełta polewa.

Bashar stanął na chwilę czekając na reakcję Lüthira. Gdy ten jednak nie chciał się ruszać i uparcie wpatrywał się w sklepowe półki, zabójce ogarnęła nagła irytacja. W tym fachu lekceważenie jest uznawane za ogromną obrazę. Bashar przyglądnął się uważniej kudłaczowi. Zauważył, że ciągle trzyma on pudełko od Wyrwizęba. Przez chwilę stał w miejscu, najwyraźniej myśląc nad czymś. Potem ruszył wolnym krokiem w stronę Fey'ri. Ten patrzył w stronę okna, o ile w chacie w ogóle było okno- Bashar był skoncentrowany na Lüthirze i nie zwracał uwagi na wystrój wnętrza. Wszedł mu niespiesznie w kadr, zauważając z rozbawieniem że kudłacz odwrócił głowę. O to mu chodziło. Nie był zdenerwowany, nie czuł nawet złośliwości, tylko rozbawienie z tego co zaraz miało przydarzyć się niepokornemu kompanowi. Bashar miał zamiar wykorzystać odruchy, które, jak rozumował, musiały być u nadpobudliwego kudłacza szczególnie mocne. Gdy do Lüthira dzielił go już krok klasnął lekko w dłonie. Lüthir odwrócił się. Bashar szybko pokazał ponad jego ramieniem na półkę mówiąc
- Hej, patrz na to!
Miejsce, które pokazał, było dokładnie wybrane. Fey'ri miał maksymalnie odrócić głowę, stojąc jednak ciągle prawie przodem do Bashara. Gdy Lüthir instynktownie spojrzał w pokazane miejsce, nie czekał ani chwili. Błyskawicznie doskoczył do Lüthira, jedną ręką sięgając po pudełko, a drugą łapiąc go za wystający z kudłów rożek. Razem z kudłami. Miał zamiar zrobić to tak, żeby Fey'ri nie mógł się nijak wyrwać.

Zrezygnowany, Zafon odstąpił od blatu i schował brzdęk. Odwrócił się, znalazł wzrokiem Lenę i chwytając zdecydowanie za nadgarstek, rzucił:
- Obudźże się, panna! Wyśmiewamy stąd!
Odetchnął - mocno - względnie świeżym powietrzem, gdy wydostał się z knajpy. Ponieważ Lena wciąż zdawała się być lekko wczorajsza, pokierował nią i ruszył do domu, który chciał penetrować Lüthir. A nuż się tam kozioł znajdzie?

Marudnie nieco, ostatecznie cała drużyna zbiera się w jedno stadko; udajecie się pod Dom Oja, przed którym zebrało się około trzydziestu osób, malownicze towarzystwo łowców jeleni- złodzieje, szwindlarze i mordercy, przeważającą masą ludzie i alubiesy. Niektórych znacie z widzenia bądź jakiś drobnych interesów w przeszłości. Kilka minut oczekiwania na przeciwszczyt upływa Wam na przysłuchiwaniu się toczonym wokoło rozmowom, zbudowanym głównie na bazie zaimków i plugawych przekleństw. Pojawiają się Łysielec i Fircyk poznani w strażnicy przy wejściu do katakumb- kiwają Wam przyjaźnie, ale trzymają się na uboczu. Nareszcie drzwi Domu Oja otwierają się z trzaskiem i ubrana w czarny uniform postać zaprasza wszystkich do środka.
Wygląda na to, że większość wewnętrznej przestrzeni budynku zajmuje pojedyncza, przestronna sala. Pod przeciwną wejściowej ścianą stoi małe podwyższenie, coś na kształt sceny, na niej prosty stół, na nim zaś skrzynka. Na podwyższeniu kręcą się dwie czarno odziane postacie; kilka stóp nas Waszymi głowami, wzdłuż ścian sali, biegnie drewniany, wsparty na kilkunastu solidnych balach, krużganek. Na nim, swobodnie opartych o balustradę, stoi kilku Ludzi-Z-Cienia, przyglądających się stłoczonym w dole bandytom z wystudiowanymi grymasami znudzonego rozbawienia.
Tymczasem sala, dobrze oświetlona licznymi pochodniami, szybko przepełnia się zapachem spoconych ciał, futra, wyziewów trawionego jedzenia i alkoholu; bariaur, stojący nieopodal, marszczy nos z wyraźnym niezadowoleniem i wyciąga fajkę. 'No, przeciwszczyt', dobiega Was czyjś głos i niemal w tym samym momencie z tyłu za podwyższeniem uchylają się niewielkie drzwiczki przez które przeciska się wysoki mężczyzna. Jego skóra jest biała jak u trupa, w czerwono-czarnych, nieco zdredziałych włosach migoczą złote obrączki. Choć bardzo wysoki i szeroki w barach, jest raczej szczupły; trzyma się jakoś dziwnie, jakby miał problem z biodrami bądź kręgosłupem, a jednak w jego ruchach wyczuwa się kocią zwinność i szybkość. Powyżej wyraźnie zaznaczonych jarzmowych kości, głęboko osadzone oczy lśnią inteligencją i przebiegłością. 'Synalek Królowej', dobiega Was szept przebiegający salę. Mężczyzna toczy spojrzeniem po zgromadzonych.
- Witam wszystkich- Głos ma mocny i głęboki- Zanim przejdziemy do rzeczy...- Odwraca się do jednego z Ludzi-Z-Cienia na scenie- Upewniłeś się, że nie ma tu żadnych mózgoszkodników?- Pyta
- Spokojna głowa, wodzu- Szczerzy się tamten- Rękę własną daję.
- Dobrze. Nie chcę tu żadnych szpicli Wielojedności- Mężczyzna odwraca się z powrotem do zgromadzonych- Niektórzy z was się już znają, inni przybyli całkiem z zewnątrz. Zostaliście tu wszyscy zaproszeni przez zaufane, jakkolwiek śmiesznie by to w naszym fachu brzmiało, osoby, bądź jako najlepsi na swoim terenie działania, bądź jako rokujący takowe widoki. Nie muszę więc chyba nikomu specjalnie przypominać, że miejsce w którym się dziś wszyscy spotkaliśmy, oficjalnie nie istnieje i chcemy, by tak pozostało. Każdy z Was od dziś jest tu mile widziany i znajdzie tu azyl przed prawem. Żeby tak pozostało, miejsce powinna otaczać tajemnica, więc oczekujemy od was dyskrecji w tym temacie. A teraz, jako że zapewne zastanawiacie się co tu właściwie robicie, spieszę z wyjaśnieniem. Otóż głowa naszej organizacji życzy sobie wejść w posiadanie pewnego przedmiotu, co zapewne nie jest dla was niczym szczególnie zaskakującym- Tu słuchać mrukliwe chichoty- Odpowiedź na pytanie czym ów przedmiot jest jednakowoż, może być zgoła niespodzianką. Otóż macie ukraść kwiat z pewnego ogrodu. Dokładniej, Różę z Ogrodu Bólu.
Tu zapadła chwilowa cisza, a wiele osób wymieniło niespokojne spojrzenia. 'Czy on powiedział różę?', dobiega waszych uszu pomiędzy innymi 'to jakiś żart?' czy 'nie jestem, psiamać, ogrodnikiem'.
- Oczywistym jest- Ciągnie mężczyzna niezrażony panująca konsternacją- Że ów kwiat nie rośnie w pierwszym lepszym patio jakiegoś cholernego czuciowca, nie wystarczy więc przeskoczyć jakiegoś muru, do tego bym was nie potrzebował. Być może niektórzy zmartwieni są faktem, że nie będzie nic można dorobić na boku, i tu nie będę ich wyprowadzał z błędu. Ogród Bólu to rzeczywiście ogród, nie żadna poetycka nazwa guwernackiej posiadłości pełnej blichtru. Także jeżeli nie znacie ogrodnika pasera, raczej nic interesującego stamtąd nie wyniesiecie- choć pewności nie mam, ponoć niezwykłe to miejsce; cokolwiek tam znajdziecie, będzie wasze. Macie tylko dostarczyć kwiat. Jeżeli ktoś jeszcze ma wątpliwości- Mężczyzna zrzuca ze stołu skrzynkę, która z hukiem ląduje na podłodze u stóp zgromadzonych, rozsiewając strumień miedziaków. Kilka osób rzuca się by je zbierać, większość jednak spogląda na nich z pogardą. Pod wpływem tych kosych spojrzeń chciwcy dają sobie po chwili spokój i odstępują stos, co zebrali jednak zachowują.
- Nagroda będzie sowita. Ile miedzi uniesiecie, tyle będzie wasze, a nie wykluczam jakiegoś miłego dodatku, zadowolona Szefowa to szczodra Szefowa- Wyjaśnia mężczyzna ze sceny.
Jeden ze zgromadzonych, korpulentny mężczyzna z gęstym brodziszczem, występuje przed samą scenę. Najpierw, tak by wszyscy widzieli, spluwa pod nogi tych, którzy rzucili się zbierali miedź; następnie, najwyraźniej dawszy upust swoim przekonaniom, zwraca się do mężczyzny na podwyższeniu i skłania obyczajnie głowę.
- Jeśli łaska, mam pytanie- Zaczyna, zaś zagadnięty gestem daje mu znak by kontynuował- Dlaczego my? Dlaczego krwawniki spoza waszej organizacji, za ciężką kasę? Gdzie tkwi haczyk?
Syn Królowej uśmiecha się upiornie.
- Nie skończyłem jeszcze mówić- rzecze wyjaśniającym tonem- Otóż miedź jest tylko jedną z opcji. Jak zapewne wielu z was wiadomo, od czasu do czasu nasza organizacja organizuje zaciąg, zazwyczaj w postaci jakiegoś testu. Korzyści, jakie z tego tytułu przypadają wybranym, nie muszę chyba wyjaśniać. Ci- lub ten- którzy dostarczą kwiat, poznają naszą Szefową i staną przed możliwością wstąpienia w nasze szeregi. A haczyk?- Tu mężczyzna uśmiecha się ponownie- Kilku naszych już wzięło to zadanie wcześniej. Żaden nie wrócił.
Ponownie zapada cisza. Na twarzach wokół widać zadumę i zmarszczone brwi, kilka głów potakuje do czegoś samym sobie. Z ciżby występuje kolejny mężczyzna, niebieskoskóry alubies o czerownych oczach, kompletny jeszcze szczeniak
- A ten Ogród Bólu?- Pyta- Gdzie go można znaleźć?
Kilka osób parska, kilka otwarcie się śmieje. Syn Królowej patrzy na niego z pobłażaniem, potem jednak jego twarz poważnieje.
- W Sigil, synu- Wyjaśnia- W Sigil.- Spogląda chwilę na młodziaka spuszczeniem głowy starającego się bez powodzenia zamaskować zawstydzenie na twarzy. Kiedy młokos wtapia się w tłum odprowadzany kpinami, kręci lekko głową.
Leno, nagle szósty zmysł każe Ci podnieść wzrok do góry. Na krużganku, na wysokości sceny, dostrzegasz Jednookiego Markusa przyglądającego się Waszej drużynie. A obok niego... Serce mocniej kołacze Ci w piersi. To Marduk! Patrzy prosto na Ciebie. Kiedy go dostrzegasz uśmiecha się leciutko i pozdrawia Cię dyskretnym gestem. Ma na sobie czarne ubranie Ludzi-Z-Cienia, wygląda zaś na dobrze odżywionego i zdrowego. Chyba jeszcze nigdy nie widziałaś go w tak dobrej kondycji. Wpatruje się w Ciebie, a we wzroku tym odczytujesz radość i dumę.
Tymczasem syn Królowej kontynuuje swa mowę
- Tak wiec w sumie wszystko już wiecie. Myślę, że dwa tygodnie czasu to aż nadto, by uporać się z zadaniem, także po ich upływie, jeżeli kwiat nie zostanie dostarczony, umowę uznajemy za nieważną. Każdy z Was może się zdecydować- bądź nie- na przyjęcie zadania; w każdym wypadku oczekujemy absolutnej dyskrecji. Możecie działać solo, możecie łączyć się w drużyny, pamiętając jednak, że zaproszenie do ewentualnego wstąpienia w nasze szeregi otwarte jest dla nie więcej niż pięciu osób. Na zakończenie, czy są jakieś pytania?
- Co to ma być za róża?- Pada z tłumu- Biała, czerwona, zielona? Jakakolwiek?
- W Ogrodzie Bólu znajduje się ponoć jeden tylko krzew różany. Jeden ładny kwiat wystarczy. Gdyby krzewów było więcej, wybierzcie największy i najładniejszy- Tłumaczy mężczyzna- Coś jeszcze..?

Lüthir: - Ta, ja mam pytanie. - Wyłania się spośród wielkopyskich krwawników w sali Fey'Ri, grzebiąc w zębach gwoździem. Wydaje się, jakby przeszywał wzrokiem syna Szefowej, a nieodparte skojarzenie z Panią Bólu do ów ogrodu coraz mocniej utwierdza go w przekonaniu, że to miejsce nie jest do końca... Normalne. - Co to za ogród? I dlaczego bólu? - Mówi nieśmiało, ale stanowczym tonem, by nie wyjść na pierwszaka... - I co najważniejsze, nikt mi nic nie zrobi za pozbycie się konkurencji?

Po ostatnich słowach fey'ri pośród ludzi dookoła słychać lekki szum i zgrzytanie zębów. 'Pogadamy o tym po wyjściu', słychać wściekłe syknięcie; tymczasem mężczyzna na podeście patrzy na Ciebie przeciągle
- Po wyjściu na miasto wasza wola, jak zwykle. Na tej ulicy nie patrzy sie dobrze na krew rozlaną bez dobrego powodu.- Marszczy brew- A Ogród? Labirynty Myśli.. Co za labirynty? I dlaczego myśli? Czy ja wyglądam jak mimir? Idź, szukaj Lothara czy innych wróżbitów, albo rusz głową, albo rękami, psiamać. Ja tu 'tylko' zlecenie przekazuję...- Mówi spokojnie ale brzmi jakby parskał- Przypuszczalnie to miejsce jest jak ta ulica, cień przeszłości zagubiony w wiecznie zmiennych trzewiach Sigil- Dodaje spokojniej, po czym wiedzie wzrokiem po okolicznych twarzach- Jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie, to by było na tyle.
Słyszycie, jak za Waszymi plecami otwierają się drzwi, kilka osób wychodzi, ale niektórzy jeszcze się wahają, jakby czekając na ewentualne pytania... Wy podobnie, zbierając się opornie do wyjścia rozmyślacie nad potencjalnymi przydatnymi kontaktami w sieci Waszych znajomych rozsianych po Klatce, głównie okolic Ula zresztą. Zadanie zgoła dziwne, kto może wiedzieć coś takiego?

Bashar: Zatarganie kudłacza na spotkanie było wyjątkowo łatwe- po chwyceniu za kark i powiedzeniu paru słów Lüthir sam zaczął iść i nie trzeba było robić przedstawienia na ulicy. Oczywiście Lüthir musiał też pierwszy się odezwać i narobić sobie na wstępie wrogów. Po przemowie synalka Szefowej Bashar stwierdza, że sprawa jest już praktycznie jasna i można by już wyjść. Postanawia jednak poczekać, na wszelki wypadek. Mogą paść jeszcze jakieś pytania i odpowiedzi, a każdy szczegół jest na wagę złota. Zabójca stoi więc ciągle w miejscu, obrzucając otaczających go krwawników niechętnym spojrzeniem. Rozmyśla też o zadaniu, które jest bądź co bądź nietypowe.
Ogród Bólu... W życiu żem o czymś takim nie słyszał, ale jestem w klatce tylko parę lat. Doświadczeni ulowcy mogą wiedzieć coś więcej... Jak tylko wyjdziemy stąd to trzeba będzie odwiedzić paru krwawników.
Zaraz też skupia się na posiadanych już faktach, a zwłaszcza na jednym, który szczególnie utkwił mu w pamięci
Paru ludzi Królowej wybrało się po ten kwiat... i nikt nie wrócił! To miejsce musi być cholernie niebezpieczne! Ale czemu w takim razie wypuszczają tam taką hołotę... Ależ oczywiście. Nie chcą talszych strat własnych, to wysyłają innych krwawników. Jest ich tylu, że komuś w końcu się powiedzie. Ale co strzeże tego ogrodu, co jest w nim niebezpiecznego?! Tego nie powiedział, trep jeden. Nagle dostrzega największą niewiadomą tej sprawy. Po co Krolowej jakiś... kwiat! Może jest cholernie rzadki, ale złodzieje raczej nie mają romantycznej natury... A ogrodników paserów, jak zauważył, raczej się nie spotyka. No, ale warto spróbować, nagroda jest tego warta. Ale coś mi się zdaje że podczas tej całej sprawy trzeba będzie więcej działać sprytem niż mięśniami... Zobaczymy.
Ponownie skupia swoją uwagę na synu Królowej, gotów do wyjścia.

Lüthir obrócił się parę razy, przepatrzył cały tłum szukając jakichś szczególnych ludzi, ale wszystko to to jakaś hołota, podobna do niego. W oczach utkwił mu jeszcze na chwilę Synalek, drżący z niecierpliwości, kiedy już będzie mógł skończyć te odpowiedzi do gawiedzi. Po tych pytaniach powrócił znów do grupki z którą tu wlazł, pogrzebał jeszcze chwilę gwoździem w zębach wygrzebując jakieś paprochy co to mu wpadły, potrząsnął głową, przejechał ręką po plecaku i ze złowieszczym akcentem zaczął.
- No to jak wesoła trupo, macie jakieś pomysły od czego zacząć? Ja tam proponuję jakiego maga czy szlachcica wypytać, w Ulu raczej trudno o wyrafinowane wiadomości. - Rzekł, rozglądając się wokół i obserwując gdzie idą inni śmiałkowie do tej wyprawy.

Wychodząc z karczmy Lena czuje się... słabo. Zafon pogania, trzeba iśc lecz nogi odmawiają posłuszeństwa. Gdy w końcu udaje się złapac pion kobieta czuje pulsowanie w głowie. Wszystkie tętnice oszalały, przed oczami robi się rozmazanie i ciemno. Głód.
Nie ma czasu, trza iśc...
Miejsce spotkania jest iście tajemnicze. Stojąc pośród tłumu wsłuchana w słowa osiłka ledwo trzyma się na nogach.
Lenie oczy same się przymykają, ściany żołądka chyba zlepiły jej się ze sobą, boli.
Tłum, ciepło, śmierdzi. To wcale nie polepsza sytuacji. Unosi głowę instynktownie w celu zaczerpnięcia powietrza i w tym samym momencie otwiera oczy.
- Nie może być...- szepcze. Serce przyspiesza, wali jak oszalałe. Zastrzyk emocji działa lepiej niż najwykwintniejsze potrawy serwowane w najznakomitszych miejscach Wieloświata. Niedowierzanie i szeroki uśmiech gości na twarzy Leny gdy spostrzega brata. Tyle musiało się stać aby mogła znów zobaczyć jego twarz.
Pozdrawia mężczyznę lekkim skinieniem głowy i nie myśli już o niczym innym tylko o możliwości rozmowy, a może nawet współpracy z Mardukiem.
Z letargu wyrywa ją dopiero Lüthir.
... jakieś pomysły od czego zacząć?...
-Co?- patrzy na Lüthira półprzytomnym wzrokiem.

Leno, Twój brat wykonuje pożegnalny gest dłonią z uśmiechem i miną z których wyczytujesz 'wkrótce się spotkamy, tymczasem powodzenia'; po czym w towarzystwie kilku kompanów i Markusa znika za jakimiś drzwiami na końcu galerii. Czujesz ukłucie zawodu.
Najwyraźniej to koniec wiecu, żadne pytania nie padły, a sala pustoszeje. Jakiś Człowiek-Z-Cienia cierpliwie czeka przy drzwiach, żeby zamknąć je za ostatnimi z wychodzących. Syn Szefowej na tyłach podestu gawędzi przyciszonym głosem z innymi dwoma. Czas chyba się stąd zabierać.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 10:36 pm  

Żadne pytania nie padły, więc Bashar zaczyna niespiesznym krokiem zmierzać w kierunku wyjścia. Kontynuuje rozmyślania na temat misji, a konkretnie nad najważniejszym w tej chwili pytaniem- gdzie jest ogród? Cień przeszłości w trzewiach Sigil.. ha, to niewiele pomaga. Trzeba znaleźć kogoś kto może coś o tym wiedzieć. Takich trepów pewnie nie ma dużo. Bashar szybko przebiega pamięcią po znajomych twarzach, szukając kogoś kto mógł mieć informacje potrzebne do znalezienia ogrodu.
Pierwszą osobą która przychodzi Basharowi na myśl to paser zwany Mordeczką. Podobno w młodości strasznie lubił lać ludzi po mordach, ale teraz wszyscy nazywają go tak z powodu wiecznie skrzywionej twarzy. Mordeczka spędził w Ulu całe życie, najpierw obrabiając ludzi jako bandyta, a potem, jak się już zestarzał, przerzucił się na paserstwo. I chyba dobrze mu idzie, bo mimo podeszłego wieku jest on zawsze zadbany i dobrze ubrany (jak na standardy Ula, oczywiście). Widocznie ślepota się go nie ima, bo ma niezłego cela z kuszy. Bashar nieraz spieniężał u niego cenne przedmioty które wpadły mu w ręce, zawsze też Mordeczka miał parę rzeczy przydatnych dla każdego złodzieja. Ma ogromną wiedzę o wszelkich zakątkach Ula i opowieściach po nim krążących, zna wielu krwawników z całej dzielnicy. Jeżeli wejście do tego ogrodu jest w Ulu myślał Bashar to Mordeczka powinien coś o tym wiedzieć. Paser ma swoją dziuplę niedaleko gospody Pod Gorejącym Człekiem.
Bashar ma nadzieję znaleźć też Knepa- złodzieja diabelstwo, który współpracował parę razy z Basharem. Mówił Basharowi o zleceniach, gdy zabójca był dopiero na początku 'kariery.' W zamian Bashar dawał mu namiary na domy dobre do sprzątnięcia. Byli mniej więcej tego samego wieku, z czymże Knep całe życie spędził w Ulu. Jest on młodym, ale nieprawdopodobnie utalentowanym złodziejem. Parę dni temu znikł w jednej ze swoich kryjówek po ryzykownym skoku. Podobno ledwo co uniknął wtedy złapania. Knep mógł co prawda też dostać zaproszenie na Wiejską, ale raczej w ostatnich dniach nie ruszył nosa poza kryjówkę. Ciężko stwierdzić, czy Knep może cokolwiek wiedzieć o ogrodzie, ale podczas ostatniego spotkania sugerował, że znalazł osobę skorą sporo zapłacić za przyniesienie jej paru przedmiotów będących w posiadaniu magików. Osoba interesująca się magicznymi przedmiotami może mieć znaczną wiedzę... a Knep może skontaktować z nią drużynę. Bashar nie wie, gdzie dokładnie schował się półbies, ale zna miejsca gdzie przypuszczalnie mógł to zrobić.
I jest jeszcze Hargot... Gdyby nie Hargot, to nigdy nie trafiłbym na Wiejską. Może on też należy do ludzi Królowej? Może ma za zadanie wyszukiwać rekrutów? Ciężko stwierdzić. Nie... do Hargota nie pójdę, chyba że nie będę miał wyjścia.
Wychodzi z domu Oja, skręca lekko w prawo i zatrzymuje się, żeby poczekać na drużynę.

Zafon wysłuchał z uwagą całej śpiewki, a długa to ona nie była, więc i szybko zabrał się do przetrząsania odmętów pamięci. Przyszedł mu do głowy pewien trep, Vato bodaj, który z namaszczeniem podkradał różne księgi i zwoje, czego zresztą nauczył się w jakiejś innej strefie, gdzie wcześniej był uczniem u palniętego magika. Potem odsiedział swoje w katedrze, z tym szalonym kapłanem. Mówił, że wie dużo o Pani Bólu - a kwiat jest z Ogrodu Bólu, prawda? Vato, o ile nie wpadł znowu w jakiś głupi portal, z tą swoją naiwną ciekawością i dociekliwością może coś wiedzieć. Zapewne siedzi w Alejach Niebezpiecznych Węgłów. Może go nie wywiało stamtąd po tej masakrze...
Warto też sprawdzić, co wie Karo, kiedyś przecież tworzył portale dla Pani. No, to też jest jakiś trop. Tylko gdzie go znaleźć? Wciąż w tym starym domu pod Kostnicą?

- To jak, ferajno, jakie plany na teraz?

Bashar: - Najpierw trza znaleźć jakieś miłe miejsce gdzie można by przekimać, zjeść coś i sie naradzić. Mamy dwa tygodnie, więc nie musimy się spieszyć. Potem...
Nagle zauważa nieprzytomne spojrzenie Leny, która ledwo co dowlekła się za Zafonem.
- Lena? Co ci się dzieje?

Luthir: - Właśnie dziewucho, za dużo bełta u tej Radine? Otrząśnij się, cholera, twój zwiędły ogródek wygląda jakby miał się zara zrzygać. - Odchrząknął z pogardą Fey'Ri, wyrzucając brudnego od żółci gwoździa gdzieś w bok, stuknął gdzieś jeszcze o podłogę gdy wychodził i potoczył się parę metrów dalej.
Hmm... Może Cevryk? Pamiętam tego krwawnika jak byłem kiedyś w Dzielnicy Niższej, kurde, to był chłop. Długie włosy splecione w dredy, cały w tatuażach i ta wieczna podpierdolona morda jak u Gereletha. Niezły był z niego nauczyciel złodziejów w Gmachu Czuciowców, chyba nawet był jednym z nich, gdybym ja to pamiętał... No, tylko gdzie go można znaleźć? Może se chałupę ufundował? Gdzieś niedaleko uczelni? Wszystkie bękarty z okolicy garnęły się do niego jak muchy, bo podobno był wszędzie. Te przypowiastki o kryptach do których można się dostać tylko portalem i wydostać także, Zakopana Wioska, Ziemie Umarłych, Więzienie i Zbrojownia, chyba poznał wszystkie zakątki Sigil, może i w Ogrodzie Bólu był?...
Lüthir podrapał się po uchu i spojrzał na Bashara niepewnym wzrokiem.
- A ty gdzieta się wybiera? Musimy to najpierw obgadać. Należy nam się chyba jaka mała konserwacyjka za te miedziaki, które straciliśmy za Tunelowca Bashar, co nie? - Przyglądnął się jeszcze chwiejnej Lenie, wymachując jej ręką przed nosem by rozbudzić ją nieco. - Znam pewnego złodzieja, Cevryka, nauczyciela w Gmachu, koleś był świetny, podobno podkosił jakiemu magowi zaklęcie prosto z księgi, i to nie byle jakiemu. Znam go w sumie od dawna, proponowałbym do niego wstąpić po drodze. Ostatecznie jeszcze w Ulu, konkretna w Domie Bramnym, u Ponuraków jest pewien stary demonolog, co to przyzywał kiedyś w Tartarze Gerelethy, ale ostatecznie zwariował. Należy do Kliki, więc może kiedy chciał znaleźć i bezsens Ogrodu Bólu? - Zaproponował drużynie.
Ahh... Stary demonolog Ziwzeak "Mokry", co by było gdyby nie on, nauczył mnie chyba wszystkiego co teraz umiem. Szkoda, że wtedy tego nie zauważyłem. Darł się na mnie, ale takiego mądrali jak on to i ze świecą znaleźć trudno. Ale jak zaczął mnie ganiać z tym swoim patykiem po całym Domu Bramnym to uciekłem, nie byłem nawet taki młody. On może wiedzieć o tym mnóstwo, był zafascynowany wszystkim co związane z bólem, to może i z tym?

Opuszczacie Dom Oja, odprowadzani zgrzytem rygla w zamykających się za Wami drzwiach. Jeszcze na Waszych oczach przynajmniej dwie grupy istot z Waszej 'konkurencji' znikają w różnych portalach, inni rozchodzą się w sobie tylko znanych kierunkach i celach; zaczynacie się zastanawiać, czy poza znanym Wam już przejściem, przez ramiona głodnych trokopotak prosto w łapy wygłodniałych i wściekłych mieszkańców Bud, istnieje dla Was jakaś droga prowadząca z powrotem na ulice Klatki... Choć z drugiej strony, jeżeli potrzebujecie odpoczynku- czy czegokolwiek innego niezbędnego Wam do sprawnego funkcjonowania w Waszym fachu- trudno wyobrazić sobie dogodniejsze miejsce. Niektóre lepianki, a nawet budynki, wyglądają na opustoszałe- nie wiecie tylko, na jakich zasadach można z tych dobrodziejstw korzystać; z drugiej strony, źródła wszelakiej niezbędnej w tym zakresie informacji włóczą się wokoło...

- Chłopaki, musze coś zjeść- wydusza z siebie Lena patrząc na resztę spod zamglonych oczu- W tym stanie nijak nic nie wymyśle- dodaje, po czym łapie Luthira za rękę gdy ten wymachuje nią zamaszyście i przytrzymuje się go.
-Jak na razie wydaje mi siem jakoby ten cały ogród nie był dosłownie miejscem w Ulu... To musi byc jakies dziwne cos, zawieszone między planami, z dojściem przez portal. Tak myślem.- kobieta wzdycha ciężko, po czym patrzy błagalnie na Luthira z nadzieją, że przejdzie się on do karczmy na jakikolwiek posiłek.

- No o to można się chyba domyślić, nie? W końcu po kiego kapłana by ta Królowa chciała jakiś kwiatek? - W tym momencie, drapiąc się po dawno nie golonym zaroście, Lüthir spostrzegł jak Lena podskakuje i gapi się a to na niego a to na karczmę. - Co? Ja? Ehh... - Wzdychnął ciężko, ale w końcu zrezygnowany odchrząknął. - Też bym coś zjadł, tamta wcześniejsza uczta była po skurlu syta. - Szybko sięgnął ku sakiewce z monetami, gdy zorientował się, iż ma ich tak mało, rozglądnął się wokół jeszcze i zaczął stawiać powolne kroki ku ogródku Radine. - Pięć miedziaków, ostatnie, będziemy musieli zapierdzielić jakiego biedaka. Oczywiście to za to, że dałem forsę do Tunelowca. - Rzekł to tak, że nikt nie wiedział o co chodzi, ale po chwili okazało się to kolejnym pretekstem do zaczepki. - Którego *jakiś* socjopata zarżnął pięć minut za wcześnie. *Nie mówię* że ty... - Spojrzał na Bashara, a następnie na Lenę porozumiewawczo, nie dając właściwie ani chwili przerwy na odpowiedź. - Idziesz? A wy sprawdźcie może tamten dom porośnięty krzakami, ten co to w nim straszy. Kondolencje za fatygę, odpłacę.

-Idem...- rzekła Lena odchrząkując nieco.
-To co, kroimy jakieś pijaczyne? Nie wiem czy w tym stanie dam rade, ale spróbować mogem- Lena uśmiechnęła się szelmowsko do Luthira.

Luthir: Fey'Ri rozglądnął się wokół, obserwując jakichś łachów i zbirów wokół, ale większość była w grupie. Może gdyby cała drużyna się włączyła, to by był pewny sukces. Obrócił się jeszcze do Zafona i Bashara, obmacał ubranie w poszukiwaniu jakiejś broni, jednak chwyciwszy jedynie gwóźdź, postanowił, iż powie to nieco delikatniej.
- Ludzie, może pokroimy kogoś? Forsy brak, mi zostały tylko koraliki i szpilki, skurl z tym, że dużo, ale na nic raczej się to nie zda. - Jego oczy przybrały łagodny, różowawo-seledynowy odcień, a twarz okrył beznamiętny grymas. - No, mi zostało 5 miedziaków a dziewusze nic. Zafon, dajże noża. Oddam po skończeniu. - Przechylił głowę i po chwili zastanowienia dodał. - Nie złamię go ani nie rozwalę drzwi do Wichrów.

Lena, Luthir- nareszcie, od kiedy się spotkaliście, uruchamiacie swoje bandyckie zmysły; świat wokół Was, przefiltrowany przez sito waszych potrzeb względem możliwości, natychmiast nabiera zupełnie nowych barw. Nie jest to już tajemnicza ulica zagubiona pośród murów Klatki- teraz jest to miejsce pracy czy, jak kto woli, teren łowów. W Waszych szubrawczych umysłach co prawda mruga gdzieś przebłysk wspomnienia o słowach syna Królowej- że krew na ulicach Wiejskiej nie jest mile widziana; ale jednocześnie te same umysły automatycznie odnajdują luki w lokalnym prawie- w końcu dobra kradzież to niezauważona, bezkrwawa kradzież, czyż nie? A, jak mówi jedno z najstarszych łotrowskich przysłów, znane każdemu z Was co najmniej od dziecka: okraść złodzieja to nie zbrodnia.
A wokoło Was, teraz, gdy patrzycie nad to pod tym kątem, okazja aż poszturchuje chętnego, prosząc go, by skorzystał; oto spod 'Numeru' Radine wytacza się jakiś podpity oprych, na samym środku uliczki przeliczając słupek monet- czy jest to jego wygrana w karty, czy zwrócony dług, kogo to obchodzi? Przed tym samym lokalem, na drewnianych belach, kilka osób kima nad opróżnionymi kuflami- za darmo na pewno ich nie napełnili, a kto wie, co jeszcze zostało im po mieszkach? W niedalekim zaułku jakiś chudzielec wręcza dwóm zakazanym, półbiesim mordom solidną paczkę, inkasując za to sporą sakiewkę, którą przytracza do pasa- po czym zmierza w kierunku wspomnianej przed momentem karczmy... Niczym remedium na jakiekolwiek wątpliwości, które mogłyby pojawić się w Waszych głowach, widzicie jakiegoś obdatrusa, który ostrożnie wychodzi z jednej z pobliskich, wolno stojących chat z jakimś rukzakiem w ręku, po czym, delikatnie opuściwszy kotarę, z miejsca puszcza się szybkim biegiem przed siebie i znika za rogiem; jeżeli coś w jego zachowaniu wciąż nie było dla Was jasne, to wszystko wyjaśnił Wam fakt, że ulicznik ów już w biegu przekopywał zdobyczny, podróżny worek. Co ciekawe, jego śladem rusza stojący na pobliskim winklu zbir.
Najwyraźniej spojrzenia, które rzucali w Waszym kierunku okoliczni zbóje, kiedy staliście bezmyślnie na ulicy niczym banda pierwszaków, nie były tylko zaczepką do byle awantury. W tym momencie, rozglądając się wokoło przez pryzmat swych złodziejskich zmysłów rozumiecie, że w tym miejscu chwila nieuwagi wystarczy, by w okamgnieniu z łowcy jeleni samemu stać się jeleniem.

Zafon: - Ten na środku jest mój. Lena, chodź ze mną.
Trzymając kobietę pod rękę, Zafon ruszył okrężnie w kierunku zapitego trepa. Gdy minęli go z boku w odległości ponad pięciu metrów, dyskretnie pchnął pannę w jego stronę, szepcząc na odchodnym:
- Przejdź obok niego. Potem go wystrasz i krzyknij, że cię okradł.
Na głos zaś dodał:
- Do jutra, mała!
Sam dokończył półkole, stając w cieniu domu za jego plecami. Dość upewniony, że nikt go nie zobaczy, ruszył powolutku w stronę skurla, mając nadzieję, że Lena porządnie wykona jego plan. Cóż, w końcu przeżyła w Ulu, musiał jej zaufać.

Lüthir przybliżył się do obserwującego sytuację Bashara, po czym, przeciągając się ospale rzekł cicho.
- Słuchaj, udawaj że coś do mnie mówisz, zrobię jeszcze małe zamieszanie. - Podrapał się po głowie, patrząc kątem oka na Lenę, czekając, kiedy przejdzie koło pijaka z miedzią. Nie wydawał się on zbyt kumaty, nawet gdyby nie był taki spity. Fey'Ri zastanawiał się nad tym, skąd ta kasa mogła być. Wygrał w karty? Zbyt spity, nie mógłby chyba trzeźwo myśleć. W kości? To chyba najbardziej prawdopodobne, wystarczy wyrzucić parę kości i ot całe skupienie. Rozluźnij się chłopie.

- Tia, do jutra!- rzekła na 'odchodne' Lena z uśmiechem i zaczęła zmierzać w kierunku biednego skurla.
Szła spokojnie, jakby nigdy nic, nucąc coś pod nosem.
Będąc dosłownie dwa kroki za nim kobieta nagle się odwraca. Zmierza pijaka pełnym zdziwienia i nienawiści wzrokiem, mruży oczy i szczerzy na niego zęby. Pijak wydaje się być nieco zaskoczony całą sytuacją, przez co Lena ma większe szanse na powodzenie i zaczyna swoją szopkę:
-Coooo?!- podbija do trepa warcząc na niego- Niech Cie Baator pochłonie! Niech chorda Baatezu rozrywa Twom nendznom dusze na szczempy przez wieczność!- Lena spluwa pod nogi pijaka, który ewidentnie nie wie co się dzieje. Kobieta nie ma zbytnich umiejętności aktorskich, skupić też jest się trudno, na charyzmę nie ma co liczyc, ale to w końcu nędzny pijaczyna, nic więcej...
-Ty trepie! Wiesz kim ja jestem? Jak śmiesz zakradać sie w cieniu NA MNIE! Bierz te łapska i nie patrz sie tak na mnie, ten wzrok Ci nie pomoże, nic Ci skurlu skóry nie uratuje, o nie...- Lena szczerzy kły na biedaka, wyciąga jeden ze sztyletów. Drugą dłoń przygotowuje do ewentualnej konfrontacji, rozprostowując palce zakończone pazurami. Skóra kobiety robi się zaróżowiona, zaczyna nieco piec. Wzrok zdradza szaleństwo i kobieta zaczyna tracić nieco kontrolę nad sobą, instynkty biorą górę.
Stara się znaleźć Zafona wzrokiem, licząc na jego szybką reakcję.

Obejrzawszy z zadowoleniem scenkę, Zafon dwoma susami dotarł za plecy pijaka i okręcił go za fraki twarzą do siebie.
- Kraść się zachciało, skurlu? - rzucił głośno i gniewnie, popierając słowa czułym objęciem wokół głowy, by zatkać jadaczkę i przekręcić łeb w mocnym uchwycie. Dorzucił jeszcze gratis pchnięcie kosy. Od dołu do góry, pod żebra, w stronę serca. Obrócił ostrze w ranie. Pchnął truchło. I ukląkł nad nim.
- Maleńka, twój to brzdenk? - zagaił donośnie i z ulicznym akcentem, spluwając na trupa przez zęby. - Żeby takie trepy pannem okradały! Chyba jednak muszem iść z tobom!
Po dobrze załatwionej robocie chwycił ją znowu pod ramię i skierował się w stronę, w którą zmierzała Manta, po drodze dyskretnie przywołując towarzyszy do siebie.
Korzystając z chwili natchnienia, wrócił myślami do błysku żółtych oczu w Budach. Dziwne i niepokojące. Pomyślał również o czymś, co spoczywało w sakwie, czymś, co znalazł w tunelach. Co to może być?

Zafon, Lena, oddalacie się spokojnie z miejsca zbrodni przeliczając łup- jest tego równo sześćdziesiąt miedziaków. Najprawdopodobniej, mając w pamięci lokalne złodziejskie prawo, a może po prostu czystym przypadkiem, Zafon zamordował (przy okazji bezczelnie wrabiając Lenę) owego trepa spory kawałek od 'Numeru', w miejscu, gdzie wolno stojące lepianki dawały nieco osłony przed niepożądanymi spojrzeniami; dajecie więc radę zmyć się stamtąd niezauważeni za róg przybytku Radine i tam, stojąc naprzeciw siedziby Królowej, czekacie na podążających Waszym śladem towarzyszy.
Tymczasem Wy, Luthirze i Basharze, idąc za zbrodniczą parką rzucacie dyskretne spojrzenia w kierunku stygnącego trupa. Dosłownie kilka chwil trwało, nim napatoczył się na niego jakiś skurl, których ostatecznie całkiem sporo się po okolicy włóczy; patrzycie jak szybko i sprawnie przeszukuje ciało, z uśmiechem dobywając zza pazuchy umarlaka sporą i ciężko wyglądającą sakiewkę. Chowa ją z szerokim uśmiechem, po czym przeciągle gwiżdże na palcach, zaczyna wrzeszczeć i machać rekami
- Trup! Trup!- Drze się- Zarżnięty na śmierć! Mamy trupa!
Z chatek wokół niego zaczynają się wygramalać jakieś postacie, ze speluny, którą właśnie mijacie, wyłazi kilka osób. 'Kto, kogo?'- Dobiegają Was chaotyczne krzyki- 'W prawie był?' 'A mnie skąd wiedzieć? Zawołajcie Czarnych'- Dwóch Ludzi-Z-Cienia przeciska się między stłoczonymi na schodkach ciekawskimi i podąża w kierunku kilku osób zebranych nad ciałem. Jeden odwraca się, najwyraźniej wypatrując w grupie jakiś twarzy lub pysków; najwyraźniej udaje mu się, gdyż woła
- Zrevykk, odstaw bełta i podskocz no do Ebena, niech przekopie ten swój burdel i podrzuci mi tu zwój gadki z nieumarłym! Ale tak na jednej nodze!
Leno i Zafonie, oczywiście słyszycie to wszystko z miejsca w którym stoicie, wyglądacie więc na nieco zaniepokojonych, kiedy dołączają do Was Bashar z Luthirem. Kosmaty półbies nazywany Zrevykiem niespiesznie opróżnia kufel, zbierając się do wypełnienia polecenia. Chwilę mu to zajmie, ale Zakopana Wioska taka duża znowu nie jest- dom Ebena jest rzut beretem od Was. Za kilka dni, kiedy ścierwo się rozłoży, i nie będzie w stanie wskazać palcem winnych, nie będzie problemu- teraz jednak szósty zmysł sugeruje Wam szybkie opuszczenie okolicy. Wygląda na to, że i kolacja Leny i identyfikacja dupereli w Zafonowym mieszku, będą musiały jeszcze trochę poczekać...

- No to jednak bagno - rzucił Zafon szeptem.
- Możemy go zawinąć i schować w jakichś śmieciach, załatwić tego trepa co idzie do Ebena albo spadać. Spadanie mi się nie podoba... Hej, dziewczyno, słuchaj mnie, nie jestem powietrzem! Wyśmiać stąd nie ma jak, chyba że tak jak wróciliśmy. A zawinąć trupa nie damy rady chyba. Temu trepowi można w uliczce wykosić język i połamać palce, jakby przypadkiem umiał pisać. Co wy na to? - urwał, widząc doczłapujących się do nich "kompanów".
- Podszywanie się pod trepów Ebena też nie bardzo. Skurla jego mać!

- Wy pieprzone trepy! Jak żeś przeżył w Ulu kapucho?! - Zaczął krzyczeć niskim tonem do Zafona Lüthir ze wściekłością w oczach. Jego lustrzane gałki przybrały różowawo-czerwony odcień, prawie jak krew. - Ty jesteś głuchy?! Zasztyletowałeś gościa na *Wiejskiej Ulicy*! Tamten zgrabiony trep chyba wyraźnie ci wyperswadował to?! Nosz cholera... - Obrócił się i rękami machał tak, jakby wyobrażał sobie Zafona zaciśniętego we własnych rękach, duszonego i miażdżonego przez dłonie Fey'Ri. - Teraz spróbuj to odkręcić! Szlag by to! - Przerwał, wgapiając się kątem oka na chwilę w tłum gapiów koło trupa pijaka, po czym znów zaczął mówić, tym razem nieco spokojniej i z mniejszymi pretensjami. - Chodźcie, idziemy do Śmieciowiska. - Spojrzał jeszcze raz na całą drużynę i lekko wstrząśniętego Bashara, po czym wrzasnął ostro. - No! Lepszego pomysłu nie znajdziecie, chodźcie!

Bashar stał spokojnie, czekając aż Zafon i Lena skończą robotę. Wszystko się skomplikowało, gdy Zafon bez namysłu zadźgał jelenia. Od razu zrobiło się zbiegowisko. Jedno było pewne- Wiejska nie jest teraz bezpiecznym miejscem. A przynajmniej nie dla Zafona i Leny.
- Nie drzyj mordy- powiedział spokojnie do Luthira- zwrócisz na nas uwagę. Znacie jakieś wyjście stąd? Przyda nam się.
Rozgląda się po okolicy, mając nadzieję znaleźć jakąś wskazówkę.
-No nic. Musimy się rozdzielić. Zafon, Lena, zniknijcie stąd. Ja z Luthirem poszukamy wyjścia na własną rękę. Jakby coś złego się stało, to spotykamy się u tego Jednookiego Markusa. Wszystko jasne?

Luthir: Oczy Fey'Ri lekko pojaśniały i uzyskały lekko-żółty, matowy kolor, rozglądnął się ostrożnie, a gdy Bashar skończył mówić, znów się wtrącił.
- Cholera, masz rację. - Rzucił zaniepokojony i wciąż lekko rozdrażniony. - Tamten koleś mówił coś, że na górę nie wyjdzieta przez Śmieciowisko, może spróbujecie przez katakumby? Albo przeczekajcie na Śmieciowisku w jakiejś norze, a my znajdziemy przejście? - Rzekł, co chwila wychylając się zza ściany i patrząc czy kto nie idzie, lub czy tamten cały Zrevyk nie idzie ze zwojem.
Lüthir drapał się nerwowo po tłustych włosach wijących się po całej głowie, odgarniał ciągle spadającą na twarz czuprynę i czekał niecierpliwie na jakiś odzew ze strony Zafona, chyba lekko zdezorientowanego tą sytuacją.
- Dajże nóż i dziesięć miedziaków, spotkamy się w Guwernancie i zajmiemy tą różą, załatw też coś dziewczynie do żarła...

Lena nieco ochłonęła po całej akcji. Wszystko działo się tak szybko, że ani się obejrzała, a trep padł martwy na glebę.
-Zafon, Tyś to jest na prawde półłeb.- rzuca Lena rechocząc cicho- Trza było go skroić nieco, a nie od razu łeb ukręcać, no ale dobra. Spadamy stond kolego czem prędzej- dodaje słysząc słowa Bashara.

Zrevykk, niespiesznie powłócząc nogami, przechodzi przez środek Waszej grupki i zmierza w stronę domu Ebena; uosobienie pijackiego relaksu. Jeżeli nie przyspieszy, a nic na to nie wskazuje (wręcz przeciwnie, zatrzymawszy się niedaleko Was staje twarzą do ściany i usiłuje rozsznurować portki) macie około pięciu minut. Pod warunkiem, że Eben wręczy mu zwój w drzwiach, na co nic nie wskazuje również. Jeżeli nawet coś zabawnego chodziłoby Wam po głowie, po okolicy kręci się niestety sporo potencjalnych świadków.
Bashar, kiedy lustrujesz otoczenie, po drugiej stronie ulicy, w zacienionej przestrzeni między dwoma budynkami wciśniętymi między Dwór Złych Wiatrów a bramę prowadzącą do katakumb, dostrzegasz jakąś postać przyglądającą się Wam uważnie. Potrzebujesz ułamka sekundy, kociego błysku jadowito-zielonych oczu i płomienistego odblasku na rudej grzywie, by skonstatować kto to; rozumiesz, że z punktu w którym stoi musiała widzieć całe zajście. Po chwili paluszek delikatnej, białej dłoni Ornelli kiwa na Was gestem przywołania.

No proszę, nie minęła godzina i znów ją spotykamy. Wiejska to jednak niewielkie miejsce.
Bashar już ma pospiesznie podejść do Ornelli, jednak coś go hamuje. Ich ostatnie spotkanie dostarczyło mu nieoczekiwanych wrażeń, było jednak tak krótkie i niespodziewane, że zabójca sam nie wie co myśleć o rudej piękności. Próbuje przypomnieć sobie więcej szczegółów i stwierdza, że praktycznie nic z niego nie pamięta, jakby zapadł wtedy w sen. Ale zegar tyka, a sytuacja Zafona i Leny staje się coraz bardziej nieciekawa. W końcu zbiera się w sobie, chociaż ciągle ma wątpliwości czy dobrze postępuje.
- Zaraz, zaraz, myślę że powinniśmy pójść tam -mówi, wskazując głową w kierunku Ornelli- no chodźcie, nie ma czasu.
Robi parę ciężkich kroków po czym nieznacznie przyspiesza. Jednak nawet teraz po jego chodzie nie można odnieść wrażenia żeby się spieszył.

- O tia, jasne. To ja już wole towarzystwo tego biesa...- rzuca marudnie pod nosem Lena i zaczyna z wolna ruszać we wskazanym kierunku. Zatacza się nieco, ale nie jest jeszcze tragicznie.

Wściekły i zażenowany faktem, że zapomniał o tak oczywistej rzeczy jak czary, Zafon wciąż rozmyślał nad planem ucieczki. Nie odpowiedział nic Luthirowi czując, że i tak by mu nie dogadał. Nie protestował, gdy Bashar pokierował ich do kobiety, choć niemal na pewno wszystko widziała; niewiele już mogło pogorszyć ich sprawę.
- Turlu, turlu, tępy skurlu - mruczał pod nosem, chowając łeb głęboko w kapturze. Cóż, przynajmniej nie zdejmował go jeszcze na Wiejskiej, oczorypne włosy może nie błysnęły jeszcze nikomu pod materiałem...
Cały problem w tym, że w ciągu dziesięciu góra minut musieli stąd wyśmiać, a zawdzięczał to jedynie swojej pogardzie dla czarów.

Bashar, kiedy zbliżasz się do Ornelli, ta uśmiecha się cudnie i patrząc Ci w oczy głaszcze Cię przelotnie po policzku; pod wpływem jej bliskości nogi niemalże się pod Tobą uginają.
- Najwyraźniej Wieloświat toczy się mniejszym kołem niż przypuszczałam- Mówi dziewczyna ze śmiechem- Witaj ponownie, śmiałku!
Reszta drużyny śladem Bashara skrywa się w półmrok zgęstniały między dwoma ruderami. Rudowłosa piękność, ostentacyjnie olewając Luthira, kiwa głową Lenie i staje przed Zafonem, wpatrując się w niego z bliska z zachwytem, ale jednocześnie i bardzo uważnie, jakby coś badała.
- Tyś też dobry, krwawniku- Uśmiecha się- Podobałeś mi się tam, na ulicy. Chętnam na więcej- Mruga zalotnie
Zafon, teraz, kiedy Ornella stanęła przed Tobą i przemówiła, nagle zrozumiałeś Bashara i jego minę widzianą 'Pod Numerem'. Czujesz takie gorąco, że aż Cię zapiekły stare oparzenia- nie wiesz, czy to głos tej dziewczyny, jej zapach czy Moce wiedzą co jeszcze, ale coś w niej działa na Ciebie jak najlepszy biesi samogon; niemalże w głowie Ci się zakręciło.
Bashar, patrząc na dziewczyne i Zafona czujesz ukłucie zazdrości.
Ornella jednak odwraca się do Zafona plecami i staje dwa kroki od Was, tak, żeby widzieć całą drużynę
- Przejdźmy jednak chwilowo do interesów, bo czas was ściga- Oznajmia nieoczekiwanie rzeczowym tonem, znacząco patrząc na zbiegowisko wokół ofiary Zafona- Wyciągnę was stąd w pół minuty, ale mam warunek- Przerywa na moment patrząc Wam po twarzach, najdłużej zatrzymując wzrok na Lenie- Zabierzecie mnie ze sobą. Uprzedzając wasze wątpliwości, nie interesuje mnie żadna nagroda, żadni Ludzie-Z-Cienia czy inne Ogrody Bólu, choć ten akurat chętnie bym zobaczyła na własne oczy. Po prostu chcę na jakiś czas dołączyć do waszej... drużyny.- Tu Ornella zawiesiła na chwilkę głos, rzucając spod oka szybkie, niechętne spojrzenie na fey'ri- Na życie mam. Jeśli macie jakieś pytania, radze się pospieszyć. No to jak będzie?- Pyta słodko, uroczo przechylając głowę.
Zafona i Bashara nie ma nawet co pytać. 'Za' mają napisane na twarzach.
Lena, tym razem dziewczyna nie zrobiła na Tobie tak nieprzyjemnego wrażenia jak w lokalu Radine; choć czujesz wyraźnie jej zapach, nie działa on już tak odpychająco, jak ostatnim razem. Choć taka naturalna, kobieca nutka zazdrości gdzieś tam w Tobie gra.
Luthir, tymczasem w Twojej duszy burza. Ornella działa na Ciebie tak samo jak na Zafona i Bashara, to znaczy zniewalająco, aczkolwiek w przytomności umysłu trzyma Cię rozpalona do białości zazdrość i gniew. Ona nie zwraca na Ciebie uwagi! Najprzystojniejszy członek drużyny, i co? Myśli się w Tobie kotłują, jakieś pomysły, od obrażenia się na cały świat po zaimponowanie jej jakoś...
Ornella czeka.

Lena lustruje wzrokiem kobietę co rusz zerkając na towarzyszy.
-Chłopy...- poczyna mówić- Jakie z Was są czasem tempe bestie to aż miło popatrzeć- uśmiecha się półgębkiem do Ornelli.
-Wydaje mi sie, że nie mamy wyjścia i zagościsz u nas na jakiś czas.

Wszystkie wątpliwości uleciały z Bashara gdy tylko zbliżył się do Ornelli. Teraz dziwna mu się wydaje sama myśl, że jeszcze przed chwilą miał wątpliwości czy podejść do rudej dziewczyny. Ma stuprocentową pewność, że było warto. Zachowuje wciąż trzeźwość myślenia, ale jest zauroczony Ornellą. Przez zachwyt nad pięknością rudowłosej przebija się iskierka zazdrości, gdy ta podchodzi do Zafona. Bashar nie wie co o tym myśleć, ale czuje że Ornella powinna być przy nim a nie przy Zafonie. Ta jednak szybko odwróciła uwagę od towarzysza. Co za ulga. Może to nie było nic poważnego myśli. Ona... chce do nas dołączyć?! Bashar nie posiada się z radości, i robi przy tym idiotycznie uszczęśliwioną minę. Zaraz potem uświadamia to sobie i próbuje nieco stonować, ale mięśnie policzkowe jakby się zbuntowały i chcą trwać w rozanielonym uśmiechu.
- Ja... ja nie mam nic przeciwko. Jestem całkowicie za.
Wykrztusza w końcu, chociaż prawdopodobnie nie musiał tego mówić. Wszystko już powiedziała jego twarz. Rzuca szybkie spojrzenie Na Zafona i zauważa, że jego mina jest niebezpiecznie podobna. Lena mruknęła coś, czego Bashar nie dosłyszał, ale sądząc po postawie diabelstwa ona też się zgadza.
- No to... Idziemy- rzuca wzrokiem po towarzyszach- nie ma czasu do stracenia.

Idąc w stronę zaułka, w stronę tej rudowłosej dziewki Ornelli, Lüthir nie mógł od niej oderwać wzroku, mimo iż cały czas starał się skupić wzrok na zbiegowisku i tym trepie co pobiegł po zwój. Ale ona była naprawdę powalająca. Jej wygląd? Może zapach, który wyczuwał już nawet zanim wszedł do zaułka? Nie wiedział tego, ale była cholernie imponująca.
Gdy cała kompania rozmawiała o... Przystąpieniu tej dziewczyny do drużyny, Fey'Ri nagle się obudził. Patrzył się na nią, ale już nie z tą miną fascynacji, a wzrokiem biesa, który szuka zdrajcy wśród swych pobratymców. Walić to, że nie zwracała na niego uwagi, nawet to, że Zafon i Bashar byli w nią wgapieni jak w obrazek i ślina im ciekła do kolan, ale ona... *Chciała przystąpić do drużyny*! To go zainteresowało. Nawet przez chwilę nie pomyślał o niczym dobrym. Zerwał się na nogi i całym sercem popierał wyraz twarzy Leny, nawet jeśli aparycja tej Ornelli po prostu go oszałamiała. Już nie raz i nie dwa we znaki dała się mu ta jego dwoista natura elfa i demona. Elfa, bo był w życiu romantykiem, patrzył na wszystko przez pryzmat piękna i niewiele mu brakowało do Czuciowca, tudzież poety. Lecz ta cząstka demona w nim sprawiała, że nie mógł z czystym sumieniem powiedzieć "tak". Ta cząstka kazała mu myśleć, iż wszyscy wokół go chcą w coś wrobić i nikomu nie należy ufać. Taką też pozycję zajął. Nic nie mówił, gapiąc się na rudowłosą pannę z miliardem podejrzeń na to, co też ona może od nich chcieć.
- Hej, Lena. - Wyszeptał jej do ucha, pochylając się nieznacznie tak, by nikt tego nie zauważył. - Jakby co, jestem z tobą. - Cholera, co też ja czynię? Sam nie wiem...

Lena: - Nie podoba mi siem śpiewka tej panny, ale wychodzi na to, że musimy sie zgodzic na jej warunki.- odszeptała Luthirowi -Ogarnij siem chłopie i chociaż Ty bądź ze mną tu rozumem. Potem kto wie, może uda sie jom skroic albo co- Lena wyszczerza zęby w szyderczym uśmiechu.

Krótkie spojrzenie, jakie dziwna dziewczyna rzuciła kątem oka na Luthira i Lenę, napawa podejrzeniem, że wszystko usłyszała. Bez słowa jednak odwraca się i robi kilka kroków wgłąb zaułka, dłońmi zaczesując włosy za kształtne uszka
- No dobra...- Mówi jakby do siebie, rozglądając się po sprasowanej ścianie śmieci wznoszącą się u jej stóp. Potem gestem wzywa Was do siebie- To są tak zwane w okolicy Wrota Miłości- Wyjaśnia uprzejmie wskazując coś na ścianie. Przyglądając się bliżej, dostrzegacie wśród warstw śmieci jakieś prastare, zmiażdżone wiadro, tudzież garnek; przedziwnie ukształtowany, najpewniej na skutek jakiś ruchów tektonicznych w piętrzącym się nad Waszymi głowami masywie odpadów, przybrał kształt doskonałych ust- Jedno z was- Kontynuuje Ornella- Musi patrząc na nie pomyśleć o dotyku miłości, prawdziwej miłości... Ha, dziwne- Urywa jakby zastanawiając się nad czymś- Nieważne, prawdziwej miłości, jakiej zaznało albo wydawało mu się, że znało. I nie chodzi o członka rodziny- Dodaje figlarnie przyglądając się każdemu z osobna- Dlatego ta droga nie jest dla każdego... No, to kto otworzy nam drzwi do Klatki?- Chichocze- Można by z tego zrobić jakiś kalambur, nie uważacie?
Spoglądacie na wiaderko w ścianie, a potem po sobie nawzajem. Dziwny klucz, ale ostatecznie bywają dziwniejsze. Lub, chyba częściej, dużo gorsze. No, to kto otworzy przejście..?

Lüthir spoglądnął podejrzliwie na dziewczynę. Słysząc o tym... Osobliwym kluczu, przyszło mu na myśl to cholerne zauroczenie wszystkich wokół rudowłosą panną. Nie, kuźwa, jeszcze jakiś z tych trepów tutaj pomyśli o niej i już całkiem w coś wpadnie. Biedne skurle. Co też mógł uczynić, jak wziąć na siebie tę myśl? Bashar ani drgnął by pomyśleć o czymś innym niż o Ornelli, mimo iż zdawał się to ukrywać. Zafon też gapił się tym swoim bezpowiekowym okiem na dziewkę, gdzieżby tacy śmieli teraz pomyśleć o czymś innym? Może Lena? Ale ona nie wygląda na taką, która by to miała w przeszłości jakieś romanse. Fey'Ri wyobrażał sobie białowłosą, młodą kobietę, która po ulicach Ula jedynie szwęda się za miedzią. No i ten brat o którym kiedyś wspominała. Jak miał na imię? Nieważne, i tak nic z tego nie wyciągnie, trzeba brać się do roboty.
Bez żadnego słowa, pomruku, nawet ruchu, Lüthir skoncentrował się na starych wspomnieniach. Na pewnej dziewczynie, którą poznał dawno temu i wydostał z nędzy ulicznej. Co się z nią stało? Takie piękne, zielonookie diabelstwo z Dzielnicy Niższej, o długich, czarnych włosach opadających na kształtne ramiona... Sovia, pamiętał, tego nie dało się zapomnieć. Już nawet nie z chęci otwarcia wrót, a ze zwykłego sentymentu zagłębiał się we wspomnieniach o tym diabelskim dziewczę o aparycji anioła...

Powietrze wokół fey'ri gęstnieje. Jego włosy zaczynają poruszać się jakby pod wpływem wiatru, wzrok przebił spojrzeniem usta w ścianie i poleciał gdzieś dalej, ku wspomnieniom tych krótkich, szczęśliwych chwil, kiedy wydawało się, że życie jednak może być piękne. W tle widma bladej, czarnowłosej piękności, unoszącego się w jego głowie, ściana jakby skręca się i zapada, dmuchając w twarze drużyny wichrem niosącym echo własnego ryku gdzieś w labiryntach na granicy rzeczywistości; w blasku błękitnego światła, niczym ogromny, transparentny i zmiennokształtny kwiat, rozkwita przed Wami portal; ile razy nie widzielibyście ich w życiu, te pulsujące, buczące wrota zawsze będą robić na Was wrażenie, nieważne czy będzie to zachwyt czy podejrzliwość.
Ornella podskakuje z piskiem i klaszcze w dłonie jak mała dziewczynka
- Pięknie!- Cieszy się- Jaki ładny! Chodźmy!- Ujmuje Bashara i Zafona za dłonie po czym delikatnie ciągnie ich w stronę portalu- No, idziemy?- Pyta lekko zniecierpliwionym tonem.

Luthir: W oku pół-elfa, patrzącego się smutnie w śmieci pod ich nogami, zakręciła się łza. Pochodziła ze wspomnienia, z żalu związanego na zawsze w jego głowie z tą dziewczyną. Jakaś cząstka ciągle w nim trwała. Nie dawała mu spokoju, krążyła po głowie...
Nawet nie słyszał tych stłumionych pisków Ornelli. Była piękna, rzeczywiście piękna, ale cóż z tego? Ta łza, ta mała, krystaliczna substancja znaczyła dla niego o wiele więcej. Więcej, niż mogła zaoferować jakaś kurtyzana z Zakopanej Wioski. Patrząc jak dziewczyna pociąga za sobą Bashara i Zafona, trzymając ich za ręce jak mały dziatek szczęśliwie ściskając swych opiekunów w rodzimej Arborei, Lüthir niepewnie zerknął w kierunku Leny, i łagodnym skinięciem głowy, bez żadnych słów wskazał portal.
Sovia...

Ostatnie pięć minut Zafon pamiętał jak przez mgłę. Rozmowa, portal, jakie to miało znaczenie? Ona była idealna! A potem chwyciła za rękę. Dłoń, na której akurat nie było rękawicy, a być powinna. I nagle czar się skończył, gdy skorupa blizny zaswędziała, a Ornella już nie była taka piękna; wręcz irytująca z tym swoim sztucznym śmiechem, a taki przynajmniej Zafonowi się wydawał. Wyminął więc wszystkich i z ręką na nożu, nogami ciasno - mając w pamięci ostatnią podróż w nieznane - wkroczył w portal.

Lena poczuła się... dziwnie, patrząc na Luthira. Pierwszy raz ten śmiałek miał tak nietęgą minę. Czyżby to on wywołał otwarcie się portalu? Czyżby Luthir był w stanie posiadać i wyrażać tak silne uczucia?
Kobieta zadumała się chwilę nad całą tą abstrakcyjną dla niej sytuacją i widząc wzrok mężczyzny uśmiechnęła się lekko, jakby pocieszająco, nie mówiąc nic.
Położyła delikatnie dłoń na ramieniu towarzysza i ruszyła z wolna w stronę portalu, wymijając mężczyznę. Tuż przed błękitną połyskującą ścianą przedziwnej plazmy odwraca się do Luthira przodem, łapie go za dłoń i pociąga za sobą w portal.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 10:47 pm  

Rozdział Trzeci
Zaginione ścieżki

Nierealny wicher świszcze Wam w uszach, kiedy przechodzicie przez portal; w jego gasnącym blasku orientujecie się, że wyprowadził Was do jakiegoś ciemnego pomieszczenia pełnego beczek, skrzyń i kurzu. Idący przodem Zafon potyka się niegroźnie o jakieś krzesło. W ścianie naprzeciwko dostrzegacie zarys drzwi, zza których dobiegają liczne głosy, śmiech i muzyka. Ktoś śpiewa ochryple, ktoś inny łupie czymś w stół, co prawdopodobnie ma być jakąś parodią wybijania taktu; jakieś dwie dziewczyny kłócą się nie przebierając w słowach.
Zafon ostrożnie przytyka oko do szpary w drzwiach, po czym oddycha z ulgą i otwiera je szeroko- jesteście w domu, a dokładniej w południowo wschodniej części Ula; można się było domyślić czegoś takiego- Wrota Miłości zawiodły Was wprost na zaplecze 'Rozsznurowanego Gorsetu', popularnego, dwupiętrowego burdelu zaraz naprzeciw gospody 'Pod Gorejącym Człekiem'. Parterowa sala, gdzie mieści się bar i kilka niewielkich podestów, na których tańczą wyniszczone ladacznice, pełna jest, jak zwykle o tej porze, najróżniejszej maści istot. Ktoś niewidoczny brzdąka na balisecie, inny wspomaga go bębenkiem. W gęstym powietrzu ciężki zapach mocnych perfum miesza się z aromatem haszyszu, kadzideł i tytoniu. Na schodach prowadzących na piętro wymijają się dwa żywe strumienie lokalnych pracownic i ich klientów; jedni radośnie i niecierpliwie wbiegają do góry w poszukiwaniu zaspokojenia, inni schodzą z niej, przygaszeni, z tym charakterystycznym wyglądem ludzi, którzy zaznali chwilowego ukojenia, po czym zostali wypluci z powrotem w paskudną rzeczywistość.
Kilka osób przygląda się Wam obojętnie, kiedy całą gromadą opuszczacie składzik- na nikim jednak nie robi to większego wrażenia. Wrażenie robi za to Ornella- po kilkudziesięciu komentarzach, ofertach i zaczepkach, których świadkami jesteście przechodząc przez burdel w drodze do drzwi jasnym staje się, że byłaby tu królową. I żyłą złota. To znaczy, dopóki nie rozszarpały by jej konkurentki. Rudowłosa jednak nie zwraca na to wszystko uwagi, podążając bezpiecznie między Zafonem a Basharem.
Ostatecznie wydostajecie się na ulicę. Jest niewiele po przeciwszczycie, okolica tętni więc nocnym życiem; mijają Was alubiesy i githzerai, bariaury, gnomy i ludzie, zaczepiają handlarze dziwnych substancji i ostro umalowane prostytutki. Jak to zwykle w tej części miasta, kręci się tu sporo rzezimieszków o chciwych oczach i szybkich dłoniach i jeszcze więcej pijaczków, brudnych, śmierdzących i obojętnych.
Ach, jak dobrze być znowu u siebie!

Lüthir rozweselił się. Może to faktem, że Lena pociągnęła go za sobą w stronę portalu, może zwyczajne wspomnienie *jakiegokolwiek* zajęcia się nim podziałało na niego pobudzająco. Jedno było pewne, uśmiechnął się, gdy poczuł zapach spalenizny kręcącej mu w nosie z Pod Gorejącym Człekiem. Właściwie teraz równie dobrze mogła by się nazywać "Pod Ebbem Skrzypiącym", gdyż i główny skryba okolicznej hołoty i piśmienny Gorejący Człek Ignus zniknęli dawno temu. Lüthir, za każdym razem gdy spędzał czas na rozmowach z Barkisem i Kutwą, okolicznym zbieraczem i jednym z jego najlepszych kumpli, wracał wspomnieniami do opowieści Ebba o Arborei, tych których nie znał, tych przerażających historii o wielkich podróżnikach po planie, Bachtankach, zwodzącym podróżników... Alkocholem, tak te historie mimo silnego oddziaływania żartu Arborei, były straszne, dla niego w młodości. Ale najbardziej fascynowały go historie Ebba z Limbo. Tego chaotycznego planu Githów i Slaadów, zawsze zmiennego Shra'Kt'Lor, stolicy Githzeraiów. Fey'Ri całe życie marzył by tam spędzić chociaż chwilę. By poznać uroki zmienności i nieobliczalności, to był jego wymarzony dom. Prawie jak on sam, wpasowałby się w to miejsce idealnie.
Ale wnet coś go obudziło, powrócił do świata realnego i znów stał przy boku Leny, patrząc się z zaciekawieniem na Ornellę, nieco dziecinnie ciągnącą za sobą Bashara i Zafona. Lecz ten drugi wydawał się... Przygasać, prawie jak Lüthir minuty temu. Zafon patrzył się na ręce, jego i jej, ściskające się wzajemnie... Ze smutkiem. Patrzył na nią, jak na skarb, którego nigdy nie mógł mieć. Fey'Ri prawie całkiem zrezygnował z dalszych prób wrzasku na Półłeba. Był zbyt spokojny i opanowany, szczęśliwy powrotem i jednocześnie zżerany ciekawością płynącą z niepokojącego zachowania towarzysza. Spojrzał pytająco na Lenę, jego wzrok, wciąż bez słów, wyrażał "Co teraz?".

Po przejściu przez portal Lena odetchnęła z ulgą widząc znajome ulice Ula.
-Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, hę?- uśmiechnęła się w stronę Luthira. Po chwili przyłapała się na tym, że wciąż trzyma towarzysza za rękę, więc szybko zwolniła uścisk, chowając dłoń w kieszeń spodni. Poprawiła pas, włosy, zrobiła parę kroków na przód, próbując zachłysnąć się ukochanym śmierdzącym swoistą wonią powietrzem.
Ucieszyła się bardzo z faktu, że są w dzielnicy z Gospodą. Wreszcie będzie mogła coś zjeśc.
-Wstąpimy na trochę do starych znajomych?- zapytała nieśmiało Luthira, wskazując kiwnięciem głowy na karczmę.

Luthir:- Pewnie. - Odrzekł w końcu po melancholijnej ciszy, przebijając ściany Pod Gorejącym Człekiem oczyma, już widząc odpoczynek po tej długiej mordędze. Wódka i mięso, to jedyne czego potrzebował. Właściwie wódkę mógł mieć za darmo, ale już za żarcie u Barkisa musiał zapłacić, bo tego nie miał w promocji po zleceniach. Jednak przypomniał sobie o jego znikomej zawartości portfela. Szybko podskoczył do Zafona, przypominając sobie o trupie, którego zarżnął przed chwilą. - Nie dałeś noża, to odstąp przynajmniej coś z trupa, dziewoja umiera z głodu. Tobie chyba też przydałoby się trochę bełta, co?

Wdychając swojskie, ulowe powietrze, Bashar na chwilę zapomina o Ornelli, Ogrodzie, Wiejskiej, Luthirze, reszcie drużyny oraz Ornelli. Uśmiecha się szeroko. Zaraz potem brutalna rzeczywistość sprowadza go na ziemię. Spogląda na Lenę, która jest na skraju wyczerpania głodowego. Ona musi coś zjeść, inaczej do niczego się nie będzie nadawała przemyka mu przez głowę.
-No dobra. Mamy hajs, idziemy do Gorejącego coś zjeść i wypić. Tam naradzimy się co dalej. Wszystko jasne?

Całym stadkiem ruszacie więc do znanej gospody 'Pod Gorejącym Człekiem'. Dla nowych Klatkowiczów nazwa mogła być niezrozumiała, starsi jednak chętnie, po postawieniu kufelka, opowiadali historię szalonego maga, który uwięziony na granicy Sfery Ognia ozdabiał wnętrze lokalu swym płonącym ciałem; ostatecznie został wyzwolony przez jakiegoś tajemniczego krwawnika i słuch o nim zaginął- nazwa jednak pozostała. Barkis- właściciel lokalu- od tej pory zarzeka się, że ma już w głowie nowy pomysł, lata jednak mijają, a 'Pod Gorejącym Człekiem' nosi wciąż tę samą nazwę. Jest to popularny lokal, co prawda bardziej miiędzy biesami i popłuczynami ich krwi, od biedy jednak można tu trafić jakiegoś spitego jak bela niebianina czy sukkuba, który skończył na dnie egzystencji. Do stałych bywalców należy Ebb Skrzypiący- przez złośliwych nazywany Pierdzący- eks funkcjonariusz Harmonium, który ponoć kiedyś robił tu za swoistego oprowadzacza i kopalnię wiedzy o Sigil; płynące lata (i alkohol płynący w jego żyłach) zamieniają go powoli w ogarniętego starczą demencją, mamroczącego coś pod nosem i pierdzącego cały dzień w krzesło niedołęgę. Coraz rzadziej przebłyski świadomości pozwalają mu pogadać z kimś sensownie- wciąż jednak potrafi solidnie dać w mordę.
Znajdujecie się już kilka kroków od solidnych drzwi, zza których dobiega pijacki gwar, kiedy na środek ulicy, zagradzając Wam drogę, wychodzi krepy człowieczek o nieprzyjemnym wyrazie twarzy i szpiczastej bródce. W ręku dzierży nieprzyjemnie wyglądającą zębatą saberrę. Macie wrażenie, że mogliście go już gdzieś widzieć- on sam zresztą natychmiast rozwiewa wszelkie wątpliwości
- Proszem, proszem- Cedzi przez zęby- Czy to aby nie nasz kolega po fachu, który chciał uszczuplić nieco swojom konkurencjem?- Bardziej stwierdza niż zapytuje wpatrując się w Luthira- No cóż, zara obaczymy, czyś taki mondry jak byłeś na wiecu.- Dookoła rozlegają się złośliwe chichoty; ze wszystkich stron otaczają Was podobni brodatemu, ulowi bandyci. Jest ich przynajmniej dwa razy tyle co Was. Brodacz wiedzie po Was wzrokiem, dłużej zatrzymując go na Lenie i Ornelli, po czym zwraca się do Bashara i Zafona- Wy możecie siem zmywać, nic do Was nie mamy. Dziewuchy zostanom, osłodzom nam trochem noc i je puścimy. Z tym trepem siem jednak pożegnajcie- Wskazuje Luthira ostrzem saberry. W tym momencie Ornella piszczy, jeden z bandytów unieruchamia ją w swoich objęciach, inny bezceremonialnie ściska pośladek Leny. Wściekłe diabelstwo reaguje błyskawicznie uderzając go łokciem w szczękę i dobywając naręcznego sztyletu, jednak inny bez pudła uderza ją pięścią w twarz i obala na ziemię. Zafon i Bashar jak na komendę dobywają broni stając plecami do siebie, otoczeni przez uzbrojonych mężczyzn; bezbronny Luthir daje nurą między nich unikając ciosu saberrą. Już ma się zacząć ostra sieczka, kiedy między brodatym i Zafonem pada jakieś ciało. Na sekundę zamieracie, po czym rozpoznajecie tego, który złapał Ornellę. Wokół ciała zaczyna rosnąć ciemna kałuża, jego długi nóż upada obok dłoni klęczącego Luthira. Jak na komendę, Wy i Wasi przeciwnicy patrzycie w stronę rudowłosej piękności.
Trep, który znokautował Lenę pochylił się nad nią, ktoś jednak stanął nad nim i odepchnął go butem wywracając go w uliczne błoto. Bandyta zrywa się odskakując, jednak nieruchomieje, tak jak Wy wszyscy, świadkowie sceny.
Nad podnoszącą się Leną, spod srebrnej grzywki surowo spoglądając na otaczających drużynę zbirów, stoi potężny aludeva. Jego piękną twarz znaczą blizny po szponach, eleganckie ubranie okrywa dobrze zbudowane ciało. Buty i manierka przytroczona do pasa obok długiego noża, sugerują jakiegoś podróżnika, jednakże spory, jeszcze ociekający bandycka posoką miecz w jego ręku bynajmniej nie wygląda na kostur wędrowca. W obliczu jego postawy przeważająca liczba bandytów- już delikatnie uszczuplona- nagle wydaje się jakaś mniejsza.

Virion: Aasimar oparł miecz o prawy bark tuż przy okrągłym jelcu, by krew mogła swobodnie spływać, nie brudząc przy tym ubrania i obrzucił szybkim spojrzeniem swych niebieskich oczu bandę zbirów. Krępy brodacz z saberrą o ząbkowanym ostrzu - wyglądał na przywódcę i na, mimo niewielkiego wzrostu, najgroźniejszego oraz najbardziej doświadczonego spośród reszty opryszków. Jeden trup z pewnością ich wszystkich nie odstraszy, ale jeśli załatwi herszta, kto wie? Znowu los uatrakcyjniał mu życie. Dopiero co odeskortował jakiegoś śmiałka, co to podpadł tu i ówdzie kilku groźnym krwawnikom, do Drzwi na Placu Szmaciarzy i miał zamiar odpocząć nieco w Gorejącym Człeku, to akurat natknął się na, jak przypuszczał, trepów nękających nowych w Sigil. Teraz jednak okazało się, że to najwyraźniej jakieś porachunki pomiędzy skórogłowymi. Ale w takiej sytuacji nie wypadałoby przeprosić i odejść, tym bardziej, że piątce skurli, w tym dwóm kobietom, pomóc może, a w porównaniu do tej hałastry wypadają wcale nieźle.
- A cóż to? - zaczął swoim spokojnym, przyjemnym dla ucha głosem. - Godzi się to, żeby chodzące trupy nagabywały skurli i tak się obchodziły z damami? No, któremu jeszcze pomóc dojść do Komnat Umarłych?
Nie czekając na odpowiedź czy inną reakcję, błyskawicznie, w kilku zaledwie ruchach znalazł się przy brodatym i, chwytając za rękojeść obydwiema dłońmi, ciął potężnie w tułów na ukos. Pewny, szybki cios wyprowadzony z typowym dla Viriona spokojem i zimną krwią.

W całym zamieszaniu i szybkiej akcji Lena traci powoli poczucie rzeczywistości.
Trafiona w głowę pada na ziemię z wyczerpania. Jednakże chwilę później przychodzi jej zobaczyc coś niezwykłego, coś pięknego.
Myślami jest już w niebiosach, wydaje jej się, że umarła. Że to koniec jej marnej egzystencji, że nad nią stoi deva i wita ją w jakimś innym świecie.
Przeciera oczy. Jak wielkie rozczarowanie ją czekało, gdy ujrzała na nowo brudne ulice Ula.
Podnosi wyżej głowę i z zaskoczeniem stwierdza, że to nie deva umilał jej ostatnie chwile, a jakiś mężczyzna, który teraz stoi obok.
Wyciąga do niego dłoń.
-Hejże, nieznajomy... Podaj mi dłoń jeśli łaska, słabo mi...

Luthir: Fey'Ri, bez chwili zastanowienia podniósł się do góry. Ochlapany posoką na rękach przez świeżo zabitego trupa, wlepił ślepia w zabójcę łacha. Najpierw jego oczy przybrały czerwony, wściekły odcień, ale szybko, jak gdyby nigdy nic obrócił się w stronę garbatego herszta z saberrą. Stanął w rozkroku niczym gotów do szarży, wyszczerzył złowieszczo zęby i stał tak jak rozwścieczony pies, dało się nawet usłyszeć jakieś warknięcia, a gdy już stanął blisko Aasimara, nie wiedząc co myśleć, ostrza na jego udach i ramionach wyskoczyły ze świstem, błyszcząc w świetle mgły wokół Sigil.
Całość prezentowała się imponująco, nawet jeśli jego różowawe kosmyki włosów opadały na twarz i był całkiem zdezorientowany, wyglądał jak wściekły zwierz, prezentując dodatkowo swoje ostre pazury. Miał głęboką nadzieję przestraszyć tym oponenta, ale nawet o tym nie myślał, po prostu stał, szczerzył zęby i lustrował spojrzeniem każdego z tych skurli.
- Pożegnaj się gnoju z kikutem, bo ci go zara ukrócę! - Wrzasnął. Głos Lüthira bardziej przypominał ryk niźli ludzki krzyk, zwierzęcy, nieco podobny do okrzyku Grablezu.

Luthirowi trza zamknąć gębę na kłódkę myśli Bashar dobywając miecza. Co tu dużo mówić- sytuacja była nieciekawa. Bandyci mieli dwukrotną przewagę liczebną, a Bashar zdecydowanie nie jest wprawiony w typie walki zwanym uliczną sieczką. Gdyby już miał walczyć z brodatym, to wybrałby ciemny zaułek w którym mógłby mu sprzedać kosę w plecy.
Nagle jednak, zupełnie niespodziewanie, na polu bitwy pojawia się aludeva. I wygląda na to, że niebianin zdecydował się pomóc drużynie. 9 na 6? Już lepiej stwierdza zaskoczony Bashar. Wszystko dzieje się błyskawicznie, ale zabójca stara się myśleć trzeźwo i logicznie. Nieoczekiwany sprzymierzeniec rzuca się prosto w środek zgrai, najwyraźniej chcąc zabić przywódcę bandy. Bashar błyskawicznie orientuje się, że trzeba chronić mu plecy- w obecnej sytuacji jakiś trep może łatwo wbić niebianinowi kosę od tyłu. Przerzuca miecz do lewej ręki, prawą wyjmując sztylet do rzucania. Zamachuje się, za cel obierając trepa na prawo od brodacza walczącego z Aasimarem.

Zafon: Dużo się wydarzyło w ciągu ostatnich minut - wspomnienia spadły jak grom, gdy dłoń rudej dotknęła jego blizn; wpadli w kolejną zasadzkę i zostali ocaleni. No, chyba. Jeszcze do wyjścia o własnych siłach długa droga, a panny zdążyły się już wygodnie ułożyć. Wyszukał wzrokiem Luthira z zamiarem rzucenia mu amuletów, by pomógł Lenie i Ornelli, ale zrezygnował, widząc jak porasta ostrzami. Z mieczem w ręku i z prostym nożem opartym ostrzem o lewe przedramię, gotowym do rzutu, ustawił się plecami do Bashara i czekał. Nie za długo, musiał zawinąć ostrzem, by nie wytrąciło go padające ciało. Korzystając z chwili zaskoczenia i rozpędu miecza, krótkim wypadem wymierzył sztych w pierś brodacza, niemal równocześnie odbijając przekrokiem w lewo z nożem wycelowanym w gardło następnego.

Aludeva wskoczył w sam środek kręgu opryszków zwinnie jak kot i szybko jak wiatr; jeżeli nawet brodaty próbował się zasłaniać, podstępny sztych Zafona rozwiał jego zamiary, a niebianin szybkim, prostym ciosem wpisał bandytę do Księgi Umarłych- nieomalże nie obcinając nogi fey'ri, który najeżony nieoczekiwanie stanął przy nim. Przechodząc w zastawę, aludeva zwinnie obrócił się ku najbliższemu z pozostałych napastników, w tejże jednak chwili ów dostaje w oko nożem rzuconym przez Bashara- kręcąc się w makabrycznym piruecie, pada z hukiem między stojące obok beczki i zamiera bez ruchu. W pierwszym momencie starcia, dwóch z napastników, których dosięgła tryskająca niemal na sążeń krew padającego na wznak herszta- najwyraźniej schładzając ich gorące głowy- dało dyla. Pozostała czwórka chyba szykowała się do ataku, ale zorientowawszy się, że w czterech otaczają pięcioro- jako że Lena podrywa się z ziemi i staje przy kompanach- umykają w ślad za swoimi śmiglejszymi towarzyszami. Jeden jeszcze obraca się, kilkanaście kroków dalej, i wygraża Wam pięścią krzycząc 'to nie koniec!'; potem znika w tłumie.
Poza kilkoma spłoszeniem kilku ladacznic, zajście nie zrobiło większego wrażenia na przechodniach wokół. U Waszych stóp stygną trzy trupy, jakieś diabelstwo mijając Bashara mruczy 'ładny rzut, krwawniku'- ot, wieczór na ulicach Ula.
Tymczasem jednak pozostaje sprawa Waszego nieoczekiwanego wybawiciela; czwórka naszych dotychczasowych bohaterów z zainteresowaniem- ale i czujnością- spogląda na imponującego niebianina, zastanawiając się od czego zacząć. Ornella staje za plecami Bashara przytulając się do niego, zza ramienia zabójcy spoglądając na aludevę nachmurzonym wzrokiem.

- Aasimar? - Rzekł Lüthir, nadal cały najeżony, lecz mimo wszystko wyglądający na lekko skarconego, mimo że jeszcze żaden z towarzyszy nie zaczął do niego wiązanki, ale i tak byłby tym niewzruszony, w Ulu to się działo zawsze. Wiecznie ktoś na kogoś wrzeszczał. - Czemu to zrobiłeś? - Zapytał dziwnie przestraszony, obawiając się kolejnych kłopotów, przecie po coś jakiś trep musiał im pomagać, szczególnie, jeśli to był jakiś "wyższy".
Lustrując wzrokiem Aludevę, schylił się i zaczął przetrzepywać ciała wcześniejszych oponentów, bardzo dokładnie. O wiele dokładniej niż Zafon przy pijaku w Zakopanej Wiosce. Może miał tę wprawę z niezliczonych kradzieży na Wielkim Targu, może po prostu przez ostatnie lata spędzone w Ulu nauczył się być zawsze pierwszym na miejscu przed Zbieraczami, okradając zwłoki ledwo co zadźganych.
- Kimkolwiek żeś jest, idziesz z nami na piwo, o ile Barkis nadal jest chętny na odpłacenie mi się, stawiam wam wszystkim bełta.

Bashar odwraca się do kryjącej się za jego plecami Ornelli i obejmuje ją ręką.
-Wszystko w porządku- mruczy. Podążając za jej wzrokiem, spogląda na aludewę. Co prawda jego pojawienie się wyciągnęło drużynę z kłopotów, ale Aasimar specjalnie nie interesuje zabójcy- ot pewnie jakiś krwawnik który altruistycznie pomaga słabszym, kontynuując dziedzictwo niebiańskiej krwi.
Rozgląda się, szukając wzrokiem trepa w którego rzucił nożem. Wypatruje go leżącego obok jakichś beczek. Delikatnie uwalnia się spod objęcia Ornelli, podchodzi do trupa i wyrywa mu nóż z oka. Wyciera go w ubranie martwego, po czym zajmuje się przeszukiwaniem jego zwłok.

Aludeva wytarł ostrze o niezakrwawioną część ubrań martwego człowieczka z saberrą, po czym wsunął je do skórzanej pochwy przewieszonej przez plecy.
- Jestem Virion i chętnie się z wami napiję, po to tu zresztą przyszedłem - odpowiedział, lekko się przy tym uśmiechając, co z jakiegoś powodu dawało dziwny efekt. Może to przez ten przenikliwy, lodowaty wzrok? - Czemu wam pomogłem? Potrzebowaliście pomocy, a ja mogłem pomóc. To chyba wystarczający powód? Z początku zresztą myślałem, żeście nowi w Sigil, skoro daliście się otoczyć zbirom na środku ulicy przed karczmą. Widzę jednak, że chodziło o coś innego. No, ale może pogawędzimy w środku, skoro wy też wybieracie się do Gorejącego Człeka. Ejże, dziewczyno, nic ci nie zrobię - odezwał się do rudowłosej kobiety, która wcześniej chowała się za plecami mężczyzny w podartej kurtce i nie wyglądała na zadowoloną, kiedy ten poszedł zabrać swój nóż. - Ktoś jest ranny? Wszystko z tobą w porządku, białowłosa?

Luthir, wycierając ręce o spodnie wstajesz znad dwóch przeszukanych trupów bogatszy o czterdzieści miedziaków, Amulet Krwi, Amulet Z Kości, bransoletę, parę kolczyków, długi nóż z zielonej stali i zębata saberrę, lekko emanującą bliżej niezidentyfikowaną magią.
Bashar, Twoim łupem pada osiemnaście miedziaków, dwa amulety skrzepu, misterny sztylet, Zwój Lodowego Noża- z którym, poza sprzedażą, pojęcia nie masz co zrobić- i pięknej roboty pas. Kiedy bierzesz go do ręki, czujesz lekkie mrowienie- jest w jakiś sposób umagiczniony, nie masz jednak najmniejszego pojęcia w jaki.
Skończywszy hienią robotę, rozmyślacie nad ewentualnym przedstawieniem się- bądź nie.

Luthir: Fey'Ri wpakował wszystkie łupy na swoje miejsce. Miedziaki do sakwy, nóż do pochwy, sebarrę do bocznej kieszeni w plecaku a amulety i błyskotki do środka. Wstał, otrzepał się z kurzu i podszedł spokojnym krokiem do tego, bądź co bądź, uczynnego Aasimara.
- Lüthir jestem. - Podał mu rękę, jednocześnie odpowiadając na pytanie. - Ta dziewczyna to Lena, po prostu musi coś zjeść. - Już miał się wyciągnąć drugą rękę by poklepać Viriona po plecach, jednak coś mu w nim nie odpowiadało. Może ten błysk w oku? Gdzieś już go widział.
Hmm...

Bashar chowa miedziaki i drobiazgi, poświęcając chwilę sztyletowi i pasowi. Pas jest chyba magiczny- można wyczuć dookoła niego delikatną aurę. Nie tracąc czasu zakłada go na siebie. Sztylet jest porządnie zrobiony- z pewnością się przyda. Trepy co nas napadły to nie była zwykła banda. Zwoje, magiczne rzeczy... Mamy sporą konkurencję, o tak.
Odwraca się do aludevy, który jak stał tak stoi przed drużyną. Podchodzi do niego i podaje mu rękę.
-Witam. Bashar jestem. Dzięki że wsparłeś nas w... trudnej sytuacji. Jakiś szczególny powód dla którego nam pomogłeś?

Virion nieco się zdziwił na widok fey'ri wpychającego zębatą saberrę do plecaka, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi. Zdecydowanie, acz nieprzesadnie mocno uścisnął dłonie nowo poznanych śmiałków.
- Szczególny powód? Nie, nie sądzę. Liczyłem na walkę z kimś *silnym*... ale to nieważne.
Pewnie ciężko by im było zrozumieć moje intencje. Ktoś, kto ciągle walczy o przeżycie kolejnego dnia i spędził większość życia w Ulu, a oni na takich mi wyglądają, raczej nie pojmie, jak można szukać ciężkich wyzwań, czy może raczej w ich opinii śmierci, na własne życzenie.
- Musi coś zjeść? Wygląda, jakby miała zaraz paść z wycieńczenia.
Aasimar, wygrzebawszy z jednej z przytroczonych do pasa sakw pajdę chleba i kawałek suszonego mięsa, podszedł do dziewczyny diabelstwa.
- Masz, przegryź coś, boś gotowa omdleć zanim podadzą w karczmie - wręczywszy nieco jedzenia, ruszył w stronę drzwi prowadzących do wnętrza Gorejącego Człeka. Odwrócił się jeszcze przed ich otwarciem w stronę reszty.
- No, nie stójcie tak. Chodźcie, bo znów ktoś się wami zainteresuje - wypowiedziawszy to, wszedł do środka, szukając wolnego stołu dla ich szóstki.

- Dzięki wielkie, Virion. Ratujesz mój nędzny tyłek.- rzekła Lena odbierając od mężczyzny jedzenie.
-Skąd pochodzisz?- zaczęła rozmowę przegryzając co chwila- Tam po prawej, zobacz, wolny blat. Chodźmy, pogadamy- wskazuje palcem w stronę prawego kąta.

Virion: - Dobrze, chodźmy - ruszył w stronę miejsca wskazanego przez białowłosą. - Jestem stąd, to jest z Sigil. A ty, Leno? Reszta z was?

Zafon nie czuł się szczególnie zadowolony z takiego obrotu sprawy - znowu ktoś musiał ich ratować z prostej sytuacji. No i kundel znowu narobił im kłopotów. Bomba.
- Tego skundlonego kudłacza nie licząc - powiedział Zafon, wskazując na Luthira - wszyscyśmy z Klatki.
Przyglądał się uważnie Virionowi. Potężny trep, chociaż nie wygląda na takiego. Uwierzył w miecz, a miecz przyrósł do ręki, hę?
- Długo już machasz tym mieczem? - rzucił do Aasimara, oceniając klingę. Nie może oprzeć się wrażeniu, że gdzieś już taką broń widział, a słowo "karach" niebezpiecznie stukało o ścianki pamięci.

Virion, z niejakim zdumieniem patrzysz na szybkość z jaką szczupłe diabelstwo pochłonęło pajdę i mięso; Lena jednak wyraźnie poweselała.
Tymczasem jednak, gadając sobie, wchodzicie do wnętrza gospody. Jak zwykle- powietrze jest gorące i gęste, możecie niemal wyczuć w nim woń spalenizny; choć, jak wspomnieliśmy, Gorejącego Człeka już w nim nie było, nazwa wciąż była akuratna- gorejącym stawał się każdy kto spędził tam dość czasu, tym bardziej, jeśli jeszcze pomagał sobie arborejskim z ognistymi nasionami. Półmrok rozświetla kilka kaganków i czerwony, przypominający żar blask bijący spod krat tworzących podłogę. Centralna sala otoczona sierpowatą przestrzenią zastawioną stolikami jest nieco obniżona i oddzielona poręczami, jak gdyby była to przestrzeń zarezerwowana dla tańczących; tańców, po prawdzie, nikt chyba jeszcze w tej gospodzie nie widział, wtajemniczeni zaś wiedzieli, iż kiedyś w tym właśnie miejscu unosił się płonący człowiek, którego temperatura była nie do wytrzymania, więc nie ustawiano tam stolików. Po zniknięciu ognistego jegomościa, Barkis najwyraźniej wiedziony jakimś sentymentem, odmówił wypełnienia owej przestrzeni kolejnymi blatami- w ten sposób każdy wchodzący był dobrze widoczny, jakby podany na tacy wszystkim gościom siedzącym półkolem w półmroku wokoło. Najlepiej oświetlonym, albo inaczej, jedynym porządnie oświetlonym miejscem w całej gospodzie jest bar leżący w głębi sali, a na lewo od wejścia. Nie można powiedzieć by Barkis się za nim 'uwijał'; w zasadzie opasłego, ubranego w swój brudny- niegdyś podobno ciemnozielony- fartuch barmana, można by spokojnie zaliczyć do najbardziej zblazowanych i niespiesznych barmanów w całym Wieloświecie. Zajmując jeden ze stołów na podwyższonej przestrzeni, widzicie z daleka jak swym spokojnym, flegmatycznym tempem czyści metalowy kufel- ożywia się nieco na widok Luthira. Zajmujecie miejsca, rozglądając się po sali- przy stole obok, wpatrzony gniewnie w szklanicę siedzi jakiś mężczyzna o długiej jasnej brodzie; po szatach i kosturze poznajecie w nim jakiegoś czaromiotacza. W jego pobliżu, zaglądając to tu to tam, unosi się nieco zmatowiały, niegdyś zapewne srebrny mimir. Za Wami, w najgłębszym kącie siedzą mężczyzna i kobieta, rozmawiając o czymś cicho i oglądając jakieś dziwne przedmioty, wyglądające jak jakieś kamienie. Dalej stoliki za magiem, te naprzeciwko wejścia, są najludniej zapełnione- widzicie jakiegoś pijanego abishai w towarzystwie kilku pięknych- i równie pijanych- kobiet, kilku zakapturzonych zbieraczy trzymających się razem przy swoim stoliku; jakaś para pogrążona w wesołej rozmowie stoi oparta o balustradę, jakiś samotny mężczyzna w bieli, o nieruchomej twarzy, przechadza się to tu to tam. Naprzeciwko was, czyli po lewej stronie sali, kilka lepszej jakości ladacznic stoi opartych kontuar, zaczepiając niewyszukanymi słowy dwóch githzerai przy pobliskim stoliku, ci zaś zbywają je niechętnie. Wciśnięty w najgłębszy lewy kąt sali, na swoim standardowym miejscu, siedzi Ebb tuląc do brzucha ogromny kufel.
Kiedy rozkładacie się przy ciepłym, pooranym niezliczoną ilością noży, zębów i pazurów metalowym blacie (Ornella ostentacyjnie daleko od Viriona), kilka nowych osób wchodzi do lokalu- wesoły, kolorowo ubrany mężczyzna z ogromnym mieczem w towarzystwie metalicznie roztrajkotanego modrona, dwóch opatulonych szczelnie czarnymi opończami tajemniczych jegomości i niebrzydka dziewczyna z łukiem na plecach. Przy barze chwilowo jest tłoczno, macie moment żeby zadecydować kto i co kupuje czy po prostu się przeciągnąć.
Virion, tymczasem Ciebie uderza dziwny zapach. Przez chwilę nie możesz go umiejscowić, potem jednak orientujesz się, że to Twoi nowi kompani wydzielają tą specyficzną mieszankę woni kanałów, gnijącego trupa i pospolitych wymiotów, najwyraźniej rozbudzoną przez gorące powietrze wewnątrz gospody. Ornella też musi to czuć, ale twarz ma jak z kamienia. Reszto drużyny, która tak naprawdę dopiero teraz ma szansę odsapnąć, nie dość że byliście nosicielami owej feerii smrodów i smrodków to jeszcze mieliście dość dużo innych rzeczy na swojej głowie- teraz jednak czujecie narastającą wokół siebie woń. Rzucając ukradkowe spojrzenia na pozostałych, każde czymś tam się zajmuje, a miny macie nietęgie.
Ornella, pytając kto idzie do baru, prosi o kubek wody i kładzie na stole kilka miedziaków.

- Ja idę. Co chceta ogrody? - Lüthir najwyraźniej także zdał sobie sprawę z tego unoszącego się wokół nich smrodu, szczególnie jego, przypominając sobie tę niechwalebną chwilę, gdy spadł z drabiny w tę wielką kupę mazi, błota i ekskrementów. Ale cóż mógł poradzić? Na razie nie było się gdzie umyć, musiał odpocząć po tych wszystkich przygodach. Sytuację poprawiał chyba tylko fakt, że wszyscy z nich wyglądali na śmiałków, którzy akurat się ubrudzili, a nie na miejscowe lumpy. - Tak w ogóle... - Skierował się do Viriona. - Ja jestem z Arborei, chociaż głębsze korzenie to gdzieś w Otchłani.
Lüthir jakoś rozweselał, nawet uśmiechając się bez wyraźnego powodu. Wiedział, że już nic mu nie przeszkodzi i że już za chwilę będzie miał w ustach szklankę obiecanego niegdyś piwa. Nie miał nastroju na wódkę czy wino, chciał się napić, po prostu. Rozglądał się ciągle jeszcze za czymś. Za Kutwą. Wkleił niebezpiecznie wzrok w bandę zbieraczy siedzących niedaleko od nich, mając nadzieję zobaczyć starego przyjaciela.

- Tym mieczem? Od wielu już lat. Od dziecka właściwie. Mogę poznać twe imię?
Po wejściu Virion rzucił okiem wokoło. Jak zwykle w Człeku zebrała się mieszanka różnych, mniej lub bardziej dziwnych osobistości. Uśmiech sam cisnął mu się na usta na widok dwóch githów, których wolę grupka ladacznic usiłowała wystawić na próbę.
Ciekawe co by powiedział mój dawny mistrz... Ech, pewnie nic. Chociaż jak na githzerai to i tak był całkiem rozmowny.
Atrakcyjna dziewczyna, która nieco wyróżniała się z tej grupki, zdała mu się jakoś dziwnie zachowywać. Wprawdzie mógł wyglądać co najmniej niepokojąco z mieczem na plecach i blizną na twarzy, ale skoro łazi z takimi jak oni?
- Z Arborei? Piękna kraina. Swoją drogą widzę, a raczej czuję - bez obrazy, sam nie raz i nie dwa bywałem w gorszym stanie - że sporo przeszliście w ostatnim czasie, a mianowicie jakieś ścieki i chyba nawet grobowce. Poczekaj - odezwał się do Lüthira - przejdę się z tobą.
Kiedy już wszyscy oznajmili, co zamawiają, aasimar w drodze do baru odezwał się do półelfa-półdemona.
- O co chodzi z tą rudą? Wydaje się jakaś dziwna, no i nie pasuje mi jakoś do waszej reszty.

Do odchodzących Luthira i Virona Bashar rzuca proste 'kupcie mi piwo.' Gdy oddalają się już nieco od stolika, rzuca spojrzenie na Ornellę.
-Słuchaj Ornella, co masz to tego aasimara? Od kiedy się pojawił cały czas się na niego boczysz.
Rzuca spojrzenie za podchodzącym do baru aludevą, po czym przenosi wzrok na towarzyszy i kontynuuje, zniżając głos niemalże do szeptu.
-No i co z nim zrobimy? Przecież nie powiemy mu po prostu żeby sobie poszedł. Nie wiem też czy jest sens brać go z nami. Decydujcie szybko.

Luthir: W drodze do baru, gdy już odstąpili na parę kroków stolik z towarzyszami, Fey'Ri odezwał się do Viriona.
- Widzę, że na ciebie to nie działa? - Spytał, jednak nie oczekiwał żadnej odpowiedzi. Po prostu szedł dalej i mówił. - Cóż, zazwyczaj, jeśli coś jest piękne, po prostu trzeba znaleźć jakiś cholerny punkt zaczepienia żeby nie dać się przypadkiem zwieść. Lena, ta dzierlatka co nieomal zemdlała z wyczerpania, chyba kieruje się zazdrością. Zafon wydaje się jakiś nietęgi, ciągle patrzy się na ręce. Bashar jednak, ten ciemny trep... Chyba widzisz jak się na nią patrzy? - Rzucił spokojnie, dając Aasimarowi ewentualną chwilę na zerknięcie do tyłu. - Cóż, ja... Wolę nie mówić co jest moim hakiem, bo to jest ostatecznie gorsze niż samo zauroczenie się tą... Ornellą, bo tak się zwie ta ruda. Ten zapach jest z katakumb i podziemia... - Zawahał się przez chwilę, jednak ostatecznie postanowił zrobić znów to, czego jego towarzysze by nie pochwalili. Udzielanie informacji niekompetentnym. - Słuchaj, w Guwernancie niejaki Marcus, barman, powiedział, żebyśmy udali się do Zakopanej Wioski. - Zniżył ton prawie do szeptu, by nie usłyszał tego nikt. - Mamy znaleźć różę z Ogrodu Bólu. Interesuje cię to? - Spojrzał pytająco na Viriona i rozglądnął się wokół patrząc, czy nie ma jakichś niechcianych uszu.
Nareszcie doszedł do baru. Zanim dał jednak czas na odpowiedź Aludevie, powiedział do czyszczącego właśnie szklanki Barkisa zamówienie.
- Szklankę wody, trzy piwa. Liczę na tamte stare darmówki dobry Barkisie, nie mam dziś zbyt dobrego dnia. Chcesz coś? - Zapytał, dając chwilę na odpowiedź towarzyszowi. Chwilę później jednak odwrócił się tyłem do baru, zaczynając kontynuować odpowiedź Virionowi. - No więc co do tej Zakopanej, nie mieliśmy pieniędzy i szczerze mówiąc próbowaliśmy je jakoś zdobyć... - Spojrzał stanowczo na Aasimara, zastanawiając się dogłębnie co powiedzieć. - *Przypadkiem* wyszło tak, że Półłeb, ten krwawnik z na wpół łysą czachą dźgnął na grób pewnego gościa i musieliśmy zwiewać. Cóż, ta ruda pomogła nam się wydostać. Właściwie wtedy pierwszy raz ją widziałem, co do Bashara, nie wiem. - Podrapał się po głowie, zdrapując z kłaków jakieś zaschnięte kawałki brudu, które przylepił mu się podczas całej tej historii. - No i jeszcze ci kolesie przed barem, bo pewnie to cię najbardziej interesuje. Po prostu powiedziałem coś głupiego, a tamci śmiałkowie też szukali Róży, to nie za fajna robota. - Rzekł, zastanawiając się co powie ów Aludeva. Gość, którego poznał ledwie parę minut temu, a już zasypuje go szczegółami o wszystkim, co przydarzyło mu się przez ostatnie godziny...

Virion:- Ja wezmę piwo. I sugeruję zamówienie jakiegoś żarcia - dla wszystkich. Po tym, jak białowłosa dziewczyna pożarła wręcz tamten kawałek chleba i mięsa wnoszę, że wszyscy w jakimś stopniu jesteście głodni, ja zresztą też coś przekąszę. Dorzucę się.
Po złożeniu zamówienia aasimar słuchał z uwagą każdego słowa wypowiadanego z ust fey'ri. Kiedy doszedł do opisu zabójstwa, widząc jego zachowanie wtrącił: "Spokojnie, nie jestem żadnym Łaskobójcą, wiem jak ciężkie może być życie w Ulu." Po wysłuchaniu wszystkiego uśmiechnął się półgębkiem i odpowiedział równie konspiracyjnie co Lüthir.
- No, wierzę, że to z twojego powodu wpadliście w kłopoty. Za dużo mówisz nieznajomym - powiedziawszy to, Virion podniósł dłoń na znak, żeby nie robił żadnych głupich rzeczy ani nie panikował. - Ale jeśli o mnie chodzi możesz być spokojny. Zakopana Wioska... hm... Obiło mi się o uszy, nigdy jednak nie trafiłem do tego miejsca. Macie ukraść kwiat z Ogrodu Bólu? To jakaś pokrętna metafora czy coś realnego w takim stopniu co ta gospoda? W każdym razie czułem, że chodzi o coś więcej. Katakumby, podziemia... Tamci nie wyglądali na pierwszych lepszych trepów z Ula. Miałem was przy stole zapytać, czy nie potrzebny wam ochroniarz. Na nadmiar roboty nie narzekam, dzisiaj skończyłem pewne zlecenie, a nowe ciężko coś ostatnio znaleźć. Ale najpierw zobaczymy co twoi przyjaciele powiedzą mi przy stole, nie będę cię przecież narażał na wdzięczność z ich strony za rozpowiadanie wokoło o waszej tajemnicy.

Lena rozkłada się na krześle, zarzucając nogę na nogę jak stuprocentowy facet. Dłubie językiem w zębach, drapie się po twarzy odrywając kawałki zaschniętego szlamu i sama Pani wie czego jeszcze.
Nadal obdarza Ornellę przenikliwym wzrokiem, a patrząc na Bashara unosi jedynie kącik ust, wykrzywiając twarz w dziwacznym sarkastycznym uśmiechu.
-Bashar, coś Ty zazdrosny o niego, że tak dzierlatkę wypytujesz? Ornella jest zła, bo spotkała kogoś lepszego od Ciebie, a przykro jej Ciebie zranić, kochasiu. Co do nowego, to powinien zostać i już.- Lena mówiąc to lustruje wzrokiem tył Aasimara, mrużąc oczy.

- W takim razie pięć piw, Zafon pewnie też będzie chciał, woda i może jakieś szczury na gorąco. Ile to będzie? - Zapytał Barkisa Lüthir, jednocześnie dając mu chwilę na podejście do baru. Przy okazji znów powędrował głową do Viriona. Lekko się uśmiechnąwszy, znów zaczął mówić. - Taa, wiesz, musiałem się wygadać. Słuchaj, po prostu muszę cię spytać. Gdzieś cię wcześniej widziałem. Cholera, pamiętam skądś ten twój miecz. - Spojrzał na niego przenikliwie, nieco spuszczając z tego "radosnego" tonu. Jego oczy nabrały dziwnego, kremowego koloru, rzadko kiedy takie były. Dobrze odbijały obraz przed nimi. Aludeva, patrząc w nie, widział dokładnie własną twarz. - Byłeś może kiedyś w Dzielnicy Pani? Albo na Wielkim Targu? - Przestał mówić na krótką chwilę, by tylko zmrużyć oczy i zobaczyć Lenę, dokładnie śledzącą tyłek Viriona. - Gmach Czuciowców? - Co ona go tak obczaja?

Virion odezwał się jeszcze do barmana, kiedy podszedł.
- Jeśli masz jeszcze, Barkisie, wodę prosto ze sfery tegoż żywiołu, to chciałbym wymienić ją z tą z mojego bukłaku.
Przeglądając się w lustrze kremowych oczu fey'ri sięgnął w pamięć, czy tych zmiennobarwnych ślepi już kiedyś nie widział. Może w jakiejś karczmie? Ale nawet jeśli, nie zwrócił nań większej uwagi. W Wieloświecie wiele różnych dziwów, a te oczy wcale przy nich nie zdawały się szczególnie wyjątkowe. Aasimar zerknął na czwórkę rozmawiającą o czymś przy stole. Ktoś go chyba obserwował. Ciekawe, co sobie o mnie myślą?
- Możliwe, że mnie widziałeś. Bywałem w wielu miejscach w Sigil, jak i poza nim. Ochraniałem przeróżne osobistości - od szefów gangów z Ula, przez kupców i obieżysferów po czaromiotaczy czy urzędników. W młodości często też bywałem w Gmachu Rozrywki, gdzie pobierałem nauki. Mój miecz ma też znacznie dłuższą historię, należał wcześniej do ojca, który zanim przekroczył Ostateczną Granicę był nauczycielem szermierki w Gmachu.

- Hmm... - Oczy Lüthira znów przybrały jeden ze swoich "naturalniejszych" barw, turkus pomieszany z zielenią. Kolor wyglądał, jakby pływał mu w gałkach ocznych. Wkrótce jednak wykonał jakiś pokraczny gest, który na siłę można było wpleść w jego kolejne słowa. - No nic, trudno, wydawało mi się... - Gmach Rozrywki... Wiedziałem. Sala dla wojowników, byłem tam... Tylko dlaczego to mi tak wierci się we łbie? - Po co twojemu ogródkowi woda czystsza niż sama woda? - Odezwał się, słuchając słów skierowanych do barmana. W tym momencie zresztą nawet się nim nie przejmował. O ile czasami pogadywał z nim o tym i tamtym, teraz nie miał na to w ogóle ochoty. Może nie lubił słuchać tego jego niskiego głosu jakby się odwodnił?
Nie ważne. Gapił się ordynarnie na tych zbieraczy. Wszyscy spojrzeli na niego chociaż raz, ale jeden siedział, jakby nawet nie chciał patrzeć. W cieniu, zasłonięty, było widać tylko ręce wystające z pobrudzonej szaty. W dodatku był odwrócony tyłem do Fey'Ri. Patrzył, bo co innego miał robić? Obserwował jak porusza się znudzony, jakby od siedzenia bolały go plecy. Reszta pochłonięta była w jakże emocjonujących debatach, gdzie każdy gnoił drugiego i beształ jego argumenty swoimi. Tylko on siedział tak cicho. Nawet Githzeraie powoli zaczynający klnąć w stronę dziwki próbującej ich namówić na sypnięcie grosza za usługę nie robili na nim wrażenia. Nawet Ebb, wyglądający jakby aż chciał się podzielić jakąś historią. W sumie dawno go nie widział, a ostatnim razem pobąkiwał coś o podróży do Tartaru, może i by tam podszedł na moment za chwilę? Na razie jednak był doszczętnie pochłonięty tym zbieraczem. Miał nadzieję na spotkanie Kutwy, ale któż wie? W Ulu to i zaczepka kogoś, nawet pokojowo, mogła się skończyć czymś nieprzyjemnym, dlatego ciągle się wahał. Tym bardziej, że wyglądali na jakiś gang, grupę, bardziej doświadczonych trepów. Nie chciał robić bałaganu Barkisowi. Wszakże to jeden z jego ulubionych barów, tuż koło Guwernanta i Zbiorowiska w Dzielnicy Niższej...

- Dla własnej satysfakcji. Nie ma nic lepszego niż po wielogodzinnym znoju napić się takiej wody.
Virion, odwróciwszy się i oparłszy o ladę obserwował Lüthira lustrującego wzrokiem otoczenie, szczególnie przypatrując się przy tym grupce zbieraczy.
- Tylko nie napytaj tu nowej biedy - odezwał się wciąż spokojnym, harmonijnym głosem. - Szukasz kogoś?

Luthir: - Tia, Zbieracza, Kutwę. Znasz go może? - Przewrócił wzrok ze zbieraczy na długobrodego medium wokół którego wirowała latająca, metaliczna czaszka wiedząc, że i tak nic nie ujrzy u tej grupy, o ile nie podejdzie bliżej. A teraz jeszcze poczeka na piwo. - Czasem chodziłem z nim po karczmach, barach czy tawernach i popisywaliśmy się jakimiś czaromiotaniem. - W tej chwili Lüthir jakimś dziwnie radosnym, "podejrzliwym" spojrzeniem wgapił się w Aasimara. - Właściwie to czegoś tu nie rozumiem. Nie przypominam sobie, żebym cię widywał w Gorejącym Człeku, a wyglądasz jakbyś był tu stałym bywalcem, chodzisz po Ulu i pomagasz ludziom... Nie żebym obczajał każdego krwawnika na ulicy, ale myślę, że zapamiętałbym ciebie. Gdzie wcześniej żyłeś?

- Kutwę? Nie znam, a sądzę, że zapamiętałbym takie imię.
Na pytanie zadane przez fey'ri Virion odpowiedział cichym westchnieniem.
- *Nie* chodzę po Ulu i *nie* pomagam ludziom. To znaczy pomagam, ale wtedy kiedy coś się dzieje w pobliżu. Nie jestem też typem człowieka, który codziennie przesiaduje w karczmach. Jak już mówiłem, żyję tu, w Klatce i zarabiam jako ostrze do wynajęcia - ochraniam różnych ludzi i nieludzi. Co jakiś czas podróżuję jako ochrona jakiegoś obieżysfera, więc zdarza mi się znikać z Sigil na jakiś krótszy bądź dłuższy okres. Trochę Wieloświata już widziałem, ale zawsze wracam do Miasta Drzwi. A może powiesz dla odmiany coś o sobie? Wspominałeś, że znasz Sztukę?

Co oni tam tak rozprawiają... Takie wojaki, a piwa nie umiom szybko zamówić
Lena wstaje od stołu i z wolna rusza w stronę dwóch kompanów przy barze.
Gdy w końcu staje za nimi, opiera łokcie na ich ramionach i przechylając się do przodu mówi:
-Barkis, daj no jakie piwo, bo suszy... A wy, panowie, co tak tu dyskutujecie?

Lüthir spojrzał zawadiacko na Lenę, następnie na Viriona, po czym wyciągnął przed siebie rękę. Na początku ani ona ani on nie wiedzieli o co mu chodzi. Po chwili jednak, niestarty kurz zaczął się staczać z blatu. Przeleciał delikatnie pomiędzy szklankami i kuflami, po czym zatoczył się wokół jego dłoni złożonej w geście, jakby chciał pstryknąć palcami. Powietrze zgęstniało wokół, a Fey'Ri wyszczerzył swoje kły w pewnym siebie uśmiechu. Pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym zaczęły się iskrzyć jakieś niebieskawe płomyki, wychodząc z obrębu ręki i latając na zmianę w prawo i lewo. Małe, seledynowe światełko blaskało raz po raz w bliżej nieokreślonych częściach ręki. Bez ładu i składu, kompletnie chaotycznie. Wnet pstryknął palcami, a temu towarzyszyło ostry wybuch. Niebieskie światełko oślepiło wszystkich wokół, rozległ się tu i tam delikatny zapach miodu, a w okręgu do pięciu metrów spadały jakby spalane kawałki papieru, znikając i obracając się w pył zanim dotarły do podłogi.
- Tia, umiem parę sztuczek. - Odezwał się, podczas gdy fruwające odłamki odbijały mu się bardzo wyraźnie w oczach. Te natomiast odlazły od Viriona i zatrzymały się na Lenie. - Męskie zajęcia. Zara będziesz miała szczura na gorąco i piwo.

- Ładne przedstawienie - wbrew temu co powiedział, Virion zdawał się zignorować pokaz fey'ri. Może to po prostu przez to, że ze względu na swoje zajęcie zdarzało mu się uskakiwać przed kulami ognia z prawdziwego zdarzenia.
- Nic wielkiego - zwrócił się do diabelstwa. - Po prostu Lüthirowi najpierw zdawało się, że gdzieś mnie widział, potem, że nie, a teraz zastanawia się dlaczego tak. No i trochę o sobie gawędzimy, jak widzisz. Ogółem czekamy na zamówienie - zerknął na 'maga', potem znów spojrzał na Lenę. Mówił wprawdzie, że nie powie kompanom półelfa o tym, iż podzielił się z nim ich przeżyciami z ostatnich godzin, ale nie sądził, żeby akurat dziewczyna czyniła o to wyrzuty. Tym bardziej, że uratował jej tyłek, zarówno w przenośni, jak i dosłownie. - Opowiedział mi również o waszych ostatnich przeżyciach - powiedział to z powagą, jakby dla podkreślenia, że nie chodzi o jakieś błahostki tylko o ich *tajemnicę*. - A tobie już lepiej? - mówiąc to, lekko się doń uśmiechnął. I znowu to dziwne połączenie przyjaznego uśmiechu oraz chłodnego spojrzenia nieskazitelnie niebieskich oczu.
- Jak wiele umiesz, Lüthirze?

Luthir: - Błyski, oślepienia, zalewy, podpalenia, ogółem nie pałam się destrukcją. Zajmuję się bardziej *Sztuką* niźli zaklęciami. Potrafię stworzyć coś transcendentalnie pięknego. - Rzekł, wyglądając jakby próbował sobie wyobrazić taką rzecz. Ale jednak to co powiedział nie mijało się z prawdą. Nie potrafił sobie tego wyobrazić. - Mogę działać na wszystkie zmysły. Wzrok, zapach, słuch, dotyk... Co prawda nie dorastam do pięt nauczycielom w Gmachu Rozrywki, którzy potrafią uwieść zwykłą śmiertelniczkę tak, że do końca życia nie da im spokoju, ale uczyłem się od pewnego Ziwzeaka, chociaż tego to odwiedzałem w Domu Bramnym. Jestem typem... Romantyka. W Ulu jestem przelotnie, ogólnie spędzałem czas w Dzielnicy Niższej, ale z pewnych powodów musiałem się na trochę ulotnić.

Barkis czeka obyczajnie na odpowiedni moment, żeby wciąć się do rozmowy fey'ri i Viriona
- Aaach, Luthir, niech mnie dabus ugryzie- Uśmiecha się szeroko- A jednak wróciłeś! Nigdy już nie dam posłuchu nikomu, kto będzie mi mówił, żeś kombinator i kłamca! Darmóweczki, powiadasz? Tuszę tedy, żeś przyniósł miedziaki na oddanie? Bardzom zadowolony, bełt już zaraz się poleje!
Mina Luthira dobitnie świadczy o tym, że nie ma zielonego pojęcia, o czym barman mówi; ten zaś rechocze i sięga po coś pod bar
- Tak właśnie myślałem- Stwierdza już mniej wesoło, kładąc na blacie kamień doznań, taki sam, jakich pełne są sensoria w Gmachu Rozrywki- Weź no to do łapy, a zaraz wszystko powinno być jasne.
Luthir, kiedy bierzesz do ręki chropowaty, wytarty i zdecydowanie stary mnemon przez chwilę nic się nie dzieje. Potem Twoje myśli rozpraszają się i zlewają w szarą, skłębioną, przypominającą mgłę masę; mgła powoli przerzedza się, kontury wspomnienia wyostrzają... choć nie do końca. Widzisz swoje dłonie, jedną trzymasz się baru, w drugiej ściskasz kamień; po drugiej stronie falującego blatu widzisz wpatrzonego w siebie Barkisa ściskającego sporą sakiewkę. Gospoda wokół wiruje jak karuzela, szum głosów brzmi jak brzęczenie owadów... Taak, jesteś bardzo, BARDZO pijany. "No mów"- mówi Barkis- "Bez poręczenia nie dam ci ani złamanego szeląga". Mocniej ściskasz kamień i mówisz prosto do niego, jakby miał uszy: "Pozzżyczam od Bar... Kisa sto... sto piemdziesiomt miedziakuff... Oddam, oddam na pewwwnoo nassstempnym razem... Niee ch.. Chce bełta, już nie chce bełta... Za darmo ani fffcalee"- Słyszysz swój własny bełkot- "Ne dawaj mi nic, dopuuuki nie odam!"- Nakazujesz na końcu całkiem wyraźnie, jakby w przypływie jakiejś wspaniałomyślności. Barkis kiwa głową z politowaniem. "Sam tego chciałeś, Luthir"- Kręci głową i wręcza Ci sakiewkę- "No, dawaj kamień!" Wspomnienie rozprasza się i wracasz do rzeczywistości, choć w głowie odczuwasz jeszcze lekkie wirowanie.
W czasie gdy Luthir pogrąża się we wspomnieniu, Barkis wręcza Virionowi lodowato zimny, spotniały bukłak
- Prosto ze Sfery Wody- Szczerzy żółte zębiska, po czym stawia przed aludevą cztery kufle i wysoką szklanicę; pokazuje palcem na Luthira z kamieniem doznań w dłoni- Fajna zabawką, nie?- Pyta- Zostawił mi ją w zastaw jakiś czuciowiec i nigdy nie zjawił się, żeby uregulować rachunek, a ja znalazłem dla niej świetne zastosowanie. Już nikomu nie muszę wierzyć na piękne oczy, hehe!
Luthir wraca do siebie, a Barkis zabiera mu mnemon
- W tej sytuacji sam nie wiem, czy powinienem dać Ci piwo- Zauważa- Bo miedziaków, rzecz jasna nie masz, tyle to potrafię wywróżyć z gorącego powietrza- Pociąga nosem i przygląda Ci się przez chwilę. W tym momencie do rozmowy wtrąca się Lena. Barman bierze jeden z kufli stojących przed Virionem i podsuwa w jej kierunku, zgodnie z zamówieniem, po czym wraca do Luthira- Druga sprawa, to jakie szczury? Czy to wygląda jak kram uliczny koło Placu Szmaciarzy? Mam węgorze w occie, baraninę, kapustę z grzybami kanoplia i polewkę na lim-limie, z czego szczerze polecam węgorze, bo piec się spieprzył i wszystko jest zimne. Nic jednak z tego na rachunek, spryciarzu. Trzecia sprawa, ta woda, rozumiem, jest dla Pani Ornelli?- Pyta, wskazując szklanicę i patrząc w kierunku Waszego stolika. Podążając za jego wzrokiem widzicie, że patrzy uważnie na rudowłosą, a ona na niego; delikatnie, jakby porozumiewawczo kiwają sobie głowami po czym przestają zwracać na siebie uwagę- W ciekawym towarzystwie się obracasz, Luthir, nie wiem, czy nie za wąski w piętach jesteś na takie rzeczy. No, ale to twoje zmartwienie. Przekaż jej, bo ja z tą damą rozmawiać nie chcę, że w moim lokalu jest zawsze mile widziana, ale że żar w Klatce jeszcze nie wygasł. Będzie wiedziała o co chodzi. Wracając do interesów, bukłak trójkę, piwo po dwójaku, podobnie porcja węgorza. Woda dla Pani Ornelli na mój koszt. A co Ty masz mi do powiedzenia?
Luthir, wciąż bez piwa, kombinujesz nad odpowiedzią wędrując wzrokiem po sali. Masz wrażenie, że jeden ze zbieraczy jest Ci znajomy, to chyba Stonoga, jeden z koleżków Kutwy... Tak to na pewno on, zresztą napotkawszy twój wzrok kiwnął Ci głową.


CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 11:00 pm  

Tymczasem Zafon, Bashar i Ornella siedzą przy stole. Kiedy tylko Lena odchodzi w stronę baru, milcząca dotąd Ornella zabiera cicho głos.
- Jak przyjemnie musi być dzielić Wieloświat podle tak nieskomplikowanych kryteriów- Mówi jakby do siebie patrząc w ślad za odchodzącym diabelstwem, po czym zwraca się do Bashara- Historia mojej urazy do krwi Sfer Wyższych to długa i skomplikowana historia... Kto wie, może pewnego dnia nawet ją poznacie? Nie pytaj mnie jednak, bo nie wyjawię jej, zanim nadejdzie właściwa godzina...- Chwilę milczy, zatopiwszy się we własnych myślach- A Wasz przyjaciel fey'ri już wypaplał aasimarowi wszystko, łącznie z sekretem Zakopanej Wioski. Oj, nie jest to dobry towarzysz, który tak bezmyślnie strzępi język... Ludzie Spośród Cieni mogą nie być zadowoleni, jeśli się o tym wywiedzą.
Przez chwilę wpatruje się w coś przy barze. Podążając za jej spojrzeniem, Zafonie i Basharze, orientujecie się, że mierzy się spojrzeniem z Barkisem; moment później jednak odwraca wzrok
- Niedobre wieści...- Głucho mruczy do siebie wpatrując się w pobrużdżony blat stołu. Nie macie pojęcia, co o tym myśleć.

Lüthir rozgląda się zaskoczony, nie wiedząc co powiedzieć. Pieniądze? Jakie pieniądze? Nie pamięta żadnych miedziaków. Chodzi czasem pijany, ale zazwyczaj nie chleje tak żeby nie mógł wstać, nie ma do tego po prostu okazji, nic nie świętuje w życiu. Do czego miałby wydać te sto pięćdziesiąt miedziaków? Przecież...
Wnet roześmiał się na cały bar, a paru gości już chyba raczej z poirytowania że zajmuje na siebie tyle uwagi spojrzało na niego. Ten zaś śmiał się do rozpuku. Gdy tylko przestał. Spojrzał na Barkisa.
- Żartujesz, nie? To Kamień Doznań, daj spokój, nie powiedziałbym tego, łatwo tam zamknąć *cokolwiek* co zechcesz. To żaden dowód. Nigdy bym nawet nie śmiał powiedzieć, że nie chcę piwa. Ja tu codziennie staram się wychełpić od ciebie darmowe piwo za robotę, a ty mi podsuwasz kamyczek? Ostatnim razem tego u ciebie nie było Barkis. - Trep! Co za skurlony skurl! Ahh! Gdybym tylko mógł zabić tego trepa! Co za życie, z gówna w większe gówno, a z większego gówna do szamba! No przecież nie powiem im żeby poszli ze mną do innego baru bo w tym coś nie gra. Szlag by to!

Widząc, że fey'ri i barman mają sobie najwyraźniej coś do wyjaśnienia, Virion cicho westchnął i wysupłał ze swojej sakiewki miedziaki należne za napitek oraz żywność dla wszystkich i zapłacił nimi.
- Potem się rozliczymy - rzucił Lüthirowi.
- Przepraszam, że się wtrącę, ale czy możesz, Barkisie, powiedzieć nam coś o tej 'Pani Ornelli'? Kim jest i co takiego zrobiła, że "żar w Klatce jeszcze nie wygasł"? Nie mam żadnych złych zamiarów wobec niej, ale *wolałbym* wiedzieć z kim mam do czynienia i sądzę, że reszta waszej drużyny - spojrzał na półelfa i Lenę - również. - Oczy aasimara zdawały się być jeszcze zimniejsze, niż zazwyczaj.

- Od początku wiedziałam, że z tą ladacznicą jest coś nie tak...- mruknęła Lena w stronę Viriona. Zerknęła również na Luthira, który przed chwilą przeżył jakiś atak śmiechotoku, wychyliła się nieco i sięgnęła po piwo. Podniosła kufel do góry, kierując go w stronę Aasimara, jakby chciała rzec Na zdrowie! i przechylając wzięła potężny łyk, który chyba stanął jej w gardle powodując atak kaszlu.
Patrzy się na Luthira z nadzieją, że ten walnie ją w plecy umożliwiając odkrztuszenie, ociera jednocześnie usta ręką, łzy płyną z oczu strugą, a pomiędzy kolejnymi kaszlnięciami słychać coś jakby śmiech.

Widząc, jak Lena się krztusi, Virion natychmiast, niemal odruchowo, klepnął ją w plecy. Miał tylko nadzieję, że nie za mocno. Przytroczył bukłak do pasa i sięgnął po swoje piwo.
- Twoje zdrowie, białowłosa - powiedział z lekkim rozbawieniem po czym pociągnął z kufla spory łyk.
Aasimar zastanawiał się, kim może być ta Ornella. Zdawało mu się, że przeszkadza jej jego obecność. Spotykał się już z różnymi powodami niechęci - powiązanie ze sferami Wyższymi, woń biesów towarzysząca mieczowi, który w rękach jego ojca widział Wojnę Krwi i blizna, pozostawiona przez baatezu - niektóre istoty wyraźnie czuły bijący zeń zapach Baatoru. Spoglądały nań z rezerwą zarówno demony i diabły, jak i niebianie

Zafon, widząc błaznującego Luthira, podniósł z niesmakiem dupsko i ruszył w stronę baru, przy którym stała już Lena. Z tej odległości usłyszał słowa Viriona o opowieści kudłacza, domyślając się, że kundel wszystko wyjaśnił dogłębnie i bez niedomówień. Skurl, ot.
Wolno podszedł za plecy Leny i zasłaniając się ciałem, wbił nisko sierpa w nery Luthira.
- Zafon Półłeb, nie zdążyłem się przedstawić - zwrócił się do Viriona, patrząc mu w oczy. Domyślając się, że Luthira chwycił właśnie bolesny skurcz, zapewne wywołany przeciążeniem pleców ogromnym tobołem, podjął wątek:
- Nie mam nic do ciebie, i tak pewno byśmy ci to powiedzieli, ale... Nie tyś jeden go słuchał zapewne. Nie tutaj.
Nachylił się do Luthira, błyskawicznie wyciągając z rękawa mały nożyk.
- Piesek lubi szczekać? To niech szczeka ciszej, póki jeszcze może.
Odwrócił się znowu do aasimara i Leny.
- To co, węgorze?

Barkis słysząc szept Leny syczy, jakby ugryzł się w język
- Aj aj aj, uważaj na słowa, dziewko...- Mruczy tonem dobrej rady, po czym zaczyna żwawo podawać węgorzowe dzwonki w metalowych miseczkach, zalane bogatym w czosnek i bazylię octem. Ostatecznie stawia przed fey'ri kufel piwa- Jeszcze wrócimy do naszej rozmowy, Luthir!- Mówi poważnie, na końcu zaś zwraca się do Viriona, w międzyczasie uszczuplając jego stan posiadania o dwadzieścia trzy miedziaki- Wiesz jak to mówią, śmiałku. Mowa jest złotem, ale milczenie mertem... Nie wiem nic i nic wiedzieć nie chcę. Pilnujcie się jeno.
Po czym, najwyraźniej nawiązując do słów Zafona
- Oto słowa prawdziwie miodopłynne!- Szczerzy się- A i zastanowić się wypada, nim się gębę otworzy.
Wnioskując z jego tonu, rozmowę z Barkisem możecie uważać za skończoną- przynajmniej na ten temat. Barman odchodzi na drugi koniec baru i wdaje się w cichą rozmowę z posiadaczem wielkiego miecza.

Luthir: - O kurwa! - Ocknął się Fey'Ri, gdy Zafon przywalił mu dość zdrowo. Już nawet nie miał ochoty nic mówić, po prostu skulił się z bólu, a jego oczy przybrały równie złowrogi kolor jak w scence przed barem. Ale mimo tego żałosnego dźwięku starającego się wydostać z jego zamkniętych ust, przyjął uderzenie z pokorą. Wygadał się rzeczywiście jak baran, ale widocznie tego potrzebował. Już nie chciało mu się nawet poprawiać Zafona, bo uważał przy każdym wypowiedzianym słowie do Viriona. Szept może i nie był stuprocentową wersją obrony przed niechcianymi słuchaczami, lecz nikt raczej nie chodzi po Ulu żeby przyłapywać ludzi na tajemnicach skradając się do ust by wysłuchiwać.
Nagle spostrzegł, że wszyscy stoją przy Barkisie. Jedynie Bashar i Ornella pozostawili jakąś klasę i siedzieli spokojnie. Chociaż ta ruda to raczej bała się podejść do Aludevy, to i jedynie Bashar był w tej sytuacji normalny. Siedział nikomu nie zawadzając, tak jak gdyby Lüthir nie mógł sam przynieść żarła. Mimo tego wszystkiego, Barkisa usłyszał. Ba, nawet przestały mu się kołatać po głowie makabryczne wizje dźgania go w oczy szpilkami.
- Słuchaj, nie wiem co tu się dzieje, ale jeśli to prawda, dam ci te miedziaki. Tylko... - Zawahał się przez chwilę mrużąc oczy, po czym znów zaczął. - Może raczej na raty. - Wziął do ręki piwo, i pokazał wszystkim najpierw ich kufle, a potem stolik na znak, iż po prostu przyniesie żarło sam, także za nie zapłaci. Okazał się zresztą wspaniałomyślny nie zabierając tych pięciu miedziaków Ornelli, więc może nawet reszta drużyny by go trochę... "Zlepiła", jak to się mówiło czasem wśród zbieraczy.

Bashar siedział spokojnie przy stole, obserwując całą sytuację z nieprzeniknioną miną. W istocie coraz bardziej chciało mu się śmiać, gdy wszyscy towarzysze po kolei wstawali od stołu. W końcu został tylko on i Ornella. Postanowił wybadać jej podejście do Virona. Luthir najwyraźniej chciał go wciągnąć do drużyny, Zafon i Lena nie mieli nic przeciwko... Ale zdanie Ornelli było dla zabójcy najważniejsze, a między nią i aludevą mogło dojść do niesnasek.
- No dobra, nie lubisz niebian, ale co z tym konkretnym aasimarem? Nie wydaje się nam życzyć źle. Tamci- wskazuje głową na drużynę stojącą przy barze- najwyraźniej chcą, żeby do nas dołączył. Nie masz nic przeciwko?

Virion: - No, to dawaj osiemnaście miedziaków, bo piwo żeś mi obiecał, a moja woda i żarcie kosztowały pięć. I spokojnie, Zafonie, twoje zachowanie teraz może przysporzyć znacznie większych kłopotów niż szept fey'ri. Nie licząc tego, to zbiegowisko pewnie przyciągnęło uwagę całej karczmy. W nazbyt gorącej wodzie żeś kąpany.
Aasimar wziął do drugiej ręki szklankę wody dla Ornelli. Musiał ją wybadać. Wrócił do stolika i postawił przed rudowłosą jej wodę, lekko się przy tym uśmiechając - chciał chyba sprawić wrażenie przyjaźnie nastawionego.
- Barkis kazał przekazać, że jesteś zawsze mile widziana w jego lokalu, ale żar w Klatce nie wygasł - stojąc nad nią powiedział to na tyle cicho, by nie było tego słychać poza obręb stołu, po czym usiadł na swoim miejscu i czekał na żarcie oraz ewentualną reakcję Ornelli tudzież Bashara, sącząc powoli trunek z kufla.

- Mniejsze zło - odpowiedział machinalnie Zafon - Dość już przez niego mamy kłopotów, przyda mu się. Raz chcieliśmy go już sprzedać, wiesz?
Sarkastyczny uśmiech nie dodał tym słowom wielkiej powagi, ale cóż zrobić. Luthir to Luthir, jest jaki jest. Skurl i tyle.
Zafon wziął swój kufel i ruszył za Virionem w kierunku stolika, omijając jakiegoś przystojniaczka w delirium.

Ornella odpowiada Basharowi cicho
- Do tego konkretnego nie mam nic, wydaje się być w porządku, chodzi o ogół krwi Wyższych Sfer. Chodzi o pewne kwestie... światopoglądowe.- Zapatrzona we własne myśli uśmiecha się tak, że masz ochotę zawyć jak wilk- Tyle, że jego obecność, hmm... Możliwe że będę musiała pójść swoją droga wcześniej niż zamierzałam. Nie frasuj się tym jednak, co do ciebie mam pewne plany i z nich nie zrezygnuję- Puszcza Ci zalotne spojrzenie, które prawdopodobnie legendarnego Vhailora zamieniłoby w pokojowego pieska
W tym momencie Virion zbliża się do stołu, stawia przed Ornellą szklanicę i przekazuje wiadomość od Barkisa
- Dziękuję- Mówi uprzejmie rudowłosa, nie wiadomo, za wodę czy wiadomość... Prawdopodobnie za jedno i drugie. Po czym lekko zdziwionym wzrokiem patrzy na aasimara i Zafona, a potem na Luthira pozostawionego przy barze, to bezradnie patrzącego na stojące przed nim pięć misek i dwa kufle, to ze złością na plecy tych, którzy go z tym wszystkim zostawili. Na koniec zaś z nadzieją na Lenę, która jeszcze kręci się w jego okolicy. Dowcipu scenie dodaje jeszcze Barkis, który wręcza mu garść dwuzębnych widelców, zupełnie, jakby fey'ri miał za dużo kończyn i nie miał co z nimi zrobić.

-Eh... Nie wim już co sie tu dzieje. Ciągle jakieś szeptania, wielkie mi tajemnice. Trza by sie zdrowo urżnąć, co?- zwraca się z uśmiechem do Luthira.
Lena czuje się zmęczona po całej tej podróży. Co chwila jej się ziewa, do tego każdy skrawek jej diabelskiego ciała śmierdzi szlamem.
Kobieta zaczyna się zastanawiać gdzie by tu można było się przekimać i podczas gdy już kombinuje skąd wytrzasnąć miedź na miejsce w zajeździe u Arla nagle nachodzi ją genialna myśl.
Krystal!
Kiedyś, gdy Lena jeszcze wykonywała różne *zajęcia* w Ulu, a nie błądziła w poszukiwaniu kwiatka z nie-wiadomo-skąd, trafiła do Alei. Wiadome było, że do Alei nie ma wstępu każdy, ale Marduk miał zawsze. Sztama z Kolczastymi zapewniła i Lenie nieco więcej brzdęku, robota była, interes się kręcił.
Teraz Aleja jest praktycznie opustoszała, z całego zastępu Aniołów zostało jedynie paru najbardziej oddanych.
A stało się tak odkąd jakiś osiłek ze swoją dziwaczną bandą wpadł i wytłukł połowę towarzystwa, z Williamem włącznie.
Jednakże Krystal została i gdyby dobrze poszło, byłaby w stanie dać drużynie bezpieczne miejsce do odpoczynku.
Lena przemyślała wszystko, wzięła Luthira pod rękę, ruszyła z wolna w stronę ich stolika i pochylając się nieco do barku mężczyzny poczęła przedstawiać mu swój plan z nadzieją, że Luthir podejdzie do niego równie entuzjastycznie jak sama Lena, gdyż pomysł kąpieli kusi jak mało co.

Luthir: - Szepty i tajemnice? Przed chwilą nas napadły jakieś trepy, ta ruda ciągle stęka jakby Aasimar, wszakże świętoszek, chciał ją zgwałcić, właśnie się dowiedziałem o jakimś haraczu na sto pięćdziesiąt miedziaków. Czuję się jak kozioł ofiarny, wolę nie pić. Jedno piwo mi starczy, oby tylko nikt nie dodał też jakiegoś świństwa co wcześniej, po czym miałem majaki. Chociaż z drugiej strony Człek to nie Guwernant. - Powiedział do Leny, która jako jedyna została z nim przy barze. Pomyślał, że jego łagodny, teraz niebieskawy kolor oczu odpowie na wszystkie ewentualne pytania.
Wskazał jej, by wzięła jakiś talerz i resztę kufli, po czym sam chwycił ostrożnie za kolejne talerze. Jak mi to spadnie to przysięgam, rozwalę ten bar. Był już zbyt wściekły żeby rozbić te talerze, chyba by nie wytrzymał. W międzyczasie rzucił Barkisowi napiwek w postaci pięciu miedziaków, żeby nie okazać się całkowitym chędożonym trepem. Zresztą, sierpowy Zafona go ustatkował, i mimo tego, że chciał mu przejechać ostrzami po udach, w końcu zrozumiał, że czasem tego potrzebuje. Skierował się ku stolikowi razem z Leną, rzucając w międzyczasie ciche "Mam dość".

Widząc determinację kundla, żeby obładować Lenę michami z żarciem, Zafon litościwie wstał od stolika i ruszył z powrotem po jedzenie. Wziął z blatu dwa talerze i zawrócił, patrząc beznamiętnie na Luthira.

-Dzięki stary- rzuciła Lena z cichym westchnięciem gdy Zafon przechodził obok.
-Luthir, no i co Ty na to, żeby odwiedzic Aleję?

Kiedy już Lena, Zafon i Lüthir uporali się z dostarczeniem węgorzy oraz reszty piwa i usiedli na swoich miejscach przy stole, Virion odłożył kufel i chwycił za widelec.
- No, nie wiem jak wy, ale zanim przejdziemy do omówienia... pewnych kwestii, ja wolałbym wpierw napełnić żołądek. Smacznego.
Aasimar starał się nie jeść tak szybko jak zazwyczaj, co nie do końca mu wychodziło. Zdawało się, że jest równie prędki tak z mieczem, jak i widelcem w ręku. Po skończeniu posiłku popił piwem i stłumił w gardle beknięcie, po czym zaczekał, aż inni pozjadają swoje porcje. Gdy tak się stało, powiódł wzrokiem po piątce nowo poznanych osób, po czym przemówił:
- Tak więc mam do złożenia propozycję. Wnioskuję, że po tym, co Zafon zrobił przy barze fey'ri zdajecie sobie sprawę, że znam z grubsza wasz cel i ostatnie kilka godzin z życia. Ostatnio nie cierpię na nadmiar zleceń, a wy zdajecie się potrzebować kogoś do ochrony, a coś czuję, że ta robota może przynieść trochę miedzi. Zanim jednak cokolwiek postanowicie chciałbym coś wiedzieć. Zdaję sobie sprawę, że raczej nie wiecie z czym będziecie mieć do czynienia. Jednakże jeśli chodzi o ciebie, Ornello, to wolałbym wiedzieć, czy w związku z twoją osobą coś grozi drużynie, a jeśli tak, to co. Jeśli mylnie zrozumiałem słowa Barkisa tudzież po prostu nie chcesz powiedzieć, to w porządku i przepraszam. Nie wpłynie to na moją ofertę. No to jak będzie, zgadzacie się na to, bym do was dołączył?

- Ogródek tej niewiasty ci nie bąknie nic, chyba że Basharowi, hmm? - Powiedział Lüthir, wyraźnie spoglądając z zainteresowaniem na człowieka, jakby oczekując odpowiedzi. Cały czas jeszcze oblizywał się z jedzenia, które zostało w siekaczach. Nie wyglądało to jednak ohydnie, raczej wszyscy prócz Zafona i Viriona fascynowali się w jaki sposób wygina on swój język. Widocznie Lenie, Basharowi i Ornelli nigdy nie było dane widzieć jak zachowuje się prawdziwy Tanar'Ri po sytym posiłku i dobrym piwie, lub widzieli, ale nadal patrzyli się na to z nieskrywanym zainteresowaniem i jednocześnie przerażeniem.
Fey'Ri wyciągnął do rąk przed paroma momentami zdobyty sztylet, a przewracając go w rękach nie mógł się nadziwić w jak dobrym stanie się zachował. Wyglądał naprawdę ciekawie, klinga była wykonana z zielonej stali połyskującej rzeczywiście na ten kolor gdy patrzyło się pod odpowiednim kątem. Zresztą, tak naprawdę patrzył się na Stonogę. Usiadł idealnie tak, by widzieć jego twarz, to właśnie on był ciągle do niego odwrócony tyłem. Patrzył się na niego pytająco, nie wiedząc co myśleć o drużynie z którą właśnie był. Lüthirowi nie było dane gościć z takimi typami jak ci tutaj długo, zazwyczaj rozstawali się w nieznanych okolicznościach, a jeśli to były głupie pierwszaki to zarzynał ich sztyletem jeśli nie miał brzdęku.
Czarne, kręcone kłaki sprawiały, że Stonoga, a właściwie Ferek, jak miał naprawdę na imię, wyglądał lekko jak Chaosyty. Krzaczaste brwi razem z czupryną zasłaniały czoło całkowicie, a zielone oczy patrzyły się w kolegę z zaciekawieniem. Lüthir właściwie tylko czekał aż wyjdą z baru żeby do niego zagadać. Wolał teraz nie podchodzić, jeszcze by się zbłaźnił przy trepach wokół niego, a widział ich parę razy wcześniej, więc i może kim byli. Poza tym, jego reputacja była taka, że wszyscy o nim gadali jak odszedł na parę metrów, więc pomyślał, że do Ferka podejdzie dopiero za chwilę. Gdzieś ten Kutwa musiał być, on interesuje się wszakże takimi sprawami, może co o Ogrodzie wiedział.
W międzyczasie, patrząc jeszcze jak Bashar zastanawiał się co odpowiedzieć i czy w ogóle, gapił się na niego ordynarnie.

Bashar siedzi spokojnie, patrząc się przed siebie. Sięga po swój kufel i pociąga parę łyków. Zaczyna mówić, jak gdyby całą przemowę ułożył już sobie w głowie.
-Najpierw proponuję żeby wszyscy się porządnie najedli i napili.
Przerywa na chwilę, widząc że aasimar pochłania swoją porcję w ekspresowym tempie, jak gdyby Pani miała wkrótce zabronić jedzenia węgorzy w Sigil. Gdy ten zjadł już i złożył propozycję, Bashar powtarza, tym razem kierując swe słowa bezpośrednio do Virona.
-Najpierw najedzmy się i napijmy. Wszyscy. Nie wszyscy mają takie zdolności pochłaniania jak ty, a niektórzy nawet nie zdążyli zabrać się do jedzenia. Gdy już wszyscy napełnimy brzuchy, będę chciał coś powiedzieć. Do wszystkich. Ale póki co...
Zamiast dokończyć zdanie sięga po swoją porcję i zaczyna jeść, popijając piwem. Nigdzie mu się nie spieszy.

Spokojnie wcinając swoją porcję, Zafon słuchał wypowiedzi ferajny. Jednocześnie starał się jakoś poukładać sobie w głowie cały ten Ogród Bólu. Vato i Karo. Dom przy Kostnicy i aleje z katedrą. A że Lena też tam się wybiera...
- Leno, mówiłaś może o Alei Niebezpiecznych Węgłów?

Ornella ujmuje węgorzowego dzwonka w swoje delikatne paluszki i chwilę patrzy Virionowi w oczy
- Nie- Odpowiada spokojnie na jego pytanie- Z mojej strony, ani przeze mnie, nic drużynie nie zagraża.
Po czym jednym ruchem rozdziera mięso na dwie części tak gwałtownie, że Lena aż podskakuje; następnie nie przejmując się skórą czy ośćmi dosłownie pochłania każdy z kęsów ryby na dwa kłapnięcia swych delikatnych szczęk. Aasimar czuje lodowaty dreszcz, Zafon i Lena głupieją. Luthir, który odstawiał jakieś popisy z językiem po prostu wpatruje się w nią z rozdziawioną paszczą. Zachowując absolutny spokój, rudowłosa sięga po szklanicę i WLEWA w siebie lodowatą wodę nawet nie mrugnąwszy okiem. Jakby jej łabędzia szyja skrywała jedną wielka czarną dziurę, żadnych tam gardłodziurek czy innych przełyków
- Aaaa- Uśmiecha się, zamlaskawszy z rozkoszą, Ornella- No, już trochę lepiej.
Po czym kompletnie nie przejmując się minami drużyny, kładzie głowę na ramieniu niespiesznie jedzącego Bashara i przymyka oczy jakby wypoczywając. Wszystkich pozostałych, obserwujących parę, uderza jakaś bliżej nieokreślona myśl, że ów mężczyzna w czerni i tajemnicza dziewczyna z ognistą burzą na głowie, owinięta w swoja sutą czarną chlamidę, bardzo do siebie pasują. Tak bardzo, że aż wydaje Wam się dziwne, że w ogóle o tym myślicie.

- Co Ty biesem jesteś jakim?- charczy Lena wpatrując swoje wielkie oczy w poczynania Ornelli, przegryzając kęs węgorza.
-Tak Zafon, właśnie o tej Alei mówię. Znam tam niejaką Krystal i wiem, że mogłaby nam dac schronienie i jakieś miejsce do obmycia się z tego gówna- Lena wykrzywia usta patrząc na swoje ubrania.

Uznawszy, że już niewiele jest go w stanie zadziwić, a i w czyjeś sprawy nie warto się wtrącać - przecież widać, że to wszystko rozgrywa się między Ornellą i Basharem - Zafon w spokoju skupił się na swoim posiłku. No, względnym spokoju.
- No i bomba - odpowiedział Lenie między kęsem a łykiem. - Ja tam mam trepa do sprawdzenia, zna śpiewki i cienie różne.

Gdy Virion zobaczył jak Ornella dosłownie pochłania jedzenie i wodę, na jego ustach zagościł przez moment dziwny uśmieszek.
- Miałem wyłącznie na myśli, czy ktoś na ciebie nie dybie. Dobrze więc. Jaka jest zatem wasza decyzja?
Aasimar uważnie przyjrzał się każdemu z siedzących z nim przy stole z osobna.

Luthir: - Hej, Lena. - Powiedziawszy to, właściwie olał wszystko inne, skupiając się na tej Alei. - Cóż, ja tam jestem za, ta kloaka może być zajmująca, ale dla trepa, który szuka rozrywki żrąc żywicę. - Rzekł Lüthir. Aż było widać jego niedoczekanie, gdy myślał o wyschniętych i nareszcie czystych ubraniach z Lim-Lima.
Może będzie tam Kutwa? Kurde, kiedyś znał Krystal, nawet mi mówił że nie ździera tak bardzo brzdęku. Może i tam? Gdzieś w Ulu musi być, muszę spytać Stonogi...

Bashar kończy jedzenie, popija piwem, po czym unosi rękę na znak że chce coś powiedzieć. O jego drugą rękę oparta jest głowa Ornelli, co pozytywnie działa na zabójcę.
- Posłuchajcie mnie chwilę. Viron złożył nam propozycję. Nikt nie protestuje, z czego wnoszę że może on dołączyć do drużyny. Viron, witaj na pokładzie.
Skłania lekko głowę w kierunku aasimara, po czym kontynuuje.
- Znany jest już ci cel naszej misji- mamy zdobyć kwiat z Ogrodu Bólu. Główny problem w tym, że nie wiemy gdzie ten ogród jest. A informacja ta nie należy do popularnych ulowych plotek, jak sądzę.
Wzdycha lekko i pociąga kolejny łyk, zauważając z niezadowoleniem, że wypił już prawie całe piwo.
- Dlatego naszym głównym zadaniem jest zdobyć tę informację. Pośpiech jak najbardziej jest wskazany, gdyż mamy całkiem sporą konkurencję, która, jak mieliśmy okazję się przed chwilą przekonać, nie próżnuje. Znacie może jakieś osoby które mogą coś wiedzieć na ten temat? Najlepiej gdyby były to osoby mające sporą wiedzę o Klatce i, co najważniejsze, godne zaufania. Nie możemy latać po całym Ulu uganiając się za wszystkimi trepami których znamy, a którzy nic nigdy o Ogrodzie nie słyszeli, dlatego proponuję najpierw ustalić, do kogo idziemy w pierwszej kolejności.
Wypija haustem resztkę piwa, widać ze zmęczył się przemową. Wzdycha głęboko, po czym dodaje:
- Niedaleko stąd mieszka znajomy paser. Sporo ludzi przewija się przez jego dziuplę, a on sam zna sporo gadek. Tam proponuję iść najpierw. No, chyba że ktoś ma inny pomysł.

Luthir: - Możemy do niego iść. - Powiedział sucho Fey'Ri, chowając nóż do pochwy. - Potem pójdziemy do Alei Węgłów się umyć i wypytać może Krystal czy czego nie wie. Znam pewnego Kutwę, mieszał się często w różne sprawy, więc i może w to. - Przechylił butelkę z gwinta wypijając całość. Już bardziej stonowanym głosem kontynuował. - Poza tym radziłbym odwiedzić Dom Bramny, Ponuraki mogą coś wiedzieć, a jeden stary mag interesował się doszczętnie wszystkim co związane z bólem, i to może znać. - Podrapał się za uchem, a następnie pochylił do przodu, jakby go plecy bolały od siedzenia. - Dalej możemy iść do Dzielnicy Niższej, kolejnego gościa tam znam, a wypytać kogo w Gmachu i można. Co wy na to?

- Mój kontakt też powinien być na Węgłach - dorzucił Zafon swoje trzy grosze. - A jak już idziemy koło Kostnicy, to możemy tam do znajomego wpaść, też może coś wiedzieć.
Teraz pytanie - czy Karo, były budowniczy portali dla Pani Bólu wciąż mieszka w tej ruderze, obok której Graby wyrzucają odpadki z rzeźni? I pytanie drugie - czy Vato przeżył pogrom na Węgłach?

Virion: - A więc idziemy do waszych starych znajomych w pobliżu, a potem do Alei Węgłów. Lüthirze, czy ten Kutwa to jeden z tamtych zbieraczy, których obczajałeś?
Ogród Bólu... Nie mają zatem pojęcia, gdzie jest, muszą szukać. Czy to miejsce zagrzebane gdzieś pod Miastem Drzwi, labirynt Pani Bólu, a może jakaś sfera kieszonkowa albo miejsce zawieszone gdzieś pomiędzy planami? Jeśli ktoś mógłby wiedzieć, powiedziałbym, że to Hedaril. Wiele razy z nim podróżowałem. Czaromiotacz, nożownik, obieżysfer i niezły hultaj. Potrafiłby godzinami opowiadać o Sigil i jego portalach, a dniami o Wieloświecie. Tylko gdzie on teraz jest? Parę dni temu wróciłem z nim z Ysgardu, wspaniała kraina... Gdybym miał zgadywać, to kręci się po Urzędniczej, a najpewniej przesiaduje w sensoriach w Gmachu Rozrywki.

Luthir: - Niee... - Powiedział z zażenowaniem, znów patrząc na Stonogę. W sumie dawno nie widział tej jego chaosytej mordy... - Ale jeden z nich go zna, może będzie wiedział, zara obczaję, jak będziemy wyśmiewać.
W tym samym czasie, Lüthir wyciągnął wyblakłą kartkę spod pasa, następnie rozglądając się po kieszeniach za kawałkiem węgla. W końcu znalazł, zresztą nie było to trudne, zabrudził mu całą kieszeń przy wewnętrznej części ramienia. Zgiął papier wpół i zaczął wypisywać na nim dziwne ciągi liter. Ni to przypominało wspólny ni to biesi, nawet Aasimar nie kojarzył pisma. Bashar nie miał okazji spojrzeć, bo był po drugiej stronie stołu razem z Ornellą i Zafonem, tak więc jedynie Virion i Lena mogli swobodnie patrzeć do kartki.
"Kε cibε'vt, nεjir tūgw shaξ˝"...

Bashar szykuje się do wyjścia.
- No dobra. Czyli zaprowadzę was do Mordeczki, a potem idziemy do Alei. W miarę możliwości chciałbym sprawę załatwić w Ulu, nie mamy czasu szukać drogi do innych dzielnic. Dabusy chyba znowu coś pozmieniały.
Odwraca sie do Leny, która jak dotąd siedziała cicho.
- Lena, chyba że ty masz jeszcze jakichś znajomych?

Virion zerknął, co tam bazgrze fey'ri.
- A cóż to? Jakiś zapomniany język, czy może tworzysz nowy? - spytał z lekką dozą ironii w głosie.
Widząc, że Bashar zbiera się, co szło w parze z jego własnymi myślami, dopił resztę piwa jednym haustem.
- W Mieście Drzwi zawsze znajdzie się droga, ale faktem jest, iż jeśli to możliwe, najlepiej dowiedzieć się tego tu na miejscu. Z pośpiechem jednak bym uważał. Ta wyprawa jawi mi się jako co najmniej niebezpieczna.

- Xao Ti'zejeh. - Powiedział Luthir z jakimś gadzim akcentem, z lekką domieszką biesiego. Zabrzmiało to... Imponująco. Dość egzotycznie, albo jak mowa stworzona tylko po to, by brzmieć jak czyste zło. - Powiem ci tylko tyle, że zna go mało osób. To nie jest byle mowa, nigdy nie będzie. - Powiedział, dalej marząc po kartce, schodząc coraz bardziej z początkowego stylu na bardziej... "Kaligrafowane". - A do Alei można się ostatnio dostać przez wyrwę w budynku na północy. Dabusy go nie widzą bo go pewna uczynna klika ukryła zgrabnie. - Podrapał się raz jeszcze po głowie i na chwilę przerwał pisanie. - Chyba że już wyczaili i grzebie ziemię. Problem w tym, że wchodziła pod tym namiotem świra co modli się do Ao. Ale jego można łatwo ominąć, przecie nic nam się nie stanie. - Rzekł, kreśląc ostrożnie półokrąg na sercu z grobową miną. Chwilę później znów bazgrolił na kartce.
"Dε'ε, c'taqε Яio qōr εxεlξε˝"

- Ja koło tego świra od Ao chcę wyjść, mam tam kontakt. I drugi przy murze Kostnicy. No na Cień Pani, czy nikt mnie nie słucha? - warknął poirytowany Zafon. Jak kundlowi groził, zaczynał go słuchać; ledwo zaczął być miły i już go zlewał. Cierń mu w zad, skurla jego mać.

- Spokojnie. Nie wiem co z Vato, nie było mnie w tamtej okolicy troche czasu i z Krystal tez sie nie widziałam, po tym rozboju Aleja nie była najbezpieczniejszym miejscem...- rzekła Lena do Zafona, po czym wypiła resztę piwa i dokończyła posiłek.
- Nie Bashar, tylko Krystal. Idziemy do tego trepa, byle szybko, bom padnięta jest, a umyć się też trzeba, bo już ni moge. - wstaje od stolika i kiwa głową w stronę wyjścia.

Dopiwszy piwo, Zafon wstał, poprawił ułożenie miecza na plecach i ruszył w kierunku wyjścia, oglądając się na innych.

- Zaczekaj - rzucił Virion do Półłba widząc, że ten rusza ku wyjściu. - Idziesz zapytać o tego twojego znajomego, Lüthir? - zwrócił się do fey'ri i wstał od stołu. - Iść z tobą czy sobie poradzisz? - powiedział z nieco ironicznym uśmieszkiem, po czym zerknął na Zafona. Po tym, co stało się przy barze, spodziewał się, że ten kaduk będzie raczej chciał przypilnować półelfa-półdemona.

Bashar zbiera się do wyjścia w ślad za Zafonem.
- Chodźmy już- rzuca, widząc że drużynie zbiera się na pogawędkę- pogadacie w drodze.

Lüthir wstał od stołu nieco się ociągając, w końcu chowając kartkę i węgielek do kieszeni. Wyglądał, jakby się obudził i dopiero co zrozumiał mówiony przez Zafona tekst, odpowiadając mu.
- Kaduku, nie wiem jak ty, ale ja takich ogródków unikam, starczy mi waleziny. Chcesz to idź, ja poczekam.
Powiedziawszy to, ogarnął się się całkiem, odkładając jeszcze talerz na kupkę innych. Całkowicie olał drużynę dookoła i skierował się w kierunku stolika ze Zbieraczami.
Oparł się pewnie o krawędzie dwóch krzeseł, na jednym siedział Stonoga, kitrając się pod kłakami, zaś na drugim Rybny, miejscowy ulicznik znany z tego, że grabi trupy doszczętnie. Jego włosy miały nieprzyjemny, żółtawy odcień jak gdyby maczał je w dziwnych substancjach, a ostre rysy twarzy były raz po raz przecinane srebrnymi kolczykami wbitymi chyba przez najmniej sprawne ręce w Sigil.
- Słuchaj Stonoga... - Powiedział mu cicho na ucho, jednak nie starając się zbytnio na bycie tajemniczym wobec jego równie przetrzepanych przez Ulowy turpizm kolegów. - Gdzie jest Kutwa? Potrzebuję czegoś, może ci nawet odpalę kawałek jak mi pomoże...

Virion zbliżył się do odchodzących członków jego nowej drużyny.
- Hejże, gdzie się tak wyrywacie, dajcie Lüthirowi wypytać o jego informatora, czy kogo tam. A tak nawiasem, to kto w ogóle zlecił tę... misję? Moglibyście powiedzieć o tym cokolwiek więcej. O ile coś wiecie. No i, o ile chcecie coś więcej powiedzieć. Nie, żebym naciskał. Po prostu lubię wiedzieć, z czym mam do czynienia.

Bashar niechętnie zawraca, rzucając spojrzenie na aasimara.
- Mieliśmy się zbierać do wyjścia, a ty teraz wyskakujesz z pytaniami. Nie mogłeś ich zadać nieco wcześniej? Ehhh... -wzdycha- No dobra, co konkretnie chcesz wiedzieć?
Staje obok stolika, wahając się przez chwilę czy usiąść. To raczej nie zajmie dużo czasu myśli, decydując się nie siadać. Ogląda się i widzi że Zafon ciągle zmierza niespiesznym krokiem do wyjścia
- Ej, Zafon! Chodź tu jeszcze na chwileczkę!

Virion: - I tak nie zamierzacie chyba zostawić tu Lüthira? - odpowiedział półżartem, półserio. Po tym, jak fey'ri tak po prostu zaczął opowiadać o zadaniu jego drużyny i po tym, jak zareagował na to kaduk z bliznami po oparzeniu, Virion miał pełne prawo sądzić, iż półelf jest osobą nieobliczalną.
Aasimar oparł się tyłem o blat stołu i skrzyżował ręce na piersi.
- Cokolwiek. Wiecie coś oprócz tego, że macie... *mamy* - poprawił się - znaleźć jakiś kwiat z bliżej nieokreślonego miejsca zwanego Ogrodem Bólu? Znacie zleceniodawcę tej misji? Istnieje jakieś *znane* niebezpieczeństwo prócz trepów takich jak ci przed drzwiami, czy brniemy w to po omacku?

- No cóż, zlecenie otrzymaliśmy w miejscu zwanym -tu Bashar zniża głos do szeptu, tak żeby nikt go nie podsłuchał- Zakopaną Wioską, a wykonujemy je dla samej Królowej Złodziei, jeśli ci to coś mówi. Nie wiem jakie niebezpieczeństwa kryją się w związku z tą wyprawą, ale muszą być całkiem spore. Wieść niesie- Bashar jeszcze bardziej zniża głos, tak że trzeba się ku niemu nachylać żeby go słyszeć- że paru Ludzi z Cienia próbowało podołać temu zadaniu, ale żaden nie wrócił.

Virion: Aasimar zmarszczył brwi. Królowa Złodziei? Obiła mu się kiedyś ta śpiewka, czy raczej legenda o uszy.
Cóż, można się było spodziewać czegoś takiego. Oby tylko ta gra była warta świeczki.
- O Królowej i o Wiosce słyszałem jedynie plotki - również zniżył głos do szeptu. - Kim są ci "Ludzie z Cienia"? I jaka jest nagroda za to zlecenie?
To wygląda na jakąś grubą sprawę. Jeśli zapłata jest godziwa, w końcu będę mógł się zająć swoją duszą i ciałem. Może wyruszę do Ysgardu, to byłoby odpowiednie miejsce... No, ale nie ma co wyprzedzać faktów. Mam nadzieję, że dożyję końca tych poszukiwań.

- O Ludziach z Cienia lepiej nie gadać głośno- szepcze Bashar- bo nie wiadomo czy właśnie jeden z nich cię nie słucha. Ale są to najlepsi krwawnicy w bandyckim i złodziejskim podziemiu, i to nie tylko Ula. Działają w całym Sigil, a śpiewka niesie że też w innych sferach.
Rzuca spojrzeniem dookoła, upewniając się czy nikt go nie podsłuchuje.
- A nagroda? Stos miedziaków, tak jak można by się tego spodziewać.

- I ci ludzie nie dali rady? No to czeka nas niezła zabawa.
Virion obejrzał się na Lüthira.
Najwyższy czas już ruszać.

Bashar uśmiecha się szeroko słysząc słowa aludevy.
- Racja, ale ta zabawa nie będzie należeć do najbezpieczniejszych.
Zabójca podąża za wzrokiem Virona, który obserwuje Luthira i jest świadkiem śmiesznej sceny. Z jednej strony stoi kudłacz, z drugiej trzech zbieraczy. Obie strony łypią na siebie, ale nikt nic nie mówi, jakby ktoś ich zamroził. Bashar orientuje się, że ten pat w rozmowie musi trwać już chwilę. Co jest jego przyczyną? Nie wiadomo.
Po chwili namysłu Bashar postanawia dać sobie spokój z Luthirem i zwraca uwagę na siedzące przy stole Lenę oraz Ornellę. Oczywiście zdecydowanie bardziej na Ornellę.
- Co tam dziewczyny? Zbieramy się do wyjścia czy jeszcze coś zamawiamy?

- Ja tam czekam aż kudłak załatwi swoje sprawy. Wole siedzieć, bo coś czujem że jeszcze sie nachodze w najbliższym czasie- Lena zwraca się do Bashara nie czekając na reakcję towarzyszki. Odgina głowę raz w lewo, raz w prawo dopóki coś nie chrupnie w karku i poluzuje nieco spięte mięśnie. Stuka paznokciami w blat stołu czekając aż Luthir wreszcie powie co ma powiedzieć i wszyscy będą mogli ruszyć dalej.

Luthirze, kiedy zagadujesz Stonogę, zbieracz patrzy na Ciebie przeciągle, a jego oczy mówią wszystko na temat zaufania do jakichkolwiek obietnic kogoś z Ula
- Ty Luthir dobry jesteś, ani witam ani won...- Marudzi- A co do Kutwy, to ciekawe że go szukasz, bo on szuka ciebie. Popytaj w Ciemnej Alei. I nie obiecuj mi tu jakiejś eterycznej miedzi, tylko stawiaj bełta.- Nic więcej raczej od niego nie wyciągniesz.
Tymczasem drużyna zbiera się do wyjścia pod przewodnictwem Bashara, który prowadzi przyjaciół w jeden z pobliskich zaułków. U jego wylotu stoi kilku drabów, a w ich oczach zapala się nieprzyjemny blask, kiedy widzą zmierzającego w ich kierunku człowieka, Lenę i fey'ri- blask ów szybko znika, kiedy zza węgła wychodzą jeszcze Zafon, Virion i Ornella. Nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem, Bashar śmiało idzie wgłąb ciemnej uliczki.
Spod nóg uciekają Wam szczury. W powietrzu unosi się smród karbidu, moczu i pleśni. Mijacie jakieś stare beczki i połamane skrzynie, jak również leżące pod ścianami ciała żuli- już martwych czy wciąż żywy, ciężko stwierdzić. Uliczka jest tak wąska, że ściany niemal dotykają się nad Waszymi głowami; Waszych uszu dobiega chrapanie z jakiegoś okna powyżej, z innego spazmatyczne jęki kobiety. Nareszcie stajecie przed grubymi, solidnie okutymi drzwiami z klapką na wysokości twarzy. Niezrażony porą nocy, Bashar posyła w nie kilka dudniących kopniaków. Żadnej reakcji. Zabójca zgrzyta zębami i ponawia proces przez dłuższą chwilę, jednakże jedynym widocznym- a raczej słyszalnym- skutkiem jest skrzypienie otwieranych gdzieś niedaleko okiennic
- W czoło se załomocz, kapcanie kulawy!- Wrzeszczy ktoś ochryple, przy czym bynajmniej nie jest to głos Mordeczki- Won mi stąd trepy, menele!
Obok Was rozbryzguje się na chodniku zawartość wylanego nocnika, szczęśliwie chybiając celu. Niestety, Mordeczka najwyraźniej gdzieś wywędrował- może jest po prostu za wcześnie, stary paser rzadko wracał do domu wcześniej niż dobrych kilka godzin po przeciwszczycie. Odprowadzani wyzwiskami z okna cofacie się w kierunku głównej ulicy. Gdzie teraz?

"Człapnij tu człapnij, a będą torturki..." - Recytował Lüthir, patrząc na otwarte okno, z którego wydobywał się chrypliwy głos trepa. - Jak ja, na wiecznie rozpadające się Maladomini, kocham Ul.
Rzekłwszy to, schylił się powoli po jakiś kawałek kamienia, który właśnie odpadł z rozpadającego się kawałka ściany. Oglądnął go ze swoim pewnym wzrokiem i uśmieszkiem, jeszcze lepiej widocznymi w słabym, różowym światełku pochodzącym z jego szklistych oczu.
Stanął jak najbliżej tylniej krawędzi alejki i rzucił kamieniem w okno tak, by ten wpadł do środka.
Zadowolony z tego, właściwie nikłego, sukcesu, poobracał się parę razy na pięcie i popatrzył z pogardą na żuli w leżących przy ścianach.
- Czasem ktoś się tak zaczajał na ludzi, leżał, niby to martwy z grupką przyjaciół i się rzucał z nożem. - Powiedziawszy to, potrząsnął parę razy butem jakiegoś śmierdzącego alkocholem moczymordę i zwrócił się spowrotem do drużyny.
- Wspominałem wcześniej o pewnym demonologu, Ziwzeaku. Możemy się przespacerować do Domu Bramnego, do Kliki, znalazłbym go raczej szybko, kilka sal jest otwartych dla zainteresowanych. Przynajmniej tak było parę lat temu i tak było kilka tygodni temu. A z tego co wiem, w Ulu nie ma ostatnio epidemii...

Virion: W drodze, poza smrodem i ścielącymi co jakiś czas drogę pijaczynami, uwagę aasimara przykuła grupka skurli, którzy pewnie mieli już co do nich plany na tę noc, póki nie dostrzegli całości wesołej kompanii. Cóż, przy takiej pracy, tacy ludzie rzucali się w oczy mimowolnie.
- Nie rób tak - powiedział Virion, kładąc rękę na ramieniu Lüthira. Jego głos był harmonijny, ale zauważalnie ostrzejszy niż zazwyczaj. Ciężko było stwierdzić, czy ma na myśli rzut kamieniem, czy próbę wybudzenia jednego ze ściętych zapewne jakimś trunkiem żuli. - Zwracasz uwagę. Już paru bardziej przytomnych trepów zdążyło nas obrzucić dość sugestywnym spojrzeniem. Możemy iść do tego twojego czaromiotacza, ale co niektórzy - tu aludeva spojrzał na Lenę - woleliby pewnie odpocząć, a więc iść do Alei Węgłów. A poza tym to wywiedziałeś się w końcu od tamtych zbieraczy gdzie ten Kutwa?

Luthir: - Tia... - Przeciągnął z podejrzaną nutką w głosie Fey'Ri, czemu towarzyszyła nagła zmiana koloru jego gałek. Z łagodnego, przyjemnego w widoku różowego zmieniły się na okropnie zgniły. - Na Ciemnej, u Węgłów. Ale w przeciwieństwie do ciebie... - Zaczął, kładąc ręce na biodrach. - ...Nie myślę, że Aleja jest miejscem wyznaczonym do odpoczynku. Słyszałeś może o Wieszających? Zanim będę miał okazję zawisnąć dwa metry nad wejściem do Alei Węgłów, wolałbym jednak poświęcić te parę metrów na dostanie się do Domu Bramnego *i być może* spotkanie ze zgredziałym śmiałkiem, który by chętnie nam dał klucz do kwater Loży Ponurych. O ile oczywiście wolicie spać w smrodzie zmoczonej sierści niż z nożem na gardle, wąchając popiół i wiszące trupy.
Po tych słowach ostentacyjnie wgapił się w ślepia Aasimara, chcąc wywołać jakiekolwiek emocje. Rozglądnął się jeszcze wokół, widząc jakieś plamy fizjologiczne ściekające po ścianie naprzeciwko, a następnie wskazał palcem na mężczyznę, którego chwile temu kopnął.
- On nie żyje. A ten u góry jest spity w barana. To jest Ul, nie Dzielnica Pani czy inny, skurlony Wielki Targ...

Virion uśmiechnął się i rozłożył ręce.
- To nie ja wpadłem na to, żeby szukać schronienia na Węgłach. O ile pamiętam, to Lena miała tam mieć kogoś znajomego. Zresztą możliwe, że pracowałem kiedyś dla tej osoby. Kto to był? -rzucił do Leny aasimar, po czym skrzyżował ramiona i przybrał kamienny wyraz twarzy. Wpatrzył się w wylot uliczki, którą właśnie opuścili. - Nie mówiłem akurat o nich, co nie zmienia faktu, że lepiej zachować ostrożność. Jak już zdążyłeś zauważyć, to jest Ul - odpowiedział Lüthirowi, po czym westchnął. - Tak czy inaczej, co robimy? - zwrócił się do reszty towarzystwa.

Rozmawiając, wędrujecie niespiesznie w kierunku 'północnym'; szukające klientów ladacznice na widok Ornelli w Waszej drużynie schodzą Wam z drogi. Szukające jeleni Ulowe opryszki na widok Viriona, Zafona i pozostałych schodzą Wam z drogi również. Jakiś zabidzony kocur- zastanawiacie się przez moment, skąd on się tutaj wziął- przebiega Wam drogę na chwilę przed tym, jak przekraczacie sklepienie bramy prowadzącej do tak zwanej Północno-wschodniej Ćwiartki Ula. Ignorujecie jakiegoś mrocznego chudzielca, skrytego w cieniu potężnych filarów, który półgłosem zaprasza do obejrzenia jego 'towarów'- czymkolwiek by one nie były.
Wkrótce stajecie na placu przed Kostnicą; w kilku oknach masywnej kopuły głównej siedziby Grabarzy palą się trupiosine światła. Podczas gdy rozważacie następny krok, z budynku obok Was- jest to, jak Wam wiadomo, Proch Do Prochu, Grabarska speluna- wychodzi chwiejnym krokiem kilka osób w szarych opończach. Większość od razu zmierza w kierunku Kostnicy, jedna z postaci jednak zatrzymuje się na chwilę obok Drogowskazu, starożytnego zombiaka stojącego w okolicy drzwi. Ciężko Wam stwierdzić, czy po prostu bada jego- nie najlepszy zresztą- stan, czy może przegląda ogłoszenia, jakimi obczepione jest ciało nieumarłego. Po chwili Grabarz oddala się śladem kompanów, nie zaszczyciwszy Was bodaj spojrzeniem.
Stoicie zaledwie kilkanaście kroków od Alei Niebezpiecznych Węgłów, niestety jakiś czas temu dabusy odcięły tamten obszar całkiem solidnym murem; mur ów, jak zresztą wszystko w Klatce, dabusy zbudowały nie przejmując się specjalnie tym, co stało im na drodze- kamienno-żelazna ściana przechodzi gdzieniegdzie na wylot przez stojące na jego trasie budynki. Prawdopodobnie w jednym z nich znajduje się owo przejście wspominane przez Luthira.
Zafonie, z miejsca w którym stoicie możesz dostrzec po drugiej stronie placu dach domu Karo, wciśniętego między ścianę Mauzoleów, a jeden z bardziej reprezentacyjnych budynków w okolicy- siedzibę słynnej w okolicy czaromiotaczki Shilandry.
Do Nocnego Rynku, przy którym stoi Dom Bramny, jest stąd kilkanaście minut drogi wzdłuż innego, sąsiadującego z Kostnicą muru oddzielającego Żużle od reszty Ula. O tej porze nocy nie jest to najrozsądniejszy wybór drogi, tego świadome byłoby nawet dziecko.
Lena nagle ziewa, rozdziawiając paszczę tak, jak gdyby chciała połknąć Kostnicę; natychmiast zresztą zaraża tym Bashara i Ornellę, którzy to jak na komendę czynią dokładnie to samo- krztusząc się przy tym od śmiechu.
Czas podjąć jakieś kroki.



CDN
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

Awatar użytkownika
maeliev
Global Moderator
Posty:96
Rejestracja:pn paź 15, 2012 12:44 am

śr lis 07, 2012 11:17 pm  

Bashar spogląda na towarzyszy, ziewając przy tym.
- Mojego znajomka nie znaleźliśmy, to może popróbujemy z waszymi? Gadka była o Alei Niebezpiecznych Węgłów.
Przygląda się potężnie ziewającej Lenie.
- Masz tam jakieś kontakty, zgadza się? Do Alei jest stąd parę kroków, to jak będzie, idziemy?

Lüthir odchrząknął parę razy jakby dla zwrócenia uwagi w stronę Bashara, tylko po to, by następnie zrobić długą przerwę. Ten patrzył się na niego, nie wiedząc jak zareagować, Lena nie wiedziała czy odpowiedzieć, ale w końcu przybliżył się nieco do kompanii, wcześniej przypatrując się grupce jakichś łachów ciągnących zwłoki.
- Tak, Krystal. Ta dziewka od Kolczastych. - Rzekł, odgarniając kołtuniące się kłaki za uszy, by widział lepiej towarzysza. - Idziemy, cholera, byle się ta lalunia nie wystawiła, nie mam skurlonej ochoty użerać się na każdym kroku z jakimiś pomiotami mającymi fetysz na wieszanie przechodniów nad bramą.
Co za trepy, przeciwszczyt a ci chcą przechodzić kółka na Alei Węgłów. Za chwilę się okaże, że nikt w niczym nie pomoże i będzie trza od nowa. Te ogrody są prawie jak Belzebub, Władca Much!
Fey'Ri podwinął nieco rękawy zabłoconego kombinezonu Lim-Lima, a nasępnie wyszeptał jakieś przekleństwa pod nosem. Zrezygnowany odwrócił się spowrotem do Bashara.
- Idziemy.
Powiedziawszy to, przeszedł parę kroków w kierunku wejścia do małego budynku, niezabudowanego wewnątrz przez dabusy. Ktoś dobrze to wiedział i wykorzystał, rozwalając ścianę i stawiając na jej miejscu prowizoryczne drzwi obłożone szmatami tak samo jak wszystkie ściany wewnątrz. Miało to odgonić nieproszonych gości, ale mimo to mnóstwo było ofiar gangów. Pomieszczenie było dość obszerne, i chociaż nie widzieli dobrze wejścia, do sylwetka klamki malowała się od światełka tlącego się w świeczce, przy której siedziało kilku ludzi, dyskutując namiętnie o biesach.
Przybliżył się do drzwi i przycisnął klamkę...

- Krystal i Kolczaste Anioły? - Virion na moment się zamyślił, po czym na jego twarz wpełzł niewielki uśmiech. - Ciekawym, czy mnie jeszcze pamięta. Chyba z dwa lata będzie... - Widząc, jak Lüthir rusza ku drzwiom, mającym jakoby prowadzić na Aleję, aasimar rusza za nim, zatrzymując się jednak na chwilę przed towarzyszami.
- Wprawdzie, jak mnie pamięć nie myli, przy kostnicy miał mieszkać jeszcze ktoś, kto mógł pomóc, ale moim zdaniem równie dobrze można go szukać za dnia miast w przeciwszczycie.
Gdy fey'ri naciskał klamkę drzwi, aludeva odruchowo poprawił ułożenie miecza.

...i poczuł Luthir na swem karku chłód metalu, kiedy doskonale ukryty w cieniu 'odźwierny' położył na nim płaz miecza.
- Kto? Gdzie?- Warczy strażnik przejścia- Tak bez pukania?
Siedzące w głębi sali pozginane żule, wianuszkiem otaczające mikre palenisko, podnoszą się, zrzucając łachmany. Kilka uderzeń serca później, majstrujący przy sekretnym przejściu Luthir zostaje otoczony przez grupę niezbyt przyjaźnie wyglądających istot i zaszachowany mieczami pod ścianą. Reszta drużyny obserwuje zajście z zewnątrz budynku z lekkim niepokojem, ale i rozbawieniem.
Leno, masz wrażenie, że jakieś twarze spośród owych obcych są Ci znane. Kiedy ogieniek wystrzeliwuje na moment żwawszym płomieniem, dostrzegasz pokrywające ich ciała tatuaże i już wiesz na pewno- to Kolczaste Anioły. Tatuaże zresztą rozpoznajecie wszyscy, z twarzami gorzej.

Virion, widząc, jak fey'ri zostaje otoczony przez oprychów, westchnął i podszedł doń.
- My. Na Aleję - odpowiedział lakonicznie, zanim Lüthir zdążyłby coś palnąć, przy czym spojrzał się na resztę drużyny.
Mam nadzieję, że ta dziewczyna naprawdę zna się z Krystal i tym gangiem. W przeciwnym wypadku moje ostrze znów będzie musiało dziś zakosztować krwi...

I stał tak Zafon i rozmyślał nad najbezpieczniejszą dla poirytowanych, skłóconych i niedospanych trepów drogą do informatorów, tak żeby się jak najmniej nachodzić i jak najrzadziej dostawać po mordzie od jakichś skurli. Niestety, nim tak wspaniały plan zdołał choćby wykiełkować, drużyna ruszyła za kudłaczem, a Zafona trafił szlag. Nawet by i powiedział trepowi, żeby zapukał czy poszukał mniej ryzykownego wejścia, ale ten musiałby chcieć raz na jakiś czas posłuchać. A jedyne, czego kundel słuchał, to prawo silniejszego. No i ten trep z mieczem był obecnie od Luthira silniejszy.
- Karo poczeka, pewnie i tak śpi. A Vato... Vafo... Vato. Vato może czytać. Jedyne, co mu wychodzi - mruczał do siebie Zafon, patrząc na świat spode łba i kaptura. Znowu swędziały go blizny. Dobrze, że są tylko od zewnątrz, pomyślał.
Dogoniwszy drużynę i prowadzącego ją debila, Zafon zatrzymał się za Luthirem i spróbował ocenić sytuację. Lena wpatrywała się w trepów jak Pani w ból, więc mogła ich znać. Albo i nie, cholera to wie przecież. Virion spróbował rozwiązać sytuację pokojowo, też cholera wie jak to wyjdzie. Luthir wpuścił nas znowu w kanał, pomyślał, więc serio trzeba go kiedyś sprzedać na przemiał. A oprychy jak to oprychy, konkretni. Nawet miecze mieli. Łał.
I tak sobie stał biedny Zafon, wiedząc, że gdy odpowiednio zegnie palec lewej dłoni, wskoczy w nią nóż z karwasza, a w tym samym czasie rzucałby już nożem ze skrytki w pasie. Po wszystkim w pół sekundy miecz wjechałby w prawą dłoń, która po rzucie zakończyłaby łuk dokładnie w miejscu, gdzie znajdzie się rękojeść ostrza. Czyli byłoby dwóch z głowy i mógłby walczyć z trzecim. Ale - raz, było ich na pewno dużo więcej. Dwa, rzuty w takiej gęstwinie swoich i wrogów to samobójstwo. Trzy, obok stał Luthir, a przy dzieciach bronią bawić się nie wolno. Jeszcze mogłoby się komuś coś stać, nie?

- Ano, na Aleję my, do Krystal z wizytą.
Wpada w słowo Vironowi Bashar, podchodząc bliżej drzwi. Zerka na drużynę. Zafon wygląda na gotowego do walki, a Viron zamierza chyba wszystko rozwiązać słownie. Lena patrzy na tych ludzi jakby ich znała... są to niechybnie Kolczaste Anioły. Najdłużej Bashar spogląda na Ornellę. Gdyby doszło do walki mogłoby się jej coś stać. A do do tego nie mogę, psiamać, dopuścić- myśli zabójca. Ale jeśli Lena rzeczywiście zna tych krwawników, to raczej żadnego zagrożenia nie ma, chyba że Luthir coś walnie.
- Do Krystal, mówię- kontynuuje- my są swoi, to diabelstwo to jej dobra znajoma- mówi, wskazując na Lenę.

- Co ty powiesz- Odpowiada jeden z Kolczastych Basharowi, przypatrując się Lenie
- Tego aludevę też już kiedyś widziałem- Mruczy drugi popatrując na Viriona. Napięcie wiszące w powietrzu nieco się rozprasza
- Dobra- Mówi pierwszy zapraszając Was gestem do środka- Lena, ręczysz za nich.
Wchodzicie do półmrocznego wnętrza sadyby, popatrując z lekkim niepokojem na Kolczastego, który wskazuje Wam ścianę obok. Nie ma na niej choćby zarysu drzwi, ani nic co by je przypominało. Anioł patrzy na Was chwilę, po czym kręcąc głową dotyka muru, w którym zapada się jego dłoń. Najwyraźniej jest to jakaś iluzja. Wzruszając ramionami i mrucząc 'dzięki' Lena pierwsza wchodzi prosto w ścianę i znika w niej; podążacie za nią w gotowości.
Większość muru faktycznie okazuje się dość prostą iluzją, od środka widzicie wyraźnie, że jest jednostronna i cienka jak papier. W pomieszczeniu po drugiej stronie brak przeciwległej ściany, wychodzi więc ono prosto na Węgły. Aleja jest w zasadzie niewielkim placykiem, otoczonym rozlatującymi się lepiankami. Przylepiona do chaty przez który właśnie przeszliście stoi zruinowana, nosząca ślady pożaru świątynia, a w dalekim rogu Alei, pochylony niczym właśnie się rozpadający domek z kart, stoi spory, piętrowy magazyn- są to w okolicy jedyne dwa budynki z prawdziwego zdarzenia. Po placu, między porozstawianymi tu i ówdzie namiotami, kręci się garść Kolczastych Aniołów, na murku niedaleko Was dwóch gnomów druciarzy usiłuje naprawić koło wózka zawalonego jakimiś rupieciami; od razu rzuca się w oczy brak żuli czy ladacznic. Miejscowy gang, trzeba im przyznać, całkiem zgrabną siedzibkę sobie zorganizował- szczególnie teraz, kiedy koziogłowi odcięli cały obszar od reszty Ula; perfekcyjne leże i punkt wypadowy.
- Kupujecie? Sprzedajecie?- Pyta nachalnie jeden z gnomów, kiedy ich mijacie, pod przewodnictwem Leny zmierzając w kierunku magazynu. Z namiotu obok wychodzi, przeciągając się jak kot, wysoki, żylasty mężczyzna, wokół którego wiruje niespokojnie niewielki trójkąt z jakiegoś metalu bądź kamienia- ten nie wygląda ani trochę na ulowego bandytę, raczej na gościnnego obieżysfera zaznającego chwili odpoczynku; przygląda się Wam chwilę z ciekawością, po czym wraca do swoich spraw. Kilka mijanych osób pozdrawia Lenę, padło także miano Luthira; przyjazne klimaty.
To co, prosto do Krystal, czy jeszcze jakieś ruchy..?

Po przejściu iluzji i człapaniu za drużyną, Zafon podszedł do Leny. Krystal, jeśli faktycznie kierowała tym gangiem, mogła być niebiezpiecznym informatorem. A Vato był co najwyżej świrem z nosem w księgach.
- Pierw idziemy do tej twojej Krystal, czy do Vato?

Virion, kątem oka obserwując Kolczastych, zdecydowanym krokiem przeszedł przez iluzoryczną ścianę. Po części znajomy, a po części nowy widok nie zdziwił aasimara. Wszak w Sigil ciągle się coś zmienia. A ta zmiana najwyraźniej dla niektórych była całkiem wygodna. Anioły nieźle się tu urządziły. Kiedy minęli gnomów, Virionowi przemknęło tylko przez głowę, że zanim ich drużyna straci okazję, warto by się lepiej zaopatrzyć. No, ale pora raczej temu nie sprzyjała. Virion szedł w milczeniu zgodnie z kierunkiem wytyczonym przez resztę. Spokoju wciąż mu jednak nie dawała rudowłosa kobieta. Z pewnością była kimś ważnym, a reszta zdawała się tego albo nie dostrzegać, albo lekceważyć... a może po prostu się tym nie przejmować. Aludeva osobiście postanowił wybrać trzecią z tych opcji, a przynajmniej dopóty, dopóki nie będzie lepszego momentu na rozmowę z Ornellą.

Luthir: - Vato. - Parsknął Fey'Ri, jakby bez większych emocji. Zapewne gdyby wiedział gdzie iść, teraz bez słowa by ruszył w tym kierunku, jednak ta opcja była dla niego raczej zagrodzona, toteż odwrócił się do drużyny kładąc ręce na ramionach i obserwując ruiny katedry pokrywające się z odległym wejściem do Ula, stąd gdzie stał. - Kimkolwiek jest.
Współpraca nie poszła, układ się posypał a przeprosiny nic nie dały. Musiałem odejść, zawsze jej ogródek był ponoć taki dobry, tylko jak mnie zobaczyła to nagle zbladł. A myślałem, że jej nigdy nie zobaczę. Najlepiej będzie, jak będę udawał. Tak, że nic się nie stało, że Saga wcale przez nas nie zginął, że Gwoździa tam nigdy nie było. Tak, to najlepsze wyjście... Chyba.
Zamyślony Lüthir w końcu obudził się z małego transu i powiedział do Zafona. Jego wzrok był jakiś dziwny, tak jakby dopiero teraz zainteresował się pół-łysiną towarzysza, przyglądając się włosom z jednej półkuli.
- Idziemy najpierw do Vato, prowadź.

Lena patrzy na Luthira przeciągle
- Czemu mnie siem wydaje, że jak tylko jakomś kwestiem można poruszyć od rzyci strony, natychmiast tak to robimy?- Pyta- Weszliśmy na terytorium gangu, czebaby pokazać się hersztowi, hmm? A poza tym- Wskazuje na Półłba rozglądającego się po placu- myślem, że Zafon nie ma pojencia, w której dziurze ten Vato siedzi, o tia!
Cóż, faktycznie tak jest; Węgły nie są dla Ciebie, Zafonie, nowością, ale nie byłeś tu przynajmniej od czasu zamurowania obszaru przez dabusy, a nawet dłużej. Wzruszając ramionami, grymasem twarzy przyznajesz Lenie rację
- Zapytajmy wienc Krystal- Białowłose diabelstwo raczej oznajmia niż pyta, po czym podejmuje kierunek- Idziemy!
Idziecie za nią, przy czym Bashar nie wiadomo dlaczego chichocze złośliwie pod nosem. Parę chwil później stajecie przed leciwym, osmolonym dawno temu magazynem; na stercie zardzewiałych sztab przed wysokimi drzwiami przycupnęła grupka Kolczastych Aniołów. Jeżeli ich zadaniem jest pilnowanie drzwi, to podchodzą do obowiązków dość luźno- świadczą o tym dzierżone przez nich cynowe dzbany, do których co chwila zaglądają.
- Oo, maua Lenka!- Wykrzykuje nieco bełkotliwie ryży drab z pokiereszowana mordą- Dawno ciem nie byuo! Jak ci leci, siwa?
- Jak co miesionc- Odpala Lena bez mrugnięcia okiem- A o ciebie Harmonium siem pytało...
- O, tia?
- Tia!- Dziewczyna mija ich i prowadzi Was do wnętrza budynku- Za długo zalegasz Radzie Miasta twarzowe!
Odprowadzani rechotem kompanów ryżego wchodzicie do mrocznego wnętrza. Pokonawszy krótki, wysoki korytarz, przechodzicie na przestrzał przez salę pełną różnorakich skrzyń i beczek, między którymi tu i ówdzie na swoich zaimprowizowanych legowiskach kimają Anioły; wysoki strop podtrzymują solidne bele.Jedynie u stóp schodów, na które się kierujecie, przestrzeń została oczyszczona na tyle, by pomieścić tam solidny stół na jakieś dwadzieścia głów. Nikt przy nim akuratnio nie zasiada, blat pokryty jest kubkami, dzbanami i ogryzionymi kośćmi; w sąsiedztwie stołu huczy sporych rozmiarów kominek, przed którym z wyciągniętymi rękami siedzi jakiś starzec nie zwracający na Was najmniejszej uwagi
- Cześć, dziadku!- Krzyczy do niego Lena wbiegając na schody. Staruszek kiwa się nieznacznie, ale nie odpowiada.
Podążacie za Leną na piętro, mieszczące podobną wielką salę. Jest tu dużo jaśniej i jakby nieco czyściej, a zdecydowanie przestronniej- zamiast skrzyń i beczek, na środku sali ustawione jest kręgiem kilkanaście krzeseł i foteli. Pod ścianami stoi kilka stołów i półek zawalonych kłódkami, zamkami i wytrychami, walają się jakieś pergaminy pokryte schematami złodziejskich narzędzi czy planami jakiś budynków. Wygląda na to, że struktury Kolczastych Aniołów powoli zaczynają się całkiem ładnie organizować. Tymczasem jednak, z jednego z dwóch wielkich foteli stojących przed kominkiem w głębi sali, podnosi się rudowłosa kobieta; jej ruchy są spokojne i opanowane, a rysy ostre i wyraziste. Na lewym policzku nosi bliznę, wyglądającą na nie starszą niż kilka tygodni. Kiedy się zbliża, zauważa spojrzenie Leny i pociera policzek dłonią
- A tak- Jej głos, tak jak jej ruchy, jest spokojny i opanowany, aczkolwiek pobrzmiewa w nim nuta zdecydowanej stanowczości- Jakiś desperat machnął mnie nożem... Nic groźnego, szczęśliwie, zawsze mogłam skończyć jak Żelazna Nalls, nie?- Uśmiecha się, zwracając do dziewczyny- Witam, siostrzyczko! Trochę cię nie było, a u nas jak widzisz, wszystko do przodu... Ty też, widzę- Tu przeciąga wzrokiem po reszcie drużyny, na sekundę dłużej zatrzymując spojrzenie na Ornelli- Niezłej hanzy się dorobiłaś! Jestem Krystal, głowa tutejszej małej społeczności, zwanej Gangiem Kolczastych Aniołów.- Przedstawia się kurtuazyjnie, po czym spojrzeniem wraca do Leny- Czemuż zawdzięczam waszą niespodziewaną wizytę?

Bashar robi krok do przodu.
-Witaj! Jestem Bashar, zabójca i towarzysz Leny. Ten krwawnik obok mnie to Zafon, kudłacz to Luthir, zaś- tu jego głos staję się jakby łagodniejszy i spokojniejszy- ta piękna dziewczyna to Ornella. Potrzebujemy pewnej informacji... A Lena mówiła że Kolczaste Anioły mogą ją posiadać.
Uśmiecha się lekko i rozgląda po pomieszczeniu, lustrując półki, skrzynki i kartki z różnymi planami.
- Teraz już wiem, dlaczego tak myślała. Nieźle żeście się urządzili, o tak. Pewnie informacji z Ula też trafia do was sporo- uśmiecha się, mając nadzieję że jego przemowa wywołała pozytywne wrażenie- ale akurat ta, której potrzebujemy jest nieco inna i dziwniejsza.
Robi krótką przerwę, dając Krystal czas na przeanalizowanie tego co powiedział.
-Ogród Bólu. Wiesz coś o nim? Albo ktoś tu coś wie? Każda informacja, nawet najmniejsza byłaby przydatna.

Krystal nieoczekiwanie wybucha śmiechem i klaszcze w ręce
- Patrzcie państwo- Śmieje się- A ja pomyślałam, że leża i wody szukacie, hahaha!- Znienacka poważnieje- A może to nie żart, tylko podstęp, hmm? Cóż ja mogę wiedzieć o tym, nad czym lokatorzy Wiejskiej łamią sobie głowy?- Popatrujecie po sobie niespokojnie- Pogadajcie z jakimś mądralą, Pergaminem, Vato czy innym Knepem... Choć myślę że Lothar czy Montek byliby bardziej na miejscu. A tak na boku, miło mi Cię poznać osobiście, Basharze Pierwszaku... Słyszałam o tobie. Ciekawa kompania się wam zebrała, nie powiem... Ciebie też poznaję, Virion, nieprawdaż? Ot, dobre krwawniki są jak koty, zawsze krążą po tej samej spirali... Czym jeszcze ciekawym mnie uraczycie, hmm..?

- Zawsze do usług. Za odpowiednią opłatą, ma się rozumieć. - Virion nieznacznie się uśmiechnął.
Wiejska? A to co znowu? Cóż, zapytam później... I znowu zdaje się, że Ornella wywarła na kolejnej liczącej się osobie wyjątkowe wrażenie... Bashar Pierwszak? A więc nie z Sigil.
- W zasadzie, to szukamy też leża i wody. Nie pogardzilibyśmy również wiedzą, gdzie znaleźć wymienione przez ciebie osoby, na przykład Vato. Czyż nie? - zwrócił się z raczej retorycznym pytaniem do reszty 'hanzy' po tym, jak pozwolił sobie zabrać głos.

Bashar niespodziewanie wybucha śmiechem.
- Ha, stwierdzenie że trafia do was sporo informacji było prawdziwsze niż się tego spodziewałem. A jak już jesteśmy przy Knepie, wiesz gdzie go znaleść? Słyszałem że skitrał się gdzieś w Ulu po ostatnim skoku, ale nie wiem gdzie. A ten cały Vato z tego co zasłyszałem mieszka tu na Alei.
Przerywa na chwilę gadaninę, która miała zamaskować zaskoczenie. Dziewczyna wie zaskakująco dużo, co Bashara niepokoi, ale niespecjalnie dziwi. Żeby liczyć się w podziemiu, gang musi mieć informacje. To podstawa. Tylko jak Lena skumała się z taką osobą? I jakie jeszcze znajomości może mieć?!
Spogląda zaraz na diabelstwo z większym szacunkiem. Takie znajomości mogą być przydatne. Widać Lena jest zaradniejsza niż się wydawało, skoro sobie takie wyrobiła
- Więc tak jak Viron mówi, jakbyś wiedziała gdzie oni są... no cóż, miło by było gdybyś się podzieliła wiedzą.

Krystal rzuca Basharowi spojrzenie pełne kpiącego niedowierzania
- No pewnie, że by było miło!- Wybucha śmiechem, w którym jednakże pobrzmiewa jakaś groźna nutka. Urywa niespodziewanie i patrzy kolejno w Wasze twarze, zatrzymując spojrzenie na Virionie- Vato rzeczywiście zamieszkuje tu od jakiegoś czasu... Sprytny koleżka. Znajdziesz go w świątyni tego świra Aoli- Mówi wprost po czym przenosi spojrzenie na Bashara- Z Knepem dziś nie pogadasz, nie będzie go całą noc, wierz mi- Szefowa Kolczastych Aniołów uśmiecha się wieloznacznie i klaszcze- Tymczasem dość! Beczki w pobliżu wejścia do tego magazynu zawierają w miarę czystą wodę... Zorganizujcie sobie jakieś legowiska w sali na dole, bo rozumiem, że waszej wizyty o tej porze nie zawdzięczam jedynie pośpiechowi, hmm?- Zatrzymuje spojrzenie na Lenie, ale generalnie brzmiała, jakby Was już na dziś żegnała.

- Taa, dzięki za wszystko- odpowiada Bashar uśmiechając się lekko, po czym odwraca się do drużyny- no to koniec przygód na dzisiaj, idziemy sobie zrobić leże.
Po tych słowach zaczyna iść do sali na dole, którą wskazała im Krystal.

- Jesteśmy niezmiernie wdzięczni za gościnę - dopowiada z uśmiechem Virion, po czym rusza za pierwszakiem, jak się niedawno dowiedział. Gdy ich grupka już zeszła, aasimar podchodzi do rudowłosej.
- Ornello, czy byłabyś skłonna zamienić ze mną kilka słów? Jeśli byłoby tak dla ciebie wygodniej, to na osobności, choć ja nie widzę po temu powodów.

- Myślę, że możemy spróbować- Ornella patrzy na Viriona uważnie i z powagą- Choć w tym momencie nie ma to większego znaczenia.- Dodaje enigmatycznie- Wolisz tu czy na zewnątrz? Prowadź!
Chwilę się nad czymś zastanawia, po czym półgłosem mówi coś do aludevy, coś, czego nikt z pozostałych nie słyszy.

- Sądzę, że jednak lepiej na osobności.
Kim ona jest? - myśli, wychodząc i starając się zachować pozory spokoju. Serce wciąż bije mu szybciej niż powinno. Zerka tylko, czy rudowłosa idzie za nim i wychodzi. Kieruje swe kroki w najbliższe miejsce, które wygląda na w miarę ustronne.

Zafon spokojnie przyjął zarządzenie Leny i podążył za grupą w kierunku bandy. Krystal zrobiła na nim wrażenie - silna, stanowcza i, jakby nie patrzeć - kobieta, która rządzi jednym z największych gangów w Klatce. Nigdy nie rozmawiał z nią osobiście, choć słyszał, iż przeżyła tu potężną masakrę parę lat temu. Niezwykła to osoba, nawet jak na Sigil, pomyślał.
Informacja o Vato utwierdziła go w przekonaniu, że dalej siedzi w księgach u kapłana. A ten, jak niemal każdy wiedział, zbierał haki na Panią, studiował ją solidnie, by przywrócić Aoskara na tron. Więc, jeśli ten kwiat faktycznie pochodzi z ogrodu Pani, trop może być owocny.
Jednak możliwość obmycia się, przespania - nawet i bez towarzystwa - i ogólnego doprowadzenia do porządku kusiła strasznie, a i Lena, jako przewodnik grupy na terenie Węgłów, wyraźnie skłaniała się ku temu. Toteż Zafon rzucił do reszty:
- To co, idziem spać? Rano załatwimy resztę.
Do Bashara zaś skierował dyskretny znak, który powinien znać każdy "mniej legalny" mieszkaniec Sigil, a znaczący "oczy dookoła głowy". Bądź co bądź znajdowali się na terenie gangu, który mógł ich powiesić za jaja na katedrze bez żadnych konsekwencji. Nadzieja, że znajomość Leny z Krystal, która nazwała ją siostrą, może ich ochronić, nie wygrała z doświadczeniem.

Kiedy już znajdujecie się w sali na dole, Lena , najwyraźniej obznajomiona z miejscem, otwiera jakąś skrzynię stojąca pod jedna ze ścian i zaczyna wywalać z niej grube koce
- Bierzta śmiało- Informuje, po czym wyciąga jeszcze z głębi kufra jakiś amulet, który Wam pokazuje- I bez wszów!- Dodaje ze śmiechem wrzucając amulet z powrotem do skrzyni; bierze dwa pledy i zwinnie instaluje się między beczkami moszcząc sobie miejsce do spania.

Bashar schodzi po schodach, mając nadzieję odpocząć wreszcie po ostatniej nocy, która obfitowała w przygody. Krystal zrobiła na nim dobre wrażenie, powinni raczej być tu bezpieczni. Staje obok Leny, zajętej grzebaniem w kufrze. Nagle zauważa, że Zafon dyskretnie pokazuje mu znak. 'Bądź czujny, miej oczy dookoła głowy' oznacza. Bashar instynktownie rozgląda się dookoła... i z niepokojem zauważa, że Ornella i Viron nie zeszli jeszcze ze schodów. Co prawda niebianin wspominał dziewczynie coś o rozmowie na osobności, ale mimo wszystko...
Rzuca zaniepokojone spojrzenie na Zafona, niepewny czy chodziło mu o brakującą dwójkę, czy może o coś innego. Leniwym podchodzi do niego, starając się udawać wyluzowanego.
- To o nich ci chodziło? -mówi szeptem, tak żeby usłyszał go tylko Zafon, rzucają przy tym dyskretne spojrzenie na schody.

- O wszystko, trepie. Gang. Rewir. Trzymajmy się Leny - odparł Zafon szeptem, czyniąc wszystko, co mógł, by był słyszalny jedynie dla Bashara. A przy tym nie kłapać jadaczką jak krowa.
Następnie rozejrzał się, lecz nic go nie zaniepokoiło. Ostrożności, rzecz jasna, nigdy za wiele, więc między beczki położył się z bronią, na tyle blisko Leny, by móc ją obudzić. Tak na wszelki. Przykrył się płaszczem, ułożył wygodniej na starym worku, wytrząsnął szczura spod głowy i spróbował się przespać. Oczywiście, czujny sen wszedł mu już w krew - dzięki temu zapewne przeżył więcej lat, niż potrafił zliczyć - acz zawsze najgorsze było zaśnięcie. Miał nieodparte wrażenie, że kiedyś się nie obudzi.

Ornella samotnie zbiega ze schodów. Rzuca krótkie spojrzenie na moszczącego sobie legowisko Zafona- i stojącego obok Bashara- potem zaś na Lenę, wyciągniętą z zamkniętymi oczami niczym w najlepszym łóżku; ostatecznie bierze przykład z tej ostatniej, szybko i zręcznie montując przytulne miejsce do spania, czerpiąc bez żenady ze wskazanego kufra. Zagrzebując się w komfortowo wyglądające leże, zrzuca z siebie tunikę i sporą część przyodziewy, przy czym świadkom tej sceny nieco wydłużają się miny. Chwilę zajmuje jej odpowiednie ułożenie się, po czym, z błyskiem oka, spogląda na Bashara
- Kładziesz się, czy masz zamiar łaziorować jutro po okolicy niczym jakiś otumaniony zombiak?

- Nie musisz, nie musisz - zapewnia Virion Ornellę, kiedy ta od razu się odwraca i zbiega. Przez chwilę stoi jeszcze na schodach, pogrążony w myślach. Cóż, miał o czym myśleć. Wyglądało też na to, że dzięki losowi dane mu będzie zobaczyć wiele niezwykłych rzeczy i osobistości, skoro zaczęło się od kogoś takiego... Orientując się, że wygląda teraz pewnie co najmniej jak nierozgarnięty pierwszak, rusza z wolna na dół. Za przykładem innych robi sobie leże, korzystając ze skrzyni z kocami. Kładzie się z mieczem tuż obok siebie, pod ręką.

W powietrzu rozbrzmiewa delikatne, tęskne zawodzenie fujarki- to starzec przy kominku, dobywszy glinianego, okrągłego instrumentu, wygrywa jakąś nocną melodię. 'Uwielbiam to', mruczy Lena mlaskając sennie ze swojego barłogu. Sen powoli bierze Was w swe ramiona.
Luthir, toniesz w grzywie czarnych, pachnących arborejskim jaśminem włosach... Czujesz chłód jedwabnego dotyku alabastrowej skóry, w Twoich uszach wibruje szept, jednak nie rozpoznajesz słów... Jesteś szczęśliwy, tak szczęśliwy i beztroski, jak nie byłeś od bardzo dawna...
Basharze, śni Ci się Ornella nachylająca się nad Tobą... Otumania Cię jej zapach, jej szept jest słodki niczym niebiański miód- a jednak wprowadza w Twe serce nutkę niepokoju; mówi o konieczności rozstania, i choć popartego obietnicą ponownego spotkania, wcale Ci się nie podobającego... Próbujesz oponować, ale Twoje ciało jest wiotkie, słowa nie chcą wydostać się z Twoich ust... Próbujesz podnieść rękę, ta jednak opada bezradnie na derkę... Ornella, uśmiechając się słodko, obdarza Cię najcudowniejszym pocałunkiem jakiego kiedykolwiek zaznałeś i rozpływa się w mroku... Już spokojny, śpisz dalej bez snów.
Zafonie, coś wyrywa Cię z Twego czujnego snu. Fujarka już dawno umilkła, wokoło słychać jedynie pochrapywanie nocujących na sali i trzask polan w kominku. Spod przymkniętej powieki, nieruchomy jak skała, obserwujesz obcego mężczyznę w charakterystycznym ubraniu Ludzi-Z-Cienia, który pochyla się nad Leną, Dłoń Twoja już spoczywa na rękojeści sztyletu, tamten jednak nie wydaje się mieć wrogich zamiarów- delikatnie budzi dziewczynę nakazując jej ciszę; na twarzy Leny widzisz rozbłysk radości, kiedy bezszelestnie rzuca mu się na szyję. Chwile tkwią nieruchomo we wzajemnych objęciach, po czym diabelstwo bierze swoje buty i cichutko podąża za nim w stronę wyjścia z sali. Scena nie wzbudziła w Tobie żadnych podejrzliwych uczuć, wygląda na to, że spotkało się tu dwoje starych znajomych. Postanowiwszy dać im chwilę dla siebie, zapadasz ponownie w czujny sen.
Virionie, śpisz czujnie i zdrowo, bez żadnych sennych majaków czy niepokojów.
Luthir, budzisz się w doskonałym nastroju. Nie boli Cię szyja, generalnie fizycznie czujesz się doskonale, a jakby tego było mało przepełnia Cię jakaś euforia, jakieś bliżej niesprecyzowane uczucie, że zbliża się coś przyjemnego. Ledwo pamiętasz jakiś obrazy ze swoich snów, ale zamiast smutku i tęsknoty za Sovią czujesz nieoczekiwana radość. Wstajesz ochoczo, bardzo spragniony.
Virion otwiera oczy zaraz po Luthirze. Dookoła zaczyna się dzień, kilka osób pluszcze się przy beczkach stojących obok wejścia, rozlegają się ziewnięcia i poranne jęki towarzyszące przeciąganiu.
Zafon, pierwsze na co pada Twój wzrok po otwarciu oczu, to pusty barłóg Leny i skrawek papieru przybity nożem nad jej wezgłowiem. Momentalnie, w pełni przytomny, stajesz na nogi.
Bashar, przewalasz się rozanielony po swym leżu, rozkoszując się gorącem Ornelli; kiedy próbujesz ją przytulić, zaniepokojony stwierdzasz, że czegoś Ci tu brakuje; siadasz przerażony, sam pośród rozgrzanych futer, orientując się, że to co widziałeś w nocy to nie był sen. Leżysz sam.

Czas łagodzi rany. Lüthir właśnie tego doświadczał, nie czuł smutku, żalu, nawet tęsknoty. Teraz widział jedynie obraz, piękny i wypełniony potężnym uczuciem, które niegdyś do kogoś żywił. Uczuciem tak wielkim, że zmieniło jego życie, a ponad dwa lata jego życia pochłonęła najcudowniejsza istota w sferach, jaką kiedykolwiek spotkał. Jedyna osoba, która odzwierciedliła jego serce, dając w zamian to samo. Zaufanie, akceptację... To było piękne, sprawiało, że podniósł się na duchu, widząc jedno ze swoich najpiękniejszych wspomnień. Sovię brodzącą w stawach Pozłacanej Komnaty...
("Obrazek, wymiary, tralala...")
Wręcz widział przed sobą jej twarz. Widział jej szmaragdowe oczy spoglądające na niego z troską i szczerym wyznaniem, jej ciepła dusza ogarniała go całego. W końcu przybliżyła do niego swą twarz, następnie usta do jego uszu i szepnęła... "Jeszcze się spotkamy"...
Obudził się, wraz z porą dokładnie między przeciwszczytem a szczytem. Nawet nie wiedział jak to się nazywa, ale na jego ustach gościł uśmiech, a jego kły wystawały z ust w jakiś niemalże czarujący sposób, podczas gdy zmrużone oczy otworzyły się, rzucając pewne słabe, różowo-zielone światło na trzy, długie dredy i kępę włosów, która właśnie opadła mu na twarz. Odgarnął włosię za ucho. Poczuł, że jest naprawdę szczęśliwy, już nawet Krystal nie mogła go zdenerwować, mimo że układ z nią i Sagą się posypał. Ale co z tego? Teraz żył. W pełnym tego słowa znaczeniu.
Wstał z burego materaca, przecierając opuszkami palców gładkie wzory na skórze z lim-limów, które powstawały zawsze od wody. Tak, przypomniał sobie i o niej, w końcu jego usta były suche, a gardło krzyczało o to, by ostudzić pragnienie. Podszedł do jednej z beczek, całkiem szczelnych i na pewno z czystą wodą. Właściwie tacy jak on nie musieli się przejmować co piją, do póki nie były to szlamy bądź woda ze styksu zatopiona w cukierku "Słodkie Zapomnienie". Pochylił się nad beczką i nabrał wody do rąk. Najpierw zmoczył twarz, przecierając kąciki ust oraz dołki po obu stronach nosa, w których wręcz zalegał tłuszcz po tej nocy na jego skórze. Nabrał wody znów, ale tym razem nie wytrzymał ani chwili, włożył usta w słodki płyn, nabrał go do ust i połknął, czując jak lodowato zimna woda schłodziła jego gorące i suche gardło. Tuż po tym obmył się raz jeszcze, następnie rozsuwając nieco ostrza na ramionach i udach, by i je przemyć z krwi i brudu, z którymi dane było mu się ostatnimi czasy zaprzyjaźnić. Wolał się jeszcze upewnić, że mimo wczorajszej, tak zwanej "kąpieli" nic się nie ostało.
Orzeźwiające, to była pierwsza jego myśl. Rozejrzał się po pomieszczeniu, gdy krople wody jeszcze spływały z jego brwi na rzęsy, a następnie szły koło śluzówki i ściekały wzdłuż policzka. Zobaczył Viriona, który także wstał, przecierał właśnie oczy, przeciągając się wzdłuż. Spojrzał na niego, a jako że miał wyśmienity humor, można nawet powiedzieć że szczerze się do niego uśmiechnął.
- Witaj Virionie. - Zaczął, jak gdyby mówił do szlachty. - Mam nadzieję, że wyspałeś tę noc bardzo dobrze i miałeś równe piękne sny jak ja, ponieważ dzisiaj jest dzień, w którym coś się jeszcze przyśmieje, jak codzień! - Rzekł Lüthir...

Bashar zrywa się się na nogi i zaczyna rozglądać dookoła, jakby liczył na to, że Ornella po prostu obudziła się już i stoi gdzieś nieopodal. W głębi jednak wie, że dziewczyna odeszła i może już jej nigdy nie zobaczyć. Bashar czuje się nieswojo- stan ten można by opisać jako połączenie pustki, tęsknoty i niepowetowanej straty. Przypomina sobie sen... który prawdopodobnie nie był snem... I obietnicę Ornelli, że ponownie się spotkają.
Ale czy na pewno? pyta sam siebie. A co, jeśli coś jej się stanie? Albo zginę w tym całym ogrodzie? W Ulu nie można być pewnym jutra... Zaraz jednak odrzuca od siebie tę myśl. Muszę być dobrej myśli, może wszystko jeszcze się dobrze ułoży. Spokojnie.
Ale dlaczego odeszła? Bashar nie jest w stanie tego zrozumieć. Jakieś pilne sprawy ją wzywały, musiała wrócić do domu, może miała jakieś pilne spotkanie? A może przychodzi mu na myśl Ornella tylko bawiła się mną, a kiedy zabawka się jej znudziła, poszła sobie. Obdarzyła mnie odrobiną uczucia, pociągnęła za sobą, a potem odeszła... na zawsze.
Dla kogoś, kto całe życie spędził na bezlitosnej walce o przetrwanie, nawet odrobina pozytywnych uczuć jest niesamowicie miła. Ale zawód i rozpacz większa, gdy uczucia okażą się fałszywe, albo interesowne, albo...
DOŚĆ! Krzyczy w myślach zabójca Nie myśl tak! Wcale tak nie jest!
Tak więc bijąc się z myślami, stoi tak jak stał, niepomny na to co dzieje się dookoła niego.

- Skurla mać - warknął Zafon, widząc nóż z kartką nad pustym posłaniem. Całkiem wyraźnie pamiętał przebudzenie w nocy, towarzysza Leny, jej radość - ale noża nie pamiętał. Chłonął widok dokoła, widział Luthira i Viriona na nogach, słyszał krzątających się Ludzi-Z-Cienia; wszystko to jednak przepływało od razu przez niższe partie świadomości, gdy szedł w kierunku ściany. Wyrwał ostrze i złapał kartkę, jednocześnie oceniając klingę i szukając w niej cech szczególnych - skupił się jednak na liście. Opuszczając rękę z nożem, tak, by skrył się pod rękawem, zaczął czytać.

Virion otworzył szeroko oczy. Miecz wciąż był pod ręką, a on wciąż oddychał - a w dodatku całkiem nieźle spał; zatem Anioły nie zmieniły swojego nastawienia względem ich grupki. Aasimar niespiesznie wstał, rozciągając się przy tym. Przewiesił miecz przez plecy, uprzednio wysuwając go nieco z pochwy i przyglądając się klindze przez krótką chwilę, jakby czynił jakiś niewielki rytuał.
- Witaj, Lüthirze. Snów nie miałem, ale tak, spało mi się świetnie. Widzę, że tobie też. Chyba nawet za bardzo - dodał już nieco ciszej, jednak nikt raczej nie miał problemów z dosłyszeniem tej kwestii.
Idąc w ślady fey'ri przemył twarz wodą z beczek, co ostatecznie go otrzeźwiło. Dopiero teraz rozejrzał się dokładniej. Białowłosa zniknęła, została po niej jakaś kartka, którą studiował Zafon. Brakowało również Ornelli, to jednak nie było dla Viriona zaskoczeniem. Bashar najwyraźniej zniósł jej odejście niezbyt dobrze, sądząc po tym, że stał samotnie z głową gdzieś ponad Iglicą. Aasimar postanowił póki co dać nowym towarzyszom nieco czasu. Stanął ze skrzyżowanymi ramionami gdzieś pod ścianą i czekał.

Zafonie, nóż nie nosi żadnych oznak szczególności- ot zwykła, nieco nawet podrdzewiała kosa. Na kartce zaś, pospiesznie skreślona najprostszymi klatkowymi runami, widnieje wiadomość- pokrótce brzmi ona:
'Niestety, nie mogem iść z Wami, wypadły mi ważne sprawy rodzinne, haha. Nie martwcie siem o mnie, raczej uważajcie na siebie. Pod poduszkom zostawiłam mały pożegnalny prezent- mi siem chwilowo nie przyda. Mam nadziejem, że jeszcze siem zobaczymy. Niech cień Pani omija Was z daleka. L.'
Kiedy zaglądasz pod 'poduszkę', czyli zwinięty w rulon kawałek skóry, znajdujesz małą paczuszkę zawierającą trzy Amulety Krwi, zaśniedziałą sztukę srebra wartą około dwudziestu miedziaków i lekko emanujący magią kolczyk- rozpoznajesz w nim jeden z kolczyków Leny.

Bashar w końcu otrząsa się z zadumy, postanawiając więcej nie myśleć o tej sprawie. Zamiast tego rzuca się w wir przygody. Te trepy nigdy nigdzie nie dojdą, jeśli ich nie przyspieszę i nie poprowadzę. A musimy się spieszyć- masa ludu szuka tego kwiatka.
Odwraca się do towarzyszy. Virion stoi spokojnie po ścianą, Luthir obmywa się wodą z beczki, Zafon grzebie w pościeli. Zaraz, gdzie jest Lena? Bashar dopiero teraz zauważa, że diabelstwo również zniknęło. A Półłeb grzebie właśnie w jej posłaniu.
-Ej, Zafon! - woła - masz jaką wiadomość od Leny? Czy po prostu zmyła się bez słowa?

Zafon: Wiadomość była... dziwna. I zgodna z jej humorem, to trzeba przyznać. Prezent wszakże był miły, a co najważniejsze - przydatny.
- Sprawy rodzinne - odparł Basharowi, zdając sobie sprawę jak głupio to brzmi. Na poparcie słów podał mu list. - To jest mały pikuś. Poważniejszy jest taki, że zostaliśmy bez niej w rewirze Aniołów. Skurla jej mać!
Nie podobało mu się to. Oznaczało, że musiał jeszcze zwiększyć ostrożność, a futrzak najwyraźniej obudził się w skowronkach. Bashar wręcz przeciwnie, zaś Virionowi spało się widać dobrze i sensownie - stał pod ścianą i obserwował. Zafon wciąż nie potrafił go rozgryźć, miał jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni. Podszedł do beczki, obmył pysk, napił się i napełnił bukłak. Skinieniem poprosił towarzyszy do siebie, chcąc zwołać małą naradę. Nie miał ochoty podejmować za nich decyzji, wolał przysłużyć się czujnością.
- Idziemy do Krystal? - zapytał cicho, gdy drużyna podeszła.

Virion: Aasimar jakby uśmiechnął się na moment z dziwnym zadowoleniem pod nosem i podszedł do Półłba.
- Powiedzieć "dzień dobry" i zapytać o tego... Knepa? Cóż, chyba powinniśmy. Jeśli o nią samą chodzi, to więcej pewnie już nam nie powie - rzekł, krzyżując ręce. - Widzę, że zostaliśmy we czwórkę - stwierdził, zachowując powagę. Bashar raczej niezbyt dobrze odebrał odejście Ornelli, Zafon od początku był nieufny wobec Aniołów, co wcale dziwnym nie było, a teraz jeszcze Lena zniknęła. Virion rozejrzał się, szukając wzrokiem ludzi Krystal.
- Hm, raczej nie powinni zmienić intencji w stosunku do nas... - powiedział obojętnym głosem. - Cóż, mnie pamięta, więc chyba nie jest tak źle - dodał z lekkim uśmiechem.

Bashar krzywi się lekko słysząc słowa Viriona.
- Krystal mówiła, że Knepa w nocy nie znajdziemy, a teraz pewnie też ciężko by z tym było. Potrafi świetnie się ukryć, i nawet jego kumple nie mają wtedy pojęcia gdzie go szukać. I po co mamy leźć do Krystal? Powiedzieć dzień dobry?
Po tych słowach podchodzi do jednej z beczek, pociąga długi łyk i obmywa sobie twarz, rozmyślając przy tym, gdzie powinni się udać. Ciężko mu skupić myśli, bo te niczym bumerang wracają ciągle w stronę Ornelli. W końcu podnosi głowę.
- Nie ma co, trzeba odwiedzić tego Veto... czy jak mu tam było. Lepiej podejść do katedry niż uganiać się za Knepem czy kimkolwiek innym.

- Vato - poprawił Zafon towarzysza. - Katedra... No to idziem do Krystal wtedy, co?
Podszedł Zafon tedy ku opuszczonemu leżu, wyłuskał zawiniątko spod zwiniętej skóry i zawinął kosę. Nim skierował się na zewnątrz, poprawił pas biegnący skosem przez pierś i pstryknął drobnym kamyczkiem w czoło Luthira.

Virion: Aasimar kiwnął głową, jakby samemu sobie.
- Do katedry - stwierdził, poprawiając pas i jednocześnie wysuwając fragment ostrza z okrywającej go skóry, sprawdzając, czy miecz gładko wychodzi. Czekał, aż wpierw ruszą pozostali, miał w zamiarze zamykać pochód.

Bashar, nic więcej nie mówiąc, skierował się szybkim krokiem do wyjścia.
Trza się streszczać- im szybciej trafimy na ślad tego skurlonego Ogrodu, tym lepiej- pomyślał. A po chwili przyłapał się na tym, że jego myśli znów skierowały się mimowolnie w stronę Ornelli...

Uszczuploną grupką przecinacie podwórzec w mętnym, rudym blasku sigiljskiego poranka. Osmalona i murszejąca kopuła zapomnianej świątyni Aoskara przypomina nieco miniaturową wersję Kostnicy, wrota jednak, choć ozdabiające je reliefy pożarł czas i zniszczyły chuligańskie dłonie, wyglądają dużo okazalej. Na szerokich schodach zasiadło, pracując nad śniadaniem, paru trepów w barwach Aniołów, nikt jednak nie zwraca na Was uwagi. Zagłębiacie się w chłodny, wilgotny półmrok głównej nawy.
Środek sali, niegdyś zapewne miejsce modłów i kontemplacji, usłany jest gruzem i śmieciami. Pod ścianami, pokrytymi resztkami fresków, piętrzą się skrzynie i beczki. W promieniach światła wpadającego przez dziury w sklepieniu wirują błyszczące drobinki kurzu. Na poszczerbionym ołtarzu, niczym trup na katafalku, przytulona do solidnego gąsiora, leży jakaś postać zawinięta w bury pled; za poduszkę służy mu opasłe tomisko. Nad jego głową góruje stojący obok zdechły świecznik, z którego zwisają wąsy wosku.
- Vato.- Głos Zafona niesie się echem po sali. Na dźwięk imienia spod pledu słychać mlaskanie i donośne pierdnięcie; po chwili ukazuje się głowa ozdobiona dwoma różkami i zmierzwioną blond strzechą, należąca do ślicznego jak arborejska dziewczyna, młodo wyglądającego alubiesa. Rozgląda się sennie, po czym nagle jakby sobie coś przypomniał, błyskawicznie przytomnieje i łapie za księgę na której spał; najwyraźniej uspokojony głaszcze ją czule i próbuje napić się z dzierżonej butli, z której jednak nie wypływa ani kropla. Przez chwilę przygląda jej się niechętnie, następnie zaś roztrzaskuje ją o pobliską ścianę; ożywiony najwyraźniej hukiem kruszonej gliny, rześko odrzuca pled i sprężyście staje na nogi. Teraz dopiero zwraca na Was uwagę. Powoli wodzi po Was wzrokiem, ostatecznie zatrzymując się na Półłbie, na jego twarzy zaś rozkwita śnieżnobiały uśmiech
- Zafon!- Stwierdza radośnie podchodząc z wyciągniętą prawicą- Wieki całe..! Nie masz aby jakiego bełta?


I TU CIĄG DALSZY NIESTETY NIE NASTĄPI
...chociaż mógłby. Od zakończenia dzieli nas 1 rozdział, ale konieczna jest obecność Bashara i Luthira; jeżeli chłopaki mają ochotę, z radością bym to zakończył, tym bardziej, że- wydaje mi się- finisz będzie dość sympatyczny. Każdy inny chętny również mile widziany. Jakby co, to dajcie znać w temacie 'Przy piosence, ladacznicy i szklanicy'. W ogóle dzięki, jeżeli komuś chciało się to przeczytać do końca:)
We can excuse the fact that you slaughtered two yugoloths before you realized where you were, outsider, but you pronounced the name of our fair city \'Sijil\' not \'Sigil\', and there can be no excuse for that!
- her honor Rastina Tollin of the Guvners

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość