Reguła Trzech - Sesja Archiwalna

Podręcznikowo - literacki świat Planescape: książki, akcesoria, świat zewnętrzny, konstrukcja sfer.

Moderatorzy:Moderator, Global Moderator

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:30 pm  

ShadEnc - Jim Anderson

Coś jest nie tak było przewodnią myślą Jima w drodze do granicy Śniedzi. Początkowo „winnym” natrętnie powracającej myśli były demony, raniące umysł czarodzieja, z czasem jednak Anderson zaczął upewniać się, iż mdława woń, unosząca się w kisielowatym powietrzu Śniedzi była śladem obecności jakiegoś potężnego umysłu, pozostałością aury istoty obdarzonej niezwykle silną morfą. Jim nie martwił się zbytnio obecnością jakiejś istoty – problem tkwił w tym, że była to ta sama istota, którą wyczuł wcześniej. Pachnący piżmem szpieg, zapewne siepacz wysłany w celu przechwycenia przesyłki…

Zburzona kamienica… kwiaty o płatkach zbudowanych z igiełkowatych ostrzy wyrastały spomiędzy zwalonych kamieni. Zarówno rośliny, jak i gruz zroszone były krwią, jeszcze nie do końca zastygłą – Nie tylko my chodzimy po Śniedzi – pomyślał Jim, po czym zawył trafiony trójzębem czerwonoskórego demona, jaki narodził się w jego umyśle. Chwila koncentracji, dwie minuty ciszy i po demonie, jego trójzębie i bólu nie było śladu. Kolejny atak, w formie mroźnego strumienia żrącej cieczy nastąpił, gdy czarodziej czołgał się wąskim tunelem pod większym gruzowiskiem – rozbite, leżące dookoła posągi aniołów świadczyły, iż była to niegdyś jakaś świątynia. Kwas parzył w zetknięciu ze skórą Jima, ten jednak nie przejął się bólem, parującą, trawioną przez płyn tkanką, ignorował przepełniający nozdrza zapach palonej skóry – brnął do przodu, skupiając wzrok na światełku, będącym końcem tunelu. Gdy stojąc przy samej granicy Śniedzi otrzepywał ubranie z błota, kurzu, zakrzepłej krwi i rdzy, jego ciało zachowywało się już normalnie. Trzeciego ataku nie było.

- Szefie, czuję, że coś jest nie tak – zakrakał Jack na powitanie swojego pana.
- Ile razy mówiłem ci, żebyś skupił się na Tu i Teraz? – burknął od niechcenia mag.
- Mistrz Woody wspominał, bym był czuły na przyszłość…
- Ale nigdy kosztem teraźniejszości, młody chowańcze. Musisz się wiele nauczyć – odparł ze śmiechem Jim, pozwalając krukowi wylądować na jego ramieniu. Wymienił z Jackiem porozumiewawcze spojrzenia, zaśmiali się (o ile brzmiące jak kaszel krakanie chowańca można było uznać za śmiech), po czym ruszyli za Zaafanawim i Kardanem.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:31 pm  

Hekatonpsychos

Nora Sterej Gerdy

Wszystko jest pełne bogów
Tales z Miletu

Pomieszczenie cuchnęło octem, potem i czymś jeszcze. Odrapane ściany i drobniutkie ale i całkiem spore robaki toczące derki nie nastrajały pozytywnie. Oprócz dziwacznego, glinianego kaganka nie było w pomieszczeniu żadnego źródła światła. Żadnego okna ani wyjścia – jeśli nie liczyć źle spasowanych drzwi.
To jednak nie przeszkadzało Kardenowi. Krasnolud podstawił sobie świeczkę i oglądał zamek ze wszystkich stron. Dobra robota, przyznał z niechęcią, ciasna dziurka psia ją mać, oblizał popękane usta, zupełnie jak jakiś dewiant zabierający się do całkiem lubieżnego czynu na małej dzierlatce. Jim aż się wzdrygnął widząc to spojrzenie. Jack podsumował jednym słowem.
- Pederasta! Kraa!
- A obróć widelec! – odciął się Karden i jeszcze raz zajrzał do zamka.
Nie było pułapek. Raczej. Sama skrzynka, choć zamknięta, kusiła nieznaną zawartością. Każdy z Was, nie wyłączając chowańców, wyciągał szyję w stronę przedmiotu. Jakaś siła skłaniała Was ku niej. Nęciła.
Czarne słoje opalizowały w bladym świetle kaganka. Mosiężne wzmocnienia zachwycały kowalskim kunsztem niezbędnym do wykonania takich ozdób. Zaraz, zaraz, słoje… Maleńkie twarze, otwarte usta, puste oczodoły, dłonie ułożone wzdłuż policzków. To nie było drewno. To inny materiał. To on kusił.
Krasnolud wyciągnął z kieszeni wytrychy. Zaczęła się mozolna praca. Krople słonego potu spływały po kartoflanym nosie karła. Mięśnie miał napięte jak postronki. W każdej chwili był gotów rzucić się do ucieczki, albo paść na ziemię. Teraz oczekiwał zbawczego „klik” z trzewi mechanizmu. Diabelskie urządzenie nie poddawało się łatwo. Karden musiał na chwilę przerwać. Wysmarkał się w rękaw i ponownie nachylił nad mechanizmem. Cierpliwość już się wyczerpywała. Cicho, acz coraz nachalniej klął pod nosem. Niemal przeoczył właściwy moment. Niemal. „Klik”.
Skrzynka była otwarta
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:31 pm  

Hekatonpsychos

Nora Starej Gerdy

Życióweczka… a życie chlaszcze.
Popularne przysłowie kretów

Nikt nie protestował, gdy krasnolud ostrożnie uchylał wieko skrzynki. Jedynie Jim asekuracyjnie zrobił krok w stronę drzwi. Spodziewaliście się huku, erupcji magii, czegokolwiek od oślepiającego blasku po wybuch równający z Zewnętrzem całą Klatkę. Tymczasem w środku znajdowało się nieco najzwyklejszych w świecie trocin i kula o średnicy dwóch cali. Sądząc po barwie – ołowiana.
Karden skrzywił się lekko krytycznie lustrując zdobycz. Nic niezwykłego. To dla tego gówna nadstawiałem trumnę? Patrzył na matową bryłę zastanawiając się, co z tym fanem zrobić. Zaciekawieni Jim i Zaafanawi zaglądali mu przez ramię. Jack przestępował z łapy na łapę i gaworzył na kruczą modłę.
- Nigdy nie lubiłem Muncha. Kimkolwiek by był… - zakrakał cicho.
Korpulentny mag tymczasem wypowiedział słowa zaklęcia wykrywającego emanację magiczną. Na powierzchni sfery rozbłysły jakieś znaki… Nie, nie jakieś – wyraźne słowa - MANE TEKEL, FARES. Gdy ostatni wyraz został rozszyfrowany – zaklęcie przestało działać. Każdy z Was poczuł jakby tąpnięcie w sercu, po czym znów nastała cisza. No, może niezupełnie cisza, bo za cienkimi ścianami wciąż tętniło sigiliańskie życie.
Kulta pozostawała nietknięta. Wasza nieufność wzrosła proporcjonalnie do siły „ugodzenia w duszę” – a ta nie była najmniejsza. Ciężki swąd morfy niczym niewidzialna zawiesina w mgnieniu oka oblepił ściany pomieszczenia.
Zaafanawi chciał coś powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. W tym czasie Karden opadł już na kolana, podobnie jak Jim. Podłoga nory boleśnie się do Was przytuliła, miażdżąc Wasze policzki, biodra i ramiona w potężnym uścisku, którego (o dziwo!) sami pragnęliście. Tak właśnie, pragnęliście. Coś się działo na stole. Na niebotycznej dla Was wysokości dwóch stóp nad ziemią. Obserwowaliście to wszystko z niepokojem pomieszanym z bojaźnią. Czekaliście z niecierpliwością na nadejście Jego. Nie mieliście pojęcia, kim był, ale czekaliście. Wiedzieliście bowiem, że przyniesie Wam wyzwolenie.
Przybył. Oto stał nad Wami ze skarlałymi skrzydłami ułożonymi wzdłuż boków. Z najeżoną tępymi zębami paszczą ni to jaszczurki-salamandry, ni psa. Z kaprawymi, zaropiałymi oczami barwy piasku. Z pionowymi źrenicami nasuwającymi skojarzenia z zaskrońcem. Z łuską koloru miedzi, często przyblakłą, jakby nadgniłą.
- Nareszcie… - wysyczał niby-demon wysuwając nienaturalnie rozdwojony nawet jak na gadopodobne stworzenie język – Dzięki chłopaki. Ciao!
Bies (?) zeskoczył na klepisko i z wdziękiem Was wyminął docierając do drzwi. Rysowanie jego pazurów po ziemi było dla Was najcudowniejszą melodią na świecie. Zwłaszcza połączone z nierównym, jakby chrapliwym oddechem postaci. Wielbiliście ten dźwięk wszyscy. I długo jeszcze nasłuchaliście nim nieznajomy odszedł.
Powoli odzyskiwaliście chęć do przejęcia kontroli nad Waszymi ciałami. Jim wstał pierwszy.
Kulki nie było. Zostały tylko porozsypywane wokół szkatułki trociny, kilka rys na blacie i słabnące z każdą chwilą uwielbienie dla nieznajomego.
Nic więcej.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:31 pm  

ShadEnc - Jim Anderson

- Tamtego… na moje to wychodzi, że gówno zarobimy za otwarcie tej skrzynki, chyba, że kosę w żebra albo plombę w pysk. Po kiego grzyba było to otwierać? Jim, przypomnij mi, żem podły skurwiel ile razy w przyszłości będę próbował podobnych sztuczek – powiedział Jim, otrzepując z prochu spodnie. Mimo, że jego słowa brzmiały mocno żartobliwie, że starał się nadać im luźny ton, jedynym efektem jaki wywołały było grobowe krakanie kruka. Jackowi coś mocno nie pasowało i nie zamierzał skrywać się z uczuciami przed właścicielem.

- Chłopaki, kto to był? – wyskrzeczał ptasim dziobem Jack.

- Chuj go wie. Demon, diabeł, coś większego, może jaki bóg? – parsknął Anderson, po czym dodał – w każdym razie był najpotężniejszym i najmocniejszym skurlem, jakiego świat widział. Aż… czekajcie, upewnię się – powiedział, schylając się ku ziemi – tak, mam rację. Cwaniak jest tak silny, że zostawia zajebiście mocny trop. Bez problemu mogę nas nim poprowadzić… jeśli chcecie. I jeśli mi zaufacie, bo tak prywatnie to preferuję magię nad ryciem nosem w glebie.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:32 pm  

Gantolandon - Karden

Krasnolud powoli podniósł się z podłogi i rozejrzał w osłupieniu. Następnie jego twarz zaczęła się robić coraz bardziej czerwona.
- Kurwa! - wrzasnął, uderzając pięścią w stołek, na którym siedział - Kurwa, kurwa, po trzykroć kurwa! - kopnął zydel, który przewrócił się i huknął o deski podłogi - Nie ma dzwonków, psiamać! Tyle roboty, żeby uwolnić jakiegoś skurlonego biesa?!
Zacisnął zęby i zazgrzytał nimi. Powoli podniósł głowę i spojrzał na Jima i Zaafanawiego.
- Umiesz toto wytropić? Pięknie, jeno nie wiemy, z czym mamy do czynienia. I czy toto nie ma możliwości, by sprawdzić, czy za nim nie leziemy. Ale nie widzę innego sposobu, by się dowiedzieć, czy to skurl, czy bogobójca. Z tym, że nie wiem, czy jest sens...?
Spojrzał powolutku na obu swoich towarzyszy. Na Jacka zresztą też.
- Spójrzmy prawdzie w oczy. Cokolwiek by to nie było, warte było mleczka tylko i wyłącznie zamknięte. Teraz lata se po Klatce, a Czerwona Śmierć nam prawdopodobnie za to nie podziękuje. Sami są zresztą sobie winni, mogli powiedzieć, że siedziało tam jakoweś biesisko. Tak czy inaczej, mając je w skrzynce mogliśmy nim handlować. Teraz armanita z kulawą nogą nie stanie w naszej obronie. Zatem opłaca nam się stawać w cieniu Pani? Nie lepiej przyśmiać Klatce i udać się na jakiś czas gdzieś, gdzie jest mniej gorąco?
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:32 pm  

Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

To było... fascynujące. Zaafanawi po raz pierwszy w życiu przeżył coś takiego. Ta istota była po prostu niezwykła. I przynajmniej wobec nich nie miała złych zamiarów. Przecież bez najmniejszych problemów mogła ich zabić! (Hm, w tym momencie magowi przypomniała się stara anegdotka o balwierzu i dzieciach...) Próbując powstrzymać kotłujące się w nim emocje, odpowiedział towarzyszom:
- Ja bym... poszedł za nim.
Widząc niechętne (delikatnie mówiąc) spojrzenie Kardena, zaraz dodał:
- Nie wydaje mi się, żebyśmy potrafili się w tej chwili skutecznie ukryć. Wcześniej czy później znajdą nas. I po tym co zrobiliśmy, chyba nikt się za nami nie wstawi. Jedyne wyjście, to pójść za nim..., za tym... Jest taka opowieść - ibn Belbiad z chęcią opowiedziałby ją całą, ale wyczuwał, że to nie jest najlepsza chwila - o Al-Amarze, osamotnionym księciu beduinów. Gdy wrogowie osaczyli go na trawiastej dolinie, obawiali się stawić mu czoła w bezpośredniej walce, gdyż był niezwykłym szermierzem i z pewnością pokonałby ich wszystkich razem i każdego z osobna. Postanowili wobec tego ściągnąć na niego zgubę za pomocą nieczułych na zdolności wojownika żywioły. Podpalili trawę na krańcach doliny, a żarłoczny ogień zgodnie ze swoją naturą zaciskał pierścień śmierci. Ale Al-Amar prawdziwie był ukochanym Przeznaczenia. Widząc, jaki los zgotowali mu wrogowie, sam rozpalił ogień po środku doliny, a wiatr przepychając płomienie dalej pozostawił pas czarnej, wypalonej ziemi, na której książe mógł się schronić. Tako i my, otoczeni ze wszech stron wrogami, powinniśmy ruszyć za ogniem, który sami przywołaliśmy – Zaafanawi zakończył poetycko swoją metaforę.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:32 pm  

Gantolandon - Karden

Skrzywił się tylko, widząc że najprawdopodobniej nie uniknie konieczności łażenia za przywołanym biesem. Spojrzał tylko ciężko na Zaafanawiego.
- Ta. Ciekawi mnie ino, jakim cudem ten ogień pośrodku nie przysmażył mu dupy. Tak, jak i nam pewnikiem przypiecze. Szczeniak, który to układał, najwyraźniej to jedno nieco przeoczył.
Krasnolud pomyślał krótką chwilę, po czym zerknął na kupca raz jeszcze.
- Zastanawiam się jeno, czy wszyscy powinniśmy ganiać za tym cierpkiem. Ja umiem się chować i to by wystarczyło - gdyby nie to, że prędzej opalę se skórę na Pandemonium, niż znajdę to biesisko. Więc Jim też musi iść, ale im nas więcej, tym gorzej. Tym bardziej, że nie mam pojęcia, czy w całym Sigil znajdę cień, w którym schowam takiego spaślaka - dodał, wykrzywiając się złośliwie do Zaafanawiego - Sama Zadara Tytanica musiałaby chyba ruszyć dupsko ze swej nory. A niech mnie goristro zeżre, jeśli to coś nie potrafi przejrzeć niewidzialności.
Przerwał, przełknął ślinę i zaczął znowu, widząc że Zaafanawi już otwiera usta, żeby coś powiedzieć.
- Ale jest coś innego, czym możesz się zająć. Przede wszystkim ustaleniem, co to za cholerstwo. Z nas trzech najprędzej to ciebie wpuszczą do Gmachu Marginaliów. Do Miejskiego Sądu też, ale to za blisko Więzienia, zatem nie radzę tam się zapuszczać. Tam na miejscu zaś rządzą Przeznaczeni, którym jeśli dobrze posmarować, podzielą się śpiewką. Ponoć jednak na miejscu Czerwona Śmierć robi za strażników - umiałbyś może nieco zmienić swoją gębę, coby nie poznali na pierwszy rzut oka?
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:33 pm  

Hekatonpsychos

Nora Starej Gerdy

Zamiast odwracać się od zła, lepiej je zwalczać.
Lorenzo della Valle

Całą Wasza piątka wyszła z pomieszczenia. Karden zgarnął jeszcze szkatułkę i nawet zebrał trociny. Gdyby zrobiło się zbyt niebezpiecznie, zamierzał natychmiast się wyśmiać. Na razie jednak coś podpowiadało mu, żeby póki co nie opuszczać tych dwu kretów. No i spodobała mu się przypowieść Zaafanawiego, choć słyszał już podobne wielokrotnie w Domu Bramnym. Dwóch ludzi, krasnolud, kruk i oczywiście onyksooki kot opuścili kamienicę. Niezaczepiani przez nikogo wyszliście na kłębiące się ulice Klatki. Jim prowadził, niczym pies gończy. Niestrudzony, dwunogi wyżeł. I choć nigdzie nie widział pokracznego biesa, to jednak wyraźnie czuł jego morfę. Zbyt silną, by mógł ją zignorować jakże nowy dla maga zmysł.

Ulice Sigil

Dobra wola jest czymś najbardziej wartościowym w człowieku.
Fenelon

Krewniacy, których mijaliście także coś czuli. Niektórzy chowali głowy w ramiona. Inni garbili się nieznacznie. Pozostali rozglądali się nerwowo. Nawet budynki wokół wyglądały jakoś inaczej. Kardenowi zawsze wydawało się, że ostrza Klatki są proste. Teraz były wyraźnie powyginane. Podobnie jak krzywizny dachów, otwory okiennic, czy wręcz ściany. Zmiana była tak drastyczna, że nawet zrezygnował z kolejnych prób namawiania towarzyszy do rezygnacji z pogoni za… „biesem”. Miasto wokół Was wyginało się, jakby rozdzierane potężną siłą od środka. Oczarowany Zaafanawi spostrzegł, przez rzadką warstwę kurzu i dymu, iż sama krzywizna torusa nie jest już idealna. Wyglądała zupełnie jak scentrowane koło. Przywykli do niezwykłego mieszkańcy Klatki nie zwracali na to baczniejszej uwagi, ale Wam (a nawet Kardenowi) trudno było przejść obojętnie. Najważniejsze, że trop jest wyraźny, pomyślał Jim dokładnie w momencie, w którym jakaś ręka osadziła go na miejscu. Nos czarociskacza od razu wypełniła woń piżma. Znana doskonale z przeprawy przez Śniedź. Odnalazł się cichy obserwator pomyślał z przekąsem odwracając się w stronę nieznajomego.
- Coście najlepszego narobili! – warknął przez zaciśnięte szczęki. Miał charakterystyczne, dość ostre rysy twarzy, niepozbawione jednak typowo ludzkich krągłości. Ciemne, niemal czarne włosy sięgające podbródka. Ostrzejsze niż u Jima, czy Zaafanawiego uszy, pozwalały bez trudu zidentyfikować rasę. Pół-elf. – chodźcie za mną. – powiedział, ale, widząc Wasze wahanie, dodał, spokojniej – natychmiast.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:33 pm  

Ifryt - Zaafanawi ibn Belbiad

Przynajmniej nie próbował ich od razu zabić. To już dobrze. Od czasu otwarcia skrzynki jakoś paradoksalnie wzrosło poczucie bezpieczeństwa Zaafanawiego. Czy dokonanie takiego czynu wzmocniło ich? Wpływ uwolnionej istoty na Sigil był bardzo silny. Czy ich udział w tym wszystkim spowodował przejście ułamka mocy od dziwnego biesa do ich marnych osób? A może to wszystko było pierwszymi symptomami rozwijającego się szaleństwa...

Zaafanawi ukłonił się z powagą pół-elfowi.
- Do usług - przywitał się z szacunkiem z nieoczekiwanym rozmówcą - Co jest panu wiadome o naszych czynach, że wyraża się pan o nich tak negatywnie? I dokąd mielibyśmy pójść z panem, można wiedzieć? - dostrzegł jednak groźne spojrzenie czarnowłosego i postanowił już nic więcej nie mówić, tylko pójść z nim. To co się działo wokół wyglądało naprawdę niesamowicie i kupiec zaczynał mieć wątpliwości czy chce tu dłużej pozostać. Jeśli pół-elf mógł zaoferować jakieś wyjaśnienia, Zaafanawi z dużą chęcią był gotów je przyjąć.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:33 pm  

Gantolandon - Karden

Mamrotał gniewnie, krocząc ulicami miasta, tuż za Jimem. Wyglądało na to, że szukanie tego cholerstwa było mu potrzebne, jak suwak logarytmiczny slaadowi. Nałaził się, napocił, łaził niemalże w cieniu Pani - i po co to wszystko? żeby wypuścić jakieś łuskowate bydlę z zamknięcia, w którym najpewniej powinno siedzieć. W dodatku czuł zdenerwowanie ludzi w Klatce. Nawet Pani chyba była zaniepokojona, bo coś się stało z kształtami. Ostrza na dachach budynków były całe pofalowane.
- Coście najlepszego narobili! – warknął jakiś półelf, zaskakując krasnoluda. Ten podskoczył lekko w miejscu, po czym zaklął pod nosem. W pierwszej chwili wyglądał, jakby miał zamiar czmychnąć, ale w tym momencie przypomniał sobie, że potrzebuje co najmniej jednego z tych dwóch kretów.
- Chodźcie za mną. Natychmiast - oświadczył nowo poznany znajomy.
- Do usług - odpowiedział Zaafanawi - Co jest panu wiadome o naszych czynach, że wyraża się pan o nich tak negatywnie? I dokąd mielibyśmy pójść z panem, można wiedzieć? - w pierwszej chwili krasnolud miał ochotę skarcić kupca za głupotę, ale sam miał już powolutku tego wszystkiego dość. W końcu zaczął się grzać. Niby z jakiej racji mieli robić za jakieś popychadła, którym każdy może rozkazywać? Polazł tam, gdzie chciał satyr, zrobił mniej więcej to, co rozkazał żelaznoręki krasnolud, płaszczył się przed Osrikiem, ale niech go cholera, jeśli posłucha jakiegoś szpiczastouchego skurla, mieszańca w dodatku.
- Właśnie - warknął - Kim ty kurwa jesteś i z jakiej śmierdzącej nory żeś wypełzł, co? Tak się składa, że krwawią mi już skórogłowi, którzy ciągle czegoś chcą, ale nie dzielą się śpiewką. Nie trza mi kolejnego, który zjeleni gdy tylko dostanie to, czego żąda. Więc? Tym razem chcę znać cienie tego wszystkiego.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:34 pm  

ShadEnc - Jim Anderson

- Ja tam nie mam nic przeciwko temu, żeby z szanownym panem iść. Jestem spokojny, zupełnie spokojny. Agresywność: zero! – krzyknął Jim, widząc bielejące kostki pięści nieznajomego. Ledwie wyczuwalna woń piżma roznosząca się wokół obcego świadczyła jasno, zarówno o jego zamiarach jak i możliwościach. Ponieważ zamiarem półelfa było dostarczyć ich kompanię w jakieś konkretne miejsce a miał możliwość i – jak sądził Andersen – chęć nieco ich uszkodzić, stawianie się w jego odczuciu było skończoną głupotą.
- Cykor, Jim cykor – zakrakał złowieszczo Jack, po czym wystartował i wzniósł się z ramienia Jacka. Po chwili wydał przypominający cmoknięcie dźwięk, zrobił kółko nad głowami wszystkich i dokrakał – O, ale ładnie się nam Klatka powyginała.

Co jak co, ale nie można było odmówić mu racji. Mimo, iż Jim przebywał w Sigil jedynie kilkadziesiąt godzin, przyzwyczaił się do widoku porastających budynki niczym dzika winorośl, prostych ostrzy (teraz były pogięte, jakby z blachy falistej), opalizujących kałuż o idealnie gładkiej powierzchni (jedna z nich przed chwilą rozstąpiła się przed przechodniem, dziwnym facetem w łachmanach o długiej, siwej brodzie), do perfekcyjnej krzywizny zwiniętego teraz w precel torusa. Działo się źle, Jim zaś czuł, że duży kawałek tego „źle” należy do niego. Trzeba zatem spieprzać albo posprzątać.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:34 pm  

Hekatonpsychos

Ulice Sigil

Gravedigger
When You dig my Grave
Could You make it shallow
So that I can feel the rain.
Dave Matthews Band "Gravedigger"

Pół-elf spojrzał na Kardena beznamiętnie. Już się nie denerwował. Wszystkie emocje odpłynęły z jego twarzy, która nagle zrobiła się nienaturalnie szara. Mieszaniec wzruszył ramionami.
- W tej chwili to w sumie nawet nieistotne, gdzie się znajdziemy. Może jednak odejdziemy choć kawałek – dla czystej wygody.
To powiedziawszy podszedł do wybrzuszonej ściany pobliskiej kamienicy. Podreptaliście za nim te kilka kroków. Naraz, Jack zakrakał. Ziemia pod Waszymi nogami wybrzuszyła się niebezpiecznie, ale, co ciekawe, Wasze stopy wciąż znajdowały oparcie. Uliczka się wyrównała, niemiłosiernie hałasujący kruk ponownie opadł na ramię właściciela a pół-elf posłał jakby zatroskane spojrzenie w stronę osi torusa. A przynajmniej miejsca, w którym owa oś powinna się znajdować. Deformacja bowiem z każdą chwilą przybierała na sile.
- Nie będę owijał w bawełnę. Powinienem był Was wpisać między księgi zanim żeście w ogóle tknęli szkatułę. Teraz wasze życie nie ma najmniejszej wartości. Tak samo zresztą, jak życie kogokolwiek w Klatce. Tej skrzynki nikt nie powinien był otwierać. Nigdy.
- Skrzynka, jak skrzynka, nawet zamek prostacki był – odburknął Karden – nie szło nie zajrzeć.
- Nadal nie rozumiesz?!
W oczach siepacza rozbłysły niebezpieczne ogniki.
- Ni chuj! – wydął wargi krasnolud.
- Nasz nowy przyjaciel zdaje się chyba sugerować – odezwał się niespodziewanie Zaafanawi do tej pory w zamyśleniu gładzący kark swojego onyksookiego pupilka – że owa skrzynka specjalnie była tak słabo… zabezpieczona.
Oblicze pół-elfa jakby lekko złagodniało. Niemal niedostrzegalnie kiwnął głową.
- Nie rozumiem w takim razie jednego. Jakim cudem ta skrzynka pozostawała w ukryciu przez tak długi czas. Przecież ci, no… siekacze, czy inne kły łaskobójców powinni ją błyskawicznie namierzyć i zgarnąć.
Myślał głośno Jim.
- Kadyx i Śniedź to świetna nora na ciacha.
- Hę? – zaskrzeczał Jack.
- A ceruj wargi, gównolocie!
- Się robi szefie, tylko po dratwę skoczę.
Rozklekotało się ptaszysko.
- Cicho, obydwaj – uciął nad zwyczaj poważnie Anderson – muszę pomyśleć.
Korzystając z chwili spokoju Zaafanawi ponownie wciął się w dyskusję.
- Wybacz, mości Panie, ale… Jak cię zwą? Ja jestem – tu nastąpił obligatoryjny ukłon – Zaafanawi ibn Belbiad, kupiec i handlarz rzeczami niezwykłymi wszelkiej wagi i rodzaju.
Dla podbicia efektu korpulentny mag wyciągnął niewiadomo skąd różowawą chustę i wydobył z niej… wijącego się skorpiona. Przerażony i zaskoczony mag odrzucił stawonoga z obrzydzeniem. Miała być figa, pomyślał zrozpaczony i spojrzał badawczo na rozmówcę, który pozornie obojętnie odprowadzał zwierzę wzrokiem do chwili, gdy pochłonęła je jedna z opalizujących kałuż. Potem powiedział. Cicho.
- Moje imię na niewiele Wam się zda. Możecie jednak mówić mi Sakhar. Przybyłem do Klatki w tym samym celu, co Wy. Miałem zdobyć skrzynkę i ukryć ją przed wścibskimi łapskami Triumwiratu. Ale ubiegliście mnie. W krytycznym momencie zabrakło mi…
- …jaj? – wtrącił się Jack.
- …odwagi.
- Nie rozumiem jednego, panie Sacharoza. – milczący Karden potarł w zamyśleniu brodę – po kiego grzyba do nas zagadałeś?
- Potrzebuję Was.
Wzruszył ramionami tamten.
- A do czego? – zagadnął Jim.
- To proste. Chcę się stąd wydostać.
- I my mamy Ci w tym może pomóc?
- Innego rozwiązania – oczy pół-elfa znów rozjarzyły się nieprzyjemnym blaskiem – nie widzę.

* * *


Torus Klatki wyginął się coraz bardziej.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:35 pm  

ShadEnc - Jim Anderson

- Ech, a miało być tak pięknie – zaskomleli jednocześnie Jim i Jack. Zaciekawienie opowieścią półelfa, jakie wykwitło na twarzy Andersena, niosącą szansę poznania sposobu na odkręcenie z powrotem precelka w torus, znikło, zastąpione przez pochmurnie, niczym tajfun uderzający w wybrzeże Japonii (a gdzie, do cholery ona leży), jak tsunami wgryzające się w ulice Edo (żeby jeszcze było wiadomo, co to znowu za Edo) pomarszczone czoło. Twarz Jima mówiła jasno: „myślę, to cholernie boli, nie przeszkadzać!”. Po chwili na obliczu Andersena zagościł promyk spokoju… Może nie tyle promyk spokoju, co światło idei, jakiegoś pomysłu, który znalazł ujście w postaci pytania:
- Co to właściwie było? Co siedziało w tej przeklętej skrzynce? Gadaj, widzę, że wiesz – powiedział odrobinę zbyt głośno. Na szczęście uliczka była w tej chwili pusta.
- Właśnie, gadaj. Bo wyrwiemy ci serce, tępą łyżką – zakrakał złowieszczo-prześmiewczo Jack.
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:36 pm  

Hekatonpsychos

Ulice Sigil

Jeśli góra nie chce przyjść do Mahometa, Mahomet pójdzie do niej.
Franciszek Bacon

- Co to właściwie było? Co siedziało w tej przeklętej skrzynce? Gadaj, widzę, że wiesz – powiedział odrobinę zbyt głośno. Na szczęście uliczka była w tej chwili pusta.
- Właśnie, gadaj. Bo wyrwiemy ci serce, tępą łyżką – zakrakał złowieszczo-prześmiewczo Jack.
Sakhar długo się przyglądał całej Waszej grupie. Bardzo długo. Zerwał się wiatr. Po raz pierwszy w Sigil poczuliście powiew wiatru. Był chłodnawy, raczej nieprzyjemny. Skóra cierpła od jego niezbyt mocnych, ale mimo wszystko nieprzyjemnych pocałunków. Karden szarpnął ramię Jima i szturchnął Zaafanawiego. Z rozwartymi ze zdumienia oczami wskazał w kierunku ziemi. Zamierzający udzielić odpowiedzi pół-elf również zwrócił oczy w tamtą stronę. Tuż nad traktem wisiała amorficzny kształt. Spieniony, żółtozielony twór o średnicy cala. Karden otarł rękawem drżące usta.
- Nadal nie wiesz, kto tam był? - Sekhar podniósł prowokacyjnie brew - Kratistos. Ot co.
- Jest źle, jest, kurwa, bardzo źle. Nawet mele na ziemi lądować nie chcą. - sapnął cicho krasnolud i zmiażdżył oporne plwociny buciorem.
Naraz, zrobiło się ciemniej. Wiatr ustał. Powietrze zastygło w bezruchu. Krew ścięła się w żyłach. Nad Klatką wisiał ciemny kształt. Długi płaszcze mienił się leniwie setkami barw. Maska, nie - twarz zastygła ni to w obojętnym, ni w nieobecnym wyrazie była zwrócona mniej więcej w Waszym kierunku. Ale okolone metalicznymi ostrzami oblicze nie patrzyło na Was. Patrzyło na skrytego między budynkami biesa. Tkwiącego wśród otaczającej Miasto aberracji niczym oko cyklonu. Gadziopsi pysk biesopodobnego stwora szczerzył się bezczelnie. Z głębi chropowatego gardła wydobył się straszliwy rechot, gdy nagle ostrza Pani Bólu zaczęły szaleńczo drżeć. Prawdziwego starcie dwojga kratistosów miało dopiero nadejść. Zacisnęliście szczęki w oczekiwaniu. Czas zamarł w bezruchu. Przestrzeń zagięła się straszliwie pod niemożliwym kątem. A potem, potem zniknął i bies, i królowa. Tylko Klatka niewzruszona na niewidzialnych posadach wciąż leniwie obracała się wokół. Równowaga, jeśli można było mówić o jakiejkolwiek równowadze w Wieloświecie, została przywrócona.
A może... dopiero ją utraci?
Tak czy owak, wszystko wróciło do normy. I tylko krasnolud naprzemian z krukiem powtarzali cichutką mantrę.
- Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa...
Obrazek

Awatar użytkownika
Ghoster
Global Moderator
Posty:497
Rejestracja:sob paź 13, 2012 8:08 pm

wt lis 20, 2012 7:36 pm  

Gantolandon - Karden

Krasnolud zbladł przeraźliwie widząc, co się dzieje. Wiedział jak do tej pory, że jest źle, jednak jak dotąd nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Dopiero w momencie, gdy ujrzał otoczoną ostrzami twarz Jej Cichości, zamarł. Zaschło mu w gardle, chociaż wcale nie był zbytnio spragniony. Chciał czym prędzej czmychnąć, ale nie mógł się poruszyć ze strachu. Przez głowę przemknęła mu opowieść o jakiejś kobiecie, która obejrzała się za siebie i zamieniła się w słup soli. Też chyba uciekała z jakiegoś miasta, ale szczegółów tej opowieści Karden nie znał. Nie było to dla niego zresztą ważne. Na razie tylko stał i patrzył ze zgrozą.
Dopiero w momencie, kiedy obie postacie zniknęły, odważył się poruszyć i stwierdził, że nie ma z tym najmniejszych problemów. Kształty wróciły do pierwotnej formy, ale i bies, i Pani zniknęli. Z czego Karden zamierzał skorzystać.
- Kurwa... kurwa... kurwa... - rozejrzał się, spoglądając na swoich towarzyszy - Tu nie ma co czekać, tu trzeba spierdalać. Odśmiewamy się stąd, nim będzie za późno. Pierwszym napotkanym portalem.
Wzdrygnął się. Przyszło mu do głowy, że portale zawsze kierowane były wolą Pani Bólu. Jeśli Ona będzia chciała ich zatrzymać w Klatce, to zrobi to. Pozostawała nadzieja, że będzie zbyt zajęta walką, żeby ich zauważyć... i że prewencyjnie nie pozamykala portali.
Rozejrzał się wokół. Jego wypowiedź najwyraźniej nie wywołała takiej reakcji, jakiej oczekiwał.
- No już! Za cyk nie powinno nas tu być! Chyba, że chcecie, żeby Jej Cichość nam grzecznie podziękowała za otwarcie tego gówna - energicznie ruszył w stronę wyjścia z zaułka - Kratistos, psia jego mać... Tego jeno brakło. Mów, co on robił w tej skrzynce. Kto go tam zamknął? Jeśli stąd nie wyleziemy, to może być nam potrzebne. Bardzo potrzebne.
- Nie myślisz chyba, że...
- Myślę. Wszystko się może zdarzyć, jak śpiewała jakaś dźgana bardka w tym elfim młynie.
- Jasne, kurwa, że się wszystko może zdarzyć, ale...
- Mów WSZYSTKO, co wiesz. Każdy cień. I szybko, nim znajdziemy wyjście.
Obrazek

  •   Informacje
  • Kto jest online

    Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość